Sport · 6 min czytania
Stajenny
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Na co dzień często widujemy osoby o niskim statusie społecznym. Sprzedawców za ladą albo na targu, śmieciarzy, czasami takich jak ja-rolników czy stajennych. Niektórzy oceniają ich jako ludzi gorszych od siebie, mniej inteligentnych i niewiele wartych. Rzadko kiedy zastanawiamy się nad tym, kim naprawdę jest ta osoba. Ja natomiast często przyglądam się ludziom. Patrzę na ich twarze, znamiona, blizny i zastanawiam się, jakie życie prowadzi dana osoba. Spoglądam na bardzo szczupłe dziewczyny i myślę, czy ich figura wynika z natury, czy może przechodzą taką samą katorgę, jak ja kiedyś. Zwracam uwagę na każdą bliznę i staram się określić, czy na pewno jest ich tak wiele z powodu dzikiego kota. Najczęściej jednak patrzę w ich oczy kiedy się uśmiechają i myślę, czy ten uśmiech jest w stu procentach szczery. Nie jest to z pewnością czymś do końca normalnym, ale zawsze zadaję sobie to pytanie: czy ja kiedykolwiek byłem normalny? Moi rodzice byli bardzo młodzi, kiedy przyszedłem na świat. Mieli po piętnaście, może szesnaście lat. Byłem niechcianym balastem, kłódką na bramie do ich przyszłego, owocnego życia. Nie mieli co ze mną zrobić, więc wybrali najprostszy sposób-oddali mnie zaraz po urodzeniu. Miałem więcej szczęścia, niż niektóre dzieciaki, bo kilka miesięcy później zostałem zaadoptowany przez Lucy i Ronalda McFinn'ów, młode, bezdzietne małżeństwo. Od wczesnego dzieciństwa wiedziałem, że jestem adoptowany i nigdy nie chciałem używać wobec nich określeń takich jak matka czy ojciec. Mówiłem do nich po prostu po imieniu. Odkąd dowiedziałem się, skąd za przeproszeniem wytrzasnęli mnie moi opiekunowie, nie byłem w stanie pozbyć się uczucia, że jestem kimś niechcianym, w pewnym sensie uszkodzonym-bo gdybym był dobrym dzieckiem, rodzice by mnie nie oddali. Były to typowe przemyślenia kilkuletniego dziecka, ale nie opuściły mnie wraz z wiekiem. Im starszy byłem, tym większe poczucie winy i bycia niechcianym narastało w mojej duszy. Izolowałem się od innych i nie zwracałem uwagi, kiedy otwarcie okazywali mi swoją niechęć. Byłem znajdą, balastem. Proste. Przeszkadzało mi we mnie wszystko. Charakter, wzrost, za gęste włosy, za ciemne oczy, za wysoki głos. Nie było we mnie nic, o czym mógłbym bez wahania powiedzieć, że mi się podoba. Pamiętam te momenty, w których czułem, jak życie powoli przesypuje mi się przez palce, tak samo jak piasek na plaży. Chwytany w dłonie sypie się na ziemię, pomimo wszelkich naszych starań. Jest zbyt suchy, sypki i kruchy żeby pozostać na miejscu, aż w końcu pozostaje nam tylko kilka marnych ziarenek-a