Inne · 19 min czytania
Stary przyjaciel
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Wystarczyło tylko krótkie spojrzenie w stronę tej ulicy, a prawdopodobieństwo utraty życia wzrastało natychmiastowo. A on tu mieszkał. On, którego ciałem były zapuszczone podwórka starych kamienic i cienie rosnących gdzieniegdzie drzew. On, którego głos drżał niekiedy w tych stłumionych szeptach pojawiających się zupełnie niespodziewanie. Śmiał się warkotami silników, a krzyczał jękami z pobliskiej mordowni. Czy pamiętam jak go poznałem? Nie... Ale on pamięta... Pamięć i mądrość jego, zapisane wśród tych niezliczonych zwojów schodów dawały mu moce wieszczenia. Wiele rzeczy potrafił przewidzieć, a jeszcze więcej wiedział. Tak, dlatego zawsze był pożądany przez wszystkich, choć przez większość nieuchwytny. On musiał znaleźć ciebie. Po prostu czuł, że ktoś go potrzebuję i wtedy się zjawiał. I ja go wtedy potrzebowałem. I wiedziałem, że sam muszę go znaleźć. Stałem więc na początku ulicy i rozważałem gdzie go szukać. Tu zawsze było głośno. Ta ulica nigdy nie spała. Była może siódma, może ósma wieczór i ciepły letni wiatr przyjemnie tańczył wokoło. Dwie bramy dalej stał ubrany w koszulę i kraciaste spodnie mężczyzna. Miał opuszczony na oczy kapelusz. Ruszyłem w jego stronę powoli, a ruch mój nie pozostał niezauważony. W jego dłoni błysnęło ostrze noża. Podniósł kapelusz na głowę i zwrócił się do mnie. - To twój szczęśliwy dzień frajerze, możesz zy... – spojrzał się na mnie i twarz jego znieruchomiała. – To ty... Pamiętam cię. Czego tu szukasz? - Muszę zobaczyć się z Frankiem – odpowiedziałem oschle. Parszywy typ. - Franek? Dawno go już nikt nie widział. Słuch o nim zaginął po tamtej nocy. - I nikt nie wie gdzie on teraz jest? Kulawiec, bo chyba tak na niego wołano, zaczął nagle wypatrywać czegoś ponad moją głową. Odwróciłem się i ujrzałem twarz kobiety w jednym z zabrudzonych okien. Zwróciłem się powtórnie w jego stronę. - Czyli mi nie pomożesz? - Wybacz, ale stara chce czegoś ode mnie, a ja sam i tak nic nie wiem – odparł wzruszając ramionami. Ruszył na drugą stronę ulicy. Po kilku krokach jednak odwrócił się i krzyknął w moją stronę – Te Frajer, jakbyś go znalazł to pozdrów ode mnie. - Jasne – mruknąłem i poszedłem przed siebie. Skoro tutaj nikt nie wiedział gdzie go szukać, to co miałem robić dalej? Nie mogłem się przecież poddać. Potrzebowałem jego pomocy natychmiastowo. Różne myśli krzątały mi się po głowie, gdy nagle zerwał się silny wiatr. Był zimny i surowy. Wiał coraz silnej i z trudem poruszałem się do przodu. Po chwili umilkł równie szybko jak się zaczął. Wszystko wróciło do normy. Na drzewie pod którym stałem, przysiadła sikorka. Spojrzałem na nią i przypomniało mi się jak kiedyś, podczas jednej z tych niekończących się nocy, znaleźliśmy z Frankiem ciepłe poddasze i położyliśmy się spać. Zasypialiśmy już, a on, w nagłym przypływie uczuć rzekł: - Jeśli kiedyś będziesz mnie potrzebował, a ja tego nie wyczuję, znajdziesz mnie o pełni powietrza, na ukrytym podwórku gdzie rozkładają się