Fantasy · 4 godz. 34 min czytania
Strażniczka Kalinowego Mostu
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 6
1.Dobra i Miła
Gdyby czterdziestoletnie wiedźmy dostawały miedziaka za każdym razem, gdy ktoś w pobliskiej wsi nazywał je „przeklętymi samotnicami", Mila mogłaby bez mrugnięcia okiem kupić całe Podlasie, kawał Mazowsza i jeszcze zostałoby jej na złoty imbryk do parzenia ziół.
Zamiast tego miała swoją małą, pachnącą suszoną sosną i miodem chatę na rozstajach dróg, otoczoną prastarą, zadziwiająco przyjazną puszczą. Wbrew opowieściom, którymi straszono dzieci w osadzie, ten las wcale nie był mroczny. Przez gęste, rozłożyste korony prastarych dębów i sosen bezustannie przesączało się delikatne, złote światło słońca, tworząc na dywanach z mchu świetliste, tańczące plamy. Tuż za jej niskim, plecionym z wikliny płotem wznosiły się potężne, omszałe skały. Natura ułożyła je w przedziwne, głębokie labirynty, pęknięcia i wąskie korytarze, które wyglądały tak, jakby wycięły je z ziemi dłonie jakichś zapomnianych olbrzymów. Gdzieś pomiędzy tymi kamiennymi ścianami, w chłodnym cieniu, bezustannie szemrał niewidoczny, lodowaty strumyk, napełniając całe obejście kojącym, sennym dźwiękiem płynącej wody.
To była jej oaza. Jej własny, wywalczony pazurami kawałek świata, choć dzisiejszy poranek zaczął się od małej domowej wojny.
- Słuchaj no, mój drogi maluchu - westchnęła Mila, odkładając drewnianą łyżkę i wycierając z czoła fioletową, lepką maź. - Jeśli jeszcze raz dostanę w twarz rozgotowaną leśną jagodą, osobiście zapakuję cię do wiklinowego kosza i oddam na wychowanie babom z wioski. Zobaczysz, co to znaczy pranie gaci w lodowatej rzece od świtu do nocy i całkowity zakaz jedzenia miodu przez najbliższy miesiąc.
Zza wielkiego, kaflowego pieca, który zajmował niemal jedną czwartą izby, dobiegło gniewne, piskliwe fuknięcie. Domowik, przypominający z wyglądu skrzyżowanie sękatego korzenia dębu z pomarszczonym staruszkiem wielkości dorosłego kota, zakrył się dwiema lnianymi, poszarzałymi szmatkami i zaczął ostentacyjnie, z głośnym łomotem przestawiać gliniane garnki. Poranna owsianka najwyraźniej była dziś w jego opinii za mało słodka, a ten mały duch domowy potrafił być bardziej wybredny niż królewski namiestnik.
Mila uśmiechnęła się pod nosem, nie dając po sobie poznać, jak bardzo bawi ją to małe stworzenie. Upiła łyk parującego, parzonego w glinianym kubku naparu z polnej mięty i dzikiej macierzanki, po czym odruchowo poprawiła gruby, ciemny warkocz. Przerzuciła go przez ramię, przyglądając się pojedynczym, srebrnym pasmom, które od jakiegoś czasu wyraźnie odznaczały się przy jej skroniach. Jej ojciec, kiedy jeszcze miała naście lat i odmawiała posłuszeństwa, powtarzał z wściekłością, że kobieta bez męża, dzieci i silnej męskiej ręki zginie w gęstwinie przed nadejściem pierwszej srogiej zimy. Cóż, właśnie mijała jej trzydziesta dziewiąta zima, a Mila wciąż miała wszystkie palce, twardy charakter, ciepły dach nad głową i całkiem niezły humor. Odrzucenie tradycyjnego życia we wsi, ucieczka z własnego wesela i wybór samotności były najlepszymi decyzjami, jakie podjęła w swoim dojrzałym życiu.
Nagle nad jej prawym uchem rozległo się miękkie, melodyjne trzepotanie skrzydeł. Na brzegu stołu, tuż obok miski z owsianką, usiadła mała, zwinna jaskółka z lśniącym, granatowo-czarnym grzbietem i śnieżnobiałym brzuszkiem.
- O, cześć, moja miła. Moja słodka Zazulka - szepnęła miękko Mila, a cała ironia momentalnie wyparowała z jej głosu. Wyciągnęła palec i z niezwykłą delikatnością pogłaskała ptaszka po małym łebku, podsuwając mu jednocześnie okruszek świeżego chleba z makiem. - Jak tam sytuacja na dole, przy bagniskach? Dalej susza wypala trawę?
Jaskółka przekrzywiła łebek, patrząc na nią swoimi paciorkowatymi, bystrymi oczkami. Zamiast zjeść okruch, wydała z siebie ciche, przeciągłe, niemal żałobne ćwierknięcie, a potem trzy razy, metodycznie i głośno uderzyła małym dzióbkiem w drewniany blat stołu.
Mila zamarła, a jej dłoń zawisła w powietrze. Trzy stuknięcia Zazulki oznaczały tylko jedno: goście. I to nie tacy z krwi i kości, którzy potrzebowali maści na bolące stawy, syropu z cebuli czy korzenia żywokostu. To byli goście, którzy nie zostawiali śladów na mchu.
Zanim zdążyła wstać z ławy, potężny, jasny cień całkowicie odciął chłodne światło wpadające przez otwarte okno chaty. Przez szeroki parapet, z niezwykłą jak na swoje gabaryty gracją, na podłogę wskoczył Luty. Był ogromnym, srebrzystobiałym wilkiem o potężnej klatce piersiowej i oczach o barwie płynnego, czystego złota. Zwykli śmiertelnicy na sam jego widok dostawali drgawek, chwytali za widły lub uciekali z wrzaskiem, bębniąc w święte drzewa i krzycząc o przeklętych bestiach boga Welesa. Dla Mili Luty był jednak kimś zupełnie innym. W jej oczach wciąż był tą samą małą, przemarzniętą, puszystą kulką, którą niemal dekadę temu znalazła w głębokiej śnieżnej zaspie po lutowej zamieci. Pamiętała, jak spędziła trzy noce przy piecu, masując jego maleńki brzuch, karmiąc go kozim mlekiem przez kawałek lnianej ściereczki i szeptem odganiając od niego chłód śmierci.
Teraz ten wielki, budzący grozę basior podszedł prosto do niej. Zniżył swój potężny kark, wydał z siebie ciche, niemal kocie mruknięcie i z nieskrywaną nachalnością wcisnął swój wielki, wilgotny nos prosto pod jej pachę. Oparł się o nią całym ciężarem ciała, domagając się swojej porcji porannych pieszczot.
- Ty też czujesz, co nadchodzi, mój kochany? Mój dzielny, wielki Lutek - zamruczała czule Mila.
Odłożyła kubek i obiema dłońmi zanurkowała w jego gęstym, pachnącym mrozem i lasem futrze. Zazulka czyściła piórka na poręczy, a Mila zaczęła tarmosić wilka za uszami i drapać w jego ulubionym miejscu na karku. Potężny basior przymknął złote ślepia z zachwytu, cicho fukając z aprobatą.
- Miejże trochę godności, postrachu puszczy - zażartowała, całując go prosto w białe czoło między oczami. - Gdyby myśliwi ze wsi zobaczyli teraz tego wielkiego, groźnego wilka, jak płaszczy się przed starą wiedźmą o poranku, poumieraliby ze wstydu. No już, zostaw moją spódnicę, moja miłości.
Luty, jakby rozumiejąc jej słowa, liznął ją szorstkim językiem w dłoń, ale nagle wyprostował się, a jego uszy obróciły się w stronę drzwi. Sierść na jego karku lekko się zjeżyła, choć warkot, który wydał z siebie, nie był agresywny - był raczej ostrzeżeniem.
Przez szpary w drewnianych drzwiach do wnętrza izby zaczęła powoli, falami wpełzać gęsta, mleczna, nienaturalnie zimna mgła. To był znak, że nadszedł czas graniczny. Moment zawieszenia, w którym słońce wprawdzie wzeszło, ale światło jeszcze nie zdołało w pełni przepędzić nocy. Czas, w którym granica między światem żywych a krainą cieni stawała się cienka niczym pajęczyna.
Mila wstała z ławy, wygładziła prostą, lnianą suknię w kolorze ciemnej ziemi i podeszła do drzwi. Nacisnęła klamkę.
We mgle, tuż za progiem jej podwórka, na tle omszałych, skalnych korytarzy, stała postać. Była lekko przezroczysta, jakby utkana z dymu dogasającego ogniska, a poranny wiatr delikatnie rozmywał jej kontury. Mila od razu rozpoznała te szerokie ramiona, potężne dłonie i charakterystyczne, sumiaste wąsy. To był Witek, stary kowal z ich wioski. Mężczyzna stał całkowicie bez ruchu, nie wydając z siebie żadnego dźwięku. Patrzył przed siebie pustym, bezbrzeżnie zdezorientowanym wzrokiem. Rozglądał się po pniach drzew, rozchylał usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale z jego gardła nie wydobywał się nawet szept. Przestępował z nogi na nogę, chwiejąc się lekko, jakby gubił równowagę w świecie, którego już nie potrafił dotknąć. Jego pogrzeb odbył się zaledwie trzy dni temu, po tym jak jego serce nagle poddało się przy rozżarzonym palenisku, ale jego niema dusza wciąż błądziła po lasach, uwięziona w gęstej matni, zdezorientowana i nieświadoma tego, co naprawdę się wydarzyło.
Mila poczuła znajome, bolesne ukłucie w piersi. Widziała to już wielokrotnie. Kiedy śmierć przychodziła tak nagle, dusza nie potrafiła pojąć, dlaczego wszystko dokoła straciło głos i dlaczego nikt w wiosce jej nie dostrzega.
Uzdrowicielka zrobiła krok do przodu. Jej twarz zmiękczyła się w wyrazie głębokiego, czystego współczucia. Podeszła powoli, krok za krokiem, po czym delikatnie przykucnęła przed zmarłym kowalem, tak by jej oczy znalazły się na wysokości jego wzroku. Ściszyła głos do najcieplejszych, najbardziej kojących tonów, mówiąc cichym, uspokajającym głosem.
- Nie bój się, Witku - powiedziała cicho, posyłając mu blady, nieskończenie życzliwy uśmiech. Jej słowa płynęły miękko w porannej ciszy, otulając niemą, przerażoną duszę kowala jak ciepły koc. - Wszystko jest w porządku. Nie musisz już szukać drogi do kuźni ani martwić się o ogień w palenisku. Twoi chłopcy sobie poradzą, a ty możesz już odpocząć.
Duch kowala drgnął, a w jego mglistych, smutnych oczach po raz pierwszy od trzech dni odmalowało się coś na kształt zrozumienia. Przestał się chwiać, a jego ramiona bezwładnie opadły, jakby zrzucił z nich niewidzialny, ogromny ciężar.
Mila wyprostowała się powoli i spojrzała na Zazulkę, która w tym samym momencie przeleciała nad jej głową, siadając na poręczy ganku i cicho, czule świergocąc.
- Zazulka zaraz odprowadzi cię do domu - dodała Mila łagodnym głosem, wskazując ręką na małego ptaszka. - Idź za nią, Witku. Nie bój się niczego. Wszystko będzie dobrze. Obiecuję ci to.
Jaskółka wzbiła się w powietrze, zataczając świetlisty krąg nad wejściem do skalnego labiryntu. W głąb tych kamiennych korytarzy mgła nagle zaczęła się rozstępować, tworząc wyraźną, bezpieczną ścieżkę prowadzącą w stronę lśniącej w oddali rzeki zaświatów.
Niema dusza kowala skinęła Mili głową z niemą wdzięcznością, odwróciła się i powoli, krok za krokiem, ruszyła w głąb skalnych korytarzy, podążając za małym ptakiem.
Luty podszedł do krawędzi progu, odprowadzając odchodzącą duszę cichym, niskim, pełnym szacunku skomleniem, a Domownik za piecem wreszcie przestał tłuc naczyniami, uciszając się w pełnej powadze chwili.
Mila oparła się plecami o ramę drzwi, obserwując, jak pierwsze silne promienie słońca ostatecznie rozpraszają poranną mgłę, przywracając światu jego zwykłe, realne kształty.
Odetchnęła głęboko, czując, jak z jej barków opada ciężar. Nie miała pojęcia, że ta czuła, cicha przysługa dla zmarłego sąsiada to ostatnia spokojna rzecz, jaką przyjdzie jej zrobić w tym roku. Prawdziwa kosmiczna burza, która miała przynieść na jej rozstaje rannego, pozbawionego pamięci boga podziemi, właśnie zbierała swoje niszczycielskie siły na samym szczycie niebios.
2.Na leśnej polanie
Słońce nad polaną Dobromiły miało w zwyczaju wstawać niespiesznie, jakby samo upajało się błogim szmerem ukrytego w skałach strumyka. Kiedy mgła po odejściu niemej duszy kowala Witka ostatecznie opadła, całe obejście zalała fala miękkiego, złotego blasku. Dla ludzi z wioski to miejsce było przeklętą jaskinią wiedźmy, ale dla Mili stanowiło jedyny prawdziwy dom, w którym każda najmniejsza istota miała swoje bezpieczne schronienie. Tutaj nikt nikogo nie oceniał, pod warunkiem, że nie zakłócał wypracowanego przez lata porządku.
A o porządek od samego świtu dbał ten, który podłogi w chacie uważał za swoją absolutną własność.
- Przestań ze wreszcie tak szurać ty mały, złośliwy krasnalu - zawołała Mila, wchodząc do izby z naręczem świeżej, pachnącej poranną rosą słomy.
