Fantastyka · 1 godz. 28 min czytania
Strach zagląda w oczy
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
{b}Strach zagląda w oczy{/b} antologia ta za granicą ukazała się pod tytułem {b}Doomsday darkness{/b} czyli dosłownie {b}Sądny dzień ciemności{/b}
{b}Gregor Piétia Okovitoš{/b} tłumacz.Grzegorz Pietrzak
{i}Otchłań zniszczy,pochłonie To miejsce wybrane,nasze,kochane Nasz świat staje u progu zagłady Kto się odważy i walkę podejmie wspaniałą? To wybawca popędy ich zniweczy! On zwyciężając bój,uwolni ojczyznę kochaną Ten marazm pochłonął już wielu Więc powstań do walki rycerzu By wydrzeć co nam z bólem zabrane Z paszczy potwora wyciągnięte zostanie
{b}William Jeffrey Blokers{/b},cytat ze {b},,Snu o mieście zbolałych"{/b} tłumacz.Jan Misiu Kostropaty{/i}
Nazywam się Robert Lucas Gimmlen i jestem amerykańskim reporterem. Mieszkam z żoną i pięcioletnim synem w Pittsburghu w stanie Pensylwania.Na wstępie chcę zaznaczyć że tak jak w pewnym odsetku Amerykanów płynie krew galicyjska tak też i moja krew jest po części galicyjska,gdyż moi przodkowie pochodzili gdzieś z terenu XIX-wiecznej Galicji. W zawodzie reportera goni się za każdym nawet gównianym newsem,ale mnie od dłuższego czasu ciekawią problemy zwykłych obywateli.Przez jedną z osób poszkodowanych przez los zostałem nawet nazwany cudotwórcą.Jednak piszę tutaj do was w zupełnie innej sprawie,otóż od pewnego czasu prześladuje mnie na jawie i śnie pewien koszmar,który rozbudował się w pewną historię.Nie wiem jak się to skończy,ale proszę was byście o mnie nie zapomnieli w modlitwach.Dzięki pomocy kilku osób jestem w stanie naszkicować wam część tych wizji, które stały się tak realne, że są teraz częścią mojego życia.Wizje te rozpoczęły się po mojej wizycie w Polsce i ciągną się aż do tej pory.Na samym początku przedstawię pokrótce zarys miejsca w którym się niejako znalazłem.
Początek XXI.Polska.Dawna Galicja.Czas transformacji ustrojowej. Jesteśmy we wsi Dziadowo (niem.Greisberg) w której do teraz widać nie tylko pozostałości czasów komunistycznej smuty, ale przede wszystkim spuściznę ,,naszego kochanego" cesarstwa austriackiego (rządzonego wówczas przez ,,naszego starego pierdołę''). Wieś w której się znajdujemy jest duża i ludna (kiedyś była miastem,lecz w zawierusze dziejowej utraciła prawa miejskie a do dziś jest przez mieszkańców zwana Dziadowo City ),ale przede wszystkim jest to słynna miejscowość letniskowa, gdzie prężnie działają gospodarstwa agroturystyczne i uzdrowisko pitnych wód. Do miejscowości tej niczym baśniowi książęta i księżniczki zajeżdżają upadli dygnitarze, magnaci handlujący trefnym towarem czy zwykli sterani życiem ludzie, którzy mimowolnie stają się swoistego rodzaju kuracjuszami.Atrakcją wsi jest z pewnością budynek uzdrowiska mineralnego, górujący na jednym ze wzgórz otaczających centrum wsi. Inne ciekawe obiekty to stary park, cmentarz z kaplicą na jednym ze wzgórz, historyczne kamieniczki na rynku oraz piękne krajobrazy, niczym nie skażone lasy położone na wyżynie, jaskinie i czyste wody. Pięknie tu jest zwłaszcza w czasie babiego lata, wówczas masa ludzi przyjeżdża tłumnie, aby uczestniczyć w rozsławionych na cały kraj ,,spacerach wśród listowia''. Niestety codziennym widokiem jest wówczas zasmarkany pijak z butelką w ręce, koczujący pod starą gospodą (a tylko od czasu do czasu przemieszczający się w inne miejsce za pomocą ruchu pełzakowego),a także chłop małorolny w upapranych gumiakach i z widłami w rękach przechadzający się po wsi. Walory wsi to natomiast szerokie zaplecze; nie chodzi tyle o zaplecze hotelarskie i gastronomiczne co przede wszystkim o zaplecze wyposażone we wszelkiego rodzaju trunki. Większość mieszkańców tej zacnej ,,wsi'' albo się stąd wyniosła na dobre, albo pracuje zatrudniona w rolnictwie (chłopi, plantatorzy owoców i ziół przemysłowych oraz zwykła hołota)i leśnictwie (mam tu na myśli zwłaszcza tzw. ,,grupę kompanów'' Robina Hooda z lasów Sherwood ). Do wsi przyjeżdżają również chętnie ,,panowie profesorowie" aby prowadzić tu badania nad siatką głębokich powiązań społecznych w tym nad zachowaniem tutejszych schizofreników i tzw. wiejskich filozofów. Duży odsetek mieszkańców stanowią także pijący (czyt. miłośnicy mocnych trunków,broń Boże nie mylić z pijakami!), bezrobotni (czyt. miłośnicy dobrej zabawy),pedoły i zbóje (ci drudzy z przydomkiem ,,hardy agressive").Elitą wsi są tzw. bossowie, czyli producenci napojów odurzających (alkoholu, marihuany, haszyszu itd.).Jeden z nich Horsent Flovenbrait wybudował sobie nawet pałac na wzgórzu. Notabene pod tym samym wzgórzem powstało osiedle składające się z kilku wysokich kamienic będących niejako stylową kopią tego pałacu. Krajobraz wsi to nieużytki,lasy oraz grunty orne (zwane wertepami).Wśród upraw prym wiodą pola ziemniaków, pszenicy, chmielu, maku, rzepaku.Charakterystyczne są także poletka konopi indyjskich.
*
Część 22 / 2
Historia nie wyssana z palca.Relacja narratorów. Obudziliśmy się.Było już dobrze po dziesiątej.Miasto przywitało nas mgłą. Słońce nie zdołało się jeszcze przebić przez gęste opary niskich chmur, ale czuliśmy jego niepokojącą obecność. Idąc wzdłuż głównej promenady Greisbergu skręciliśmy za niewielkim kioskiem w prawo i weszliśmy w boczną uliczkę. I oto znaleźliśmy się w miejscu otoczonym złą sławą.To tutaj znaleziono martwego sierżanta rozszarpanego kiedyś przez wałęsające się psy.Uliczka, którą podążaliśmy zabudowana była z obydwu stron niewielkimi kamieniczkami i domkami jednorodzinnymi. Na końcu ulicy na niewielkim wzgórzu górował URZĄD.Maszerowaliśmy w jego kierunku. Doszliśmy do żelaznej bramy,której zawiasy nie były oliwione chyba od ostatniej wojny. Znaleźliśmy się na niewielkim placyku przed budynkiem.To tutaj stajemy się świadkami historii,która toczyć się będzie na naszych oczach.
