Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Akcja · 1 godz. 14 min czytania

Strażnicy wuefu: Świątynia Wuefu

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Strażnicy Wuefu: Świątynia Wuefu

Marek Hojnacki Leszno 2004

Wszystkim moim kolegom i koleżankom i nauczycielom, którzy posłużyli mi za wzory przy pisaniu „Strażników wuefu”

Wszelkie podobieństwo nazw, nazwisk i zdarzeń do rzeczywistości jest niezamierzone i przypadkowe.

I

To był potworny dzień. Z zachmurzonego nieba padał z rzęsisty deszcz ze śniegiem. Wiał straszny, huraganowy wiatr, urywający zasłony w otwartych oknach. Na zewnątrz drzewa machały nagimi konarami, niczym zbliżające się duchy, oznajmujące przyszłe tragedie. Równie potworne rzeczy działy się w środku. W małej, ohydnej celi siedziała grupa skazańców. Przeżywali oni tortury, jakich nie powstydziliby się nawet najwybitniejsi chrześcijańscy średniowieczni kaci, znani przecież ze swej okrutności. Na starej, niemiłosiernie piszczącej tablicy co chwila pojawiały się nowe tajemnicze znaki i niczym egipskie hieroglify przyprawiały siedzących o drżenie. - Wzajemnie przenikające się pola... i wtedy indukcja elektromagnetyczna... co wynika z prawa Coulomba... praca nad spoczywającym ciałem... miliamperomierz pokazuje... kilowatogodzin... – płynął bezsensowny bełkot, sprawiający, że biedni więźniowie skręcali się z bólu rozsadzającego ich głowy. - Aaaaa! Nie! To straszne! Tylko nie to! Nie wytrzymam już! – słyszałem jęki z dochodzące tyłu klasy. - Prawda, że to proste? – spytała z pięknym uśmiechem pani prof. Krysk de la Shull, a jej pomarszczone policzki uniosły się z zadowolenia z kolejnego, wzorowo spełnionego obowiązku. Dzwonek był jedyną szansą na ratunek. „Konia za dzwonek” – błagali moi zrozpaczeni koledzy. - No to teraz zapiszcie nowy temat... - Uuaaa! – krzyknął następny Marcin z zawałem serca, a jego martwe ciał osunęło się na podłogę. Omy wirowały z elektronami, a w powietrzu unosiła się elektryczność statyczna. Pani prof. rozstrzeliwała nas falami elektromagnetycznymi, a ja tylko bezwładnie patrzyłem na tę rzeź niewiniątek. Nagle okiennice otworzyły się z hukiem i taką siłą, że biedny Marek w końcu ostatecznie stracił głowę. Do środka wdarł się ognisty podmuch, podnosząc do niebezpiecznego poziomu cieplny przepływ energii Q... Kolejni nieszczęśnicy wydawali z siebie ostatnie tchnienia. Nadchodził istny koniec semestru... - Aaaa! – obudziłem się z wrzaskiem i taki spocony, że piżama w słoniki kleiła się do mnie. - Ciszej tam! – rozległ się wrzask pani z dołu, a zaraz potem pukanie miotłą w sufit, to znaczy moją podłogę. - Przepraszam, pani Ptahowicz! Moja sąsiadka z doły to była wredna baba. Prawdę mówiąc byliśmy pewni z chłopakami, że ona jest wiedźmą albo kosmitką. Z resztą nie raz widywali ją, jak startuje z okna na latającej miotle. Poza tym zawsze gadała jakimś takim dziwnym językiem – ona to nazywała „piękną, czystą polszczyzną” – że co najwyżej jedną czwartą dało się zrozumieć. Włosy miała jakby nimi podłogę zamiatała – każde pasemko w innym odcieniu ponurej szarości. Jakoś wygramoliłem się z łóżka. To znaczy spadłem z niego. „Au!” – krzyknąłem, waląc głową w stół. W ciemności próbowałem dotrzeć do łazienki (włącznika światła też nie mogłem znaleźć). Jednocześnie cały czas przez głowę przewalały mi się jakieś dziwne obrazy. Zdawało mi się, że widzę wielką tajną bazę, wiszącą w powietrzu, twarze osób, których w życiu nie znałem, jakiegoś wysokiego faceta o imieniu Maczo, czy coś takiego i pełno dziwnych urządzeń, których przeznaczenia nie znałem. Rany, co się za mną dzieje?! Głowa pękała mi od tego. W końcu znalazłem włącznik i nastała światłość. Lepiej mi się zrobiło, gdy przepłukałem twarz zimną wodą. Znowu miałem ten koszmarny sen. Cholera, co się ze mną dzieje? I tak już od czterech miesięcy, od kiedy skończyłem studia i zacząłem uczyć w liceum. Ile ja bym dał, żeby znowu znaleźć się w szkole? Z kumplami iść na piwo, podglądać panienki i wkuwać głupoty na sprawdziany. Dziwne... Nie mogę sobie przypomnieć tematu żadnego wypracowania z polskiego. Jakie ja miałem pytania na egzaminie gimnazjalnym? Wszystko przez tego przeklętego Lorczyka. To on namówił mnie na studia na tym cholernym uniwersytecie jego imienia. „Hej dzieci..., o wypadzie na księżyc mówiłem, o trekkingu na Antarktydzie też, wiem: otworzyli nową uczelnię mojego imienia. Przyjmuję zapisy na główny kierunek: humanistyka ścisła cybernetyki jądrowej i astronomii społecznej. Po dwudziestu dwóch miesiącach będą z was istni ludzie renesansu. Tylko dwa tysiące dziewięćdziesiąt dziewięć! Są jacyś chętni?” I ja, jak idiota, zgłosiłem się! A teraz siedzę tu jako