Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 25 min czytania

Strażnicy czasu

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Lirien mknęła przez las, co chwilę oglądając się za siebie. Jej oprawcy byli biegli w sztuce tropienia, ona jednak była biegła w „sztuce” uciekania. „Ale kim jest Lirien?”, „przed kim uciekała?” – zapytacie. No właśnie. Też nie jestem fanem wrzucania czytelnika w wir akcji na pierwszej stronie, aby tym (marnym) zabiegiem przykuć jego uwagę. Zacznijmy zatem właściwie… Czas jest kruchym tworem. Wystarczy drobna z pozoru ingerencja, by znana nam historia uległa całkowitej zmianie. Odkąd podróże w czasie zostały odkryte, stało się to dużym problemem w świecie Altaris. Dlatego grupa ludzi rozumiejących zaistniałe zagrożenie postanowiła stanąć na straży dotychczasowej wersji historii. Przyjęli oni nazwę „Strażnicy czasu”. I choć zdawali sobie sprawę z jej małej oryginalności, uznali ją za najlepszą z rozważanych opcji (a były to m. in. „Obrońcy czasu”, „Gwardziści historii”). Podróże w czasie, jak się zapewne domyślacie, rządzą się pewnymi prawami. Jednym z nich jest to, że każdy rok podróży to pewna porcja energii konieczna do jej odbycia. Biorąc pod uwagę tą prawidłowość, obliczono, iż optymalnym momentem w historii, w którym zostanie ustanowiona siedziba organizacji, będzie rok 1000 Nowej Ery. Data ta wypada „w połowie” między pierwszą znaną cywilizacją Trigonis, a czasami współczesnymi. Ma ona również inną ważną zaletę – z badań opracowanych przez ww. organizację wynika, iż większość wykroczeń w tej materii popełnianych jest w czasach późniejszych, co zmniejsza ryzyko, że któraś z tych zmian spowodowałaby utrudnienie w działaniu „Strażników” poprzez modyfikację rzeczywistości, w której operują. Oczywiście aby utrzymać tą przewagę nad zbirami temporalnymi konieczne było utrzymanie istnienia organizacji w tajemnicy. W szczególności zaś informacji o miejscu, a raczej „czasie”, ich siedziby głównej. Powodem zaś, dla którego przestępstwa występują głównie po tej epoce jest to, iż trudno dokonać znaczących zmian bez odpowiedniej technologii, która wtedy jeszcze nie istniała. Przenoszenie zaś każdego większego urządzenia (które miałoby szansę poważniej „namieszać”) wymaga dużej ilości energii. Mając pokrótce nakreślony obraz świata, możemy wreszcie wrócić do początkowej informacji o niejakiej Lirien. Jak to często bywa – przypadkowa osoba w złym miejscu i, o ironio, złym czasie. Ale czy aby na pewno…? Po 3 godzinach pościgu młoda pół-elfka (tak, istnieją też inne rasy) była już mocno zmęczona. Nogi powoli zaczynały odmawiać jej posłuszeństwa. Jeden z oprawców już wyciągał rękę, by ją chwycić, gdy nagle przed nimi, całkowicie znikąd, pojawił się obcy mężczyzna. Cała trójka upadła z łomotem na ziemię. Trudno powiedzieć, która z postaci była najbardziej zdziwiona. Wystarczy wspomnieć, że każde miało niemały opad szczęki trwający dobrych parę sekund. Pierwsza z szoku wyszła dziewczyna, która z wrodzoną zwinnością wstała na nogi i kontynuowała ucieczkę. - Nie jest dobrze… - wymamrotał tajemniczy jegomość „znikąd”. - Na szubienicę z nim, za konszachty z diabłem! – zakrzyknął niedoszły porywacz dziewczyny. - To już się staje nużące, naprawdę… - rzekł, w zasadzie do siebie, nieznajomy. Po czym wyciągnął zza pazuchy jakieś urządzenie, skierował je na przeciwnika, nacisnął przycisk i… zwalił tym oponenta na ziemię. Dziewczyna widząc to, wyglądała na mniej zdziwioną niż „powinna”. Przynajmniej w oczach właściciela owego urządzenia. - Niemożliwe, więc jednak naprawdę istniejecie! – wykrzyknęła radośnie Lirien. Jej towarzysz zbaraniał już całkiem. Wybałuszył gały i z głupim wyrazem twarzy patrzył na nią przez chwilę. Po czym ocknął się i tym razem skierował urządzenie na nią. - Zaczekaj! – poprosiła dziewczyna – Wiem, kim jesteś. Przynajmniej częściowo… - Doprawdy? – odpowiedział mężczyzna z wyczuwalną drwiną – Kim zatem jestem, według ciebie oczywiście? - Człowiekiem, który może pojawić się w dowolnie wybranym miejscu, prawdopodobnie również czasie, tropiącym „tych złych”. Tobie podobnych widywano na przestrzeni lat. Parę razy z opisów wynikało, jakoby widziano