MIEJSCOWY URZĄD ZDROWIA I POMOCY SPOŁECZNEJ POD PROTEKTOREM WÓJTA ZWANEGO JOKEREM
-Taka wywieszka wisiała przy urzędzie do którego wchodził pan Twardawy. Zaraz przy wejściu na schodach stał motor typu harley davidson, także z trudem można się było przecisnąć. Do siedzenia motorka została przykręcona śrubkami żelazna,pomalowana na czerwono ostrzegawcza plakietka z wizerunkiem czaszki i ostrzegawczymi napisami: NALEŻY DO L.M.BELZEBłUBA, PIEKIELNEGO ODŹWIERNEGO. NIE DOTYKAĆ POD ŻADNYM POZOREM!GROZI WYBUCHEM!!! Twardawy zdawał sobie sprawę z nieuchronności zbliżającej się konfrontacji z urzędnikami(których przeklinał w najgorszych koszmarach). Nasz bohater czuł się obywatelem drugiej kategorii,za tych z pierwszej uważał w pierwszym rzędzie biurokratów. Gdy jeszcze swego czasu popijał na festynach to często zawrotom głowy towarzyszyła niemoc i słabość oraz nienawiść do plugawego według niego zawodu. On upodlony,poniewierany przez mieszkańców leżał w błocie przed drzwiami lub w rowie,biurokraci zaś zajmowali pierwsze miejsca przy stołach i wygłaszali wielkie mowy na bankietach. Jednym z nich był Władimir Lezuch, który chodził na zabawy tylko po to by zabawić się hożymi dziewkamiprzy rytmach latynoskiej muzyki.Ludzie mówili że się mu udało,ale chodziły słuchy że przyczyną jego bogactwa był pakt ze złymi mocami.Obecnie przebywa w USA. Twardawy po przeanalizowaniu za i przeciw podjął odpowiednie kroki. Decyzja mogła być tylko jedna - idzie do urzędu. Zdał sobie sprawę że poddanie się akurat w tym momencie nie byłoby dobrym posunięciem. Poinformował bowiem najbliższych że udaje się po pomoc i nie może ich teraz zawieźć.Oni liczą na niego jak pies na sukę. Stara się dopuścić do siebie tylko to, że rodzina przymiera głodem a on się tu stawił wyłącznie po środki do życia.Chce zerwać z dotychczasowym życiem (kradzieże w sklepie,włóczenie,picie),bo wie że rodzina ma na niego haka i prędzej czy później go udupi. W dodatku jego najlepszy przyjaciel też ma go dość i zawsze gdy się z nim widzi wytyka mu to ,że opiera byt swojej rodziny tylko i wyłącznie na krętactwie i ciągłych stratach,czego następstwem jest natarczywe dołowanie siebie i płacz żony w piwnicy.Jeszcze inne zdanie ma teść,który już skreślił zięcia i chce go wsadzić za kraty,teściowa jednak go hamuje mówiąc,że i tak facet przegrał swoje życie. Naszemu bohaterowi towarzyszy też trochę pozytywnych emocji (czyli tzw.power); Koleś czuje ulgę, gdy przechodząc przez dzielnicę nędzy widzi żebraka co je ze śmietnika,wtedy to zdaje sobie sprawę że w jego życiu mogło być jeszcze gorzej i w głębi duszy serce mu się raduje, że tak daleko nie upadł. Na szczęście ostatnio Marcel dodatkowo znalazł ukojenie swojego bólu i braku zrozumienia w ramionach dziewczyny swoich marzeń,którą określa jako ,,świecącą latarnię w czasie upiornej nocy" czy ,,przystań, gdzie Bóg mu karze zacumować". * Powracamy po chwili nostalgii do naocznej relacji. Twardawy z trudem wyminął motor,który i tak jak na złość runął ze schodów powodując niezły hałas i rumor.Na szczęście maszyna nie wybuchła.Twardawy zdołał się wysilić na tyle by przesunąć maszynę na trawnik.Narobił w pory.Zawsze czuł że ma odruchy podobne do zachowania paranoika. Stres robił swoje.Twardawy zaczął panikować,napiętą sytuację nie rozładował nawet widok młodej pary raz to obmacującej się, raz to się kochającej przy najbliższym przystanku. Mężczyzna stał chwilę nieruchomo wpatrując się w ich ruchy, po czym odwrócił wzrok i szybko pokonał odległość dzielącą trawsko od drzwi wejściowych do budynku.Otwierając je ruszył żwawo przed siebie.W międzyczasie minął się jeszcze z nieźle narąbanym gościem,po czym wlazł już na spokojnie ciężkim krokiem do urzędu.Miał przed sobą niewielki hol. Rozejrzał się chwilę po czym otworzył pierwsze drzwi z brzegu(trzeba zaznaczyć że nie było na nich żadnej informacji ani oznakowania) i wszedł do środka. Wnętrze znamionowało że jest to jakiś gabinet lekarski natomiast nie można było tego powiedzieć o pewnym gostku,który grzebał w papierach poniewierających się po podłodze.Facet ten ubrany był w stary postrzępiony frak a szarą koszulinę przyozdobił białą muszką.Włosy niedbale zaczesane do tyłu falowały przy uchylonym oknie.Marcel T. postanowił zwrócić mu uwagę. -Hrrrrmmm.- chrząknął. Mężczyzna obrócił się w kierunku petenta.Popatrzył się krzywo na jego buzię,po czym wstał a odsunięte krzesło przybliżył z powrotem do biurka.Zwalił się ponownie na nie i zakładając nogę na nogę zaczął siarczyści klnąc.. -Co się kurwa…... dzieje, czego dupę zawracasz.-obraźliwym tonem zwrócił się do petenta.Popierdoliło cię... -Szukam tylko pokoju gdzie mogę prosić o pomoc.Chodzi mi o dożywianie.Rodzina wiąże koniec z końcem. -Czekaj!ja cię znam!to tyś mi kiedyś zajechał drogę, o mało nie wylądowałem w przepaści..Gdzie to było.? A już wiem w strtasznym lesie.Nie wiem co ty tam robiłeś o 10 w nocy.Ale miałem wtedy pietra.Ho,ho ale się działo.Teraz nadarza się okazja żeby ci naubliżać. Twardawy kręcąc się nerwowo zaczął się obracać to za siebie to przed siebie,po czym odezwał się do gostka. -Proszę mi pomóc,mam problemy z psychiką,boję się iść dalej,mam drgawki i daleko nie ujdę. -Że co? nie możesz iść dalej.O co ci kurw.. chodzi. -Oni mnie obserwują,śledzą. -Kto? -Rodzina. -Czemu? -Domagają się papu.Zarżnęli już kota na dachu.Proszą o więcej. -Ja tu tylko sprzątam dziadziu.A po za tym nie masz przy sobie numerka.Gadaj gdzie masz numerek? -Nie dostałem. -To won mi stąd. -Według mnie nie jest pan jakimś tam sprzątaczem tylko panem doktorem a poza tym jest pan bardzo niemiły.Dlaczego? Doktorek zaczął się głośno śmiać aż zrobił się purpurowy.Dopiero po dłuższej chwili podszedł do niewielkiego okna i wyjrzał przez nie.