nauczyciel i publikuję te swoje wypociny, których nikt nie chce czytać. Boże, kiedy to się skończy? Życie to piekło... Szybko wskoczyłem pod ulubioną kołderkę w aniołki na chmurkach. Budzik zadzwonił punktualnie o siódmej. Roztrzaskałem zdrajcę zaraz potem. Ślamazarnie się ubrałem. Byłem taki przygnębiony, że nie chciało mi się nawet jeść. Po drodze do pracy potrąciłem jakichś dwóch chłopaków z plecakami. Mimo to byłem w szkole punktualnie. Kolejny, nudny dzień. Osiem godzin gadania o niczym. A potem wizyta u wydawcy. Tam już też się ze mnie śmieją. „Tym razem drukujemy aż dziesięć egzemplarzy?” Po jednym dla mamusi i cioci z Ameryki. Ze cztery do księgarni i reszta do prywatnej kolekcji – będą czekać na lepsze czasy. Wkroczyłem do pokoju nauczycielskiego. Tam trwały zażarte dyskusje na temat nowych metod nauczania (wśród nauczycieli – fanatyków), wyników wczorajszego meczu (pomiędzy męską, starszą częścią grona pedagogicznego) i najprzystojniejszych uczniów (plotkowały staruszki). Nagle drzwi otworzyły się z hukiem i do środka wszedł Feliks – dyrektor do spraw personalnych. - Dzień-do-bry! – wstali i powiedzieli jednocześnie nauczyciele. - Witam was moi drodzy w ten piękny słoneczny poranek – na dworze zagrzmiało – niestety nie ma dziś McMiś. Kto weźmie 001 na drugiej lekcji? Schowałem się w kącie. Ten staruch miał chyba narząd echolokacji, bo przez ścianę nauczycieli wskazał prosto we mnie. - Pójdziesz tam. Co miałem zrobić. Wybrałem się na lekcję do klasy 001. Przystanąłem przed drzwiami izby. Ze środka dobiegały odgłosy dyskoteki, łamania stołów i tłuczenia szkła. „Oby się pomordowali zanim tam wejdę” – poprosiłem w duszy. Nic z tego nie wyszło. Otworzyłem drzwi. W ciągu ułamka sekundy wszyscy znaleźli się na swoich miejscach. Jeden tylko biedaczek nie trafił na swoje krzesło i wyleciał przez okno. Nie przejmując się nim podszedłem do katedry. - Dzień dobry, panie psorze! – huknęli jednocześnie uczniowie. - Siadajcie. To jaką teraz powinniście mieć lekcję? - Geografię z profesor McMiś – odparł podejrzanie wyglądający typek z drugiej ławki, z krótko przystrzyżonymi włosami i idealnie czystymi okularkami. - Niestety nie znam się na geografii. Chcecie poanalizować sobie esej? Mam tu taki jeden... - Nieeeeeeee! - OK. Widzę, że macie atlasy. Pooglądajcie sobie, a ja pozałatwiam swoje sprawy. Po czym zadowolony z wzorowo spełnionego obowiązku wyszedłem z klasy. Korytarz był pusty. Chwyciłem się za pierś, oddychając ciężko. Nie wytrzymam tego dłużej. Nie nadaję się do uczenia w szkole i koniec. Na początku myślałem, że to ma służyć tylko zarabianiu kasy, a moim prawdziwym zajęciem będzie pisarstwo. Wierzyłem w moje zdolności prozatorskie. Okazało się, ze nawet ich nie mam... „Muszę tam wrócić” – pomyślałem i ze strachem spojrzałem na widoczny na końcu korytarza gabinet Feliksa. Tymczasem ze środka sali znów dobiegały coraz głośniejsze dźwięki, które ucichły natychmiast, gdy przekręciłem klamkę. - Miała być cisza! – starałem się zrobić groźną minę, ale widziałem, jak uczniowie uśmiechają się na mój widok. - Bo każe wam obliczyć, jakim wektorem, z jakim przyspieszeniem, azymutem i energią musi poruszać się Marcin, tańczący z Magdą na stole w kącie sali, wracający na swoje miejsce w chwili, gdy ja otwierałem drzwi. Oczy im wystrzeliły z orbit. „Zagiąłem ich” – cieszyłem się w myśli. - A teraz zajmijcie się czymś, tylko żeby było cicho! Usiadłem na krześle, odsunąłem je trochę i rzuciłem nogi na stół. Jednocześnie z teczki wyciągnąłem gazetę. Słyszałem, jak ciche szepty stają się coraz głośniejsze, ale nie chciało mi się liczyć, z jakim przyspieszeniem następowało to zjawisko. „Tajemnicze obiekty pojawiły się na polu kapusty koło miasta” – przeczytałem nagłówek. Z boku widniało zdjęcie potężnej, szarej kopuły, wyłaniającej się z ziemi. „Znowu UFO” – pomyślałem i stwierdziłem, że to kolejna gęś dziennikarska. „Fala kradzieży szkołach: znikają tablice szkolne i czerwone długopisy do poprawiania sprawdzianów. Policja podejrzewa, ze to uczniowie. Ci do niczego się nie przyznają” Co to się porobiło na tym świecie?! Dalej były już tylko mniej ważne i ciekawe informacje, np. „Hinduski koncern CyberBubel kupił na sześćdziesiąt miliardów dolarów amerykański Microsoft”; „Bankructwo wytwórni 20th Century Fox”. Zgodnie z moimi przewidywaniami poziom hałasu rósł coraz szybciej. Za chwilę zjawi się tu Feliks. Wstałem z krzesła. Od razu zapanowała cisza. - Jednak nie możecie wysiedzieć czterdziestu pięciu minut w ciszy – rzuciłem z przekąsem. Więc będziemy musieli pouczyć się geografii. Uczniowie spojrzeli na mnie ze strachem. „Cholera, tylko co im kazać zrobić, żeby się zajęli?” – wytężyłem