Zza kaflowego pieca natychmiast wychylił się Domowik. Dziś nie rzucał już rozgotowanymi jagodami, ale jego mała, pomarszczona twarz wciąż wyrażała głębokie ubolewanie nad losem całego domostwa. Małymi, sękatymi rączkami próbował wygładzić rąbek starej, lnianej szmatki, która służyła mu za koszulę, po czym fuknął gniewnie, wskazując palcem na kąt przy oknie.
- Słomy nawłóczyła! Brudu nasypała! - pisnął jego wysoki, zrzędliwy głosik. - A kto to będzie zamiatał, no kto? Ja mam swoje lata, moje stare gnaty trzeszczą przy każdym kroku, a ona znowu urządziła tu chlew. I miód w spiżarni znowu ubył! Myśli, że nie widzę?
- Miód oddałam Zazulce, żeby miała siłę latać na bagniska, ty marudny gnomie - odcięła się gładko Mila, rzucając mu radosne, ciepłe spojrzenie. Podeszła do pieca i postawiła na nim wielki gliniany gar, by przygotować napar na popołudnie. - Poza tym, gdybyś mniej zrzędził, a więcej pomagał przy rozcieraniu piołunu, twoje gnaty wcale by tak nie trzeszczały. Masz tu odrobinę świeżego mleka i siedź cicho, moja słodka marudo.
Zostawiła na małym spodku odrobinę tłustego mleka, co momentalnie zamknęło usta domowemu duchowi. Domowik chwycił miseczkę obiema dłońmi i z głośnym siorbaniem schował się w bezpiecznym mroku za ciepłymi kaflami, mrucząc pod nosem coś o braku szacunku dla starszych demonów.
Mila zaśmiała się cicho pod nosem, poprawiając gruby warkocz. Jej radosna natura nie pozwalała długo się złościć Kochała to swoje zwariowane gospodarstwo. Każdy poranek tutaj, spędzony na kłótniach z duchem pieca i doglądaniu stworzeń, był wart tysiąca tych nudnych, pełnych społecznych rygorów dni, jakie jej ojciec zaplanował dla niej we wsi. Tam musiałaby być posłuszną żoną, drapać pazurami cudzą ziemię i milczeć, kiedy mężczyźni Zresztą zawsze czuła że nie takie życie jest jej pisane, wiedziała że bogini Mokosz przeznaczyła jej inny los. Tutaj była panią samej siebie, a jej niezależność pachniała ziołami i leśnym wiatrem.
Zanurkowała dłonią w ciemny, chłodny kąt izby, gdzie przy podłodze stała wielka, dębowa balia wypełniona czystą, źródlaną wodą i warstwą miękkiego torfu. Z mchu natychmiast wychyliły się dwie wielkie, oślizgłe, żabie oczka. Błotnik, małe stworzenie przypominające skrzyżowanie człowieczka z ropuchą, wydał z siebie ciche, zadowolone piszczenie.
- No cześć, moja mała, błotna ropuszko - szepnęła czule Mila, gładząc opuszkiem palca jego śliską, zielonkawą główkę. Błotnik rozparł się na brzegu balii, puszczając z pyszczka małe bąbelki powietrza. Mila uratowała go dwa tygodnie temu, gdy susza na dobre zaczęła wypalać pobliskie bagniska, pozostawiając mniejsze demony na pewną śmierć. - Woda dzisiaj chłodna, dobra? Jak tylko słońce podejdzie wyżej, przyniosę ci świeżej z jaru. Tylko nie wyskakuj mi na podłogę, bo Luty znowu weźmie cię za zabawkę, mój ty słodki szkrabie.
Jakby na dźwięk swojego imienia, przez otwarte drzwi do izby wszedł Luty. Potężny, jasny wilk przeszedł obok balii Błotnika, nawet na niego nie patrząc - traktował małego stworka jak niegroźny element umeblowania. Podszedł prosto do Mili, zniżył swój potężny kark i z wielką siłą oparł łeb o jej biodro, niemal przewracając ją na łóżko.
- Och, Luty, mój kochany, mój wielki, srebrny pieszczochu! - zawołała Mila, porzucając na chwilę gliniany gar i obiema dłońmi wtulając się w jego gęste futro.
Zaczęła tarmosić go za uszami, drapać pod potężną żuchwą i całować w szerokie czoło, a jasny basior przymknął złociste ślepia, wydając z siebie głębokie, gardłowe mruknięcie pełne bezwarunkowej miłości. Dla całego świata był potworem, synem mroku, ale dla niej wciąż pozostawał tym samym bezradnym szczenięciem, które wychowała od małej, przemarzniętej kulki. Spędzili ze sobą dziesięć lat na tej polanie, dzieląc chłód zimy i upał lata. Luty był jej najwierniejszym cieniem, strażnikiem i jedyną rodziną, która nigdy jej nie zawiodła.
- No już, zostaw moją koszulę, ty wielki psie - zaśmiała się radosnym, głębokim śmiechem, lekko odpychając jego potężne cielska. - Idziemy do koźlarni. Melania na pewno już tam tupie kopytami i czeka na swoją porcję siana.
Wykończyła poranne porządki w izbie i wyszła na podwórze, czując pod bosymi stopami przyjemne ciepło nagrzanej słońcem ziemi. Ta ziemia na jej polanie zawsze wydawała się wyjątkowa. Podczas gdy wokół wsi trawy schły i żółkły pod okiem bezwzględnego słońca, u Mili wciąż bujnie rosły zielone kępy koniczyny, babki lancetowatej i słodkiej macierzanki. Mila wiedziała, dlaczego tak jest. Nigdy o tym głośno nie mówiła, by nie prowokować wiejskich kapłanów, ale głęboko w sercu czuła na tym skrawku puszczy obecność samej Mokoszy - wielkiej Matki Ziemi. Bogini opiekowała się jej niezależnością. Dawała jej znaki w snach, kiedy miała nadejść sroga zima, i sprawiała, że leśne zioła na jej polanie zyskiwały potrójną moc leczenia. Mila w zamian szanowała każdy korzonek, każdą gałązkę i nigdy nie brała od puszczy więcej, niż naprawdę potrzebowała.
Podeszła do małej, skleconej z grubych dębowych bali zagrody, skąd natychmiast dobiegło głośne, domagające się uwagi meczenie. Czarna koza Melania, o lśniącej niczym węgiel sierści i bystrych, poziomych źrenicach, uderzyła racicą w drewniane drzwiczki.
- No już, moja miła, moja pyskata dziewczyno - przemówiła do niej Mila z uśmiechem, otwierając rygiel. Melania natychmiast wetknęła swój czarny pysk w jej dłonie, szukając ukrytego w kieszeni spódnicy kawałka wysuszonego chleba. - Widzisz, jaka jesteś niecierpliwa? Zupełnie jak baby na targu. Luty, nie podchodź tak blisko, bo znowu dostaniesz z rogów w nos i będziesz płakał przez pół dnia.
Jasny wilk usiadł w bezpiecznej odległości pod płotem, udając, że koza zupełnie go nie obchodzi, choć jego złociste oczy uważnie śledziły każdy ruch czarnego kopyta. Mila sprawnie wydoiła Melanię, napełniając gliniany skopek tłustym, pachnącym ziołami mlekiem, po czym rzuciła jej na paśnik świeżą słomę. Wszystko szło swoim dawnym, bezpiecznym rytmem. Życie było proste, radosne i pełne tej specyficznej, leśnej magii, która dawała Mili poczucie absolutnego spełnienia.
Sielanka zaczęła psuć się dopiero po południu, kiedy słońce zaczęło powoli schodzić w stronę potężnych, skalnych korytarzy przypominających Błędne Skały.
Mila wzięła pod pachę dwa puste, wiklinowe kosze i postanowiła zejść w dół głębokiego jaru, by nabrać świeżej wody dla Błotnika oraz nazbierać dzikiego chmielu, który rósł obok strumienia. Luty, jak zawsze, ruszył przodem, przedzierając się swoim wielkim, jasnym cielskiem przez gęste kępy paproci. Zazulka kołowała nisko nad ich głowami, zataczając szerokie kręgi między koronami dębów.
Im bliżej skalnych korytarzy się znajdowali, tym bardziej Mila czuła, że coś w powietrzu jest nie tak. Szmer wody, który zazwyczaj był czysty, jasny i kojący, teraz brzmiał dziwnie głucho. Jakby strumyk nie płynął z radością po kamieniach, ale z trudem przeciskał się przez pęknięcia w ziemi.
Gdy Mila weszła pomiędzy potężne, omszałe głazy, puszczańska łagodność gwałtownie zniknęła. Powietrze w wąwozie było duszne, naelektryzowane tak intensywnie, że drobne kosmyki jej ciemnych włosów momentalnie wysunęły się z warkocza, unosząc wokół policzków i mrowiąc skórę. Luty zatrzymał się gwałtownie. Jego uszy obróciły się nerwowo, a z gardzieli wydobył się niski, basowy warkot pełen głębokiego niepokoju.
Mila podeszła do brzegu strumienia i na ten widok cała jej radosna natura momentalnie wyparowała.
Woda w jarze nie była już czysta i przejrzysta. Stała się mętna, stalowoszara, a na jej powierzchni unosiły się dziwne, tłuste plamy przypominające płynną rdzę. Mila uklękła na mchu, zanurzyła dłoń w strumieniu i aż cofnęła rękę z sykiem - woda była nienaturalnie lodowata, a gdy odruchowo zbliżyła mokry palec do ust, poczuła potworny, palący posmak starego żelaza, krwi i spalenizny. To nie była zwykła leśna zgnilizna. To była trucizna, która paliła żyły ziemi.
- Co za licho... - szepnęła pod nosem, wycierając dłoń o lniany fartuch.
W tym samym momencie z gęstych zarośli paproci na skraju skał wyczołgało się małe stworzenie. Był to borowy podrostek - drobny leśny duch, który zazwyczaj biegał wesoło po gałęziach drzew. Teraz jednak stworkowi brakowało dawnej energii. Jego małe, zielonkawe skrzydełka były potwornie poparzone, zwęglone na końcach, jakby dotknął ich żywy ogień, choć na niebie od samego rana nie było ani jednej burzowej chmury. Podrostek piszczał żałośnie, trzęsąc się z przerażenia i wskazując małą rączką w głąb najstarszej, głuchej puszczy.
Mila poczuła, jak chłód powoli rozlewa się po jej karku, a jej lekko ironiczny dystans zaczął pękać, ustępując miejsca narastającej, zimnej złości. To nie były żarty. Jej studnia, jej cenne zioła w skalnych szczelinach i całe bezpieczeństwo jej polany zależały od tej wody. Bez czystego strumienia całe jej gospodarstwo umrze w ciągu kilku dni.
Wstała, mocno dociskając dłonie do swoich pełnych bioder, a w jej piwnych oczach zapalił się ten sam twardy, buntowniczy chłód, którym kiedyś doprowadzała do szaleństwa swojego ojca.
- Boruta - warknęła głośno, a jej głęboki głos odbił się echem od omszałych głazów. - Ten rogaty, bezczelny dureń znowu musiał coś zepsuć. Któryś z jego złośliwych, biesich podwładnych uznał, że zepsuje moją wodę i poparzy leśne stworzenia dla głupiej zabawy. Przebrała się miara.
Odwróciła się na pięcie, porzucając puste kosze na mchu, i spojrzała na zaniepokojonego wilka.
- Luty, wracamy do chaty. Muszę zabezpieczyć próg, schować Błotnika i przygotować się do drogi. Jutro z samego rana idziemy na Wielkie Uroczysko. Osobiście wybiję temu rogatemu szlachcicowi z głowy te jego biesie złośliwości, a jeśli będzie trzeba, uwarzę mu taki napar z tojada, że popamięta mnie na kolejne tysiąc lat. No, ruszaj się, mój kochany. Czeka nas długa noc.
Część 22 / 6
3.Boruta
Droga w głąb starej puszczy była ciężka, duszna i pozbawiona jakiejkolwiek leśnej łagodności. Im bardziej Dobromiła oddalała się od swojej jasnej, skąpanej w słońcu polany, tym bór stawał się gęstszy, bardziej zwarty i ponury. Potężne, kilkusetletnie dęby i rozłożyste graby splatały swoje korony tak ciasno, że złociste promienie południowego słońca nie potrafiły przebić się przez tę zielono-brązową barierę. W dole, pod nogami, rozciągał się wieczny półmrok, przesycony zapachem butwiejącego drewna, wilgotnych grzybni i ciężkiego, stojącego powietrza.
Powietrze zresztą z każdą spędzoną w gęstwinie chwilą stawało się coraz trudniejsze do zniesienia. Nie było tu ożywczego wiatru. Zamiast tego Dobromiła czuła na skórze dziwne, lepkie ciepło, a naelektryzowana aura puszczy stawała się wręcz namacalna. Gęste pasma jej ciemnych włosów, które rano tak pieczołowicie zaplotła w luźny warkocz, teraz całkowicie żyły własnym życiem. Drobne kosmyki wysuwały się na wolność, unosiły wokół jej policzków i karku, skóra mówiła tak intensywnie, jakby miliony niewidzialnych mrówek maszerowały po jej ciele.
Obok niej szedł Luty. Wielki, śnieżnobiały basior nie przypominał już jednak tego potulnego, puszystego szczeniaka, który o poranku bezczelnie wpychał potężny łeb pod jej spracowane dłonie. Wilk szedł z nienaturalnie uniesionym łbem, a jego uszy obracały się nerwowo we wszystkie strony. Biała, gęsta sierść na jego grzbiecie była zjeżona, a z potężnej gardzieli co kilka kroków wydobywało się niskie, basowe warknięcie. Niewidzialne, elektryczne napięcie krążące w powietrzu drażniło jego dzikie zmysły, sprawiając, że każdy szelest paproci czy trzask pękającej pod stopą Mili gałązki stawiał go w stan najwyższej gotowości.