Łapał powietrze jak ryba.W międzyczasie zaczął gmerać po kieszeniach w poszukiwaniu papierosów.Znalazł tylko stare opakowanie po fajkach i w geście triumfu podniósł do góry rękę.Okazało się że w paczce był pomięty skręt.Zapalił go zapałką.Buchnął dym.Doktorek mocno się zaciągnął, po czym usiadł za biurkiem i rzekł: -Podobasz mi się.Robisz w jakimś kabarecie? -Nie.Pan mnie ignoruje.Pan mnie ma za nic. -Cholera, denerwujesz mnie kurwa. Wy-pierd…alaj.. bo zaraz mam konsultacje ze studentami, którzy piszą ważną pracę magisterską.Muszę być wtedy w najwyższej formie,więc mnie nie przemęczaj.Please.?... -OK! Klient widząc że nic nie wskóra zaczął kierować się ku wyjściu. Doktorek zaś obrócił się jeszcze wokół własnej osi po czym wystawiając środkowy palec krzyknął w kierunku petenta: -Żebym cię tu więcej nie widział, bo marny twój los. Klient dygocąc na całym ciele pospiesznie opuścił gabinet i znalazł się na korytarzu.Przystanął chwilę, po czym rozglądając się,zauważył że z jakiegoś pomieszczenia wychodzi stare babsko z zaparzoną filiżanką kawy lub jakichś indiańskich ziółek.Nasz bohater zbliżył się do kobiety. -Przepraszam panią.Mogę się dowiedzieć gdzie tu może być pośrednictwo skarg i petycji. -Pokój numer 18 na I piętrze - odpowiedziała grubiańsko acz zdecydowanie kobieta. Twardawy ruszył jak z kopyta,ale tak szybko jak ruszył tak szybko się zatrzymał i odwrócił w stronę kobiety i zagadnął: -A jest tu gdzieś jadalnia? -Jest bufet. Przejdziesz pan obok kibli i w prawo.-pokazała ręką w przeciwnym kierunku w jakim podążał dotychczas Twardawy. -Thank..-Twardawy zamarł w pół słowa a kobieta pytająco uśmiechnęła się do niego od ucha do ucha.Zdawało się mu że trzyma w ręce brzytwę. Od tego momentu Twardawy miał problem z orientacją,zaczęły mu się zwidy,śnił na jawie,i wreszcie całkiem zgubił cel podróży.Dopiero po chwili powrócił do rzeczywistości.Był spocony jak kura. Siedział na klepisku.W ręce trzymał ogon szczura. Z wrzaskiem odrzucił go na bok.Narrator, który czuwał przy bohaterze ,otrzymał cios w głowę,dlatego teraz skorzystamy z relacji,jaką zapisał Twardawy w swoim dzienniczku,a który został odnaleziony w ściekach przez studentkę.Już teraz dzienniczek stał się bestsellerem. ,,Kiedy się otrząsnąłem miałem świadomość że znajduję się w jakiejś ciemnej piwnicy.Po ciele przechodzą mi ciarki, uwierzcie mi czuję się wtedy fatalnie.Całe życie przeleciało mi przed oczyma.Język przyschnął mi do gardła,serce chciało się wyrwać z piersi,by zatańczyć kankana. Czułem mrowienie w kończynach.Chciałem znowu usnąć i znaleźć się w rowie lub w przytulnej szopie na sianku. Jednak tylko ciemność mi majaczyła przed oczami.Śmierdziało stęchlizną,szczynami oraz wyziewami z pod ziemi i czymś jeszcze.Odór był okropny.To nie była sielanka.Było zimno,mokro, był grzyb,pajęczyny i...gostek w kącie. Zauważyłem go gdy narobił hałasu rozbijając butelkę. Z trudem powstałem i zbliżyłem się do niego. Był to gość chudy,dość tajemniczy.Musiałem kilka razy szturchnąć nogą aby się wreszcie odezwał.Pytałem go co tu robi.On odpowiadał że leży i czeka. Wtedy kopnąłem go w głowę. Nabrał wówczas chyba wigoru bo zaczął mówić że czeka na kogoś.Pytałem się jak mogę trafić do bistro, a on tylko robił miny,ukrywał głowę w materacu,wówczas chwyciłem jego głowę oburącz,spojrzałem mu w oczy i po dobroci powiedziałem: - Gdzie jest kuźwa bufet! Jego twarz wyglądała okropnie,nie wyrażała żadnych emocji;skóra i kości. - Tam. - odburknął i ruchem głowy wskazał drzwi naprzeciwko. - Tam pójdziesz.- i ukrył głowę w dłoniach. -Co się dzieje - rzekłem i chwyciłem go za przegub ręki.-Mów - zacząłem nią potrząsać. -Idź coś zjeść - głos się mu łamał.Czułem że nie mówi prawdy,że coś ukrywa. odsunąłem stare kartony jakie zagrodziły mi dojście,a następnie odrzuciłem stary mebel od drzwi.Po wszystkim kopnąłem je z całej siły.Puściły z brzękiem.Znalazłem się w jakiejś prymitywnej klatce schodowej.Schody i barierki zrobione były z starych desek.Poszedłem do góry.Tu były kolejne drzwi.Chwyciłem klamkę.Znalazłem się na korytarzu,poczułem zapach gotowanych ziemniaków i zapiekanek.Zobaczyłem dziecko,. Pewnie zgubiło się matce i teraz z zgubiło matce i teraz z rozpaczy lamentowało.Dlatego mnie nie zdziwiła jego blada cera i podkrążone oczy. Spytałem gdzie bufet a on kiwnął małą główką w kierunku obrotowych drzwi na końcu korytarza." Z tych obrotowych drzwi wychodzi narrator,opatrzony przez który odzyskał przytomność -Następnym razem będę musiał wziąć ze sobą GPS-a. Buahhaa..-roześmiałem się gorzko. Po czym zbliżyłem się do wahadłowych drzwi wskazanych przez woźnego. -O!nowy wynalazek techniki.-powiedziałem do siebie. Natarł na drzwi i znalazłem się w przestronnym wnętrzu.Od razu w oczy rzucił się mi gość z wahadełkiem ,który był trzymany przez dwóch rosłych mężczyzn.Zza lady dogryzał mu barman". Był jeszcze jeden stolik.Przy tym stoliku,siedziałem ja, narrator tego opowiadania.Już w pełni sił, opatrzony przez pielęgniarza obserwowałem rozwój wypadków,popijając colę z tonikiem. W tym czasie wspomniany przeze mnie gość z wahadełkiem popatrzał wytrzeszczonymi oczyma na Twardawego i rzekł: -Tu jest zło,czuję to,miałem okropne wizje. Po Twardawym przeszedł dreszcz. Zbliżył się on szybkim krokiem do kucharza-barmana i uderzając pięścią w stół pisnął: -Chcę kawałek kapłona na wynos! Barman nadal uśmiany całą sytuacją zaczął grzebać wśród resztek jedzenia pod ladą. -Masz pan - wyciągnął z pod niej zimnego kurczaka.