Inne · 7 min czytania
Stałem w bramie jednej z kamienic
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Stałem w bramie jednej z kamienic. Chłodny wiatr unosił poły płaszcza, ukazując kaburę mojego Glocka. Paliłem spokojnie papierosa, nie zwracając uwagi na zacinający deszcz, jakimś cudem dostającym się pod zadaszenie. Światła na obiekcie paliły się mimo późnej godziny, a rozrywkowe życie jak na złość nie chciało ucichnąć. Nic to, miałem czas, bardzo dużo czasu. Kiedyś muszą pójść spać, a ja na pewno nie zrezygnuję w tym momencie. Za dużo szukania, za dużo wysiłku włożyłem, żeby znaleźć skurwysyna. Nie odpuszczę. Nie mogę. Nie w tym momencie. Było 5 minut po godzinie 1. Najwyższy czas, żeby ruszyć dupę. Przeszedłem przez wąską ulicę, wszedłem do klatki obskurnej kamienicy. Intensywny zapach moczu aż bił z ciemności i powodował, ze chciało się stąd uciec i za chińskiego boga nie wracać. Zamroczony alkoholem, śmierdzący fekaliami żul, który pojawił się niewiadomo skąd złapał mnie za płaszcz. -Mistrzu, kopsnij szluga, bo jarać się chce, a tu dupa. Osunął się na ziemię, z rozciętym od ucha do ucha gardłem. Wytarłem nóż w szmaty w jakie był ubrany. Nawet nie poczuł jak rozchlastałem mu gardło. Kurwa, nieprofesjonalnie, ale jakoś nie mogłem się powstrzymać, taka mała rozgrzewka. Otarłem ręce z posoki w jedwabną chustkę. Trup mniej, jeden trup więcej, co za różnica. Powoli wszedłem po rozlatujących się schodach na drugie piętro. Skrzypiały jak cholera, ale w tym budynku nikt nie zwracał uwagi na czyjąś obecność o tak późnej godzinie. Obdrapane drzwi nie wyglądały zachęcająco. Trudno. Wyjąłem Glocka, sprawdziłem ilość pocisków, odbezpieczyłem. Na wszelki wypadek wyjąłem drugiego. Zapukałem lufą do drzwi. Robota robotą, ale minimum kultury obowiązuje. Usłyszałem kroki, ktoś starał się złapać za klamkę. W drzwiach ukazała się zapijaczona morda meliniarskiej dziwki, szczerzącej swe wybrakowane uzębienie. Ulżyłem jej, posyłając kulę w łeb. Przeskoczyłem zwłoki, udałem się do czegoś co miało przypominać kuchnię a bynajmniej nią nie było. Szybki rzut oka, 4 osoby, obiektu brak. Dwa pistolety zaczęły pracować, bez emocji, bez nerwów, przymierzyć głowa, strzał. Trup. Przymierzyć, podniósł się, dwa strzały. Trup. Trzeci rzuca się na ziemię, chowa się pod stół, przymierzyć, korpus, 3 strzały, odrzuca go na ścianę. Trup. Kolejny podnosi się, rzuca się na mnie z butelką, spokojnie, przymierzyć, kolana, dwa, 3 strzały. Pada na glebę. Rzuciłem okiem po pomieszczeniu. Nie było go. Podszedłem powoli do jęczącego z bólu menela. Miałem czas, nie spieszyło mi się. -Gdzie on jest?- spytałem się, spokojnie, łapiąc gościa obiema rękoma za jego zawszoną głowę. - Kim ty jesteś, czego kurwa od nas chcesz?- jęczał, łzy spływały mi potokiem. - Spokojnie. – zbliżyłem się do jego ucha- Gdzie one jest? Gdzie jest wasz gospodarz?- sprecyzowałem pytanie, starając się uspokoić go, głaszcząc delikatnie po łysej głowie. - W drugim pokoju, chyba śpi…- jego głos był spokojniejszy, mimo, że łkał jak dziecko. – Kim jesteś, kurwa, kim? - Spokojnie. Przynoszę ukojenie, takim, jak ty.- powiedziałem cicho spokojnie. Zajrzałem głęboko w jego oczy. Zobaczyłem przeszłość. Zachciało mi się rzygać, ciężki zapach migdałów pojawił się znikąd. - Miałeś tyle szans. Przykro mi. -Mieciu, co tam się dzieje, co wy, w westerny się bawicie!?- zapijaczony głos dobiegał z drugiego pokoju. Delikatnie…