fantastyka · 10 min czytania
Stary Zegarmistrz
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
- Czy czas istnieje obiektywnie, czy też jest tylko subiektywnym „stróżem porządku zdarzeń” w naszej świadomości? Dlaczego nie można go cofnąć?
****
Ta noc, noc bez księżyca i poczucia czasu została we mnie na zawsze. Leżałam w łóżku. Strugi deszczu spływając, głośno uderzały o szyby okien mojej sypialni, nie pozwalały zasnąć. Szalejący wiatr wzniecał we mnie dziwny niepokój. Byłam przeraźliwie zmęczona, dręczyły mnie koszmary. Nie wiedziałem czy to jest jawa, zły sen czy majaczenie. Miotałam się w bezradnie w pościeli. Z ciemności zaciśniętych powiek wypłynął przerażający obraz cyferblatu starego zegara. Czarne cyfry na srebrzystej tarczy układały się w zmieniające, w zawrotnym tempie rozedrgane hieroglify. Pojawiały się i znikały, w szalonym tańcu, jak przestraszone ptaki. Usiadłam, nieporadnie zapaliłam nocną lampkę, o mało nie spadła. Mój wzrok odruchowo spoczął na wiszącym nad sekretarzykiem, ulubionym zegarze. Musiał stanąć tej nocy. Zerwałam się z łóżka, próbowałam go nakręcić, ale bezskutecznie. Czy coś się stało? Czy czegoś nie wiem? Dlaczego akurat dziś? Natrętne myśli przemykały jedna po drugiej, nie dawały mi wytchnąć. - Zegary raz gwałtownie zatrzymane nigdy nie tykają tak samo jak dawniej - przypomniałam sobie słowa Starego Zegarmistrza, przyjaciela mojego ojca. Dobrze go pamiętałam, garbił się, lekko pociągał nogą, wyglądem zawsze wydawał mi się dużo starszy, niż był w rzeczywistości. Jako mała dziewczynka często go odwiedzałam, lubiłam podglądać go w pracy i słuchać jego niezwykłych opowieści. Zapatrzona bezgłośnie w mówcę, wierzyłam, że zegary podobnie jak ludzie mają duszę. Kiedyś mój zegar słuchał tylko mego ojca. Po jego odejściu chodził nakręcony tylko moją ręką. Tej nocy, stary zegar nie reagował na mój dotyk. Wiedziałam, że nie zaznam spokoju dopóki się nie dowiem, czemu zamilkł. Opadłam na poduszkę, próbowałam zebrać myśli. - Tylko Stary Zegarmistrz może mi pomóc, on naprawia wszystkie zegary, może i mój przywróci do życia.
****
Pospiesznie ubrałam się i wybiegałam z domu. Mrok zdawał się oddychać w rytmie moich kroków. Minęłam kolonię małych drewnianych domów, których numerów nie mogłam rozpoznać. Szczelnie otulała je nocna ciemność. Kamienista droga zaprowadziła mnie do zapuszczonego, parterowego domu o niebieskich okiennicach, stojącego nad odludziu. Dawno tu nie zaglądałam. Z daleka dom zegarmistrza wyglądał jak obrośnięta winoroślą, opuszczona wiejska chata. Zapach ulatującego z komina dymu utwierdził mnie w przekonaniu, że zastanę go w domu. Tuż za wysokim, masywnym płotem usłyszałam nagłe miauknięcie, dochodzące z okalających dom gęstych krzaków. To nie było złudzenie, sprawiło, że na ciele pojawiła mi się gęsia skórka. Ten czarny kot Zegarmistrza ciągle żyje i straszy uświadomiłam sobie niemile zaskoczona. Nigdy nie lubiłam tego czarnego, kudłatego tłuściocha. Ruszyłam ku ciężkim, obdartym z olejnej farby drzwiom. Zardzewiała klamka puściła, były otwarte, gdy weszłam bezgłośnie zamknęły za moimi plecami. Trafiłam do innego świata, który ledwo rozpoznawałam. Mroczna sień nie zachęcała do wejścia, jej chłód chwycił mnie za gardło. Zawieszona, w zakurzonym pomieszczeniu woń tlącego się drewna drażniła moje zdyszane nozdrza. Zastygłam w progu, moje stopy szczelnie przywarły do kamiennej posadzki. Musiała minąć długa chwila zanim mój wzrok przyzwyczaił się do ciemności. W nikłym świetle ognia kominka ujrzałam znajomą, zgarbioną postać. Zegarmistrz siedział przy wielkim, dębowym biurku, całkowicie pochłonięty czytaniem grubej księgi, o postrzępionych stronach. Przez moment szukałam w jego twarzy podobieństwa z tą, którą przechowywałam we wspomnieniach. Znalazłam niewiele, wyglądał na straszliwie zmęczonego, postarzał się. Ile lat go nie widziałam? - próbowałam gorączkowo policzyć. - Witaj Księżniczko. - usłyszałam ciche powitanie. Na mój widok Zegarmistrz drżącą ręką odłożył ciężką księgę i nieporadnie usiłował wstać. Powstrzymałam go uprzejmym gestem i omiotłam badawczym spojrzeniem. Jego wizerunek kontrastował z przyjemnym, dziadkowym głosem. Podkrążone oczy, skryte pod sumiastymi, siwymi brwiami, zabłysły na mój widok dawnym, szczerym blaskiem. Czas zaczął płynąć do tyłu. Zrobiło mi się ciepło, wróciły wspomnienia z dzieciństwa. Miałam ochotę, tak jak kiedyś, wdrapać się na jego kolana i słuchać jego opowieści. Dawniej widywaliśmy się prawie co dzień; widywaliśmy się przez wiele lat. Przeszło wiele wiosen, dorosłam, wyszłam za mąż, a osoba Zegarmistrza nadal wnosiła odrobinę magii do mojego świata. Dziś było jednak coś co mnie zaniepokoiło. Zadziwiające, na ścianach znajomego domu nie zauważyłam ani jednego zegara. Ściany drażniły mnie pajęczynami, grubą warstwą szarego kurzu i odpadającymi płatami tynku. Zaskakująca pustka wyzierała z brudnych kątów. Na wielkim, równie zakurzonym dębowym stole przewalały się sterty książek i pożółkłych papierów. Obok dopalał się ogarek świecy, który swoim chybotliwym płomieniem rzucał na ścianę…