Fantastyka · 16 min czytania
Star Wars: Różnice
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Przeładunek drogocennych ładunków w hangarze ukrytej bazy na Ord Mantell na fregatę wojenną Separatystów trwał w najlepsze. Choć na planecie stacjonowało kilkanaście oddziałów Armii Klonów Republiki, to jednak centrum przeładunkowe jej wrogów nie zostało jeszcze odkryte; schowane było bardzo dobrze w gęsto zalesionych dżunglach na północy. Gęsta, nieprzenikniona mgła oraz czarna jak smoła noc stanowiły znakomitą przykrywkę dla nielegalnych działań. W samym hangarze, oprócz odgłosów przemieszczających się skrzyń z bronią lub częściami do robotów i statków kosmicznych oraz wydobywającego się, od czasu do czasu, hałasu z rur wentylacyjnych, umieszczonych pod sufitem hali, panowała względna cisza. Lecz w ciężkim powietrzu można było wyczuć dosyć nieprzyjemną atmosferę ciągłego zagrożenia. Najemnicy zwerbowani na Tatooine i nienazwanych miastach, które zajmowały nawet ćwierć powierzchni planety, w ogromnym skupieniu i milczeniu pilnowali cały proces załadunku. Byli świadomi tego, że praca dla Separatystów, lub, jak to siebie określają, Konfederacji Systemów Niezależnych wiązała się z ogromnym ryzykiem. Otwarty konflikt, nazywany Wojną Klonów rozprzestrzeniał się błyskawicznie, wciągając w militarne działania coraz to większą ilość systemów gwiezdnych. Republika była gotowa na wszystko, byle tylko wygrać tę konfrontację z Handlowcami. Nie żałowała środków na nic i na nikogo. Dlatego też ci z najemników, którzy zdecydowali się na współpracę z Separatystami, tym samym stawali się wrogami Republiki. Dla niektórych było to zdecydowanie za dużo, ale nie dla jednego człowieka. Sakasterll, człowiek pochodzący z pustynnego Tatooine, również czuwał nad transportem. Znalazł się tutaj, bowiem na jego ojczystej planecie nie miał żadnych perspektyw na przyszłość, oprócz pracowania na farmach wodnych lub dorabiania sobie jako kelner w kantynie. Wybrał zatem niebezpieczny zawód najemnika. Zapał do wojaczki miał po ojcu, który zawsze, gdy był w jakieś podrzędnej kantynie, wdawał się w awantury, które z reguły wygrywał. Ojciec uczył go także, jak celnie strzelać z blastera na odległość czterystu metrów, jak podkładać ładunki wybuchowe tak, aby osiągały największy poziom zniszczeń. Te umiejętności ojciec Sakastrella uzyskał w Akademii Wojskowej na Coruscant, również szukając przygód i pracy. Jednak nie spodobała mu się sztywna służba w szeregach armii Republiki. Stał się więc łowcą nagród. Podczas jednej z jego misji na ojczystej planecie uratował tancerkę z jakieś kantyny z rąk pijanych Neimoidian. W ramach podziękowania kobieta dała mu kilka chwil rozkoszy. Gdy urodził mu się Sakastrell, a tajemnicza tancerka w niejasnych okolicznościach znikła, osiadł na Tatooine, rzucając dawną pracę by opiekować się potomkiem. Jednakże praca łowcy nagród jest ryzykowna, za głowę ojca Sakastrella padła spora nagroda. Podobno podpadł jakiemuś Huttowi podczas wykonywania jednej z ostatnich misji. Zginął na oczach syna, zapalając jednocześnie płomyk zemsty w jego sercu. Od tego czasu, Sakastrell kontynuował naukę strzelania i reszty typowego wojskowego programu nauczania, żyjąc na ulicach Anchorhead. Przypominał sobie te ciężkie czasy, po raz wtóry patrolując salę załadunkową. Swoją kuszę energetyczną nieco opuścił, widząc, jaki niezmącony spokój panuje wokół niego. Ręką zakrytą w ciemnej długiej, rękawicy przeczesał swoje dosyć długie, gęste, jasne włosy. Mężczyzna ubrany był w lekko zmodyfikowaną szarawą zbroję szturmowca Republiki, wysokie, sięgające kolan czarne, skórzane buty a karmazynowa chusta, zawiązana wokół pasa kontrastowała z ciemniejszą kolorystyką ubioru. Z drugiego końca sali szedł do niego przyjaciel od fachu, Bendak. Twi'lek miał na sobie dziwny pancerz skonstruowany z rozmaitych części różnych rodzajów opancerzenia, poczynając od zbroi szturmowca – klona, aż po kawałek naramiennika Durge'a, który służył Bendakowi jako napierśnik. Durge niedawno się napatoczył na