-Został po wczorajszej wizycie VIP-ów. Twardawy rzucił małżeńską obrączkę i chwycił pieczeń, po czym szybko opuścił kawiarnię.Po chwili rozglądając się ruszył w kierunku wyznaczonego celu - sali numer 18, po drodze delektując się miękkim mięsem kapłona... Minął korytarz i stanął przed starymi, dziwnie wyglądającymi schodami. -To jest chyba tutaj - rzekł i ruszył schodami trzymając się ściany. Po chwili znalazł się wewnątrz jakiejś dziwnej sieni wypełnionej kłębiącym się dymem.Od razu jego uwagę zwróciło kilka socrealistycznych obrazów na ścianie oraz cztery zapalone świece ustawione w kątach pomieszczenia.Na jednej ze ścian wprawione były dębowe drzwi,będące prawdopodobnie wejściem do biura urzędnika.Twardawy zastanawiał się nad źródłem mgły.Odpowiedź przyszła szybciej niż myślał.Jego wzrok padł na środek sali gdzie powoli z wszechogarniającego dymu wyłaniała się jakaś czarna beczka.Zdał sobie sprawę że dym to nic innego jak opary pochodzące z tej właśnie beczki.Okazało się że to nie jest zwykła beczka,ale kocioł w którym wrze smoła.Kocioł nabrał śmiesznego żeby nie powiedzieć patetycznego wymiaru,pełniąc jakby funkcję monumentu na środku niedużego placu. TWARDAWEMU ZACZĘŁO ĆMIĆ SIĘ W OCZACH. Nie czuł się dobrze.Oparł się więc o najbliższą ścianę i mocno kurczowo trzymając się przymocowanej do ściany plastikowej obręczy zaczął wymiotować.Na moment wydawało mu się nawet że zasłabł. Podniósł po chwili ciężką od bólu głowę i zaczął się rozglądać.Wnętrze nadal było wypełnione kłębiącymi się oparami,ale teraz to już nic nie było widać na odległość dwóch łokci.Wtedy spojrzał w kierunku przeciwległego kąta.Po lewej stronie od niego wydzielono niewielki kibelek z sedesem i kranikiem zaś obok niego ustawiono starą dębową zetlałą szafę. Po prawej stronie zaś znajdowały się wieszaczki,na których wisiała jakaś kapota.Twardawy zaczął szukać wzrokiem właściciela tej dzianiny. Nieopodal wieszaka było poustawianych kilka stołków.Na jednym z nich Twardawy dostrzegł kręcącego się pewnego typka,który ostro zawodził i wzdychał.Nasz bohater po cicho niemal po omacku zbliżył się do gościa,po czym chrapliwym głosem zagaił: -Mogę się przysiąść. -A siadaj pan - zdziwiony klient podał mu stołek jedną ręką,drugą podpierając się laską zrobioną z żelaznego pręta. -Jestem Marcel Twardawy ,dla przyjaciół Marcelino. A jaka jest pana godność jeśli można wiedzieć? -Patałach.Jerzy Patałach. -Znałem jednego Patałacha,był filantropem,społecznikiem. -Sąsiad mojej matki też tak się nazywał, był miłosierny dla słabszych,zwłaszcza porzuconych dziewcząt.Nomen omen to byłem jednym z wielu dzieci w niedalekim sąsiedztwie jakie otrzymały zaszczyt noszenia jego nazwiska.Do teraz zadaję sobie pytanie dlaczego później nastąpiła w nim taka zmiana i zaczął rzucać się na psy,koty i inne zwierzęta. -A widzisz,nawet do tego doszło. -Nie chcę o tym rozmawiać. -Ach tak.Dobra nie zmuszam.Zresztą co innego mnie teraz nurtuje...Nie wiesz przypadkiem co tu robi ten kocioł ze smołą.-Twardawy wskazał ręką na środek poczekalni. -A kto to może wiedzieć.Wiem tylko tyle że gościu - urzędas przy nim coś majstrował.W dodatku gostek ów kazał mi tu siedzieć i pilnować tego dziadostwa.Sugerował mi jeszcze przy tym że jestem jakimś jego cerbrem...A może chodziło mu o psie bobki??... -Chyba jednak miał na myśli cerbera,trzygłowego psa z hadesu.-odezwał się Marcel T. -Panie nie!!-rzucił Patałach po czym dostał nagłego oświecenia umysłu czego skutkiem był wytrzeszcz oczu.Zdziwił się własną głupotą. -A może nawet.Gość mówił przecież coś o odwiecznej otchłani,ale o hołdesie nic nie wspominał. Patałach ciągle kręcił się na krześle jakby miał owsiki,niestety powagi nie dodawało mu też grymas twarzy i tiki nerwowe. -W takim razie musi to być niezły dziwak z tego urzędasa.-odezwał się Marcel. -Widzi pan ja też nie jestem całkiem normalny -mówiąc to Patałach wyszczerzył zęby w upiornym grymasie.- Ale na tyle normalny żeby mieć choć krzty dobrych manier. Twardawy zaczął się rozglądać i patrzeć na zegar zawieszony na ścianie tuż nad swoją głową. -Długo pan czeka?,bo widzę że nie czuje się pan dobrze.-odezwał się naprawdę zmartwiony Marcel T. -Panie ja tu nieraz nawet mieszkam.Nocami rozkładam karimatę na posadzce i zasypiam. -Ach tak.A próbował pan wejść do środka? -zapytał z niepewnością Twardawy,pokazując ręką w kierunku drzwi do gabinetu? -Wejść, wejść, wejść…-zwerbalizował swoje myśli Patałach.-Nie radziłbym nikomu,ale jeśli masz taką wewnętrzną potrzebę..to proszę wchodź. Twardawemu zaczęły już łzawić oczy, bowiem opary gotującej się smoły działały na nie drażniąco. Twardawy dobrze wiedział że o urzędzie w okolicy chodziły dziwne słuchy,mówiono jakoby straszyły tu duchy.Podobnoć była nawet sytuacja że ewakuowano cały urząd, bo jakiś gościu na znak protestu obwiązał się materiałami wybuchowymi z zainstalowanym zegarem i zamierzał zrobić niezłą rozróbę za pomocą karabinu maszynowego ... Niestety tylko w tym miejscu dało się załatwić cokolwiek,dlatego M.D.Twardawy żwawym krokiem zbliżył się do dębowych drzwi stając oko w oko z pokojem numer 18. Pokój ten był rzadko odwiedzany przez tubylców.Miał złą opinię.Był jakoby miejscem przebywania złych mocy,przybytkiem czarownic,zjaw,straszydeł,upiorów. Na drzwiach do biura znajdowały się wywieszki (bądź jak kto woli świstki papieru do ucierania du...). Pierwsza dużych rozmiarów przedstawiała następującą wiadomość:
URZĄD POTRZEBUJE CZŁOWIEKA DO POMOCY DLA URZĘDNIKA.SZUKAMY PALACZA Z DOŚWIADCZENIEM.PRACA LEGALNA OD ZARAZ !!! SOWITE WYNAGRODZENIE!!!