- Spokojnie, mój ty obrońco- szepnęła cicho Dobromiła, zniżając dłoń do jego ucha i mocno chwytając za kark, by dodać mu otuchy. - Ten rogaty dureń po prostu znowu stroi fochy albo próbuje mnie nastraszyć, zanim jeszcze zdążę wejść na jego podwórko. Zaraz go naprostujemy
Znała pana tego boru od bez mała dwudziestu lat. Odkąd zamieszkała na swojej samotnej polanie, Boruta był stałym elementem jej rzeczywistości. Dzielili ten las, te skały i te same ścieżki, choć ich spotkania zazwyczaj przypominały starcie dwóch potężnych chmur burzowych. Boruta był biesem - prastarym leśnym duchem, strażnikiem podziemnych skarbów i puszczańskich ostępów. I od dobrych piętnastu lat, z uporem godnym o wiele młodszych i głupszych śmiertelników, próbował uwieść niezależną znachorkę.
Dobromiła minęła potężny, powalony pień obrośnięty grubym dywanem szmaragdowego mchu i wkroczyła na Wielkie Uroczysko - miejsce, gdzie puszcza gwałtownie zapadała się w głęboki, skalisty wąwóz. To tutaj, pośród czarnych, wilgotnych głazów, biło serce najstarszej części boru. Powietrze wokół niej nagle stężało, a zapach mchu ustąpił miejsca woni drogiego, starego miodu pitnego, palonej dębiny i... siarki. Z mroku wąwozu zaczął powoli wyłaniać się potężny, nienaturalnie wysoki cień.
- Oho, zaczyna się przedstawienie dla pospólstwa - mruknęła pod nosem Mila, opierając dłonie na swoich pełnych biodrach i unosząc lekko brew.
Cień gwałtownie skondensował się, przybierając postać postawnego, niezwykle przystojnego mężczyzny ubranego w bogaty, ciemnozielony kontusz z grubego sukna, spięty szerokim, skórzanym pasem nabijanym szczerym złotem. Na jego głowie pyszniła się futrzana czapka z drogim, sokolim piórem, spod której jednak bezczelnie wystawały dwa twarde, czarne jak węgiel, zakrzywione kozie rogi. Jego oczy płonęły nienaturalnym zielonym blaskiem Na jego przystojnej, bladej twarzy malował się wyraz absolutnej, dumnej wyższości.
- Kto śmie zakłócać spokój moich wiekowych ostępów? - zagrzmiał Boruta, a jego głos potoczył się po skałach niczym odgłos bliskiego gromu. Cienie wokół niego zaczęły gwałtownie falować, a Luty obnażył kły, gotów skoczyć biesowi wprost do gardła. - Czy to ty, śmiertelna kobieto, przychodzisz błagać o łaskę pana tej puszczy? Czy wreszcie zrozumiałaś, że twój los leży w moich rękach?
Dobromiła stała nieruchomo. Wyraz jej twarzy nie zmienił się ani o milimetr. Westchnęła tylko ciężko, głośno i niezwykle ostentacyjnie, po czym wyciągnęła dłoń i bezceremonialnie odsunęła kosmyk włosów, który znowu przylepił się do jej policzka.
- Boruta, na litość Matki Ziemi, skończ z tym patosem - rzuciła znużonym, głębokim głosem, w którym tliła się czysta, dojrzała ironia. - Mam czterdzieści lat, a ty od piętnastu powtarzasz dokładnie tę samą kwestię. Naprawdę nie stać cię na nowego pisarza do tych twoich biesich przemów? I zdejmij te rogi, bo ci tylko czapkę niszczą, a kontusz masz zeszłoroczny.
Bladozielony blask w oczach Boruty nagle zgasł, a nienaturalny, mroczny cień wokół niego momentalnie się rozproszył. Potężny demon puszczy zgarbił się lekko, zdjął czapkę z piórem i podrapał się między rogami, wyglądając nagle jak skrzywdzony, dąsający się chłopak, mimo że miał na karku kilka tysięcy lat.
- No wiesz co, Dobrusia... - żachnął się, a Jego głos stracił swój monumentalny ton, stając się aksamitnym, niskim barytonem. Zero szacunku dla tradycji. Przecież to buduje klimat. Śmiertelnicy z wioski na sam ten dźwięk oddają mi połowę swoich zapasów zboża, a ty zawsze musisz wszystko popsuć.
- Bo śmiertelnicy z wioski są głupi i dają się nabierać na tanie sztuczki z dymem i siarką - odparła Mila, podchodząc bliżej i stając z nim twarzą w twarz.
Była od niego niższa o całą głowę, ale jej postawa - pewna siebie, emanująca mądrością i niezależnością - sprawiała, że to demon czuł się przy niej dziwnie nieswojo. Ściśnięty lnianą koszulą gors unosił jej ładne, krągłe piersi, a piwne oczy patrzyły na biesa z taką bystrością, że Boruta momentalnie wyprostował się, poprawił pas i przybrał swój najbardziej czarujący, uwodzicielski uśmiech. Spojrzał na jej pełne biodra, a w jego ślepiach znowu zapalił się ten dawny, dobrze znany Mili ognik.
- Ach, Dobrusia... Moja piękna, niezłomna czarownico - szepnął, podchodząc o krok i próbując ująć jej spracowaną, pachnącą miodem dłoń. Luty natychmiast kłapnął zębami tuż przy jego złotym pasie, zmuszając biesa do cofnięcia ręki. - Widzisz? Nawet twój biały potwór wie, że jesteśmy sobie pisani. Spójrz na siebie. Jesteś zbyt piękna, zbyt ponętna i zbyt mądra, by marnować życie w tej skromnej chatce, kłócąc się z pomarszczonym Domownikiem i dojąc czarną kozę.
Boruta rozłożył szeroko ramiona, wskazując na mroczny wąwóz.
- Oddam ci całą tę puszczę. Moje podziemne jaskinie pękają od złota, srebra i prastarych bursztynów, które rzymscy kupcy gubili tu wieki temu. Ukryję cię przed tą głupią starszyzną z wioski. Będziesz moją królową, panią boru. Będziemy żyli wiecznie, pijąc najstarsze miody. No powiedz, czy to nie brzmi lepiej niż zbieranie ziół na ból lędźwi u wiejskich chłopów? Zaufaj mi, moja słodka.
Dobromiła uniosła głowę, patrzyła w jego przystojną twarz, a w jej piwnych oczach zapaliły się złote, figlarne iskry. Na jej usta wypłynął ten specyficzny, zmysłowy i niesamowicie kpiący uśmiech, który niejednemu mężczyźnie w okolicy doszczętnie pomieszał w głowie.
- Boruta, mój drogi - zaczęła miękko, a bies aż wstrzymał oddech, myśląc, że po piętnastu latach wreszcie nadszedł ten dzień. - Twoje złoto jest zimne, twoje jaskinie Są wilgotne i pachną nietoperzami, a od twojego starego miodu pitnego głowa boli mnie przez trzy dni z rzędu.Poza tym... królową? Ja nie potrafię słuchać własnego Domowika, a ty chcesz, żebym rządziła biesami? Przecież wy jesteście bardziej niesforni niż stado dzikich świń w żołędziach.
- Ale Dobrusia! - zaczął błagać, padając przed nią niemal na jedno kolano, a jego rogata postać przybrała wyraz czystej, teatralnej rozpaczy. - Dam ci wszystko! Jeśli chcesz, przegonię te kury z twojego podwórka! Zamienię tę twoją pyskatą kozę w złoty posąg! Jeśli mi odmówisz, przysięgam, że spuszczę na twój las mroczne mgły, że zgniją wszystkie twoje cenne korzonki, a wilki zaczną wyć pod twoimi oknami tak głośno, że nie zmrużysz oka przez całą zimę!
Mila zaśmiała się głośno - radosnym, głębokim śmiechem kobiety, która doskonale wiedziała, jak bezradne potrafi być męskie ego, gdy dostaje kosza.
- Po pierwsze, od moich wilków to ty się z łaski swojej odczep, bo Luty sam potrafi wyć piękniej niż cała twoja biesia wataha - odcięła się gładko, klepiąc białego basiora po potężnym łbie. - Po drugie, jeśli dotkniesz chociaż jednego kopyta Melanii, osobiście uwarzę napar z tojadu i wleję ci go do tego twojego drogiego miodu. A po trzecie, Boruta... wiesz dobrze, że kocham swoją niezależność bardziej niż wszystkie twoje rzymskie bursztyny. Wstań z tych kolan, bo ci się ten drogi kontusz ubrudzi w błocie, i posłuchaj mnie wreszcie uważnie. Nie przyszłam tu po twoje zaloty.
Bies westchnął ciężko, podniósł się z ziemi i otrzepał sukno z suchych liści. Jego twarz natychmiast stała się poważna, a w oczach pojawił się cień prawdziwego, niemal ludzkiego zmęczenia.
- No dobrze, dobrze... Warto było spróbować - mruknął pod nosem, poprawiając czapkę z sokolim piórem. - Zawsze jesteś taka twarda, Mila. To zmysłowe, ale potwornie uciążliwe. O co więc chodzi, skoro nie o moje serce i moje skarby?
Dobromiła spoważniała. Zniknęły iskry rozbawienia, a w jej piwnych oczach pojawił się ten sam twardy, niepokojący chłód, który towarzyszył jej rano nad brzegiem jaru.
- Chodzi o wodę w moim strumieniu, Boruta - powiedziała niskim, dobitnym głosem. - Dzisiaj rano zeszłam do jaru. Woda jest mętna, stalowoszara i tak potwornie gorzka, że pali gardło jak płynna rdza. Pachnie starym żelazem, krwią i spalenizną. Rusałki uciekły, ukryły się pod głazami i trzęsą się ze strachu. Co więcej, rano przyszedł do mnie borowy podrostek z poparzonymi, zwęglonymi skrzydłami. Na niebie nie było ani jednej chmury, a powietrze elektryzuje tak, że włosy stają mi dęba.
Zrobiła krok w jego stronę, a jej spojrzenie przewierciło biesa na wylot.
- Któryś z twoich podwładnych postanowił zatruć żyły tego lasu? Któryś bies uznał, że zepsuje moją studnię i moje zioła w skalnych korytarzach? Gadaj mi tu zaraz, bo nie mam dziś humoru na wasze złośliwości.
Boruta zamarł. Na jego bladej twarzy odmalowało się coś, czego Dobromiła nigdy wcześniej u niego nie widziała. To nie był gniew, to nie była kolejna nadąsana mina urażonego zalotnika. To był autentyczny, głęboki i paraliżujący strach.
Bies postąpił krok w tył, a jego wielkie dłonie zaczęły nerwowo miętosić rąbek ciemnozielonego kontusza. Rozejrzał się wokół, po mrocznych, splecionych koronach drzew, jakby obawiał się, że same liście mogą go podsłuchiwać.
- Ja... ja nic nie wiem o twoim strumieniu, Dobromiła - szepnął, a jego głos po raz pierwszy stracił całą swoją dawną pewność siebie i aksamitną głębię. Brzmiał teraz pusto, niemal bezradnie.
- Nie kłam mi tu, Boruta! - fuknęła Mila, mocniej dociskając dłonie do bioder. - Jesteś panem tego boru! Nic w tej puszczy nie dzieje się bez twojej wiedzy!
- Przysięgam na samą Mokosz! - zawołała nagle bies, unosząc prawą dłoń wysoko do góry.
Dobromiła zamarła. Przysięga na Matkę Ziemię była dla każdej mitycznej istoty - czy to dobrej, czy złej - absolutną świętością. Żaden bies, żaden czort ani demon nie odważyłby się wymówić imienia Mokoszy w kłamstwie, bo żywa ziemia pod jego stopami momentalnie otworzyłaby się i pochłonęła go w wieczną nicość. Boruta mówił prawdę.
- To nie moja sprawka, Mila... Przysięgam ci - mówił dalej bies, a jego głos drżał. Podszedł bliżej, zniżając głowę, jakby chciał zdradzić jej najgorszy, najbardziej przerażający sekret. - Myślisz, że to dotyczy tylko twojej polany? Spójrz na moje Wielkie Uroczysko. Cienie... one przestają mnie słuchać. Od trzech dni błąkają się bez celu, gęstnieją w mroku i zawodzą tak, że sam nie potrafię zmrużyć oka. Moje podziemne jaskinie, te pełne złota i rzymskich bursztynów... wszystko zaczyna czarnieć. Złoto pokrywa się rdzą, a kamienie pękają i zamieniają się w proch. Ja sam... tracę moc, Dobrusia. Czuję, jak siła uchodzi ze mnie z każdym porankiem, jakby korzenie tej puszczy piły jakąś truciznę.
Mila patrzyła na niego zszokowana. Boruta - dumny, potężny władca puszczy, który potrafił jednym skinieniem ręki łamać stuletnie dęby - teraz stał przed nią blady, osłabiony i autentycznie przerażony.
- Jeśli to nie ty... i nie twoje demony... to co się dzieje z tym światem? - zapytała cicho, a jej lekko ironiczny dystans ostatecznie pękł, ustępując miejsca narastającemu, zimnemu niepokojowi.
- Coś potężnego, Mila. Coś, co przewyższa nas wszystkich - szepnął Boruta, patrząc w górę, w stronę splecionych gałęzi, za którymi kryło się naelektryzowane, duszne niebo. - To nie jest ziemska złośliwość. To nie jest sprawka żadnego leśnego ducha. Cała tkanka tego świata... ona zaczyna się rwać. Coś pękło głęboko pod ziemią albo wysoko w niebiosach. I jeśli to się nie zatrzyma, wkrótce wszyscy - i moi podwładni, i twoje stworzenia, i ty sama - obrócimy się w szary popiół.