marzenia. Stamtąd czerpię moc – Tak. Wiedziałem już gdzie go szukać. Mniej więcej. Nie znałem lokalizacji tego podwórka. Spojrzałem ponownie na sikorkę i dostrzegłem, że ulatuję w stronę bramy Kulawca. Poszedłem za nią. Wleciała do środka i gwałtownie trzepocząc skrzydłami wzlatywała w górę klatki schodowej. Wbiegłem na schody i ruszyłem pędem za ptakiem. Na ostatnim piętrze nie było żadnych drzwi. Sikorka wyleciała przez okno, a ja stanąłem zakłopotany. Podszedłem w tamtą stronę by sprawdzić co mnie czeka dalej. Za oknem spostrzegłem coś w rodzaju kładki. Kładki splecionej naprędce i jakże nie niepewnej wizualnie. Nie mogłem jednak zrezygnować, więc wszedłem na nią. Tylko pozornie była licha. Kroczyłem pewnym krokiem. Po chwili znalazłem się już w sąsiednim budynku. Sądząc po jego wnętrzu była to jakaś opuszczona fabryka. Wszędzie leżały stosy pogniłych tkanin, a gdzieniegdzie stały wraki maszyn do szycia. Odnalazłem wąską klatkę schodową i ruszyłem biegiem w dół. Po kilkudziesięciu schodach pokonanych w szaleńczym tempie (dlaczego się tak spieszyłem?) znalazłem się w dużym pomieszczeniu. Podłoga była zawalona gruzem. Przez ogromne otwory w ścianie, które kiedyś pewnie były oknami wpadało wieczorne światło. Pomiędzy nimi znajdowało się wyjście z budynku. Podszedłem i oparłem się ręką o framugę. I ujrzałem jego. Stał plecami do mnie wpatrzony w konające słońce. Choć nie mogłem widzieć jego twarzy, wiedziałem na pewno co teraz odmalowuje. Czułem jego przepełniony mocą wzrok który jakby gasi słońce. Tak, rzeczywiście tutaj odzyskiwał moc. Ubrany był jak zawsze; zielone spodnie, szara kurtka i taki sam kapelusz. - Znalazłeś mnie – krzyknął odwracając się w moją stronę. - Potrzebuję twojej pomocy! –odpowiedziałem najgłośniej jak mogłem. Obrócił się w moją stronę. Miał zawsze taki sam wyraz twarzy. Tylko oczy mogły zdradzić w jakim jest stanie. Charakter oczu był tak wyraźny, że dostrzegałem go nawet z takiej odległości. Ruszył w moją stronę. Ruchy jego były nie do opisania. Jakby tkane przez wiatr. Jakby to przestrzeń się przesuwała, a on stał w miejscu. - Więc słucham? - Czuje, czuje że coś się kończy. Nie wiem, nie wiem tylko co. Nie umiem tego opisać. - Cóż, nie jestem w stanie ci pomóc w takim razie. Choć wiem kto może to uczynić. - Kto? - Ty. - Ja? Przecież... Niemożliwe, nie jesteś w stanie mi pomóc? Ja nie mogę... - Noc trwa w sennym królestwie śmierci. Pamiętaj o tym – rzekł i wskazał mi fragment rozbitej szyby. Ujrzałem w niej promienie słońca, prawie namacalne. I usłyszałem głosy odległe i wyniosłe. I ujrzałem gwiazdę. Dostosowałem się do jej chodu – stałem się nią i dostrzegłem coś, czego nie powinienem był widzieć. - Ale... – odwróciłem się, a jego już nie było. Uleciał w dal z szumem drzew. Pełnia powietrza dobiegła końca. Odpowiedź była zbyt niejasna. Nagle zerwał się ostatni powiew zmierzchu. Usłyszałem ponownie jego głos. - Więcej się już nie spotkamy – wyszeptał. - Jak to!? Wracaj! Musisz mi pomóc! – krzyczałem, ale moje słowa ulatywały w przestrzeń głuchą i pustą. Stałem