szare komórki. - Sprawdzimy jak znacie stolice państw. Związek Radziecki? – spytałem pierwszego chłopaka z brzegu. Spojrzeli na mnie jak na wariata. Swoją drogą nie wiedzieć, że Sanki Petersburg jest stolicą Związku Radzieckiego, to już głupota, nie? - No to ja was nauczę geografii. Rozwijać mi tu mapę świata! Dwóch osiłków pognało po mapę. Po chwili wrócili i rozwinęli ją na tablicy. - A więc Imperium Brytyjskie rozłożone jest na wszystkich kontynentach, jak tutaj widzimy... zaraz, co jest? To jakaś nieaktualna mapa? Skąd wyście ją wzięli? Myśleliście, że mnie w gruszkę zrobicie? Ja się nie dam. Nie wiem dlaczego, ale jakieś skrywane uśmiechy przebiegły przez klasę. - Dosyć tego! Wyciągać kartki! Już! Grupa pierwsza: jakie tereny obejmuje obecnie Królestwo Holandii? Wymień faktorie należące do Kompanii Wschodnioindyjskiej. Grupa druga: wymień statki, na których Marco Polo odkrył Australię. Co jest stolicą Imperium Khmerów? Co się tak gapicie? Myślicie, że dam się zmylić? Zapadła grobowa cisza. Ponownie wyszedłem z klasy. Słyszałem, jak ze środka dobiegają szmery: „Gdzie leży Imperium Khmerów? – Nie ma czegoś takiego. – Istniało siedemset lat temu. – To co mamy napisać?” Cholera! Znowu klapa! Nie, no jak tu dłużej nie wytrzymam. Zabrzmiał dzwonek. Ze wszystkich klas wysypały się tłumy uczniów. Z szybkością błyskawicy przebiegłem przez korytarz, schodami na dół, przez główne wejście, podwórze, parking i już siedziałem w swoim wozie. Nie wrócę tam. Nigdy! Przyślę im rezygnacje począ! E-mailem! SMS-em! Nie wejdę tam z powrotem! Krzyczałem do siebie w myślach jeszcze chwilę. Potem chciałem zapalić samochód i odjechać. Za nic zdrajca nie chciał ruszyć. To już przesada. Wszystko przeciwko mnie. Kopnąłem deskę rozdzielczą, poczym oparłem głowę na kierownicy i rzewnie zapłakałem, tęskniąc do czasów szkolnych. Gdy się obudziłem, robiło się już ciemno. Przespałem pozostałe lekcje w aucie. Rozejrzałem się dookoła. Parking był pusty. Wtem zauważyłem cos dziwnego. Dwóch woźnych wynosiło tablicę szkolną. Przez podwórko kierowali się z nią do drugiej, niższej części budynku szkolnego, zwanej przybudówką. Jak najciszej opuściłem pojazd i chowając się za drzewami, poszedłem za nimi. Weszli do budynku, gdzie znajdowały się sale gimnastyczne. Wszedłem tam za nimi. Na wprost mnie, w sali, znajdował się stos zieloniutkich tablic lekcyjnych. - Dzień dobry, panie profesorze. Czy coś się stało? – spytał mnie woźny. - To ja pytam, co wy robicie? - Nic wielkiego. Wymiana tablic. Nie wiem dlaczego, ale w tym momencie chciałem powiedzieć coś dziwnego. Jakby zapytać woźnego o zdrowie, czy coś takiego. Nie wiem, co się ze mną dzieje. Wyszedłem i wróciłem do samochodu. Tym razem udało mi się odpalić silnik. Pojechałem do domu.

II

Ta noc minęła i spokojnie. Pewnie dlatego, ze wieczorem napisałem na komputerze list o rezygnacji z pracy, który dziś miałem wysłać do szkoły. Miałem też jechać do wydawcy z nową powieścią. Zajechałem pod wydawnictwo. Chciałem otworzyć drzwi, ale wtedy podszedł do mnie jakiś gość. Młody chłopak, jakby nigdy nic, wszedł do mojego auta, jak do taksówki. - Ty, co to ma być? To nie jest taksówka! - Sorry, pakuj się. Mamy mało czasu! - Zwariowałeś? Spadaj mały, bo będzie źle. Ja tu mam coś do zrobienia. - To? – spytał pokazując na moją powieść. – Weź przestań się zadręczać swoim nieszczęśliwym życiem i zajmij się prawdziwą robotą – powiedział i wyrzucił mój rękopis przez okno. Bezradnie patrzyłem na stronice, porywane przez wiatr. Wirowały w powietrzu i odlatywały daleko, hen... - Dosyć tego. Przesadziłeś – zabierałem się już, by stłuc gówniarza. - Ty spokojnie, bo będę musiał ci zrobić krzywdę. Miał najwyżej piętnaście lat. Co on sobie wyobraża? Wtem zjawiła się jakaś dziewczyna i z najwyższym spokojem wsiadła na tylne siedzenie. - Jedziemy już? – spytała. - Co to ma znaczyć? - Gość się trochę opiera – odparł chłopak. - Nie masz podejścia do ludzi – skwitowała go dziewczyna. - O czym wy mówicie? - Mamy powszechną mobilizację. Ściągamy wszystkich agentów. Wuefiści chcą rozpętać... – coś mi błysło przed oczami. - Nie sądzisz, że za dużo gadasz, jak na pierwszy raz? - Niby czemu nie mieliśmy mu powiedzieć? - Bo tu chodzi o dyskrecję. Pomóż mi go przenieść na drugi fotel. Nie mam pojęcia, jak długo spałem, ale kiedy się obudziłem, zobaczyłem tylko białe ściany. - Cześć. Jak zdrówko? – usłyszałem czyjś głos. - Dobrze. To znaczy poszło w diabły – odpowiedziałem, ale nie wiem dlaczego. Zupełnie, jakby coś mną pokierowało. - Dochodzi już do siebie. - Czy ja mógłbym się dowiedzieć, o co tu chodzi? – spytałem, wstając. W pokoju pełnym aparatury były dwie osoby: starszy gość i