Dobromiła milczała przez dłuższą chwilę. Słuchała głuchego, monotonnego szumu puszczy, który teraz brzmiał jak cichy, bolesny jęk chorego organizmu. Śledztwo, które miało przynieść szybkie rozwiązanie i ukaranie złośliwego demona, utknęło w martwym, przerażającym punkcie. Sprawa była o wiele większa, mroczniejsza i bardziej skomplikowana, niż mogła przypuszczać.
- Muszę wracać do chaty - powiedziała w końcu, odwracając się na pięcie. - Muszę sprawdzić, co dzieje się na mojej polanie.
- Dobrusia... - zawołała za nią Boruta, a w jego głosie po raz ostatni błysnęła nuta dawnego, zmysłowego magnetyzmu, choć podszyta czystym błaganiem. - Jeśli świat naprawdę ma się skończyć... może jednak przemyślisz moją propozycję? Lepiej umierać w bogactwie, jako królowa, niż samotnie na tej twojej małej polanie...
Dobromiła zatrzymała się na moment. Nie odwróciła głowy, ale na jej usta znowu powrócił ten dawny, znajomy, lekko kpiący uśmiech, który był jej najlepszą tarczą obronną przed każdym strachem.
- Boruta, mój drogi - rzuciła przez ramię, a jej piwne oczy błysnęły w półmroku puszczy. - Świat się nie skończy, dopóki ja mam siłę, by trzymać go za łeb. A ty pilnuj swoich rdzewiejących bursztynów i nie daj się powalić tej twojej biesiej melancholii. Luty, wracamy.
Wilk wydał z siebie krótkie, potężne szczeknięcie i ruszył przodem, torując drogę białym puszystym cielskiem przez gęste paprocie. Dobromiła szła za nim, czując, jak w jej żyłach, zamiast strachu, zaczyna krążyć zimna, czysta determinacja. Jeśli lokalne demony były bezradne, jeśli prastary Boruta trząsł się ze strachu, to znaczyło, że porządek świata został naruszony na najwyższym poziomie. A Dobromiła ponad wszystko kochała swoją niezależność i nie zamierzała pozwolić, by jakakolwiek siła - ziemska czy niebiańska - zniszczyła jej ukochany dom.
4. Zbierają się chmury
Gdy Dobromiła przekroczyła niską, plecioną z wikliny furtkę swojego obejścia, poczuła, jak z jej piersi powoli uchodzi lodowaty ciężar, który rósł w niej z każdym krokiem stawianym w głuchej puszczy. Tutaj, na jej własnej polanie, świat wciąż wydawał się nienaruszony, jakby czas na moment zatrzymał się w miejscu. Podczas gdy głębokie, mroczne wąwozy biesa Boruty gniły, rdzewiały i elektryzowały skórę, u niej bezustannie szemrał niewidoczny, lodowaty strumyk, napełniając całe obejście kojącym dźwiękiem płynącej wody. Przez gęste, rozłożyste korony prastarych dębów i sosen bezustannie przesączało się delikatne, złote światło słońca, tworząc na dywanach z mchu świetliste, tańczące plamy. Trawa pod jej bosymi stopami wciąż była soczysta, zielona i pachnąca słodką macierzanką.
To była zasługa Mokoszy. Wielka Matka Ziemia rozciągnęła nad tym skrawkiem lasu swój niewidzialny, opiekuńczy płaszcz, czyniąc polanę Mili nienaruszalną, bezpieczną twierdzą. Tyle że ta oaza, choć nienaruszona przez rdzę, właśnie zaczynała przyciągać tych, którzy nigdzie indziej nie mogli znaleźć schronienia.
- Luty, spokojnie, mój kochany, mój - szepnęła Mila, kładąc dłoń na szerokim, zjeżonym karku wilka.
Potężny, srebrzystobiały basior nie chciał jednak wrócić do swojej porannej, leniwej natury. Stał tuż przy wiklinowym ogrodzeniu, napinając mięśnie pod gęstą sierścią, a jego uszy obracały się nerwowo we wszystkie strony. Zazulka, która przed chwilą sfrunęła z jej ramienia, usiadła na daszku ganku i zamiast czyścić granatowo-czarne piórka, wydała z siebie ciche, przeciągłe, niemal żałobne ćwierknięcie.
Mila rozejrzała się po podwórzu i nagle zauważyła to, co tak bardzo zaniepokoiło jej zwierzęta. We mgle, która powoli i falami zaczynała wpełzać od strony skalnego labiryntu, stało kilka postaci. Były blade, półprzezroczyste, utkanie z dymu i wieczornego cienia. Zaledwie trzy, może cztery dusze. Stały całkowicie bez ruchu, chwiejąc się lekko na wietrze, a ich nieme, głęboko zdezorientowane twarze wyrażały bezbrzeżny smutek i strach. Rozglądały się wokół pustym wzrokiem, przestępując z nogi na nogę, jakby całkowicie zgubiły orientację w świecie, którego już nie potrafiły dotknąć. Ich zgaszone oczy patrzyły na zielone obejście Mili z cichym, przejmującym błaganiem o azyl.
Mila poczuła znajome ukłucie w piersi. Jako odprawiaczka widziała to już wielokrotnie, choć nigdy nie zdarzyło się, by kilka dusz naraz błąkało się po lesie w tak bliskiej odległości od jej domu. Na jej usta, mimo rosnącego w piersi niepokoju, powrócił ten specyficzny, lekko kpiący uśmiech, który od lat służył jej za najlepszą tarczę obronną.
- No dobrze, moi drodzy wędrowcy - mruknęła cicho pod nosem, poprawiając gruby warkocz i przerzucając go przez ramię. - Nie wiem, co was tak bardzo wystraszyło w tych skalnych korytarzach, ale nie możecie tak stać i chwiać mi się przy płocie. No już, Luty, schowaj te zęby, mój drogi piesku. Przecież widzisz, że oni nawet nie pamiętają własnych imion.
Zrobiła krok w stronę ganku, chcąc najpierw zabezpieczyć izbę i przygotować wszystko do rytuału odprawienia. Gdy tylko pchnęła ciężkie, drewniane drzwi i weszła do środka, zza wielkiego, kaflowego pieca natychmiast dobiegło głośne, gniewne fuknięcie.
- Co ona znowu za licho pod płot sprowadziła, baba nieroztropna?! - wrzasnął Domowik, wyskakując ze swojego bezpiecznego kąta. Jego małe, sękate rączki trzęsły się tak bardzo, że o mało nie upuścił glinianej miseczki, z której rano siorbał mleko. - Cały las drży! Ziemia pod piecem robi się dziwnie chłodna, a korzenie prastarych dębów za ścianą płaczą! Widzę te cienie przez szparę w oknie! One zepsują nam podłogę, a ja mam swoje lata i moje stare gnaty nie zniosą takiego rabanu w obejściu!
Mila odłożyła wiklinowe kosze na dębowy stół i spojrzała na małego duszka z nieskończonym rozbawieniem, które na moment rozgoniło jej własne troski.
- Słuchaj no, mój głośny maluchu - sapnęła, wycierając z czoła kroplę potu i podchodząc do pieca, by dorzucić kilka suchych szczapek. - Zamiast tak wymachiwać tymi chudymi łapkami, rzuć lepiej okiem na ogień. Potrzebuję mnóstwa wrzątku i czystych lnianych szmat. Te cienie pod płotem niczego ci nie zepsują, bo nie mają nawet stóp, które mogłyby nabrudzić na twojej świeżo zamiecionej podłodze. Twój ukochany miód w spiżarni jest całkowicie bezpieczny, więc przestań marudzić, bo od tego twojego piskliwego głosu mleko u Melanii skwaśnieje, zanim zdążę ją porządnie wydoić.
Domowik fuknął gniewnie, tupnął małą, pomarszczoną nóżką, ale posłusznie zniknął za ciepłymi kaflami pieca, skąd po chwili dobiegło znajome, radosne trzaskanie podpalonych gałęzi i ożywczy zapach dymu.
Mila podeszła do ciemnego kąta izby, gdzie w wielkiej, dębowej bali wypełnionej czystą, źródlaną wodą i miękkim torfem mieszkał Błotnik. Małe stworzenie, przypominające skrzyżowanie człowieczka z ropuchą, wychyliło swoje wielkie, oślizgłe oczy ponad powierzchnię mchu i wydało z siebie ciche, drżące, pełne niepokoju piszczenie.
- Tobie też zaraz doleję świeżej wody, moja słodka ropuszko - przemówiła do niego najczulszym, ciepłym głosem, gładząc go opuszkiem palca po śliskim łebku. - Wiem, że czujesz ten dziwny chłód płynący z głębi lasu. Ale tutaj, pod dachem, nic ci nie grozi. Mokosz pilnuje naszych progów, a ten mały zrzęda za piecem dopilnuje, żeby ogień nie zgasł przed nocą. Siedź cicho, mój ty słodki szkrabie.
Mila wyprostowała się i odetchnęła głęboko, próbując uporządkować myśli. Nie wiedziała, dlaczego woda w strumieniu Boruty nagle zaczęła gorzknieć i palić gardło niczym płynna rdza, ani dlaczego leśne stworzenia uciekały z głębi boru ze zwęglonymi skrzydłami. Nie znała skali tego problemu i była przekonana, że to jedynie lokalna, złośliwa kapryśność leśnych duchów, którą zaraz uda się naprostować.
Część 33 / 6
Wyszła z powrotem na podwórze, niosąc w dłoniach pęczki wysuszonego jałowca i wrotyczu. Uklękła na ganku, rozpalając małe, gliniane naczynie i pozwalając, by gęsty, aromatyczny, nieco szorstki dym zaczął powoli płynąć w stronę wiklinowego płotu, oczyszczając powietrze i przynosząc ulgę zbłąkanym duszom.
- No już, nie bójcie się - powiedziała cicho, a jej głęboki, uspokajający głos popłynął nad podwórkiem niczym ciepły koc, otulając blade postacie stojące we mgle. - Wszystko jest w porządku. Zaraz znajdziemy dla was drogę do domu.
Mila wyprostowała się, podeszła do furtki i spojrzała na Zazulkę, która w tym samym momencie zatoczyła szeroki krąg nad jej głową i usiadła na poręczy ganku, cicho i czule świergocąc.
- Zazulka zaraz odprowadzi was przez Kalinowy Most - dodała Mila łagodnym, pewnym głosem, wskazując ręką na małego ptaszka. - Idźcie za nią i nie bójcie się niczego. Wszystko będzie dobrze.
Jaskółka wzbiła się w powietrze, zwinna i szybka, kierując się prosto w stronę głębokiego, skalnego labiryntu, tuż za granicę jej podwórka, gdzie wznosił się prastary Kalinowy Most - mistyczna granica, przez którą dusze przechodziły do krainy cieni. Kilka bladych, przezroczystych postaci skinęło Mili głowami z niemą wdzięcznością, odwróciło się i powoli, krok za krokiem, ruszyło za małym ptakiem, niknąc w gęstniejących oparach mgły.
Mila oparła się plecami o ramę drzwi, czekając na powrót swojej małej przewodniczki i gładząc Lutego za uszami. Była pewna, że za chwilę wszystko wróci do normy. Jednak minuty mijały, a Zazulka nie wracała. Zamiast tego z głębi skalnych korytarzy dobiegł dziwny, głuchy, nienaturalny dźwięk - jakby potężne uderzenie fali o twardy kamień, połączone z cichym, metalicznym zgrzytem.
Chwilę później jaskółka wypadła z mgły z przeraźliwym, alarmującym piskiem. Jej lśniące, granatowo-czarne skrzydełka drżały gwałtownie, a mały dzióbek był bezradnie otwarty. Ptak z impetem usiadł na ramieniu Mili, uderzając skrzydłami o jej policzek i trzęsąc się z przerażenia. Mila zamarła, a jej dłoń zawisła w powietrzu. Dusze nie przeszły. Kalinowy Most - to święte, nienaruszalne przejście między światami, które działało od tysięcy lat - stawiało opór. Coś zablokowało drogi do zaświatów, a rzeka Smorodina zaczynała dziwnie i złowrogo burzyć się w swoich podziemnych żyłach.
Wtedy Dobromiła po raz pierwszy poczuła, jak po jej karku rozlewa się prawdziwy, lodowaty niepokój. To nie była zwykła złośliwość Boruty ani lokalny kaprys puszczańskich demonów. Sprawa była o wiele poważniejsza, mroczniejsza i bardziej skomplikowana, niż mogła przypuszczać. Skoro woda gorzknieje, leśne stworzenia cierpiały, a bramy dla zmarłych zostały zamknięte, to znaczyło, że tkanka świata zaczynała rwać się na jej własnych oczach.
- No to już przestaje być zabawne.Dobrze, Zazulka, spokojnie, moja miła - szepnęła Mila, tuląc małego ptaszka do swojej szyi, choć jej własne serce zabiło mocniej. - Skoro rytuał i zioła nie wystarczą, a przejście stawia opór, nie mamy czasu do stracenia. Nie wiem, co zablokowało ten most, ale nie zamierzam bezczynnie patrzeć, jak moje obejście zmienia się w pułapkę.
Zamknęła ciężkie drzwi i ryglem odcięła izbę od gęstniejącego na zewnątrz mroku. Wepchnęła przerażoną Zazulkę pod swoją lnianą chustę na piersi, czując, jak małe serduszko ptaka bije jak oszalałe. Mila usiadła na twardej, dębowej ławie, oparła łokcie na stole i ukryła twarz w dłoniach. W izbie panował duszny, bolesny półmrok. Tylko dogorywające w piecu szczapki rzucały na ściany długie, drżące cienie.