Tak brzmiało ogłoszenie zachęcające do podjęcia pracy przez potencjalnych kandydatów. Druga kartka ledwo trzymająca się drzwi opadła na ziemię.Twardawy nie patrzył już na nią i raźnym krokiem (co w odniesieniu do jego niedawnych wybryków żołądkowych i neurologicznych może wydawać się co najmniej nie na miejscu)wszedł do pomieszczenia.Jego oczom ukazał się przestronny pokój,którego wyposażenie stanowiły dwie staromodne szafy oraz czarne imitujące heban biurko.Przy nim zaś zauważył typka,który rozwarł w kierunku drzwi wejściowych paszczę i zaczął przeraźliwie drzeć się na całe gardło. -Cofamy się!Cofamy się!W tył zwrot! Twardawy patrzył się na urzędnika jak wół na malowane wrota.Urzędnik zaś trzymał się jedną ręką za za głowę,drugą zaś wywijał przedmiotem przypominającym kociubę. -Proszę wyjść!. Nie umiesz pan czytać . Jeszcze dwie minuty do otwarcia. Na zewnątrz jest stosowna wywieszka !!- Wrzeszczał i kwikał wywijając kociubą i podniesionym z biurka papierzyskiem. -Jaka wywieszka…chyba świstek papieru walający się po podłodze ? -To jest tablica ogłoszeń i przetargów pod patronatem mojej skromnej osoby,ty bencfale!Chcesz abym ukłuł cię widłami. - Urzędnik czerwieniąc się tracił już nerwy. -Ty jesteś diaabełeem? - zaczął dygotać klient. Na głowie urzędas miał beret, zaś na siebie założył kolorowy surdut (na nim miał przypięta przybrudzoną plakietkę z inicjałami L.M. Belzłebub). Rozpięta koszula ukazywała obfite owłosienie na klatce piersiowej. Wygląd miał raczej nieprzyjemny.Urzędnik trzymał ręce w kieszeni(coś tam chował). -Wynocha dziad.- wrzasnął. Na głośny kwik diabła klient zareagował wywróceniem się o stertę kartek i staroci rozwalonych po podłodze. -Pójdziesz do diabła zafajdany petenci, ile razy mam powtarzać że dla takich jak ty moje usługi nie istnieją - czort gadał jak najęty.-Nie stosujesz się do regulaminu, przez ciebie mogę stracić dotacje z Unii. -Ja nie chciałem, przepraszam to się więcej nie powtórzy..Następnym razem będę przychodził o punktualnej godzinie. -Nie będzie następnego razu, wypierdalaj.....Czort wyciągnął z kieszeni surduta jakiś ostry przedmiot.-Gdzie masz kwiaty pytam się?Gdzie masz whisky pytam się? Wiesz o tym że ci,którzy się nie stosują do regulaminu muszą ponieść karę. -Niestety ma pan rację. -To o czym rozmawiamy. W trakcie gdy przemawiał jeszcze czort, zaczął do biura wchodzić cicho na paluszkach drugi petent, który już się nie mógł doczekać wizyty. Wszedł do pomieszczenia po czym cichutko zamknął drzwi i od razu ustawił się pod ścianą. -Co u licha chciałeś koleś?- zapytał lekko zdezorientowany L.M.Belzłebub. -Chciałbym załatwić podanie …- Odpowiedział. -Musisz pan poczekać-diabeł podłożył mu stołek i ciągnął dalej, tym razem słowa kierując ku nowo przybyłemu.-Słuchaj ten frajer nie stosuje się do regulaminu a to jest wielkie przestępstwo.Będziecie facet musieli zepchnąć tego pedzia inaczej ni hu,hu.Dwóch naraz nie przyjmuję.A już na pewno nie tą ciotę. Nowo przybyły zwany Fredem zerwał się ze stołka i ruszył szturmować Twardawego. -A proszę bardzo! zjeżdżaj stąd zafajdańcu - krzyknął Fred - nowicjusz (naprawdę nazywał się Jarmuz) w kierunku Marcela T.,zręcznym chwytem chwycił go za nogi i wyciągnął na zewnątrz.Marcel Twardawy ile starczyło mu sił to się opierał,ale przyszła kryska i na Matyska. Fred nie zamierzał się z nim bawić a tym bardziej droczyć i po namyśle chwytając go za kołnierz wepchnął do wielkiej dziury znajdującej się w kiblu,a następnie zamknął drzwi do niego prowadzące, które zabarykadował starą szafą.Po tym wszystkim odetchnął z ulgą,zbliżył się do drzwi gabinetu i zaczął nimi szarpać. Były zamknięte. Na jego palcach pojawił się za to czarny osad. Otrzepał ręce i zbulwersowany zaprotestował... -Co u diabła. Zamknięte? spróbuję jeszcze raz.-ponownie chwycił za klamkę i wręcz próbował ją wyrwać skacząc na drzwi obiema nogami.Zrezygnowany opuścił głowę i głośno zaświadczył: - No nic zobaczymy czy jutro będzie otwarte. - Gdy odchodził od drzwi, w dziurce od klucza słychać było zgrzyt.Drzwi się otworzyły i ukazał się w nich nasz kochany biurokrata. -A pan gdzie? Proszę, proszę wejść, jeszcze otwarte. -Przecież… -Zatkaj mordę i wchodź… Licho wypowiadając te słowa trzymało w ręce nóż rzeźnicki i skrobało nim plaster słoniny,potem podrapał się nim po brodzie i spytał: -Więc chce petent podanie.Zaraz poszukamy.-Obaj weszli do środka po czym czart zaczął szperać w stercie zgrzybiałych dokumentów porozwalanych po licznych szufladach i po półkach. -Ale u pana jest porządek?!