tego samego mężczyznę, w tym samym wieku, mimo upływu dłuższego czasu. - Znaczy… - wydukał niezbyt elokwentnie w odpowiedzi i dodał po chwili – Niestety tym bardziej muszę to zrobić. – I ponownie wycelował tajemniczym urządzeniem w dziewczynę. W tym samym momencie jednak usłyszeli trzask, a ów przyrząd uderzył z hukiem o kamienie. Oboje szybko doszli do tego, co się stało – dogonili ich pozostali ludzie, którzy brali udział w pościgu za pół-elfką. Mieli pecha, że wśród nich był akurat tak zdolny łucznik. W zaistniałej sytuacji unieszkodliwienie Lirien zeszło na dalszy plan. Nieznajomy chwycił urządzenie i czym prędzej zaczął uciekać. Lirien jednak była już zbyt zmęczona dotychczasową ucieczką, by do niego dołączyć. Nieznajomy po jakichś 30 sekundach biegu odwrócił się za siebie zdziwiony tym, że nie słyszy dźwięków pościgu. Rzeczywiście, okazało się, że chodziło im tylko o dziewczynę. Zauważył jak ciągną ją nieprzytomną po ziemi, nie będąc przy tym zbyt delikatni. Cholera, powinniśmy ograniczać naszą ingerencję w wydarzenia... Ale szlag mnie trafia jak widzę takich prostaków - bez żadnych zahamowań i zasad moralnych, pomyślał. Zabicie ich wszystkich uznał jednak za "lekką" przesadę, choć nie można powiedzieć, żeby ta opcja go nie kusiła. Postanowił śledzić ich i czekać na sposobność do załatwienia sprawy po cichu. Miał również świadomość, iż jedną z opcji jest to, że dziewczyna jest rzeczywiście czemuś winna i kara jej się należy. Zdarzyło mu się to już zbyt wiele razy, by nie zdawać sobie z tego sprawy. Wbrew opiniom wielu osób, w tamtych czasach wokoło nie latali sami rycerze i księżniczki. Wróćmy jednak do wspomnianej sytuacji. Mężczyzna liczył na to, że oprawcy zamierzają zabrać pół-elfkę do najbliższego miasta, Kertanis, w celu osadzenia w areszcie i/lub wykonania wyroku. Znajdowało się ono co najmniej dwa dni drogi od ich położenia, i to przy szybkim marszu. Dałoby mu to sposobność do oswobodzenia jej w nocy, kiedy to przynajmniej część z drabów będzie smacznie chrapać. Plan wziął jednak w łeb gdy nieznajomy zauważył, iż ferajna nie zamierza czekać tak długo i już szykuje stryczek dla dziewczyny. Pierwszym, wymyślonym na szybko, pomysłem było "klasyczne" rzucenie kamienia w dowolne oddalone od obozu miejsce. Jak pomyślał, tak zrobił. Efekt był jednak co najmniej niezadowalający - paru oprychów popatrzyło w stronę odgłosu, ale nie przejęli się nim zbytnio. To w końcu las, jakieś stukania czy ocierania raczej nie są czymś podejrzanym. Nieznajomy stracił nieco animuszu, zwłaszcza, że improwizacja nie była jego mocną stroną. Znał wprawdzie parę czarów, ale raczej z żadnego z nich nie miałby teraz zbyt dużego pożytku. No chyba, że chciałby zabić... Poza tym i tak wolał magię leczącą od tej niszczycielskiej. Mógł spróbować przenieść dziewczynę siłą umysłu, ale zwykła lewitacja trwałaby zbyt długo, a odległość, na którą mógłby ją przetransportować byłaby niewielka. Była też teleportacja, ale zużywała dużo sił i była dość zaawansowanym zaklęciem, którego w dodatku nauczył się niedawno. I nie do końca potrafił wybrać miejsce przenosin... I chociaż ryzyko skończenia w jakimś obiekcie praktycznie nie występowało, to jednak było dużo nieprzyjemnych miejsc, gdzie mogliby się znaleźć, co w połączeniu ze wspomnianym osłabieniem... Skup się! Nie czas na twoje roztrząsanie problemu od każdej strony! - zganił się w swojej głowie. I wtedy uderzył się dłonią w czoło. No tak, po co używać najłatwiejszego rozwiązania… Po czym sięgnął za pazuchę i wyciągnął kilka okrągłych, metalowych przedmiotów, a sam założył ciemne okulary. Osiłki już przerzucały linę przez gałąź, więc musiał się bardzo spieszyć. Przeszedł za drzewo, na którym zamierzali powiesić dziewczynę (miało bardzo gruby konar, więc nie musiał się martwić o wykrycie) i pośpiesznie rzucił trzy z obiektów w różne miejsca obozu. Po chwili rozległ się huk i błysnęło oślepiające światło. Wnet nastał wielki zgiełk, każdy z drabów zasłaniał sobie oczy dłońmi. Nieznajomy wiedział, że ma ledwie parę minut, więc szybko podbiegł do dziewczyny, przerzucił ją przez ramię (niestety nie było czasu na bycie przesadnie delikatnym) i puścił się sprintem w