- Co tu począć... - szepnęła w pustkę, a jej zazwyczaj radosny, twardy głos brzmiał teraz dziwnie głucho. - Co to za moc, co rzeki zatrzymuje i zmarłym dom zamyka? Żadne moje zioło na to nie poradzi, żadne zamówienie Mokoszy mostu nie otworzy, kiedy on sam drży w posadach.
Z ciemnej szpary za piecem wysunęła się mała, pomarszczona postać. Domowik podszedł cicho, stąpając boso po deskach podłogi. W jego małych, czerwonych od płaczu oczkach nie było już dawnej, złośliwej przekory. Duszek zatrzymał się dwa kroki od ławy, splótł sękate palce na brzuchu i spojrzał na Milę z rzadką u niego, dawną mądrością.
- A czego to ona w swojej małej głowie szuka? - odezwał się Domowik niskim, piskliwym, ale dziwnie uroczystym szeptem, zwracając się do niej w trzeciej osobie. - Czy ona myśli, że jej piołun i macierzanka uleczą rany samej ziemi? Ona ma moc w rękach, wielką moc, ale jej wiedza jest krótka jak letnia noc. Ona sama tego nie udźwignie. Ona musi iść do Tej, co na Łysej Górze siedzi i kośćmi płot grodzi.
Mila uniosła głowę, patrząc na małego duszka przez pasma rozwichrzonych, ciemnych włosów.
- Do Jagny? - spytała cicho.
- A do kogóż by innego Ona szła? - fuknął Domowik, choć zaraz zniżył głos, jakby bał się, że ściany mogą go usłyszeć. - Stara Jagna dziesiątki lat na tym świecie siedzi. Ona pamięta czasy, kiedy te lasy były jeszcze młode, a bogowie gadali z ludźmi przy jednym ognisku. Ona rozpozna, co zatkało żyły tej ziemi i dlaczego most nie chce przepuścić zmarłych. Ona niech nie czeka, aż mrok jej ganek zepsuje. Ona musi o świcie osiodłać Siwą i ruszyć na szczyt. Niech ona pyta starej wiedźmy, nim wszyscy w szary popiół się obrócimy.
Mila patrzyła na niego przez długą chwilę, po czym na jej blade usta powrócił ten specyficzny, lekko kpiący uśmiech - jej najlepszy pancerz. Wyciągnęła spracowaną dłoń i delikatnie klepnęła duszka po siwej głowie.
- No proszę - mruknęła z głębokim westchnieniem. - Zawsze wiedziałam, że za tym twoim marudzeniem o niesłodką owsiankę kryje się łeb mądrzejszy niż u wiejskich kapłanów. Masz rację, mój mały zrzędo. Skoro świat pęka, a ja działam po omacku, pora odwiedzić staruchę.
Wstała z ławy, podeszła do okna i wyjrzała przez szparę w okiennicy. Na zewnątrz słońce całkowicie zniknęło, a puszczę spowił przedwczesny, ciężki i głuchy mrok, w którym trzy blade dusze chwiały się cicho pod jej wiklinowym płotem. Dobromiła zacisnęła dłonie na skórzanym pasie, czując, jak w jej żyłach zamiast strachu zaczyna krążyć lodowata, twarda determinacja. O świcie miała opuścić swoją polanę. Jeszcze nie miała pojęcia, co przyniesie jej ta podróż, ale była gotowa utrzymać ten rozpadający się świat za łeb.
5. Na Łysej Górze
Świt wstał ciężki, zaspany i przesiąknięty chłodem, który nienaturalnie sączył się od strony skalnych korytarzy. Mila nie zmrużyła oka nawet na pacierz. Gdy pierwsze, blade promienie słońca z trudem przebiły się przez ołowiane opary nad polaną, izba była już wypełniona ostrym, duszącym zapachem suszonych ziół i gotowanych korzeni. Na wielkim, dębowym stole leżały starannie poukładane zapasy - szeptucha pakowała tobołek z taką samą lodowatą, praktyczną skrupulatnością, z jaką jej matka niegdyś szykowała wyprawę na zimowe targi.
Do grubego, lnianego sukna wędrowały pękate flakony z ciemnego szkła, gęste syropy z pędów sosny na zimowy kaszel, maści z korzenia żywokostu utartego z czystym sadłem na lędźwiowe boleści oraz woreczki z suszonym wrotyczem, którym miała odrobaczyć dzieci kowala Witka. Każdy ruch jej silnych, spracowanych dłoni był pewny. Skóra na jej palcach, wiecznie pachnąca gorzkim piołunem i słodkim miodem, zręcznie zaciskała rzemienie tobołka.
Zza kaflowego pieca wysunęła się mała, pomarszczona postać. Domownik podszedł bliżej, powłócząc starymi szmatami po czystych deskach podłogi, a jego sękate palce nerwowo splatały się na brzuchu.- A czy Ona dopilnowała, żeby rzemienie były mocne? - odezwał się duszek niskim, zrzędliwym szeptem, patrząc na nią z dołu swoimi czerwonymi od płaczu oczkami. - Czy ona sprawdziła, czy klucz do szafy nie wpadł pod ławę? Idzie w nieznane, a dom zostawia na pastwę wiatru. Niech ona da Domownikowi słowo, że nie da się tam, na szczycie, omamić starym jędzom.- Dam ci słowo, mój mały zrzędo, o ile ty dasz mi spokój - odpowiedziała Mila z tym swoim specyficznym, ciepłym i lekko kpiącym uśmiechem, który od lat służył jej za najlepszą tarczę. Uklękła przed piecem i delikatnie pogładziła duszka po siwej, splątanej brodzie. - Pilnuj mi tu ognia. Masz rozpalać szczapki co wieczór, żeby podłoga nie skostniała. Rozumie mądry duszek?Domownik fuknął ostentacyjnie, co oznaczało zgodę, i natychmiast schował się w ciemności za ciepłymi kaflami, mamrocząc pod nosem, jak to „Dobromiła zawsze musi na swoim postawić".
Mila wstała, poprawiła gorset i narzuciła na ramiona ciężką, lnianą chustę. Do głębokiej, skórzanej kieszeni u szerokiego pasa schowała mały, gruby, gliniany słoik ze szczelnym korkiem. W środku, w czystej źródlanej wodzie z dodatkiem nagietka i tataraku, bezpiecznie odpoczywał chory Błotnik, wypuszczając co chwilę małe, zdrowe bąbelki powietrza. Gdy wyszła na podwórze, Luty już na nią czekał. Potężny, srebrzystobiały wilk o oczach z rozlanego, czystego złota stał przy płocie, trzymając wysoko potężny łeb i wciągając w nozdrza duszne powietrze. Zazulka z kolei schowała się bezpiecznie w fałdach jej chusty na piersi, tuląc małe skrzydełka do jej ciepłego obojczyka.
Na samym środku podwórka stała Siwa - jej myszata klacz huculska. Konik był krępy, niski, o potężnej piersi i gęstej, szorstkiej grzywie, pod którą kryła się ciemna, tarpania pręga biegnąca wzdłuż całego grzbietu. Te hucułki były żywymi reliktami prastarych lasów - wyjątkowo charakterne, uparte, odporne na najgorsze mrozy i całkowicie niezależne. Siwa idealnie odzwierciedlała naturę swojej pani: nie słuchała nikogo prócz Mili, a gdy obcy próbował podejść za blisko, potrafiła ostentacyjnie kłapnąć zębami lub nastawić uszy tak złowrogo, że najsilniejsi drwale woleli schodzić jej z drogi. Teraz klacz nerwowo tupała twardym kopytem w soczystą trawę, parskając głośno. Jako stworzenie ziemskie bezbłędnie wyczuwała, że grunt pod jej nogami zaczyna nienaturalnie drżeć, jakby w podziemnych żyłach puszczy krążyła choroba.- No już, moja dzielna dziewczyno, trzymaj się twardo - szepnęła Mila, zarzucając ciężki tobołek na skórzany juk klaczy i mocno dociągając popręg. - Idziemy po radę. Musimy dowiedzieć się, co zatkało ten świat.
Ruszyli na szlak. Ścieżka wiła się najpierw skrajem Wielkiego Ostępu, by po godzinie marszu doprowadzić ich do otoczonej gęstą palisadą osady.
Świat tam na dole przypominał żywy obraz z zamierzchłych wieków - ten sam, przed którym Mila dwadzieścia lat temu uciekła z krzykiem, ratując swoją wolność. Osada była ciasna, duszna. Między drewnianymi, kurnymi chatami krytymi szarą, porośniętą mchem strzechą ciągnęły się wąskie, błotniste ścieżki, nad którymi snuł się ciężki zapach dziegciu, palonego drewna, mokrego lnu i zwierzęcego gnoju. Kobiety w grubych, samodziałowych gorsach i lnianych zapaskach prały chusty w drewnianych korytach, rozmawiając półszeptem. Starcy o długich, pożółkłych od dymu brodach siedzieli na przyzbach, paląc wysuszone liście w glinianych fajkach. Ich niskie, rwane głosy bezustannie powtarzały te same trwożne wieści: na polach wokół lasu żyto zaczynało gwałtownie czarnieć i gnić od korzeni, na długo przed pierwszymi żniwami. Wszystko tu pachniało patriarchalnym, surowym rygorem - światem, w którym każdy człowiek był tylko bezimiennym trybikiem w wielkiej maszynie, a kobieta bez męża, dzieci i własnej zagrody była traktowana przez starszyznę jak wybrakowany, bezużyteczny towar.
Gdy Mila wkroczyła na majdan, prowadząc za uzdę parskającą Siwą, głuche rozmowy natychmiast ucichły. Prości wieśniacy odsuwali się z drogi, ale w ich oczach nie było nienawiści - był tam głęboki, nabożny szacunek wymieszany z lękiem przed jej tajemną wiedzą. Mężczyźni pospiesznie zdejmowali z głów wełniane czapy, kłaniając się nisko aż do samej ziemi.
- Witajcie, Wiedunko - odezwał się stary rybak, opierając swoje zniszczone reumatyzmem ciało na plecionym płocie. - Dobrze, żeście zeszli z góry. Mojej starej znowu lędźwie odjęło, płocha jakaś w nią wstąpiła w nocy, skomle z bólu i wstać z pierzyny nie może...- Przyniosłam maść z żywokostu, z dębowej kory i czystego sadła, stary - odpowiedziała Mila, wyciągając z tobołka gliniany garnuszek i podając mu go z ciepłym, dojrzałym uśmiechem. - Smaruj jej plecy co wieczór przy ognisku, mocno wcieraj, ale nie pozwól jej targać ciężkich cebrów z wodą ze studni, póki starego księżyca na niebie całkiem nie ubędzie.
Nagle zza jednej z sąsiednich chat wybiegł mały, umorusany dzieciak kowala, trzymający w rączce struganego z lipy konika. Na widok szeptuchy jego umorusana buzia natychmiast rozjaśniła się w szerokim uśmiechu. Podbiegł blisko, zupełnie nie bojąc się potężnego wilka Lutego, który szedł przy nodze Mili niczym żywa, jasna tarcza.
- Ciotko! Ciotko Mila! - zawołał maluch, chwytając brudną rączką za rąbek jej lnianego, czystego fartucha. - A przynieśliście te słodkie jagody z leśnym miodem, co to po nich brzuch przestaje boleć w nocy? Ojciec mówił, że bez waszych szeptów i zamawiań to robaki nas do cna zjedzą!- Przyniosłam, mój mały brzdącu, przyniosłam - zaśmiała się Mila, a jej radosna, twarda natura na moment rozświetliła duszny, przygnębiający majdan osady. Wyciągnęła z kieszeni mały woreczek z wysuszonym wrotyczem i nagietkiem, podając go matce chłopca, która właśnie wybiegła z ciemnego wnętrza chaty, kłaniając się szeptusze z bezgraniczną wdzięcznością. - Daj mu naparu wieczorem, kobieto. I niech pije powoli, przez lnianą szmatkę, to mu zło z brzucha wyjdzie przed świtem.
Ludzie z osady, stęsknieni za jej jasnym, uzdrawiającym głosem i obecnością, która zawsze niosła ratunek, zaczęli powoli schodzić się wokół niej. Starsze kobiety, wycierając spracowane, spękane dłonie w fartuchy, zaczęły nawoływać z niskich przyzb.
- Siądźcie, Babko Dobromiło, choć na krótki pacierz! - wołała wdowa po garncarzu, trzymając w rękach pękaty, gliniany dzban, z którego unosił się chłodny zapach. - Kwaśnego mleka w piwnicy schłodziłam, świeży podpłomyk z czarnuszką przed chwilą z pieca wyjęty, jeszcze paruje. Odpoczniecie chwilę w cieniu, bo lipcowe słońce pali niemiłosiernie, a droga na sam szczyt daleka i kamienista. Opowiedzcie, co tam w głębokiej puszczy słychać, czy to licho z pól i do nas nie przyjdzie...
Zazwyczaj Mila chętnie korzystała z takich zaproszeń. Kochała tych prostych ludzi, lubiła słuchać ich wiejskich opowieści, śmiać się z nimi i pić chłodne mleko w cieniu rozłożystych drzew. Jednak tym razem wewnętrzny niepokój, podszyty metalicznym, złowrogim zgrzytem Kalinowego Mostu i przerażeniem Zazulki, palił jej piersi niczym żywy ogień. Śpieszyła się. Czuła, że każda stracona godzina, każda minuta spędzona na czczej pogawędce, przybliża puszczę do katastrofy, której skali wciąż nie potrafiła pojąć.