jakaś dziewczyna. Oboje oni spojrzeli na siebie. - Odzyskiwanie pamięci nie przebiega momentalnie. Zajmie to trochę czasu. Poza tym pewnych szczegółów może w ogóle nie pamiętać. Starszy facet westchnął. - Ja jestem Maczo, a to doktor Jajco. - Słucham? - Przejdźmy się. Opuściłem stój operacyjny i wyszliśmy z pomieszczenia na długi korytarz. Dotarliśmy nim do metalowych drzwi, które rozsunęły się na boki, odsłaniając zapierający dech w piersiach widok – centrum mojego miasta, z góry. Wydawało mi się to dziwnie znajome. Byliśmy w dużej sali, z olbrzymim panoramicznym oknem z jednej strony. Wewnątrz biegało pełno ludzi – przy wielu stanowiskach, biurkach, na schodach, w windach i przeszklonych gabinetach. - Dobra, sytuacja wygląda tak: byłeś agentem tajnej organizacji, zajmującej się kontrolą polityków w czasie ich pobytu na ziemi. Naszym zadaniem jest nie dopuścić do przeprowadzenia demokratycznych wyborów i tym samym do rozprzestrzenienia się choroby zwanej polityką. „Co to za idiota?” – pomyślałem. Gość jeszcze przez moment utrzymywał poważny wyraz twarzy, po czym eksplodował głośnym śmiechem, który brzmiał jak odgłos drukarki: cyk, cyk, cyk, cyk, cyk... - Sorry, nie mogłem się powstrzymać. Ale sprawa jest o wiele bardziej poważna. Otóż byłeś kiedyś jednym z nas, czyli Strażnikiem Wuefu. Celem naszej działalności jest nie dopuścić do przerwania wuefu, który powinien trwać wiecznie. Pamiętasz to? Pamiętasz swoje akcje, jak z kupy rozwalałeś wuefistów w pył? Pamiętasz swoich partnerów i swój mundur bojowy? Jakieś niewyraźne obrazy przewijały mi się przed oczami, ale za Rosję Radziecką nie mogłem poskładać ich w całość. Jedno było pewne: to co facet mówił, miało związek z dręczącymi mnie snami. Czułem to. Chwila moment, czy to znaczy, że to się dzieje naprawdę? Stoję tutaj, na wysokości trzydziestego piętra, spoglądam na miasto pode mną i to jest rzeczywistość? Należałem do tajnej agencji, która zajmowała się ochroną wuefu? Ale przed kim? I czym właściwie jest ten wuef? - Przepraszam, ale niestety nie mam czasu na dalsze zaznajamianie cię z rzeczywistością. Przejdź się po bazie, pooglądaj trochę, a za godzinę zgłoś się na zebranie w głównej sali. Jak powiedział Maczo, odszedłem. Jakimś sposobem instynktownie wiedziałem, gdzie co w bazie się znajduje. Trafiłem do pomieszczeń mieszkalnych. Tam rzędami ciągnęły się metalowe szafki, z wygrawerowanymi pseudonimami agentów. Pseudonimy były tworzone z pierwszych sylab imienia i nazwiska – to też skądś wiedziałem. Dalej poszedłem do sali ćwiczeń. W oddzielnych komorach poszczególne osoby strzelały do celów, pojawiających się na naprzeciwległej ścianie. „Wuefiści” – pomyślałem mimowolnie, widząc manekiny na miotłach. Zdziwiła mnie tylko zawrotna skuteczność broni, jakiej używali Strażnicy. Mianowicie posiadali oni kupy, czyli kondensatory uderzających promieni alfa. Przypominałem sobie nieco, jak się z nich strzelało. Nie pamiętałem jednak, by już jednym strzałem można było posłać przeciwnika na tamten świat. - Czy to jakieś nowe modele kup? – spytałem pierwszego gościa z brzegu. - Co ty, z Wenus spadłeś? A... Maczo mówił, że będą tu nowi, to znaczy starzy-nowi, którzy mogą o coś pytać... Standardowe kupy wyszły z użycia parę lat temu. Teraz strzelamy z o wiele lepszych ściong. - Czego? - Ścionga to śniegowy centrator impulsów obojętnie naładowanych atomów. Jestem Bobo – rzekł witając się ze mną. – Chcesz spróbować? Natychmiast chwyciłem masywną broń. Instynktownie wiedziałem, co z nią zrobić. Wycelowałem w sztucznego wuefistę i wypaliłem. Pocisk o kształcie śniegowej kuli z zawrotną szybkością przeciął powietrze. Trzask, prask, łubudu i z wuefisty został proch. - Super – powiedziałem, oddając broń. Dalej znalazłem się w większym korytarzu, gdzie uczynione było coś w rodzaju wystawy muzealnej. Były tam zdjęcia wielu Strażników, na przykład kolejnych szefów agencji. Maczo był już którymś z kolei, po Mahu - założycielu. Znalazłem też między innymi moją fotografię. Dobrze wiedzieć, że w życiu coś mi wyszło naprawdę dobrze. Wtem poczułem złość na Strażników. Przecież, jeśli byłem tu przez parę lat, to znaczy, ze oni zabrali mi fragment mojej młodości. To z kolei oznacza, że prawie wszystkie moje wspomnienia sprzed studiów były fikcją. Odszedłem od Strażników w ostatniej klasie liceum. Wtedy też trafiłem na przeklętego Lorczyka. „Uniwersytet im. Lorczyka – jedno z kilku najbardziej udanych przedsięwzięć wuefistów, którym nie udało się zapobiec Strażnikom” – widniał nagłówek w dalszej części wystawy, gdzie opisane były ważniejsze akcje. „Wśród uczniów padło kilkadziesiąt ofiar, nim proceder został przerwany przez agentów” – było napisane