Fantastyka · 13 min czytania
Straceni
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Początek końca
Leżałem w białej sali na szpitalnym łóżku. Wokół mnie uwijali się ludzie ubrani na biało. Słyszałem gasnący rytm mojego serca na ekranie monitora i głośne uwagi lekarzy: - Coraz słabszy puls... - Nie ma żadnych szans. Nie uda się... - Dajmy mu spokojnie odejść... - Nic nie możemy zrobić... Nagle wszystko zaczęło się rozmywać. Ale wśród bieli wyróżniała się jedna postać. Ubrana była też na biało, ale przy jej ubraniu biel wokoło wydawała się szara i nieciekawa. Znałem ją, ale nie wiedziałem skąd. W tej chwili to nie było dla mnie ważne. Chciałem żeby ta znajoma dziewczyna zabrała mnie z tego świata. Ona jednak miała swoje plany co do mnie: -Wiem, że pragniesz odnaleźć kogoś bardzo ci bliskiego – odezwała się – A ponieważ to pragnienie jest bardzo piękne postanowiłam pomóc ci je spełnić. -Tak bez większego powodu? - przytaknęła – Dlaczego? I kim ty w ogóle jesteś? - Jestem jednym z Bogów Śmierci. Szukam ludzi w ostatnich chwilach swego życia. A kiedy jest taka możliwość pomagam im spełnić ostatnie marzenie. - Ostatnie marzenie? Co to w ogóle jest? -To osoba, rzecz, sytuacja, o której myśli osoba umierająca. - Ale dlaczego mi pomagasz? - Mamy mało czasu. Możesz pójść ze mną i spełnić marzenie lub czekać na innego boga śmierci i odejść nie wiedząc co się stało z nią. - No dobrze. ∆
Jestem beznadziejny. Bałem się śmierci, więc poszedłem za tą kobietą tylko dlatego, że mi kogoś przypominała. Jedynym plusem w tej sytuacji było zobaczenie szczerego zdziwienia na twarzach lekarzy, kiedy to wstałem, jednym szarpnięciem zerwałem wszystkie kable, które pielęgniarki tak pieczołowicie dopięły do mnie i poszedłem po moje ubrania. - Niemożliwe...Niemożliwe... - rozlegały się ze wszystkich stron szepty lekarzy – On przecież umarł...umarł...umarł... Długo jeszcze po tym wydarzeniu odbijały mi się w głowie te słowa. Nie mogłem zapomnieć miny mamy i taty, gdy tylko mnie zobaczyli. Byli szczęśliwi, jednak ja miałem przeczucie, że już dawno nie powinno mnie tu być. Miałem wrażenie, że nie należę do tego świata, że mnie odrzuca. Następnego dnia po powrocie do domu spakowałem się i w tajemnicy przed rodzicami wyszedłem z domu. Było mi żal matki, bo tak się ucieszyła z mojego „powrotu” oraz ojca, bo zaplanował na dzisiaj dzień ze mną. Jednak nie mogłem zostać. Gdy tylko wyszedłem od razu natknąłem się na tę dziwną dziewczynę. Siedziała jak gdyby nigdy nic na naszym płocie, jednak żaden z przechodniów zdawał się nie zwracać na nią uwagi. - Oni mnie nie widzą – od razu odpowiedziała na moje myśli – Nikt nie widuje duchów. Przynajmniej nikt żywy. - Jestem martwy? - spytałem, głównie po to, by się utwierdzić w tej teorii – Więc jednak nie zwróciłaś mi życia. Dlaczego jednak widzą mnie lekarze, rodzice, przechodnie... - Zaraz ci wszystko wytłumaczę. Tylko stąd chodźmy. - Ok. Poszliśmy nad pobliską rzekę. To tam mi wszystko opowiedziała.