- Dziękuję wam, moje miłe niewiasty, i tobie, stary rybaku - odpowiedziała z ciężkim sercem, lekko potrząsając głową i mocniej chwytając rzemienną uzdę Siwej. - Chętnie bym siadła, pogadała i waszego dobrego jadła skosztowała, ale pilna, niecierpiąca zwłoki sprawa mnie goni do matecznika. Rzadkie zioła muszę przed południem na skalnych półkach zebrać, póki rosa całkiem nie opadła, a rosa dziś dziwna, rdzawa jakaś i gorzka. Innym razem posiedzimy, obiecuję wam z całego serca.
Pożegnała się z nimi ciepłym, uspokajającym skinieniem głowy, wywołując ciche, zawiedzione westchnienia kobiet, i stanowczym krokiem skierowała się w stronę wąskiej, błotnistej drogi wylotowej, prowadzącej prosto pod ciężkie wrota osady.
I dokładnie tam, na samej granicy wsi, tuż przy bogatej, podwójnie palisadowanej zagrodzie kowalskiej, wyrósł Sambor.
Mila poczuła, jak jej ciało mimowolnie napina się pod lnianą koszulą. Sambor był jej byłym narzeczonym - tym samym, którego dwadzieścia lat temu porzuciła przed samym ołtarzem, wybierając wolność w głuchej puszczy. Był mężczyzną niezwykle przystojnym w ten ordynarny, dumny sposób: wysoki, barczysty, o gęstych, jasnych włosach i twardych rysach twarzy. Nosił drogi, ciemnozielony kaftan z grubego sukna, spięty szerokim pasem z mosiężnymi blachami, który podkreślał jego bogactwo i wysoką pozycję we wsi. Miał uległą, cichą żonę, która co roku rodziła mu dzieci, i pełne spichlerze, ale jego męskie, potężne ego nigdy nie przetrawiło tamtej porażki. Fakt, że kobieta mogła wzgardzić jego dostatkiem i wybrać samotne życie z wilkiem, był dla niego osobistą, wieczną obelgą.
Sambor oparł się o dębowy słup bramy, założył ręce na piersi i spojrzał na Milę z góry, z tym specyficznym, pełnym arogancji uśmieszkiem.
- No proszę, leśna dziwaczka raczyła zejść do ludzi - odezwał się głośno, tak by cała osada słyszała jego słowa. - I jak tam, Dobrucha? Lata uciekają, uroda więdnie jak sucha trawa na bagnisku, a ty wciąż sama z tym psem po chaszczach biegasz. Nie żal ci to życia marnować? Każda porządna niewiasta w twoim wieku ma już dom pełen synów, męża, któremu z szacunkiem misę podaje, i bezpieczną zagrodę. A ty co masz? Garść suchych ziół i zgniłą chatkę na rozstajach.
Mila zatrzymała Siwą. Jej piwno-bursztynowe oczy pociemniały, a drobne zmarszczki wokół jej pełnych ust ułożyły się w ten jej niesamowicie kpiący, dojrzały uśmiech. Nie odpowiedziała od razu, pozwalając, by jego słowa zawisły w dusznej ciszy majdanu.
Sambor, zachęcony jej milczeniem, postąpił krok do przodu, nadymając pierś pod kaftanem. W jego głosie pojawił się ten bezczelny, władczy ton.- Kobieta bez chłopa jest jak pusta kłoda w lesie - nikim. Twoje naturalne powołanie to dbanie o domowe ognisko i uległość wobec męskiej woli, a nie to profesjonalne leśne zdziczenie. Myślisz, że ta babska niezależność to jakaś wielka mądrość? To zwykłe pomylenie zmysłów, zdziwaczenie, z którego dawno powinien cię ojciec pasem uleczyć! Zamiast rodzić zdrowych synów dla dobra rodu i kłaniać się mężowi, wolisz marnować czas, wlewając w siebie litrami te swoje gorzkie, leśne piołuny i ziołowe miody. Oszukujesz samą siebie, Dobrucha. Na starość zostaniesz zupełnie sama w tych swoich krzakach, uroda przeminie i nawet nikt szklanki czystej wody ci nie poda, bo odrzuciłaś jedyny, słuszny los, jaki bogowie dla niewiast stworzyli.
Sambor zrobił jeszcze jeden bezczelny krok, chcąc chwycić za wodze Siwej, aby pokazać swoją wyższość.
W tym samym ułamku sekundy myszata klacz usztywniła kark. Jej uszy położyły się płasko po sobie, a z potężnej piersi wyrwało się wściekłe, metaliczne parsknięcie. Zanim Sambor zdążył cofnąć rękę, Siwa z kłapnięciem wyciągnęła łeb i potężnymi zębami chwyciła za przód jego drogiego, ciemnozielonego sukna, z głośnym trzaskiem wyrywając z niego spory kawał materiału wraz z ozdobnymi haftami. Sambor wrzasnął z zaskoczenia, potknął się o własne nogi i jak długi runął prosto w błoto na środku majdanu, gubiąc swoją dumną czapę.Wokół chat rozległy się stłumione, radosne parsknięcia wiejskich kobiet, a potężny wilk Luty wydał z siebie niskie, basowe „huff", które brzmiało jak czysty, wilczy śmiech.
Mila nawet nie drgnęła. Spojrzała w dół na Sambora, który leżał w błocie, purpurowy ze wściekłości, próbując zakryć dłonią dziurę w zniszczonym, drogim kaftanie. Jej kpiący uśmiech stał się jeszcze głębszy, pełen absolutnej, dojrzałej wyższości.
- Współczuję twojej żonie, Sambor - powiedziała cicho, a jej głęboki, spokojny głos bez trudu poniósł się po całym podwórzu. - Musi codziennie wysłuchiwać tych twoich wielkich, ciasnych mądrości, podczas gdy ty nie potrafisz nawet upilnować własnych nóg przed małym konikiem. Mówisz o pustej kłodzie, a sam jesteś jak nadęty pęcherz - głośny, ale w środku tylko wiatr hula. Wolę dzielić legowisko z moim dzikim wilkiem, bo on przynajmniej ma w sobie naturalną godność i nie próbuje udawać mądrzejszego, niż stworzyła go ziemia. A o moją starość i moją wodę ty się nie martw, mój drogi. Prędzej to tobie z tej twojej złości krew w żyłach skwaśnieje. Siwa, idziemy.
Cmoknęła cicho, a klacz ostentacyjnie uniosła ogon, twardo stąpając kopytami tuż obok głowy leżącego w błocie chłopa. Ruszyli dalej, zostawiając Sambora zjeżonego, upokorzonego i klnącego na czym świat stoi na samym środku wiejskiego majdanu.
Gdy minęli ostatnie, dębowe płoty osady i ciężkie wrota zamknęły się za ich plecami, Mila odetchnęła głęboko, próbując zrzucić z ramion resztki lepkiego gniewu, jaki zostawiły w niej słowa byłego narzeczonego. Skierowała się prosto w stronę majaczącej na wschodzie, samotnej góry, której surowa, pozbawiona drzew sylwetka ostro odcinała się na tle ołowianego nieba. Droga, która do niej wiodła, od samego początku była trudna, kręta i niezwykle wąska - przypominała raczej wydeptany przez dzikie zwierzęta prastary szlak niż trakt, którym mogliby poruszać się ludzie.
Początkowo las wokół nich był jeszcze łagodny i przyjazny. Szli przez jasną, słoneczną dąbrowę, w której lipcowe słońce zdołało przebić się przez chmury, rzucając na ścieżkę ciepłe, złote snopy światła. Wiatr szeleścił cicho w liściach, z trawy unosił się słodki zapach rozgrzanej słońcem macierzanki i żywicy, a wokół nich raz po raz przemykały leśne ptaki. Był to ten bezpieczny, żywy las, który Mila znała i kochała.
Im bliżej byli jednak podnóża prastarej góry, tym bardziej otoczenie wokół nich zaczęło gwałtownie i niepokojąco się zmieniać. Jasny, szumiący wiatrem las dębowy powoli, drzewo po drzewie, ustępował miejsca ciemnemu, dzikiemu i nieprzeniknionemu borowi. Ogromne, kilkusetletnie świerki i jodły stawały przy ścieżce coraz gęściej, splatając swoje czarne, omszałe gałęzie tak ciasno, że złote promienie słońca przestały docierać do ziemi. Wokół nich zapadł głęboki, wilgotny mrok, podszyty zapachem butwiejącego drewna, starych mchów i grzybni. Powietrze stało się ciężkie, nieruchome i duszne, jakby cała przyroda wokół nich wstrzymała oddech w oczekiwaniu na uderzenie.
Dobromiła miała nienaturalne, przejmujące wrażenie narastającego z każdą chwilą zagrożenia. Cisza, która zapadła w boru, nie niosła ze sobą spokoju - była głucha, nienaturalna i lepka. Nie było słychać ani jednego ptaka, ani jednego brzęczenia owada. Siwa parskała nerwowo, stawiając uszy i potykając się na wystających z ziemi, czarnych korzeniach, a Luty nie odstępował boku szeptuchy nawet na krok, trzymając ogon nisko przy ziemi.
Gdy Dobrusia była już w połowie drogi na szczyt, a ścieżka zaczęła gwałtownie piąć się po nagich skałach, bór wokół nich zamarł. W jednej sekundzie resztki ożywczego powietrza ustąpiły miejsca ciężkiej, siarkowej mgle, która pachniała spaloną siarką i starą rdzą. Powietrze stało się tak naelektryzowane, że długa grzywa Siwej zaczęła trzeszczeć pod palcami, a biała, gęsta sierść na grzbiecie Lutego stała sztywno jak igły.
Klacz uniosła wysoko łeb, jej nozdrza rozszerzyły się w panicznym przerażeniu, a z potężnej piersi wyrwało się chrapliwe, rwane parsknięcie. Zeczęła gwałtownie cofać się. Potężny wilk Luty w tym samym ułamku sekundy ugiął potężne łapy, niemal płaszcząc się na dywanie z więdnących paproci. Jego uszy położyły się płasko na karku, a z gardzieli wyrwał się cichy, skomlący, pełen pierwotnej i nabożnej trwogi skowyt. Wilk - król tutejszych kniei - kulił się przed kimś, kto był przed nimi ukryty.
Z gęstego, rdzawego oparu mgły, tuż przed nimi, wyrosła monumentalna postać. To był Leszy.Mila zamarła, a jej dłoń zacisnęła się na skórzanej wodzy tak mocno, że aż pobielały jej kłykcie. Znała opowieści o Borowym. Wiedziała, że to pierwotny, potężny Władca Lasu, demoniczny opiekun puszczy i pan wszelkiej zwierzyny, który potrafił jednym krokiem urosnąć ponad najwyższe dęby lub skurczyć się do źdźbła trawy. To Leszy decydował, kto z puszczy wyjdzie żywy, a kogo zwiedzie na manowce, każąc mu błądzić w kółko bez celu, aż do ostatecznego wycieńczenia i śmierci. Pospolici śmiertelnicy składali mu ofiary z placków na pniakach, nie śmiąc nawet spojrzeć w stronę jego mrocznych, zielonych ostępów.
Ale ten Leszy, który teraz stał przed nią na ścieżce, nie miał w sobie nic z dawnego, dostojnego strażnika.
Był jak śmiertelnie ranny, wściekły od nieludzkiego bólu dziki drapieżnik - jak potężny odyniec osaczony przez ogary, który stracił wszelki rozum i rzuca się na oślep na wszystko, co żyje. Jego prastare, pół-drewniane ciało, wykute z twardej jak skała kory, było potwornie rozorane. Głębokie, wijące się szczeliny pękały na jego piersi i ramionach, a z ich wnętrza pulsowało i rzygało oślepiające, neonowo-błękitne światło. Ta energia była gorąca i niszczycielska - kapała z jego ran niczym płynny ogień, a każda kropla, która spadła na ziemię, z sykiem wypalała mech i zamieniała paprocie w szary, martwy popiół. Zapach palonego drewna wymieszany z chemicznym swędem błękitnego blasku gryzł w oczy i zapierał dech v piersiach.
Oczy bóstwa, zazwyczaj zielone jak młode liście paproci, były teraz całkowicie mętne, zaciągnięte mleczną bielą obłędu. Leszy miotał się w gęstej mgle, wydając z siebie potężny, przerażający ryk, który brzmiał jak tarcie pękających lodów i huk huraganu łamiącego stuletni bór. Ból rozrywał jego mityczną istotę, a wraz z jego zmysłami oszalał cały las wokół nich.
Z głuchym, rozdzierającym trzaskiem prastare korzenie grabów i dębów zaczęły gwałtownie wyrywać się z ziemi, falując pod ich stopami niczym żywe, zdziczałe węże. Ponad ich głowami potężne konary zaczęły ślepo i dziko splatać się ze sobą, tworząc ciasną, drewnianą klatkę, która zamykała się wokół nich niczym śmiertelna pułapka. Leszy uniósł wielką, sękatą dłoń o palcach z dębowych gałęzi i runął do przodu, gotów zmiażdżyć intruzów w swoim ślepym, zwierzęcym szale.
Siwa rzuciła się w bok w chaszcze, niemal zrzucając juki, jej kopyta ślizgały się po pękającej ziemi w czystej panice, a Luty skomlał, niezdolny do walki z własnym panem. Mila poczuła, jak lodowaty pot występuje jej na czoło, ale jej żelazna wola nie pozwoliła na ucieczkę. Wiedziała, że jeśli teraz odwróci się na pięcie, oszalała puszcza zmiażdży ich w ułamku sekundy.