w dalszej części. To znaczy, ze moje studia były związane z atakiem wuefistów. Byłem ich ofiarą! I Strażnicy nic z tym nie zrobili! Parę lat tu spędziłem, a potem oni zostawili mnie na pastwę Ich. Spaprali mi życie i teraz mam im pomagać?! „Xionc – akcja ta polegała na wałkowaniu przez katechetów na lekcjach wciąż identycznych tematów: aborcji, eutanazji i antykoncepcji. Celem było zanudzenie uczniów i zmuszenie ich do masowych ucieczek z lekcji, przez co obniżał się prestiż szkoły.” – było napisane w innym artykule obok. Zapominając w ogóle o tym, że nie wiem jeszcze, czego strażnicy ode mnie chcą, ruszyłem do sali, by powiedzieć, że wracam do siebie. W końcu nie będą mnie tu trzymać na siłę. - Hej! – krzyknął za mną jakiś gość, którego minąłem przed chwilą. Odwróciłem się. Był tam chłopak i dziewczyna. On - wysoki brunet, z krótkimi włosami, niebieskimi oczami, silnie umięśniony, ona – atrakcyjna brunetka z włosami do ramion. Wydawali mi się znajomi. - Nie pamiętasz nas? – spytała ona i podeszła do mnie. - Klekacz i Bułka? To wy? – nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Natychmiast przypomniałem sobie wszystkie przeprowadzone wspólnie akcje. Masę wuefistów razem zlikwidowaliśmy... - Was też ponownie zwerbowali? - Jak widzisz. A u ciebie jak? Co robiłeś po odejściu? Cholera! Musiał o to spytać? Co mam teraz powiedzieć? Że jestem nauczycielem i niedoszłym pisarzyną? - Jakoś leci. Raz na obozie, raz pod... Kręcę się to tu, to tam... A wy? - My... wiesz... Za pół roku bierzemy ślub... – powiedział to trochę niechętnie. - Gratuluję wam. To świetnie – starałem nie dać po sobie poznać przygnębienia. Mi też się Bułka podobała, choć wiedziałem, że nie mam u niej szans. - Wiesz, po co nas wezwali? – spytała ona. - Nie mam pojęcia. Mamy się zebrać w głównej sali – nie chciałem im powiedzieć, że mam zamiar się wycofać. - To idziemy. Super! Znowu na fali! – wykrzyknął Klekacz. Weszliśmy tam. Wewnątrz było już sporo wiary. Wszyscy byli w wieku podobnym do mnie. Wokół szwędali się normalni strażnicy – ci byli o parę lat młodsi. Na podwyższenie wszedł Maczo. - Witam was wszystkich. Zastanawiacie się, dlaczego tu jesteście. Zapewne pamiętacie, jak za pierwszym razem mówiłem wam, ze wasza służba potrwa kilka lat, a potem o niczym nie będziecie pamiętać. Niestety znaleźliśmy się w tragicznej sytuacji. Potrzebujemy każdego z was, ale ci, którzy nie chcą pozostać, mogą odejść. – w tym momencie chciałem się zgłosić, opowiedzieć swoją historię, jak to strażnicy nie uchronili mnie przez uniwersytetem Lorczyka, wyżalić się i odejść. Coś mnie jednak powstrzymywało. – Nikt nie jest tu pod przymusem. A więc sytuacja wygląda tak: słyszeliście zapewne o tajemniczych kopułach, które pojawiają się w różnych miejscach. Większość z was pamięta również, że wuefiści we wnętrzach takich kopuł budowali swe upiorne zamki. Kopuły stawały się niewidzialne, a zamki pozostawały niezauważone. Teraz jednak wuefiści zdjęli czary maskujące. Podejrzewamy, że podjęli oni wielką ofensywę przeciwko nam i szykują się do otwartej konfrontacji – wielkiej wojny. Prawdopodobnie notoryczne znikanie ze szkół tablic i czerwonych długopisów ma z tym coś wspólnego. – zadrżałem na wspomnienie woźnych, wynoszących tablice do sali gimnastycznej. I nic wtedy nie zrobiłem. – Zdecydowaliśmy się podjąć wyzwanie i ogłosiliśmy powszechną mobilizację. Każde z was spędziło kilka wspaniałych lat, walcząc o ciągłość wuefu. Teraz czeka was nowe zadanie. Rozpoczęliśmy już przygotowania do walki. Pewnie słyszeliście już o upadku Microsoftu i wytwórni filmowej, których byliśmy właścicielami. Potrzebowaliśmy dużych funduszy na zbrojenia. A więc, co konkretnie macie zrobić? Rozpocząć ponowne szkolenia i przygotowywać się do bitwy. Muszę jednak was ostrzec, że wuefiści zaatakują z niespotykaną dotąd siłą. Ryzykujecie wszystko, co macie. Pomożecie? Cisza. Wszyscy spojrzeli po sobie pytająco. - Jesteście ze mną? Rozległy się radosne wiwaty. Salę wypełnił szał tłumu. Tymczasem ja, po tym przemówieniu, pamiętałem już niemal wszystko. Wuef to wolność, spokój i normalność. Zwykłe życie szkolne. Wuefiści to wrogie, tajemnicze istoty, bez kształtu i życia. Ich celem jest przerwać ciągłość wuefu i przejąć kontrolę nad systemem edukacji. Strażnicy istnieją, by do tego nie dopuścić. Odpowiedź „poszło w diabły” na pozdrowienie „jak zdrówko” służyła identyfikacji wuefistów spośród innych, gdyż mogą oni przybierać dowolną postać. Nie potrafią natomiast wymówić połączenia literowego „owd” w zwrocie „poszło w diabły”. Nie miałem pojęcia, co począć. Zostać i walczyć? Przecież jestem już dorosły. Takie głupie zabawy, to nie dla mnie. Szkołę