∆ - Jesteś martwy duchowo. - Duchowo? - zapytałem zdezorientowany – Jak można być martwym duchowo? Co to w ogóle oznacza? - Posłuchaj, jesteś czymś w rodzaju ducha. Nie możesz przenikać przez ściany, ale masz wokół siebie lekką niewidzialną dla ludzkiego oka poświatę. My Bogowie Śmierci widzimy ją i dlatego musisz uciekać. Jeżeli inny bóg śmierci cię znajdzie zabierze cię stąd. - Więc dlaczego ty mi pomagasz? - Bo widzisz...Kogoś mi przypominasz...Ale ja... - Kogoś podobnego? - Ja...Nie wiem... - Jak to? - Chodzi o to, że kiedy człowiek popełnia samobójstwo to nie idzie do nieba. Staje się Bogiem Śmierci. Wymazuje mu się pamięć, więc nie pamięta kim był za życia. - I tym Bogiem Śmierci pozostaje na zawsze? - Och, nie. Jest nim tak długo, aż nie odpokutuje swojej winy. - A na czym polega ta pokuta? - Musi pomagać duszom odejść w pokoju. Potem ma wybór: może pozostać Bogiem Śmierci, albo zasiąść na Majestacie. Zazwyczaj wybiera się Majestat, ale niektórzy... - Więc ty jeszcze odbywasz pokutę. Jak się zabiłaś? - Ja... - Ach, w porządku. Nie pamiętasz. - To nie tak... - Nie chcesz to nie mów. - Chodź. Mamy towarzystwo. ∆
Część 22 / 2
Nigdy nie spodziewałem się, że może istnieć ktoś, kto kieruje tym wszystkim. Nie wierzyłem w Boga. Myślałem nawet, że to wymysł rodziców by dzieci były grzeczne. Tak jak Mikołaj. Dopiero Ona uświadomiła mi, że ktoś kieruje tym mechanizmem. Przypomniałem sobie, że zanim zobaczyłem Ją, wśród bieli ukazała mi się czyjaś ręka. - Czy Bóg istnieje? - Hmm... Jest pewnie jakaś siła wyższa kierująca tym światem. Inni nazywają Go Najwyższym. Ale ja nie wiem... Nigdy Go nie spotkałam. - Więc jednak istnieje ktoś koordynujący to? - Zapewne. - Znam cię od jakiegoś czasu, ale nie znam twojego imienia. Jak ono brzmi? - Sama nie wiem. My Bogowie Śmierci nie mamy imion, a mojego ludzkiego imienia nie pamiętam. - Ale musisz mieć jakieś imię, coś po czym cię identyfikują. - Nie ma nic takiego. My po prostu od razu wiemy kto jest kim. - To nienormalne - A sądzisz, że normalne jest to, że jakaś walnięta, dziwnie wyglądająca baba przywraca cię do życia? - Nie uważam cię za walniętą. I nie wyglądasz dziwnie. A poza tym, nie przywróciłaś mi życia, bo jak się sama wyraziłaś – jestem martwy duchowo. Nie odpowiedziała mi na to. Przewróciła tylko oczami i dała znak byśmy przyspieszyli. - Powiesz mi chociaż o kim myślałem przed śmiercią?
∆
Gdy stanęliśmy przed nieczynną już budką z lodami przypomniało mi się pierwsze spotkanie z Jessicą. Mieliśmy wtedy po 7 lat. Spadł mi lód i wtedy ona wyrwała się opiekunce i podbiegła do mnie. „- Wszystko w porządku? – zapytała, po czym głośniej do lodziarza – Temu chłopcu spadł lód. - No i co mnie to? - To, że pan go źle podał i mu spadł. - Nie masz żadnego dowodu. - Na rożku widać ślad po lodzie. - No dobrze – rozejrzał się niespokojnie, gdyż wokół zebrał się już niezły tłumek gapiów - Dostanie drugiego loda, ale idź już sobie. I zabierz go ze sobą.” Na to wspomnienie uśmiechnąłem się w duszy. Spojrzałem na Nią. Ona w milczeniu, zatopiona w myślach wpatrywała się w zamkniętą budkę. - Możemy już iść? - zapytałem - Och, jasne. Przepraszam. Zamyśliłam się. - Nie ma sprawy. Chodźmy. -Myślałem