Fantastyka · 6 min czytania
Strażnicy
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Rozdział I
Regularna monotonia nadpalonego stepu wytycza niemal idealną równię horyzontu, mami wędrowca łagodnością, zaciąga w trawiaste odmęty, i tam go porzuca. W rzeczywistości step jest tylko uschłą przestrzenią, szeroką jak morze, szumiącą, nie opatrzoną jakimkolwiek drogowskazem. Wprawdzie rozciągają się tu piaszczyste szlaki, wątłe i niewidoczne z daleka, które coś odmierzają, dokądś wiodą, ale i one w większości się gubią, przepadając bez wieści. Za to w południe, kiedy słońce stoi wysoko, pali i wysusza, dostrzec można cienie, przywiązane do lekkich pagórków. Widząc je, strudzony wędrowiec rozumie, że step nie jest całkowicie płaski.
Zaczęło się szarym rankiem. Odgłosy ucichły, chmury opadły, zdawało się, że życie umarło. W rzeczywistości wszystko zastygło w oczekiwaniu na deszcz. Słabiutki wschodni wiatr pomuskał przestwór zrudziałej trawy. Trwało to niezauważalną chwilę. Nabrzmiały od pochmurności nieboskłon zaczął się kurczyć, to rozciągać. W końcu rozbrzmiała ulewa, nieprzyjemna i ciężka. Siarczyste strugi niesione porywistą zawieją zdołały przydusić roślinność do gruntu, i tak już na stepie zostało. Nastał czas niezwykłego chłodu, który wyciszył życie na bezgranicznym pustkowiu. Wystraszona zwierzyna siedziała w kryjówkach, przyległy do ziemi mgielne opary, trawy nie zdradziły oznak najmniejszego poruszenia. Z niewielkiej norki, gdzieś na wzniesieniu, wylazł odważnie suseł. Stanął słupka, złożył łapki jak do modlitwy i obserwował rozedrgany od strun wody szary krajobraz. Szybko dał za wygraną i, już mokry, wskoczył z powrotem do nory, jak każde rozumne stworzenie. Jeźdźcy brnęli traktem przekształconym w błotny potok o nieprzyjemnej woni, we trzech, oficer nieco z przodu. Umundurowani w wojskowe wierzchnie odzienie nie przywykłe do takiej przeprawy. Skupieni, skostniali, źli. Sprawiali wrażenie zagubionych. Pozory. Doskonale wiedzieli dokąd zmierzają. Czarne jak noc konie, przesadnie olbrzymie, cierpliwie znosiły mordęgę. Nie protestowały. Mozolnie i z wytrenowaną gracją unosiły zapadające się w grzęzawisko kopyta. Dotarli wreszcie do przecinających się szlaków. W oddali zamajaczyły rogatki fortu strażniczego. Dwie solidnej konstrukcji wieżyczki sterczały nad ostrokołem drewnianej twierdzy. Brama była otwarta, jakby oswojona z myślą o tutejszym bezludziu, nie obawiała się nikogo. Wartownicy nie stali przy niej. Nie było ich też na szczytach wieżyczek, skąd wedle regulaminu powinni wyglądać wroga. Wezbrała w nich chęć snu, dlatego drzemali w ciasnej przeciekającej strażnicy, podparci drzewcami halabard. Mieli szczęście. Chłostani deszczem jeźdźcy nie zwrócili na nich uwagi. Na majdanie rozbrzmiewał ogłuszający szum. I nic…