mam już za sobą. Wuefiści, to nie moje zmartwienie. Siedziałem na schodach na korytarzu do głównej sali, ze spuszczona głową. Nagle podeszła do mnie doktor Jajco. Ona przystała do strażników jakiś miesiąc przed moim odejściem. - Dlaczego nie chcesz zostać? – spytała mnie. Czy ona czyta w myślach? Zajmowała się laboratorium, ale to jeszcze nic nie wyjaśnia. Usiadła koło mnie. Miała na sobie biały fartuch laboratoryjny. Jej gładką twarz okalały jasne włosy do ramion. Miała piękne, niebieskie oczy. - Co ty wiesz... – powiedziałem z wyższością. - Wiem całkiem sporo. I powiem ci coś. Nie nadajesz się na nauczyciela, a tym bardziej na pisarza. W szkole napisałeś parę dobrych opowiadań i wypracować i na tym koniec. Nie masz żadnych zdolności pisarskich. Przestań się zadręczać i pogódź się z tym. - Dzięki – odburknąłem. - Słuchaj. Nie układało ci się po wyjściu stąd. Częściowo to wina wuefistów, częściowo nasza, bo nie zdążyliśmy ich powstrzymać. Ale twoje życie jest w twoich rękach. Zajmij się nim, póki możesz. - Czego ode mnie chcesz? - Te kilka lat, które tu spędziłeś, to najwspanialszy okres w twoim życiu. Nie chcesz przeżyć go jeszcze raz? - A nawet, jeśli zostanę, to prędzej, czy później to się skończy i znów wrócę do szarej rzeczywistości. - Zajmij się życiem albo użalaniem – powiedziała, wstała i odeszła w kierunku laboratorium. Coś w tym jest. To prawda, że nie nadaje się ani na pisarza ani na nauczyciela. Za to, jako strażnik byłem bardzo dobry. I to zajęcie naprawdę dawało mi radość. Zostaję. Wolę zginąć z rąk wuefistów, niż zadręczać się w szkole. Czy Jajco nie jest też psychologiem? Przez ten miesiąc, kiedy została strażniczką, właściwie z nią nie rozmawiałem. W ogóle chyba jeszcze żadna dziewczyna nie rozmawiała ze mną w taki sposób. W tym momencie na korytarzu zjawił się Maczo. - Szukałem cię. Mam dla ciebie specjalne zadanie – zwrócił się do mnie. – Jesteś nauczycielem, prawda? Szkolenia będziesz miał po południu, poza tym będziesz szpiegiem w swojej szkole. Co prawda mamy tam agenta, ale on nie jest wstanie wniknąć do środowiska nauczycielskiego. Natychmiast się poderwałem. - Tak jest – powiedziałem.

III

Pierwszy raz szedłem do pracy z radością na twarzy. Byłem mocno zmęczony ćwiczeniami w centrali strażników, które trwały do pierwszej w nocy. Mimo to byłem szczęśliwy. W kieszeniach specjalnej kamizelki czułem przyjemne ciążenie dziesiątek fajnych gadżetów, jak na przykład własna ścionga, laserowy długopis, świetlny usypiacz, podręczny kasownik pamięci, generator palmityniano-oleiniano-stearynianu gliceryny, czyli w skrócie gieposg. Po drodze zastanawiałem się też, ilu z nauczycieli mojej szkoły, to byli Strażnicy. Otóż po skasowaniu pamięci agentom, z jakiegoś powodu, w dziewięćdziesięciu pięciu procentach przypadków zostają oni nauczycielami. Strażnicy nie potrafią wyjaśnić tego zjawiska, ale wykluczają działania wuefistów. Moja historia to przypadek... Zadowolony z siebie wszedłem do szkoły. Wszedłem głównym wejściem – przeznaczonym wyłącznie dla ważniejszych nauczycieli. Uczniowie i pozostali pedagodzy wchodzą od tyłu. Udałem się do sekretariatu, by wyjaśnić moja dwudniową nieobecność niedyspozycją zdrowotną. Ta wredna, brzydka sekretarka już chciała coś marudzić, ale olałem ją i wyszedłem. Jeszcze w zeszłym tygodniu w życiu bym się na to nie odważył. Zostawiłem płaszcz w pokoju i udałem się na pierwszą lekcję. Nie denerwowałem się. Olałem program i zrobiłem uczniom wykład na temat tego, jak wybrać właściwy dla siebie zawód. Coś już o tym wiedziałem... Po lekcji ustawiła się do mnie kolejka interesantów. Po raz pierwszy takie coś mi się zdarzyło. Chyba naprawdę ich zaciekawiłem. Gadałem z nimi całą przerwę. Z ostatnim chłopakiem rozmawiałem jeszcze do drugiego dzwonka. Gdy ten zadzwonił, przypadkiem wypadła mi z ręki teczka z materiałami. Wpadły one prosto pod ostatnią ławkę. Nachyliłem się by je zebrać. W tym momencie rozległy się ciężkie kroki. Ziemia zaczęła drżeć. Zapadła grobowa cisza. Drzwi do klasy otworzyły się z piskiem. Strach ogarnął lud. W wejściu stała ta, która trzęsła szkołą. To tak naprawdę ona sprawowała najwyższą władzę, zupełnie jak japońscy szogunowie rządzili w imieniu cesarzy. Wokół niej utrzymywał się cień, zupełnie jakby światło od niej uciekało. Nikt nie odważył się nawet poruszyć powiekami. W idealnej ciszy postać przemieściła się w kierunku katedry. Powoli, trzęsąc się ze strachu, wstałem. - Przepraszam... tutaj mi się rozsypało... – wydukałem. – Już sobie idę. Profesor Ostrowieckogowskonowskogońska – jakoś tak się nazywała (nikt tego nie umie wymówić ani poprawnie napisać) nawet na mnie nie spojrzała. - Do widzenia – powiedziałem