chwilę całkowicie zakłopotany. Kilka myśli przebiegło mi po głowie, jednak nie doprowadziły mnie do niczego. Odłożyłem rozważania na później i skierował się z powrotem na tamtą ulicę. Opuszczona fabryka, oświetlona już tylko przez nieliczne wiązki światła, wydawała mi się o wiele mroczniejsza. W półmroku byłem w stanie widzieć tylko na krok od siebie. Gdy doszedłem do klatki schodowej uderzyła mnie jej odmienność. Była zupełnie inna. Oświetlona jakimś dziwnym światłem. Przechodząc przez kładkę miałem wrażenie, jakby budynek za mną zaczął się zapadać. Obejrzałem się z trwogą, jednak stał na swoim miejscu nienaruszony. Coś dziwnego. Gdy znalazłem się znów na ulicy, było dużo mroczniej niż poprzednio. Rozrzucone po całej długości ulicy latarnie świeciły licho, ale widoczność była nawet przyzwoita. Na schodach obok bramy siedziała młoda dziewczyna. Miała na sobie fioletową sukienkę. Jej rude włosy i płonące w ciemnościach oczy od razu zwróciły moją uwagę. Odwróciła się w moją stronę i skinęła głową. Podszedłem do poręczy. Dziewczyna paliła papierosa oglądając przy tym dłonie. Było w tym tyle gracji, tyle kobiecości... Momentalnie cały stałem się wrażliwością, pragnąłem tylko czułości. Gotów byłem rzucić wszystko tylko dla niej... Westchnąłem, a ona odwróciła głowę i spojrzała mi w oczy. - Nie jesteś stąd – powiedziała oblizując wargi – Nie znam Cię. - Jestem... – chciałem odpowiedzieć, ale straciłem oddech. Z bliska była jeszcze piękniejsza. Zauroczyła mnie całkowicie. Nagle jednak, na jej twarz wkroczył smutek i obróciła głowę w drugą stronę. - Wiem kim jesteś... - Jak to? - Byłam tam wtedy. Tamtej nocy kiedy ty i Franek... Wiem, że to było dawno, ale nie mogę o tym zapomnieć. Nie mogę zapomnieć o nim... Wspomnienie tego co się wtedy zdarzyło wróciło momentalnie. Tutaj wszyscy to jeszcze wspominają, a dla mnie była to chwila. Tylko jedna chwila... Nawet nie pamiętam za bardzo co się działo. Jak silne i potworne musiało być tamto wydarzenie. I ta dziewczyna, która wtedy dla mnie nie istniała, a teraz w ułamku sekundy stała się dla mnie wszystkim... I ta dziewczyna wspominała to ze łzami. Położyłem jej rękę na policzku i obróciłem twarzą do mnie. - Czy jest coś co mógłbym dla ciebie zrobić? – zapytałem, a ona gwałtownie szarpnęła moją rękę. - Czy nie wiesz nic!? Nic nie pamiętasz!? Pamiętam. Coś się wtedy zmieniło. Tak jak teraz. Tak jak teraz, poczułem wtedy to przeszywające uczycie które niekiedy w ważnych chwilach zmienia wszystko momentalnie i nie dopuszcza rzeczy do końca. Ale dlaczego teraz? Co się stało? - Ja go kochałam. Ale... Wszyscy kochamy powietrze bo dzięki niemu żyjemy. Ale powietrze jest nie do uchwycenia, tak jak on... Powiedz, czy on mógłby kogoś pokochać? – ton jej głosu był błagalny. Czułem jak łzy napływają mi do oczu. Nie mogłem wydobyć z siebie żadnego słowa. - Proszę, odpowiedz! Mogłem jej przecież powiedzieć. Wystarczyło tylko zebrać te kilka słów i już. Wolałem jednak, oszczędzić jej tego wszystkiego. Wtedy był zupełnie inny, a teraz praktycznie nie do uchwycenia. I…