Zeskoczyła z szalejącej klaczy, rzuciła wodze i z najwyższą, psychiczną mocą Mokoszy, jaką nosiła w żyłach, parła naprzód - prosto pod uniesione, potężne ramię ryczącej bestii.Wyciągnęła z kieszeni gliniane naczynie, w którym żarzyły się pęczki jałowca i wrotyczu. Gęsty, szorstki dym buchnął prosto w zamglone, błękitne oblicze bóstwa. Jednocześnie Mila podniosła głowę i zaczęła głośno, rytmicznie, z nieludzką wręcz pewnością wyrzucać z siebie szeptuchowe zamówienia, wdeptując ból chorych kniei z powrotem w ziemię:- Uroki leśne, uroki błękitne, wyjdźcie z kory, wyjdźcie z żywic! Ziemia was przyjmie, woda was oczyści, idźcie na bagniska, gdzie stopa ludzka nie stąpa! Niech kora stężeje, niech żywica zapłynie, w imię Matki Mokoszy, spokój niech będzie!
Złożyła dłonie w ochronny gest nauzu, wkładając v te słowa całą swoją bezgraniczną empatię, zmuszając szalejące bóstwo do posłuszeństwa. Pod wpływem szorstkiego dymu i świętych słów, Leszy nagle zamarł. Jego sękata dłoń zatrzymała się zaledwie cal od jej czoła. Błękitne światło w szczelinach jego kory zaczęło gwałtownie przygasać, zasklepiając się grubą warstwą ciemnej, obronnej żywicy, a w jego wielkich oczach na powrót błysnęła mądra, zielona przytomność.
Bestia odetchnęła ciężko, a z jej piersi wyrwało się długi, chropowaty szum, przypominający tarcie dwóch wielkich głazów. Spojrzał na Milę z niemą wdzięcznością i powoli opuścił ramię. W tym samym momencie splecione nad ich głowami konary zaczęły gwałtownie rozstępować się na boki, otwierając szeroki, czysty szlak prowadzący prosto na szczyt.- Góra... góra też zaczyna drżeć, Wiedunko... - z głębi jego drewnianej piersi wydobył się niski, chropowaty szept. - Osnowa pęka... Idź... pytaj starej... nim bór zamilknie na zawsze...Zanim Mila zdążyła odpowiedzieć, potężna postać Leszego zaczęła powoli rozpływać się w siarkowym oparze, aż w końcu bóstwo całkowicie zniknęło, stapiając się z pniem potężnego dębu.
Część 44 / 6
Mila osunęła się na kolana, trzęsąc się lekko z wycieńczenia i ocierając rękawem czoło. Widok tak potężnego, pierwotnego władcy kniei, który miotał się z bólu jak zraniony zwierz, ostatecznie pozbawił ją wszelkich złudzeń. Puszcza umierała u samych korzeni.
- Dobrze, Siwa, ruszamy - szepnęła, wstając i klepiąc klacz po mokrej od strachu szyi. - Musimy się spieszyć.
Ścieżka stała się teraz niezwykle stroma i kamienista. Drzewa wokół nich karłowaciały, schły, aż w końcu, po kolejnej godzinie ciężkiej wspinaczki, bór się skończyła. Przed nimi wyrosła Łysa Góra.
Dla zwykłych ludzi z wioski i wiejskich kapłanów to miejsce było synonimem czystego grzechu i potworności. Opowiadali przy ogniskach, że na bezdrzewnym, łysym szczycie czarownice odprawiają krwawe sabaty, całując biesy w kopyta i tańcząc nago . Mila jednak dobrze pamiętała nauki swojej mentorki. Góra była „łysa", ponieważ w tym jednym miejscu prastara, magnetyczna magia Ziemi promieniowała z tak potężną, surową siłą, że żadne pospolite drzewo nie było w stanie zapuścić tam korzeni. Był to słowiański axis mundi - pępek świata, prastare sanktuarium mocy, w którym granica między światem żywych a zaświatami stawała się cienka jak pajęczyna, pozwalając szeptuchom rozmawiać z samymi fundamentami natury.
Na samym środku tego surowego, kamiennego płaskowyżu stała mała, niska chatka, otoczona przedziwnym płotem z wielkich, zbielałych od słońca i deszczu kości. Na poręczy ganku siedział ogromny, stary i bezczelny kruk, który na widok przybyszów wydał z siebie głośny, chrapliwy skrzek.
Mila uśmiechnęła się pod nosem, patrząc na te makabryczne dekoracje. Doskonale znała sekret swojej osiemdziesięcioletniej mentorki - Jagny, przez cały świat na dole nazywanej straszliwą Babą Jagą. Dla wszelkich wędrowców i wiejskich bajarzy Jagna była potworem o żelaznych zębach, który lata na miotle i zjada małe dzieci w piernikowej chatce. Prawda była jednak o wiele bardziej prozaiczna i arcyzabawna: Jagna, po kilkudziesięciu latach ciężkiego szeptuchowania i odprawiania dusz, na starość zapragnęła po prostu świętego spokoju. Była na wiedźmiej emeryturze i miała potwornie, serdecznie dość głupich ludzi, którzy co tydzień przychodzili na jej szczyt, zawracając jej głowę pierdołami o bólach brzucha, urojonych zdradach mężów czy kradzieżach kur. Sama zaczęła podrzucać wiejskim głupcom te straszne opowieści o zjadaniu dzieci, a na płocie powiesiła stare wołowe kości, żeby ta cała wiejska hołota trzymała się od jej z dala, dając jej odpocząć.
Ciężkie, dębowe drzwi chatki otworzyły się z głośnym skrzypieniem i na próg wyszła Jagna.
Miała osiemdziesiąt lat, była mocno zgarbiona, a jej twarz przypominała wysuszone, gęsto poorane bruzdami jabłko, ale w jej głębokich, piwnych oczach tliła się niesamowita, drapieżna wręcz i bystra inteligencja. Nosiła grube spódnice umazane sadzą z pieca i ziemią, a w zębach trzymała małą, glinianą fajkę, z której unosił się niebieskawy, aromatyczny dym z palonego podbiału. Jako prastara wiedźma miała status absolutnej niezależności - mogła mówić każdemu prosto w oczy największe, najbardziej bezczelne prawdy, mając głęboko w nosie wszelkie konwenanse.
- No niech mnie licho porwie... - zachrypiała Jagna, wypuszczając kłąb dymu z ust, a na jej pomarszczonej twarzy pojawił się szeroki, złośliwy uśmiech. - Dobrusia! Moja mała, uparta dziewczynka raczyła odwiedzić starą babę. I to z tym całym swoim zwierzyńcem! Luty, zbóju ty jeden, chodźże tu, niech cię podrapię za tymi wielkimi uszami.
Potężny srebrzystobiały wilk na widok staruszki natychmiast machnął ogonem i podbiegł do ganku, wpychając wielki łeb pod jej chudą, pomarszczoną dłoń.- Witaj, Jagna - powiedziała Mila, podchodząc bliżej i mocno ściskając ramiona swojej mentorki. Poczucie bezpieczeństwa pod tym dachem było namacalne. - Przyszłam, bo las wariuje. Studnia mi gorzknieje, Leszy pęka od błękitnego światła, a Kalinowy Most zamknął się przed zmarłymi. Świat rwie się na moich oczach, a ja działam po omacku.
Jagna umilkła. Wyjęła fajkę z ust, splunęła siarczyście przez ramię, prosto na kamienne podłoże szczytu, a jej bystre oczy pociemniały ze starczego, głębokiego niepokoju.
- Wiedziałam, że to poczujesz, moja miła... - mruknęła chrapliwie. - Wejdź do izby. Siwą uwiąż przy ganku, kruk popilnuje, żeby jej żaden bies nie urzekł. Musimy się napić, Dobrusia, bo to, co mam ci do powiedzenia, na trzeźwo przez gardło nie przejdzie.
Wnętrze chatki Jagny pachniało domem, starym drewnem, miodem i mocnymi, tytoniowymi ziołami. Na ścianach wisiały pęczki wysuszonych, dziwnych korzeni, słoje z gęstymi mazidłami i pęki suszonych ziół, a pod sufitami gnieździły się nietoperze. Na środku stał potężny, dębowy stół, przy którym obie dojrzałe kobiety natychmiast usiadły. Jagna nie bawiła się w parzenie łagodnej mięty czy rumianku. Zanurkowała ręką pod podłogę i z głębokiej piwniczki wyciągnęła ciężki, pękaty gąsior ciemnego szkła, wypełniony po brzegi starym, potwornie mocnym samogonem, który sama pędziła na leśnych korzeniach, piołunie i jagodach jałowca. Nalała trunek do dwóch glinianych kubków, popchnęła jeden w stronę Mili i sama pociągnęła potężny łyk, aż jej stare oczy zaszły łzami.
Mila ujęła gliniane naczynie, ale nie napiła się od razu. Jej dłonie wciąż lekko drżały, a w nozdrzach wciąż czuła ostry, chemiczny swąd błękitnego ognia. Spojrzała na Jagnę, a jej piwne oczy były nienaturalnie szerokie, pełne tłumionego dotąd przerażenia.
- Jagna... ja przed chwilą o mało nie zginęłam na szlaku - odezwała się Mila, a jej głęboki głos załamał się na ułamek sekundy. - I to nie przez podstępne licho czy wściekłe wilki. Leszy mnie zaatakował. W połowie drogi na szczyt, tam gdzie bór robi się najgęstszy.
Jagna, która właśnie unosiła fajkę do ust, zamarła. Jej pomarszczona ręka zawisła w powietrzu, a złośliwy uśmiech momentalnie zniknął z jej twarzy.- Leszy? - zachrypiała staruszka, a w jej oczach błysnął rzadki u niej, czysty niepokój. - Pan lasu podniósł rękę na szeptuchę? Na ciebie?- On nie wiedział, kim jestem, Jagna! On nikogo nie widział! - Mila uderzyła dłonią w stół, aż samogon zafalował przy brzegu kubka. - Był ranny. Okaleczony tak, że kora pękała mu na piersiach, a ze szczelin rzygało neonowo-błękitne, parzące światło. Wył z bólu jak dzika, osaczona przez ogary bestia, która straciła wszelki rozum. Las wokół niego oszalał, korzenie rwały się z ziemi, a gałęzie splatały nad naszymi głowami v klatkę. Gdyby nie jałowiec i prastare zamówienia Mokoszy, zmiażdżyłby mnie, Siwą i Lutego jednym tąpnięciem. Dopiero gdy dym wbił mu trochę przytomności do łba, opuścił ramię i wykrztusił, że osnowa pęka i że góra też drży. Jagna... co to za potęga, która potrafi doprowadzić prastare bóstwo do takiego obłędu? Co mu się stało?
Staruszka milczała przez długą chwilę. Powoli opuściła fajkę, splunęła siarczyście przez ramię prosto na podłogę, a jej twarz wydała się nagle jeszcze starsza i bardziej zmęczona. Dopiero teraz chwyciła za swój kubek, pociągnęła kolejny, głęboki łyk palącego trunku i popchnęła naczynie Mili bliżej jej palców.
- Pij, Dobrusia - zachrypiała, a jej głos brzmiał teraz głucho, jakby dochodził z głębi ziemi. - Pij, bo osnowa świata pękła jak stare, lniane gacie na tłustym tyłku. To nie jest zwykła choroba lasu, moja miła. To goreje u samych fundamentów.
Mila upiła łyk - samogon był palący, gorzki, o ostrym zapachu leśnego igliwia, ale natychmiast rozlał się przyjemnym, kojącym ciepłem po jej zmęczonym ciele, uciszając drżenie rąk.
- Co ty wiesz, Jagna? Co się dzieje? - spytała prosto z mostu, opierając łokcie na stole i wpatrując się w mentorkę.
- Wiem tyle, że tkanka tego świata była dotąd jak dobrze utkana koszula - zaczęła Jagna, opierając się na krześle i na nowo podpalając swoją fajkę. - Niebo, ziemia i podziemia trzymały się razem dzięki świętym Nauzom Równowagi. Ale jacyś dwaj najwięksi, najbardziej aroganccy samcy we wszechświecie znowu skoczyli sobie do gardeł przez swoją urażoną, męską dumę. Jeden ryczy z chmur, drugi burczy pod ziemią i sikają wyżej, niż dachy sięgają, tłukąc garnki w naszym wspólnym gospodarstwie. W tym ich ślepym amoku uderzenie było tak silne, że prastare węzły pękły, nici się rozsypały, a bramy Nawii zatrzasnęły się z taką siłą, że zaryglowało je od środka.
Staruszka pochyliła się nad stołem, a jej wzrok stał się niepokojąco poważny:- Podobno twoja jaskółka nie mogła przeprowadzić dusz? To dopiero początek, Dobrusia. Skoro most jest zamknięty, te biedne, nieme zmarłe dusze nie mają dokąd odejść. Za chwilę zaczną dziczeć z głodu życia i bólu. A wiesz, dokąd przyjdą? Przyjdą do ciebie, na twoją polanę, bo to jedyne miejsce, które wciąż pachnie żywą obecnością Mokoszy i czystą ziemią. Twój płot to jedyne, co utrzyma je w ryzach. Przygotuj jałowiec i piołun, moja miła, bo jak wrócisz, będziesz miała pełne podwórze dusz i rannych potworów szukających azylu. Twoje obejście stanie się jedyną przystanią dla tego chorującego świata.
Mila zacisnęła pięści na glinianym kubku.
- Jak mam to naprawić, Jagna? Nie jestem żadnym zbawicielem, chcę tylko porządku na moim podwórku.- I to jest twoja największa siła, dziewczyno - mruknęła z dumą Jagna, wypuszczając kłąb dymu. - Nie musisz być zbawicielem. Musisz być szeptuchą. Musisz odnaleźć zerwane nici świata i spleść te trzy Nauzy Równowagi na nowo za pomocą szeptów i granicznych ziół. Zacznij od dołu, Dobrusia. Od podziemnych żył. Szukaj v najgłębszych jarach, tam gdzie ziemia paruje czernią. Jeśli tam nie naprawisz korzeni, niebo z góry doszczętnie nas wypali. Tam, w tym czarnym błocie, znajdziesz początek swojej drogi.