statek najemników, przebywając tam "nieco" się poobijał po ciasnym korytarzach okrętu, tracąc przy okazji niewielkie elementy swojej zbroi. Sakastrell włączając urządzenie, dzięki któremu ważące nawet kilka ton skrzynie unosiły się lekko nad ziemią i w ślimaczym tempie sunęły do fregaty, szedł tuż obok Bendaka, który przerywając ciężką ciszę, rzekł: - Mam nadzieję, że ten cały hrabia Dooku zapłaci nam tak, jak to obiecywał. - Spokojnie, to wiarygodny pracodawca - spokojnym głosem rzekł Sakastrell. - Jango Fett wszystko mi o nim powiedział. - Przed, czy po tym, jak stracił głowę przez tego czarnoskórego Jedi? - ironicznie zapytał Bendak. - Mniejsza o to. Ważne jest, że na Dooku można polegać. Gdzie indziej dostaniesz zlecenie za trzydzieści tysięcy kredytów? - odpowiedział najemnik pytaniem na pytanie. - Trzydzieści tysięcy kredytów to za dużo jak na mieszanie się w sprawy z Jedi i Republiki... - westchnął Twi'lek. - Przestań, ty tylko o tych Jedi. Co oni mogą tobie zrobić? Słabną, stają się coraz bardziej niedołężni. - Niedołężni czy dołężni, zawsze mogą mi ciachnąć głowę, a po tym trzydzieści tysięcy kredytów nie będą mi już potrzebne... Sakastrell uśmiechnął się szeroko. Uśmiechu tego jednak nikt nie widział, bowiem usta jego były zakryte czarną, jak to nocne niebo nad Ord Mantell opaską, zawiązaną z tyłu głowy. Gdy ostatnie kontenery wolno sunęły, lewitując nad ziemią w kierunku fregaty, Bendak wraz z swoimi żołnierzami wyruszył na mostek statku, by dopilnować umowy transportu z Neimoidianinami. Sakastrell z resztą najemników został pilnując kończącego się załadunku. Cisza przez cały czas wszystkim towarzyszyła, choć można było wciąż słyszeć dziwny dźwięk, wydobywający się z góry, lecz nikt na niego nie zwracał uwagi. Nagle coś huknęło w tunelach wentylacyjnych. Najemnicy, jak jeden mąż, odruchowo chwycili swoje blastery i wycelowali w górę, w kierunku źródła łomotu. Uważnie śledzili wijące się pod sufitem ogromnej hali rury wentylacyjne, będąc gotowymi na wszystko, co może się zaraz pojawić, choć może się okazać, że wcale nic się nie stało. Tak też było, cisza znów objęła swoimi długimi ramionami rozległą przestrzeń hali, uspokajając żołnierzy. Sakastrell odetchnął niezauważalnie z ulgą. Choć strzelał wyśmienicie, to nie zawsze sumienie pozwalało mu, bez chwili wahania, pociągnąć za spust. Na szczęście, takie sytuacje zdarzały się ostatnio coraz rzadziej. Sumienie powoli zaczynało milczeć, gdy do pracy brał się palec na spuście. Wtedy, gdy atmosfera ciągłego zagrożenia trochę zelżała, kolejny podejrzany huk rozciął powietrze, łamiąc już raz na zawsze pakt ciszy unoszącej się wcześniej w hali. Najemnicy po raz kolejny wycelowali swoją broń w kierunku rur, gotów do wystrzelenia śmiertelnej salwy pocisków energetycznych do wszystkiego, co pojawi się w ich celownikach. Po dwóch kolejnych łomotach, które zdawały się być coraz głośniejsze i złowróżbne, co poniektórzy nerwowo rozglądało się po hali, jakby w oczekiwaniu na atak z każdej strony. Ten hałas już na pewno nie był przypadkowy, a kwestią czasu jest to, że zaraz przeciwnik się pojawi. Kolejny, tym razem rozdzierający uszy huk opanował na moment przestrzeń, lekko otępiając żołnierzy, którzy wciąż celowali w podejrzany wycinek metalowej rury, z której zaczął się wydobywać niepokojący syk oraz szarawy dym. Momentalnie, z odcinka przewodu w zasłonie gryzących oparów, spadły nadzwyczaj lekko lądując dwie niewidoczne postacie. Z ich dłoni wydobyły się dwie klingi mieczy świetlnych, jedna fioletowa, druga żółta. Najemnicy rozpoczęli zmasowany ostrzał w kierunku Jedi, jednak rycerze bez praktycznie żadnego wysiłku odbijali czerwone bolty, które chaotycznie rykoszetowały po całym hangarze. Sakastrell również strzelał, tak szybko, jak tylko pozwalał mu spust. Nagle jeden z Jedi skoczył wysoko w górę nad głowami najemników i wylądował następnie na statku. Drugi, tymczasem, podbiegł do pobliskiej ściany, by po niej przebiec i wylądować miękko tuż obok zdezorientowanej grupki najemników. Fioletowa klinga