…-rzekł zafascynowany Jarmuz. -No staram się jak mogę... -Pomóc panu? -Przestańmy z tymi panami,jestem Belzłebub. -Kto u diabła? -Diabeł może być.Zwą mnie też czarodziejem.Je suis Le fantastique magicien. Diabeł zalał kawę do filiżanki i upił jednego łyka.Podkręcił na cały regulator radio. -Możemy przejść do rzeczy? -Zamieniam się w słuch. -Chcę podpisać cyrograf, opiewający na sumę trzech oboli.Zawarta jest w nim klauzula odstępnego. -Co masz na myśli mówiąc cyrograf? -Umowa? -Dobra mów dalej. -Panie mam dużo pieniędzy.Mam znajomości.Mogą pana zwolnić na każde moje skinienie. -Ach!jest pan biznesmenem.A więc o co chodzi. -Przyszedłem załatwić dla siebie drugie życie.Napytałem sobie biedy.Grożono mi śmiercią!... -No tak.Rzeczywistość życie to nie gra komputerowa.W niej się ma i po pięć żyć. -No więc. -Ciężko będzie.W tym roku skończył się przydział na drugie życie. Diabeł zapalił papierosa po czym podał paczkę biznesmenowi. -Szluga? -Dzięki mam swoje.Kubańskie. -Hmm.. -Proszę coś powiedzieć.Zaproponować. Diabeł popatrzył na zegarek. -Przerwa obiadowa!.. -Panie mam trzy córki....Jedna może być twoja. -Dobra zacznijmy od tego że na ten moment mogę panu zaoferować tylko aniołka. -Ach tak! a kto to? -To taki duszek,który będzie czuwał żeby włos ci z głowy nie spadł. -Biorę. Diabeł odpakował kanapkę. Jarmuz się żachnął. -A jeszcze jedno.Kolega prosił mnie żebym pana pozdrowił.Miał spore wątpliwości co do pana kompetencji, miał fatalne zdanie o pana umiejętnościach, krótko mówiąc zawiódł się na panu,źle pan go zaspokoił... Diabeł zaczął się nerwowo kręcić. -Więc pan już wie o moich.. -Tak,podobno dał mu pan puszkę pandory zamiast rogu obfitości. -A to oto chodzi.-odetchnął. -Życzył panu żeby się pan smażył w piekle . -To dla mnie nie nowina.Wielu mi to mówi. Jarmuz zaczął się nerwowo kręcić na krześle.Co chwila wpatrywał się w szafę.Coś go tam zafascynowało. -O!co to pan ma na szafce?Czy to nie jest przypadkiem kwiat paproci? -Panie to niezapominajka.Nie poznajesz. -Przyganiał kocioł garnkowi.Mogę się założyć że to kwiat paproci.-Jarmuzowi dopisywał humor. Diabeł wytrzeszczył oczy.To spojrzenie pozbawiło Jarmuza pewności siebie. -Muszę wziąć ze sobą następnym razem okulary.Wzrok mi szwankuje.-Jarmuz przyznał się do pomyłki. -Dobra!Musisz wypełnić podanie -diabeł pokazał ręką w kierunku jakiegoś dokumentu.-Później na nazwisko widniejące w podaniu zostaje wystawiony cyrograf,ale niestety do podania należy dołączyć załączniki; pismo od notariusza, testament, zaświadczenie o niekaralności, zaświadczenie o poczytalności,wódkę,a także dla wiarygodności okazać dowód osobisty. Jarmuz nie czuł się komfortowo tym bardziej że w ,,gabinecie''zaczął się tlić stary dywan oraz unosił się zapach siarki.Urzędnikowi zaczęły wyrastać różki, które stawały się coraz większe.i większe..Na cielsku urzędnika zaczęło pojawiać się owłosienie (zwane miechem albo kudłami). -Panie tu się pali!Nie przechodził pan kursu przeciwpożarowego? -Siadaj na dupie i głośno oddychaj.To omamy. ,,Fred" z ciężkim westchnieniem siadł na stołku. -Czy ma pan może jakiś sok.-zapytał. -Oj… nie będę miał. -Czy mógłby pan w takim razie otworzyć okno. -Proszę ja ciebie nie ryzykujmy,a nuż mnie albo pana zawieje i co wtedy?Pójdę z torbami.
Nastąpiła cisza w czasie której diabeł patrzył na klienta a klient na czorta. -Proponuję panu podpisać wstępny cyrograf, który zastępuje niejako załączniki, zasada jest jedna musisz mi pan oddać wszystkie pieniądze jakie zgromadziłeś na koncie w banku. -Tu dzieją się złe rzeczy.Czy nie miał pan do czynienia z jakimiś ciemnymi siłami.Bo podobno chodziły słuchy... -Dupa Jasiu pierdzi Stasiu...Panie to są bujdy i tyle.Popisujesz bo czas mnie goni.-licho wbiło długiego paznokcia w kawałek pergaminu,który próbował zlecieć z blatu biurka.-Ty jak ci tam miernoto czy inna cioto,słyszysz co mówię?..No właśnie! nie znam pana nazwiska.Jeśli nie poda mi pan swoich danych to nici z naszej umowy. -Jestem Jarmuz.Dla przyjaciół Fred. -Dobra Fredzie zgadzasz się na te warunki. -Muszę się zastanowić.A kiedy dostanę duszka.Co z tą umową? -Panie to się łączy.Pan mi dajesz konto,jako załącznik,później umowa z duszkiem.Zgoda? -Muszę to omówić z żoną. -Wóz albo przewóz.Decyduj się capie. -Dobrze…chcę to podpisać...Ale zastrzegam sobie duszka.I mam nadzieje że nie pomylisz go z Dusiołkiem. -Grasz na zwłokę to widać.Masz tu to o to papierzysko i podpisujesz…Bo inaczej podejdę do ciebie i siłą tą twoją zasraną ręką nabazgrolę podpis. -Pieprz się.Sam sobie poradzę. Jarmusz zobaczył że na biurku obok lampy naftowej leży jakaś stara legitymacja partyjna PZPR a w niej widnieje zdjęcie naszego kochanego urzędnika.Na raz Jarmuszowi zebrało się na płacz i ze łzami w oczach odezwał się do ,,czarta": -Dlaczego mnie tak traktujesz.Czy każdego masz tak w głębokim poważaniu? -Koleś nie podoba mi się twoja owrzodzona morda. -No może nie jestem piękny,ale ty też nie grzeszysz urodą. -No,nie takimi odzywkami to masz w pysk.Teraz wbiłeś sobie ostatni gwoźdź do trumny. -Kim ty w ogóle jesteś?-ze strachem w oczach rozglądając się po gabinecie zapytał Jarmuz,zwany przez czorta capem. Czort począł się zbliżać do biurka i śpiewając chrapliwym acz wesołym głosem nucił już piosenkę. -Czort mi na imię, Licho się nazywam. Przepraszam i dziękuje ja tych nazw nie używam. Po chwili zręcznym manewrem wydostał z szafki widełki choć nie był wielkie,za to bardzo ostre. -Jestem stworem z piekła rodem.-śpiewał dalej zbliżając się do ,,Freda" Jarmuza. Zobacz to są widły moje. Dotknę nimi ciała twego. Padniesz tutaj na kolana. Jeśli nie podpiszesz ze mną sztama,.....
