Romans · 6 min czytania
Stracone nadzieje
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Zapach kwitnących kwiatów roznosił się niczym tajemniczy pył dobrej wróżki w bajkach dla najmłodszych. Baśniowość była wszechobecna, wdzierała się niepostrzeżenie i malowała barwami tęczy zachód słońca. Czerwień rozlewająca się na niebie hipnotyzowała, a zarazem zadziwiała. Dosłownie był to boski widok chwytający za serce, które śmiało się ze szczęścia podbudowane tym, że ktoś na nie czeka. Płonący półokrąg chował się za linią horyzontu, kończąc spektakl, którego nie wyreżyserował by nawet sam Spilberg. Spojrzałem na zegarek, dochodziła dwudziesta piętnaście. Za pięć minut miałem stać się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Tylko ona mogła to sprawić. Ileż razy razem, przesiadywaliśmy w tym parku, właśnie na tej drewnianej ławeczce, która nie wiedzieć, czemu trzyma się nadal dobrze, pomimo paru ubytków. Spacerowałem od alejki do alejki niecierpliwie czekając na Marcelę. Zacząłem się niecierpliwić. Wyglądałem jej bardzo uważnie, każda postać rysująca się przy wejściu do parku dawała mi nadzieję, że to ona. Przyjdzie do mnie, rzuci mi się na szyje i powie –cześć kotku. Kolejna postać i kolejne rozczarowanie. Przez myśl przeszła mnie fala obaw. Może nie mogła przyjść może, coś się stało… To przecież nie było podobne w jej stylu. Wyciągnąłem telefon z kieszeni. Oczywiście powitała mnie ciepła tapeta, na której przesyłała mi całuski. Wybrałem jej numer i zadzwoniłem. Nie odebrała. W tym momencie naprawdę zacząłem się o nią bać, przecież zawsze odbierała. Dochodziło dwadzieścia po dwudziestej. Wróciłem w stronę naszej ławki, która była ogromnym symbolem naszej miłości. Każda zakochana para takie miejsce ma. Było ono zaczarowane, tutaj po raz pierwszy oglądaliśmy gwiazdy i się pocałowaliśmy, związaliśmy się duchowo. Było nam cudownie. A teraz, teraz bałem się jak nigdy wcześniej. Po chwili ten stan zniknął. Ujrzałem jej powiewające włosy na wietrze, które falowały i wprawiały mnie w stan euforii. Szła pewnym krokiem w moją stronę. Z daleka widziałem jej piękny szeroki uśmiech, któremu uroku dodawały malinowe usta. Przywitaliśmy się jak zawsze, przytuliłem ją mocno, czułem bicie jej serduszka, które było dla mnie niczym złoto, którego pragnąłem całą duszą, całą moją mocą, jaką wtedy w sobie miałem. Usiedliśmy. Czas mijał bardzo szybko, nie wiem czemu zaczęliśmy wspominać te wszystkie chwile, które razem przeżyliśmy, te radosne i te smutne. Dla mnie i tak liczyło się tylko to, że jest ze mną, że mogę na nią popatrzeć, na te jej cudowne czarne oczka jak węgiel, które lśniły. Boże jak ja ją kocham. Tylko przy niej czuje, jak w moim brzuchu latają motyle, coś ściska mnie w gardle, a z oczu prawie płyną mi łzy. Przytuliłem ją do siebie. Wokół nas tańczyła cisza, ubrana w szarość, oplatającą nasze ciała. -Wiesz, jest cudownie. –powiedziała. Uśmiechnąłem się i…