las. Po paru minutach biegu znalazł przewrócony wielki konar, za którym postanowił się schować. Co prawda powinno to zadziałać samo w sobie, ale dla pewności postanowił użyć zaklęcia niewidzialności. Tak jak się spodziewał - nie było ono potrzebne - pościg przemknął koło nich, a żaden ze ścigających nawet nie spojrzał w ich stronę. Mężczyzna w tej chwili uświadomił coś sobie - dziewczyna ani przez chwilę nie protestowała, nie domagała się postawienia na ziemię itp. Wprawdzie po części wynikało to z tego, iż była obolała po krótkim pobycie u jej niedoszłych oprawców, ale brało się to również z jej wrodzonego rozsądku - generalnie nie miała tendencji do panikowania i tracenia zimnej krwi. Przez chwilę oboje wpatrywali się w siebie, nie bardzo wiedząc od czego zacząć i zdając sobie sprawę z niezwykłości sytuacji. - Dziękuję - wydusiła z siebie dziewczyna. - Drobiazg - odparł nieznajomy. - Mam na imię Lirien - kontynuowała. - Swojego imienia wolałbym nie zdradzać. Najlepiej żeby teraz każde poszło w swoją stronę. - Ale ja ciebie szukałam! Od dawna. - Dlaczegóż to? I skąd w ogóle o mnie wiesz? - Pogłoski o was pojawiały się od dawna. Większość jednak uznawała je za bajki opowiadane przez dzieci, pijaków albo obłąkanych. Ja wierzyłam. Choć nie zaliczyłabym się do żadnej z powyższych grup. Mężczyzna mimowolnie uśmiechnął się. - A co do drugiej części pytania - nasze ziemie od paru lat są pod panowaniem pewnego barona. Okrutnego i chciwego. - To nie do końca moja działka, więc... - Daj mi dokończyć! - zrugała go. - Jeszcze niedawno ów "baron" był zwykłym obwiesiem. Praca się go nie imała, żył z tego co udało mu się ukraść albo wyżebrać. A nie wiem jak u was, ale u nas takie awanse społeczne nie zdarzają się ot tak. - To może ubił jakiegoś smoka albo pomógł jakiejś księżniczce - odrzekł sarkastycznie mężczyzna. Lirien tylko zmierzyła go wzrokiem. - Uznałam więc, że może to jednak ma coś z wami wspólnego. Może okradł jednego z waszych czy coś... - Nic mi o czymś takim nie wiadomo, a wierz mi, pilnujemy swojego sprzętu. - Tak jak tej zabawki, którą ci ustrzelili z łuku? - odparła złośliwie. - Tak wła... - zaczął swoją wypowiedź, po czym dopiero zrozumiał uszczypliwość. - Heldrad. Mam na imię Heldrad. I tak nie sądzę, by mogło to jakoś poważniej namieszać w rzeczywistości. Dziewczyna w pierwszej chwili była zaskoczona, jednak szybko grymas ten zastąpiła uśmiechem. - Więc jednak mi pomożesz? - zapytała. - Jeśli jest cień szansy, że ma to coś ze mną wspólnego, muszę się temu przyjrzeć. Jednak szczerze wątpię, żeby była to robota dla mnie. - Niech i tak będzie - odparła zadowolona Lirien. Heldrad zdał sobie wówczas z czegoś sprawę. Nie wypytywała go kompletnie czym się zajmuje, skąd miał to urządzenie itp. Pogłoski pogłoskami, ale w jej czasach większość byłaby zdrowo przestraszona. A jej zależało jedynie na tym, by rozwiązać sprawę z baronem. - Naiwność albo wielkie serce - pomyślał w duchu. - Nie ciekawi cię, kim dokładnie jestem? - spytał. - To bez znaczenia, o ile rozwiążesz mój problem. No i nie uciekniesz się przy tym do morderstwa czy pomocy ciemnych mocy. O ile takowe w ogóle istnieją. - Hmm, a za co ścigali cię tamci? - Jak już mówiłam, baron do przyjemniaczków nie należy. Umyślił sobie, że będzie pobierał "podatek" od każdego domostwa w wysokości 2 sztuk złota. Wyobrażasz to sobie? Pół miesięcznej wypłaty normalnego człowieka. Czy tam pół-człowieka. Nie wspominając już o biedocie. Ja żyłam sobie z dala od ludzkich siedlisk, ale i do mnie zawitali. A skąd ja miałabym mieć takie środki? Nie pracuję dla nikogo ani zwykle nic nie sprzedaję. Żywię się tym, co zasieję, owocami z lasu i czasem upolowaną zwierzyną. Jak potrzebuję pieniędzy, idę do miasta sprzedać trochę kłów czy skór. - Dobrze więc, gdzie ten baron urzęduje? Gdzie przyjmuje interesantów? - Przyjmuje? Dobre sobie. Siedzi w swojej komnacie i baluje. Albo robi to u innych wielmożnych. Ewentualnie urządza wielkie polowania w „swoich” lasach. Ale oczywiście nie bardzo jest skłonny zapraszać na nie poddanych. - A co z królem? Nie wie co się

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Strażnicy czasu — czytnik · opowiadania