-Już nie będę pił tyle co wczoraj.Matka od najmłodszych lat mi powtarzała żeby nie pić alkoholu z niepewnego źródła.Teraz mam za swoje.-Jarmuz trząsł się niczym osika.Już zaczynał gadać do siebie.-Słyszałem że gdzieś u kolegi w starym zamczysku działy się takie cuda niewidy.Tam też ponoć były jakieś zjawy czy zmora.Ale tutaj? -Podpisujesz to?,bo cię dźgnę.-diabeł obudził Jarmuza z odrętwienia. -Chcę wyjść do ubikacji? -Ale masz wymagania. Po co stawiasz trudności? -Chcę załatwić potrzebę. -Ja cię zaraz załatwię…- piekielny odźwierny czerwieniąc się przeraźliwie zaczął piszczeć. -Maa.. paan tu apa-rat telefoniczny.-pod klientem zaczęły się uginać nogi, ręce odmówiły mu posłuszeństwa, nie mógł wydobyć głosu z gardła. -Tak.Mam.-odezwał się urzędnik i otwierając szufladę pod biurkiem wydobył telefon z kablem bez wtyczki. -On działa? -Jak najbardziej. -Mógłby pan w takim razie nie podsłuchiwać.-zrozpaczonemu klientowi zaświeciła iskierka nadziei. -Proszę dzwonić ja zamknę oczy. -Dobrzee...bęędę wdzięczny. Jarmuz wykręcił numer telefonu. -Proszę z posterunkiem policji.-Słychać było urywany sygnał.-Niech to szlag. Diabeł jedną ręką zatkał oczy a drugą buzię.Z jego ust wydostawał się odgłos sygnału urwanego połączenia. -No,proszę niech się ktoś odezwie.-Jarmuz płakał. Zadzwonił jeszcze trzy razy, po czym rzucił telefonem w ścianę. -No rzesz kurna.Nie działa. -Co się stało.-zatroskany czart otworzył zaspane oczy. -Muszę zażyć lekarstwo,ale brakło mi tabletek.Mogę do apteki? -Panu to potrzeba teraz melisy,musi się pan uspokoić,nie myśli pan trzeźwo. -Daj mi pan spokój-po twarzy Jarmuza popłynęły łzy. -Śmiech na sali...Jest pan żałosny.-diabeł wesoło kiwał głową. Tymczasem z kibla jakimś cudem wydostał się drugi poturbowany klient i rzekł do siebie: -Ja się rozprawię z tym pedałem, zrobię zadymę!zgłoszę to na policję !wezwę rodzinę !!!. Przecież nie na wyrost nazywam się Mr Twardawy.-dobitnie krzyknął Marcel T. Ruszył szturmem na drzwi gabinetu... Nagle z wrzaskiem ustąpiły pod jego naporem... Twardawy nie zdołał się nawet ruszyć a Jarmuz już uczepił się jego płaszcza i zaczął go całować po rękach. -Ratuj błagam cię, ratuj mnie przed nim.-Jarmuz wskazał na Belzebłuba. -Boisz się mnie,co?-zadrwił Twardawy. -Wiem że przez całe życie miałem wszystkich w głębokim poważaniu,ale teraz to się zmieni,rozdam wszystkie bogactwa ubogim,zmienię się, obiecuję!- głos Jarmuza zmienił się nie do poznania. Lamentował. Dodatkowo musiał włożyć sporą energię w każde wypowiadane słowo. Tymczasem czort podbiegł do Twardawego. -Denerwujecie mnie,to nie tak miało być...Prosiłem kiedyś ciotkę żeby opowiedziała mi bajkę o starej szkapie,ale ona uparła się że opowie mi o starym bydlaku.Tak samo jest z wami.Proszę jednego to wchodzi drugi.Proszę następnego,to się jeden z drugim pieści.Na dodatek pierwszy sam zdążył się jeszcze w międzyczasie nieźle obsłużyć w łazience to teraz wraca po swoją zgubę.No takich pedałów co się pieszczą to jeszcze nie widziałem na moje oczy.Może byś go już puścił,wcześniej żeś go w kiblu posuwał to może starczy,no nie?Sam pomyśl co za dużo to niezdrowo.-Licho spojrzał w kierunku Jarmuza,który wciąż kurczowo trzymał się wycieranej marynarki Twardawego,po czym wzrok przeniósł na Twardawego. -A ty co tak stoisz na baczność?W kiblu się obsłużyłeś to teraz duma rozpiera. Niedoczekanie twoje. -Rogaty urzędnik jedną ręką chwycił Twardawego a drugą sięgnął do komody i wydobył z niej nóż kuchenny,którym już po chwili zaczął dźgać klienta tak jakby trenował fechtunek, wrzeszcząc przy tym: - a masz!, a masz! W międzyczasie Fred próbował zagłuszyć ostatnie krzyki Twardawego swoim zawodzeniem.. Po chwili Twardawy osunął się na jego rozdygotane kolana.Fred narobił w pory. Teraz na ciebie pora - krzyknął diabeł do capa-Freda. -Chcę podpisać! to moja ostateczna decyzja. -To podpisuj cudaku i przygotuj się do dźgania. Te chwile przyjemności zakłóciło pukanie do drzwi. -Kto tam znowu.- diabeł wnerwił się nie na żarty. Drzwi się otworzyły i stanęła w nich nędzna i żałosna kreatura. Był to książę z bajki o wzroście karzełka z jedną nogą dłuższą od drugiej oraz szkaradnej pomarszczonej twarzy. W ręce dzierżył berło z papieru a na głowie czapkę z baraniej wełny.Ubrany był w biały fartuch,który przy jego wzroście wyglądał niemal jak płaszcz królewski. -W pizdu-krzyknął urzędas- jazda mi stąd! nie widać że jestem zajęty. Księciuniu nie zważając na to zaczął mówić swoją gadkę. -Ja w sprawie ogłoszenia o pracę-zachichotał karzeł. -Co się kur..a cieszysz.Siadaj na dupie !!!-darł się Belzebłub - I nie denerwuj mnie. -Mogę na krześle-skromnie zapytał karzeł. -Nie na podłodze, o! tam w kącie. Krzesło dopiero co kleiłem. Jarmuz podniósł głowę zza biurka.Książę znów zachichotał. -A co to -zdziwiony książę pokazał palcem w kierunku zwłok Twardawego. -Nie interesuj się. -Wyluzuj.-Książę w swoim stylu wstał i zbliżył się do czarta. To co zobaczył wstrząsnęło nim do głębi urzędas leżał na Twardawym.Jego ręce zagłębiły się w wnętrznościach klienta. Obok nich po turecku siedział Jarmuz i zawodził. Książę rzucił się na urzędasa,ale ten tylko zaczął się szyderczo śmiać. -Ty masz ogon jak u kozy!!!- książę z przerażenia się zająknął. -Jesteś dowcipniś. Może chciałbyś określić konsystencję włosia. -A mógłbym? - zapytał książę, nie zdając sobie sprawy co w ogóle mówi.. -Nie krępuj się. Po chwili ogon jest miętolony przez Księciunia.Łapą mocno ściska piękny ogon.Diabeł jest wniebowzięty.Księciuniu zafascynowany włosiem nie zauważa że ogon zaczyna się owijać wokół jego łapy wstrzymując mu krążenie krwi.Ogon już po chwili opatulał jego ciało coraz mocniej, aż wreszcie chłopina się zaczął dusić. Wtórował tej okoliczności czort, który zanosił się głośnym śmiechem. Wesoła atmosfera udzieliła się też Jarmuzowi, który teraz ciężko oddychał od śmiechu. -Co cholera, nie mogę ruszać nogami ani dupą-zaczynał płakać i zawodzić księciu.