i natychmiast uciekłem. Słyszałem jeszcze jak Ostrowieckopowskogonowska kazała wyciągnąć kartki. „Biedne dzieci” – pomyślałem. „How are you today?” – słyszałem dźwięki dobiegające z sali pani profesor Frąc van Bień. Przechodziłem obok w drodze na moją lekcję. „Dla przypomnienia: kto był najlepszym przyjacielem Piłsudskiego? No? Że-li...” – dobiegało z kolei z izby profesor Stortczyk. Kolejne lekcje minęły mi naprawdę miło. Kompletnie ignorowałem zasady, regulamin i program, przeprowadzając lekcje na tematy zupełnie nie związane z nauką. Po co miałem się męczyć? Przecież oni i tak nic nie wynieśliby z moich normalnych zajęć. Wychodząc ze szkoły, wyrzuciłem do kosza zaczęte rękopisy kolejnych moich powieści. Przechodziłem obok przybudówki, a dokładniej koło wejścia do części gimnastycznej. Usłyszałem słowa dwóch nauczycieli. Zajrzałem tam. Oczywiście tablic już na sali nie było. - Co to może być? – spytał profesor Czejeczański, nachylając się nad plamą jakiejś dziwniej, zielonkawej substancji, rozlanej na środku korytarza. - Nie mam pojęcia, co to za choróbsko? – odparł profesor Strzyżyk. Obaj nauczali wychowania fizycznego. Poszedłem dalej, kierując się do centrali Strażników. Przechodziłem akurat przez rynek. Byłem naprawdę zadowolony z siebie. Nagle całe szczęście i radość uszły ze mnie, a ich miejsce zajęło przerażenie i groza. Na balkonie jednej z kamienic stała... nie, to zbyt potworne... straszne... aż boję się pomyśleć... zupełnie jakbym ujrzał koniec świata... Stała tam... pusta donica. Wielka, gliniana, pokryta tajemniczymi znakami, ustawiona na rogu kamiennej balustrady. Rzuciłem się do ucieczki. Nie zważając na spojrzenia zdziwionych ludzi, biegłem do kościoła, obok którego znajdowało się najbliższe wejście do centrali. Zasłaniając twarz rękami ze strachu, wbiegłem do windy. Gdy ta otworzyła się, wkroczyłem na korytarz, który prowadził do głównej sali i gabinetu Maczo. Czułem na sobie zagadkowe spojrzenia agentów, wbiegłem do gabinetu szefa, cały zdyszany. - Co się stało? - Widziałem... widziałem... – próbowałem złapać oddech. – to było potworne... pustą donicę! Twarz Maczo znieruchomiała z przerażenia. Wpatrywał się we mnie szeroko otwartymi oczami i wyglądał, jakby spoglądał na własną śmierć. W końcu opadł ciężko na swój fotel. - Jesteś pewien? To nie był wazon? Pojemnik z kwasem? Urna z prochami ofiary? - Gdyby to były zwęglone zwłoki, to powiedziałbym, że to zwęglone zwłoki! – huknąłem. – To była pusta donica! - Nie mów tego tak głośno! Chcesz, żeby wszyscy stąd uciekli? - Co teraz zrobić? Mamy jakiekolwiek szanse? - Sprawa jest przesądzona. Pusta donica oznacza tragedię. Klęskę! Śmierć i zniszczenie! Na świecie zapanuje nieopisane zło! Nic mu się nie przeciwstawi! Zapanują wuefiści. Nasza walka jest daremna. Zapanowała martwa cisza. Maczo wpatrywał się nieobecnym wzrokiem w podłogę. Za oknem rozbił się jakiś samolot. - Może jest jeszcze szansa... Może to jednak nie była donica...? – zacząłem. Maczo spojrzał na mnie z nadzieją. - Oby. Wrócisz tam i to sprawdzisz – teraz ja zamarłem. – Proszę wezwać Klekacza, Bułkę i Jajco do mojego gabinetu – powiedział do mikrofonu. Po chwili cała trójka stała koło mnie. Maczo objaśnił im szczegółowo sytuację. Oni również zamarli z przerażenia. Mieliśmy wszyscy razem wrócić nocą do kamienicy i zbadać dokładnie sytuację. Tak się też stało. Piękna iluminacja ratusza sprawiała, że czuliśmy się jak na Manhattanie. Nie było jednak czasu na zachwyty. Podeszliśmy do drzwi do kamienicy. Spojrzałem na domofon. „Ostrowieckoskorzonoska” – widniało nazwisko na pierwszym miejscu. A więc ona... to oznacza, że cała szkoła jest w rękach wuefistów. Ale nie to było najgorsze. - Pusta donica – stwierdził z rezygnacją Klekacz. Rzeczywiście. To nie mogło być nic innego. Zdawała się nawet lśnić mimo mroku. Złowroga poświata jaśniała wokół niej. - Jest ciemno... Nie widać dobrze... może... – próbowała się karmić nadzieją Bułka. - Trzeba ją zabrać – stwierdziła Jajco. - To nic nie da. To już koniec. Wszystko przepadło – odparł Klekacz. - Cicho... – przerwałem, bo usłyszałem nagle jakieś wrzaski. Wydawało mi się, że dobiegają one z wnętrza mieszkania na piętrze. Miiiaaaauuuu – rozległo się głośne, przeciągłe miauczenie jakiegoś kota. - Ty mały barbarzyńco! – krzyknął ktoś. Wydawało mi się, że to ona... Wtem okno się otworzyło. Ukryliśmy się pod balkonem. Tym razem miauknięcie było o wiele głośniejsze i wyraźniejsze: MIIIAAAAUUUUU!!! – kot wyleciał przez okno. PLASK! – ciało zwierzęcia trzepnęło o ziemię. Nie mógł tego przeżyć. Nie odważyliśmy się jednak do niego podbiec, nim nie usłyszeliśmy odgłosu zamykanego okna. Wtedy stało się