-To jest mój koniec. Tymczasem jak grom z jasnego nieba z okna wyleciał duży kamień, narobił dużo hałasu, rozbił szybę po czym a na końcu rąbnął czorta w łeb. To dzieci często po szkole aby się zabawić i odstresować rzucały kamieniami gdzie popadnie czasami był to dom wójta (czyt. dom zabaw i uciech, czyli typowy olimp), czasami był to posterunek albo gospoda (wówczas cierpiało dużo pijaków, nie wszyscy bowiem zdążyli na czas się ulotnić). Dzisiaj dzieci obległy urząd. Diabeł stracił przytomność i obficie krwawił. Księcio nadal się nie mógł ruszyć. Ktoś zaczął ostro pukać do drzwi, wydawało się że drzwi mogą zaraz puścić. Petent tracił orientację z rzeczywistością szumiało mu w uszach i kręciło się w głowie,był mocno spocony. Słyszał tylko jakieś mruczenie, które przeobraziło się w urywane sylaby a później słowa,które dochodziły z radia. -Prosimy się schować i opuścić miejsca w pobliżu okien, mamy nieciekawą sytuację związaną z atakiem niesfornych dzieciaków, proszę natychmiast opuścić budynek tylnym wyjściem albo się dobrze schować.-Tak brzmiał oficjalny komunikat wydobywający się z głośnika jaki znajdował się w gabinecie . Dobijanie się do drzwi ustało, prawdopodobnie klienci w poczekalni schowali się w kiblu bądź pod ławkami. Księcio zemdlał, ale nie dziwota, miał bowiem słabe serducho (w czytadle używamy nazwy księciu,by nie zdradzić jego szlacheckiego pochodzenia,jednak raz możemy wyznać że niebieska krew płynąca w jego żyłach może należeć tylko do Juana Mariano de Monsequeza). Fred tymczasem ostrożnie zbliżył się do okno i zajrzał przez nie. Na placu przez urzędem zrobiło się jakieś zamieszanie. Po podwórzu biegały rozwydrzone dzieci i rzucały się ostrymi przedmiotami. W pewnej odległości od placu stał wóz policyjny a przy nim niejaki posterunkowy Darko Kuternoga spisywał dwóch gapiów,jacy pojawili się w trakcie zamieszania. Jednak nie byli to jedyni aktorzy tego spektaklu. Obok posterunkowego stał wiejski dziwoląg o nazwisku Laukusky (zwany przez miejscowych Lakuliusem) przebrany w stary wojskowy mundur, spodnie góralskie, oraz rogatywkę. Przyglądał się spisywanym gapiom i ostro gestykulował. Na plac boju przyjechał wtedy wójt Rudolf Josaphat Deegandior(pełniący też kilka innych zaszczytnych funkcji m.in. sędziego, prokuratora, ..naczelnego wodza) zwany przez wielu Jokerem, dlatego bo miał wiecznie podkrążone oczy oraz bladą cerę. Zawsze na twarzy towarzyszył mu szeroki uśmiech. Często gdy się śmiał donośnie przy tym chichotał,charczał i warczał. Wójt przybył w towarzystwie dwóch ochroniarzy (za dużo powiedziane, raczej byli to jacyś zniedołężniali starcy),po czym zbliżył się do posterunkowego i odepchnął stojącego obok niego półgłówka Laukusky'ego. -Zjeżdżaj stąd bo cię poszczuje psami.-warknął na niego,po czym odezwał się do Kuternogi. -Jak wygląda sprawa? -Dzieciaków trudno złapać, ale spisuję już dwóch gapiów. -Znakomicie. Przyciśnijcie ich posterunkowy. -A dzieci? -Grupa specjalna już tu jest. -I gitara - odezwał się tubalnym głosem wójt. Dwóch bodyguardów wójta obwiązało ręce gapiom. -Nie tak mocno- pisnął jeden z nich. Z krzaków wyskoczył oddział szturmowy brygady przeciwdesantowej i atakował rozwydrzone dzieciaki. Świetnie wyszkolony oddział z trudem radził sobie z dzieciakami. Jednak w miarę upływu czasu dzieci słabły, także większość wpadła w ręce policji. Wójt klaskał brawa, po czym zaczął się rozglądać po okolicy, wtedy jego wzrok utkwił w rozbitym oknie z którego spozierał Jarmusz. Ten tak się przestraszył że chwiejąc się upadł na leżącego pod biurkiem czorta. Hałas ocucił Księciunia, który stanął na równe nogi i z krzykiem na ustach wyleciał z gabinetu (co z tego że dobre pięć minut szarpał się z drzwiami). Po chwili drzwi pokoju lekko się uchyliły.Wiatr wiejący z otwartego okna spowodował przeciąg (drzwi teraz hulały wte i wewte). Fred siedzący do tej chwili na ziemi i wyrywający sobie włosy z głowy spojrzał teraz na korytarz, który okazał się cichutko zamknął drzwi pusty, ale nie trwało to długo bo w drzwiach pojawił się pewien typek ubrany w długi czarny kostium. Wszedł po czym nie spoglądając na wstającego petenta siadł na krześle. Wzdrygnął się na widok nieboszczyka czorta oraz walających się po podłodze flaków Twardawego, po czym przesunął butem truchło jakie pozostało z Belzebłuba). Miał na sobie jakiś dres przykryty poszarpaną jupką ze szmateksu (albo ze śmietnika kto to teraz udowodni). Natomiast o jego wyglądzie można było powiedzieć tylko tyle że ma długie szaroczarne włosy (bardziej szare niż czarne),baki (bardziej był to jakiś wstrętny zarost, ale stosujemy się tu do oficjalnej nomenklatury) i przyciemniane okulary o ciekawym kształcie (pewnie znalazł je obok piaskownicy dla dzieci, na soczewkach bowiem znajdowały się okruchy jakiegoś piasku pomieszanego z kurzem albo błotem). Jarmusz wstał po czym ukłonił się i zaczął wychodzić. -Nie wychodź-grubym tubalnym głosem odezwał się czarny jegomość. -Mam sprawę. -Ja tu nie urzęduję, ale mogę spróbować panu pomóc na tyle ile będę mógł. -Otóż jestem dziadem. -Coooo...kim..bo nie dosłyszałem. -dzia-dem.. Diabeł na ziemi zaczął się przekręcać. Jarmuszowi zaś drżała jedna połowa ciała. Diabeł na ziemi zaczął już wierzgać. -Tak i co - Jarmusz co chwila patrzył to na ruszającego się diabła to na siedzącego na siedzeniu dziada. Nagle tak mocno szarpnęło czortem że uderzył on głową w kant biurka, po chwili skurcze pośmiertne ustały i diabeł przestał się ruszać. Ruch biurka spowodowany uderzeniem był tak duży że z jednej z szuflad wyskoczyły dwie gorzałki, Fredowi zaświeciły się oczy i szybkim ruchem ręki chwycił je oburącz chowając jak wielki skarb w poły płaszcza.