coś, czego w życiu bym się nie spodziewał. Kocur podniósł najpierw głowę, rozejrzał się dookoła i wstał z ziemi. Otrzepał się, oblizał i z podniesionym ogonem zaczął się oddalać. - To wuefista! – szepnął Klekacz. Po chwili on i Bułka trzymali wycelowane ściongi. - Nie! Mimo wszystko jest w skórze kota. Nie zwieje nam na miotle – zaoponowałem. - Racja. Chętnie bym przeprowadziła na nim badania. No i można by go przesłuchać – powiedziała Jajco. Mam wrażenie, ze ona jest z takich, co bardziej lubią trupy niż żywych. - Klekacz, złapiemy go. Wy trzymajcie ściongi w pogotowiu, gdyby coś się stało – poleciłem i ruszyłem w pogoń. Klekacz ruszył zaraz za mną. A teraz wyobraźcie sobie dwóch facetów, goniących po pustym, oświetlonym rynku małego rudego kota i dwie dziewczyny, celujące do zwierzęcia z czegoś przypominającego krzyżówkę pistoletu na wodę z robotem kuchennym. - Pieruństwo zasówa jak mała motorówka – mruknąłem. Istotnie kot biegał i zakręcał jak wyścigówka. Ale w końcu to wuefista. Miauczał też, jakby śmiejąc się ze mnie za każdym razem, gdy nie wyrabiałem za nim na zakrętach. Znaleźliśmy się z Klepaczem po dwóch stronach, tak, że on napędzał zwierzę w moją stronę. To było bez sensu. Kot zakręcił z zawrotną prędkością. Wtedy rozległ się huk eksplozji. To dziewczyny strzeliły do zwierzęcia. Fala uderzeniowa odrzuciła go i grzmotnęła nim o ziemię. Dotarłem do niego pierwszy, ale ten podniósł się i przebiegł mi między nogami. Prosto w ręce Klekacza. Wuefista jednak nie dawał za wygraną rzucał się na wszystkie strony i drapał mojego kumpla pazurami. Zaraz wyciągnąłem świetlny usypiacz i błysnąłem kotu w oczy. Nic to nie dało. Tylko zaczął miauczeć na całe gardło. - Zaraz obudzi ludzi – rzekłem zdenerwowany. Tymczasem dobiegły do nas dziewczyny. - Daj mi go – powiedziała Bułka i pociągnęła kota za ogon. Pokręciła nim chwilę w powietrzu, po czym jak najmocniej rzuciła o ziemię. Ogon został jej w ręce. - Urwał się – powiedziała, patrząc na rudy ogonek. Chwyciłem zwierzaka za gardło, wyciągnąłem laserowy długopis i zbliżyłem go do pyska kota. - Jak nie będziesz spokojny, to poderżnę ci gardło – szepnąłem do niego. Zaczął miauczeć jeszcze głośniej. - Jemu o to chodzi – powiedziała Jajco. - To co z nim zrobić? Pani doktor wzięła ogon od Bułki i resztę ode mnie. Wrzuciła oba kawałki do dźwiękoszczelnej siatki, którą miała ze sobą i z takim pakunkiem skierowaliśmy się do centrali. - Pierwsza akcja i taki łup – powiedziała podniecona Bułka. Istotnie było to coś niezwykłego. Jeszcze nigdy, w historii agencji, nie udało się złapać żywego wuefisty i przeprowadzić na nim badania, a tym bardziej go przesłuchać. Rano w centrali panowało niezwykłe poruszenie. Wszyscy, którzy nie mieli akurat służby, zebrali się w laboratorium, gdzie miało się odbyć przesłuchanie. Kot z urwanym ogonem leżał przytwierdzony do fotela tytanowymi pasami. Pomieszczenie było całkowicie hermetyczne, a w rogach stały wielkie ściongi, wycelowane w przesłuchiwanego. Wewnątrz był tylko agent Misiu, specjalista od przesłuchań. Publiczność stała za grubą na dwadzieścia centymetrów szybą. Na dany przez Maczo znak rozpoczęło się przesłuchanie. Misiu podszedł do kota w czarnym prochowcu i takimż kapeluszu. Pilotem wyłączył światło, pozostawiając tylko jedną lampę, skierowaną prosto w pysk zwierzęcia. Tymczasem koteczek najspokojniej spał. - Kim jesteś? – zadał pierwsze pytanie Misiu. Kot tylko nieznacznie otworzył jedną powiekę, spojrzał na strażnika, zamiauczał i ponownie pogrążył się we śnie. Agent nacisnął kolejny przycisk pilota. Zza fotela wysunęły się mechaniczne ramiona, które ustawiły zwierzę w pozycji siedzącej, wyprostowanej i unieruchomiły go tak. - Myślisz, że jesteś taki cwany? – rzekł strażnik, nachylając się nad zwierzakiem. Ten ponownie miauknął i polizał go języczkiem po nosie. Misiu miał o tyle utrudnione zadanie, że w jego szkoleniu nie przewidziano procedury na wypadek przesłuchiwania wuefisty. Tak więc, mimo iż był najlepszym specjalistą, nie do końca wiedział, co robić. - Myślisz, że będziemy się tu bawić w kotka i myszkę? – Strażnik pilotem uruchomił potężne ściongi, których lufy zajaśniały białą poświatą. – Jeden przycisk i zostanie z ciebie wspomnienie. – Kot się ani trochę nie przejął. Niestety zabawa w kotka i Strażnika trwała w najlepsze, tak iż po paru godzinach publiczności zaczęło się nudzić. Misiu próbował kotu grozić, torturować go, prosić, błagać, śpiewać, tańczyć, recytować wiersze... nic nie pomogło. - On się zamęczy – szepnąłem do Klekacza, który stał obok mnie. Obaj obserwowaliśmy beznadziejne zmagania agenta z pierwszego rzędu.…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%