Jagna umilkła, pociągnęła kolejny, potężny łyk jałowcówki, a w jej oczach nagle zapaliły się te dawne, niezwykle złośliwe i zmysłowe iskierki humoru, które Mila tak dobrze znała. Staruszka oparła się wygodnie, zmierzyła wzrokiem pełną, kobiecą sylwetkę Mili, jej szerokie biodra i krągły biust, po czym palnęła bez ogródek:
- A tak przy okazji, Dobrusia... skoro już skończyliśmy omawiać sprawy zawodowe...- Skończyliśmy? - - Tak, skończyliśmy! - ucięła bezczelnie starucha.Dobrusia westchnęła zrezygnowana, doskonale przeczuwała, co ją czeka. Wzniosła wymownie oczy do nieba, opierając ciężko łokcie na dębowym stole.
- Nie wzdychaj tak, bo mi tu przeciągi robisz i pod spódnicami dmucha! - fuknęła Jagna, machając chudą ręką, v której trzymała fajkę. - Ziółka ziółkami, węzły węzłami, ale powiedz ty starej babie: jak tam twoje sprawy łóżkowe? Co? Dwadzieścia lat v tym celibacie siedzisz przez ten jeden młodzieńczy błąd z tym durnym Samborem, którego przed chwilą Siwa tak pięknie v błoto wdeptała. Życie jest krótkie, krew v tobie tętni radosnym ogniem, a ty się zachowujesz, jakbyś z kamienia była wycięta! Kobieta powinna poużywać świata, póki młoda i krwista, a nie tylko z wilkiem gadać!
Mila poczuła, jak na jej policzki mimowolnie wypływa gwałtowny, gorący rumieniec. Odstawiła kubek na stół z głuchym stuknięciem, a jej piwne oczy pociemniały ze złości i głęboko skrywanego bólu.
- Przestań, Jagna. Na miłość Mokoszy, po prostu przestań - warknęła Mila, a v jej głębokim głosie po raz pierwszy od lat zabrzmiała czysta, lodowata sztywność. - Przyszłam tu po radę, jak uratować puszczę, a ty wyciągasz brudy sprzed dwóch dekad. Moje łóżko to moja sprawa. Jest puste i tak ma zostać.
- Oho, uderz v stół, a nożyce się odezwą - zachrypiała staruszka, wypuszczając kłąb niebieskiego dymu z fajki. - Myślisz, że nie widzę, co ty robisz, Dobrusia? Zamknęłaś się w tej swojej leśnej chatce, otoczyłaś się wilkiem, duchem i kozą, i udajesz przed całym światem, że jesteś z lodu. A ja pamiętam cię jako dwudziestoletnią dziewczynę. Pamiętam, jak uciekłaś z własnego wesela z płaczem i rozdartą suknią, bo ten nadęty buc Sambor potraktował cię jak rzecz, którą kupił za parę korców zboża od Twojego ojca. Chciał cię okiełznać, chciał złamać twój upór i brać cię siłą, żebyś znała swoje miejsce w szeregu. I przez jednego durnia, który przetrącił ci dziewczęcą ufność, ukarałaś samą siebie dwudziestoma latami samotności?
Mila gwałtownie uniosła głowę. Jej pasma ciemnych włosów rozsypały się wokół twarzy, a v oczach zatlił się drapieżny, zbuntowany ogień.
- Ukarałam siebie?! - syknęła, pochylając się nad stołem i patrząc staruszce prosto v oczy. - Ocaliłam siebie, Jagna! Wybrałam wolność. Wybrałam to, że nikt nigdy więcej nie położy na mnie swojej ciężkiej łapy tylko po to, by poczuć się panem mojego ciała. Widziałam Sambora na majdanie. Minęło dwadzieścia lat, on ma żonę, dzieci, pełną oborę, a w jego łbie wciąż tkwi to samo chamskie przekonanie, że bez męskiego bata jestem nikim. Nienawidzę tej ich bezczelnej, napuszonej wyższości. Wolę żyć w celibacie i kłócić się z marudnym Domowikiem, niż dopuścić do swojego ciała kogokolwiek, kto choćby przez sekundę pomyśli, że ma nade mną władzę. Moje ciało należy tylko do mnie i do Mokoszy. Zapłaciłam za tę niezależność najwyższą cenę i nie zamierzam jej oddać za parę nocy na mchu!
Jagna patrzyła na nią przez długą chwilę v całkowitym milczeniu. V jej starych, pomarszczonych oczach nie było już złośliwości - pojawił się v nich bezmierny, matczyny smutek i głęboki szacunek dla dumy swojej wychowanki. Staruszka wyjęła fajkę z ust i delikatnie, z rzadką u niej czułością, położyła swoją chudą, sękatą dłoń na spracowanej, pachnącej piołunem ręce Mili.
- Wiem, moja miła... wiem doskonale - powiedziała cicho Jagna, a jej chrapliwy głos brzmiał teraz dziwnie miękko. - Dobrze zrobiłaś, że uciekłaś. Gdybyś została, Sambor i twój ojciec złamaliby ci kręgosłup, wdeptali tę twoją piękną, dziką duszę w błoto, a dzisiaj byłabyś tylko kolejną milczącą, zgorzkniałą babą z osady, piorącą gacie męża w rzece. Ocaliłaś swoją wolność i jestem z ciebie dumna, Dobrusia. Ale pancerz, który cię wtedy ocalił, dzisiaj zaczyna cię dusić. Zamieniłaś wolność v twierdzę, a twierdzę v więzienie. Nie każdy mężczyzna to Sambor, moja mała. I nie każda bliskość oznacza niewolę.
Mila cofnęła dłoń, odwracając wzrok v stronę ciemnego okna, za którym majaczył łysy szczyt góry. Jej pełna, kobieca pierś falowała gwałtownie pod lnianą koszulą, a v gardle czuła palący, bolesny skurcz.
- Łatwo ci mówić, Jagna - mruknęła cicho, a jej głos stracił dawną ostrość, stając się dziwnie bezbronny. - Ty żyjesz tu sama od dekad. Masz święty spokój.
- Bo ja już swoje wytańczyłam, głupia! - parsknęła nagle Jagna, a na jej twarz v ułamku sekundy wrócił dawny, bezczelny uśmiech, który momentalnie rozgonił ciężką atmosferę. Staruszka uderzyła otwartą dłonią w dębowy stół, aż gąsior z samogonem brzęknął cicho. - Pamiętam za moich własnych młodych lat, z pięćdziesiąt lat temu, jak ten rogaty bies Boruta się wokół mnie kręcił na Wielkim Uroczysku... Ach, Dobrusia! Chodził za mną w tym swoim zielonym kontuszu, puszył się jak paw, złoto pod nogi rzucał, a ja go krótko trzymałam! Ale powiem ci na ucho... -
Jagna mrugnęła do niej łobuzersko, wypijając resztkę jałowcówki ze swojego kubka. - ...w TYCH sprawach to on był całkiem zmyślny. Wiedział, jak porządnie obrócić kobietę na mchu, żeby i ona, i on mieli z tego radosną uciechę, a o żadnym rządzeniu czy uległości mowy nie było. Czysty ogień i wolność, moja miła! O tym mówię! Bliskość dwóch równych sobie istot, z których żadna przed drugą nie klęka! Hmm...to znaczy klękał czasem ale ...no nie ważne. Wiesz w każdym razie o co mi chodzi.
Mila schowała twarz w dłoniach, śmiejąc się głośno, głęboko i bezradnie z absolutnego bezwstydu swojej mentorki. Samogon przyjemnie szumiał jej v głowie, bolesny skurcz v gardle puścił, a duma i strach przed chorym Leszym na moment ustąpiły miejsca czystej, ciepłej, babskiej bliskości. Słowa Jagny - choć szorstkie i bezczelne - zasiały w jej sercu pierwsze, głębokie ziarno niepokoju.Mila poprawiła warkocz, dopiła swój kubek palącej jałowcówki i wstała od stołu, czując, jak w jej żyłach na nowo krąży twarda, lodowata determinacja. Jeszcze nie miała pojęcia, że prastara wiedźma miała rację, a w najgłębszym, parującym czernią Czarnym Jarze czekał już na nią nagi, śmiertelnie ranny i pozbawiony pamięci Weles. Bóg, przy którym jej dwudziestoletni emocjonalny pancerz zacznie pękać z siłą kosmicznego pioruna, ucząc ją, że bliskość może być największym aktem wolności.
6.Azyl
„(...) I rzekła Matka Mokosz: Niechaj trzy krainy w jedno dębowe kosisko splecione będą, by nie rozpadła się Jawia w pustce biesów. I zawiązała trzy Nauzy święte: na dnie czarnych jarów, w głuchej puszczy matecznika i na koronach najstarszych dębów, kędy pioruny chmury Perunowe kłują. Dopóki sploty nienaruszone stoją, dopóty woda w żyłach ziemi słodka, a zaświat bezpieczny. Lecz strzeżcie się dnia, w którym duma bogów węzły owe rozerwie, albowiem rwać się pocznie koszula świata, rzeki skamienieją od rdzy, a żywe stworzenie dziczeć zacznie z bólu..."— Fragment z „Księgi Przełomów i Szeptów", spisanej przez pierwszą Wiedunkę na korze brzozowej
Słońce dawno już skryło się za postrzępioną ścianą Wielkiego Ostępu, pozostawiając po sobie jedynie brudną, krwawą smugę na ołowianym horyzoncie, gdy myszata klacz Siwa wreszcie przekroczyła niską, wiklinową furtkę obejścia. Droga powrotna ze szczytu Łysej Góry była katorgą. Z każdym schodzącym w dół krokiem Mila czuła, jak ciężar słów starej Jagny boleśnie wrasta w jej kark. Samogon przyjemnie szumiał jej jeszcze w skroniach, ale babska, szorstka bliskość mentorki ulotniła się wraz z wieczornym chłodem.
Mila poprawiła ciężki, gruby warkocz, bezwiednie obciągając gors lnianej koszuli. Słowa o pustym łóżku, o dwudziestoletnim celibacie i o tym, że przez podłego, nadętego Sambora zamieniła swoje życie w ufortyfikowane więzienie, wciąż paliły ją pod żebrami żywym ogniem. Wybrała czystość jako tarczę chroniącą jej niezależność przed samczą potrzebą dominacji, ale stara wiedźma musiała to rozgrzebać. Mila była wściekła. Chciała tylko wrócić do swojej cichej izby, zamknąć drzwi na solidny, dębowy rygiel i w samotności uporządkować myśli.
Puszcza nie miała jednak zamiaru dać jej wytchnienia, a widok, który zastała na własnej polanie, sprawił, że na moment zapomniała o złości na Jagnę. Jej czysty, bezpieczny świat właśnie zamienił się w totalne, chaotyczne Schronisko dla mitycznych , poturbowanych uchodźców.
Pod rozłożystą, starą gruszą, na jej świeżych snopkach siana przeznaczonych dla kozy Melanii, rozłożyła się spora grupka leśnych stworzeń. Kilka małych chmurników i błękitniejących od ran czortów leżało tam bezczelnie pokotem. Wyglądali jak zmęczeni letnicy po ciężkim dniu na jarmarku – jedni wachlowali się wielkimi liśćmi łopianu, inni jęczeli cicho pod nosem, a jeden mały, rogaty stworek z grubym brzuchem bezczelnie podjadał zeszłoroczne, wysuszone gruszki, które leżały w trawie.
Mila zatrzymała Siwą, zeskoczyła z konia, podeszła bliżej i stanęła nad nimi z rękami twardo opartymi na biodrach.
– A co to jest? – zawołała głośno, mierząc ich piorunującym spojrzeniem piwno-bursztynowych oczu. – Wczasy pod gruszą sobie urządziliście w moim obejściu?! Może jeszcze miodu pitego wam podać ?
Mały czort przestał żuć gruszkę, zamrugał mętnymi, wielkimi oczami i cicho bąknął z głębi gardła, że w borze wszystko pali i rdzewieje, a u niej, pod płotem Mokoszy, cień jest taki miluchny i ziemia stóp nie parzy.
Zanim Mila zdążyła go porządnie opieprzyć, jej uwagę przykuło głośne trzaskanie i dziwne pomruki dochodzące od strony studni. Ruszyła tam szybkim krokiem. Na cembrowinie świętego źródła rozłożyła się kolejna grupka uchodźców. Dwaj zieloni, oślizgli utopcy oraz bezczelny, mały leśny duszek wyciągnęli skądś starą, potwornie zatłuszczoną talię kart i bez żenady tłukli w nie, rzucając papierkami o kamienny brzeg studni.
– No nie, tego już za wiele! – warknęła Mila, podchodząc bliżej i chwytając ciężką, drewnianą kopyść do mieszania dziegciu, która oparła o ścianę szopy. – Odsuńcie się od tego czerpaka! Studnia i tak ledwo stoi, a wy mi tu jeszcze brudnymi łapami i kartami źródło zanieczyszczacie! Won na trawie grać!
Jeden z utopców, o rzadkich, oblepionych rzęsą włosach i ostrych jak szpilki ząbkach, wcale się nie wystraszył. Odwrócił się powoli, zmierzył wzrokiem szeptuchę, puścił do niej oko ze sprośnym uśmieszkiem i rzucił zachrypniętym, bulgoczącym głosem:
– O, Wiedunka wróciła z wycieczki! A może zamiast tak machać tym drewnem, zagrasz z nami partyjkę? Co? Pokerek rozbierany... chociaż ty, Dobrusia, i tak ten fartuch masz na sobie całkiem kusy. No, nie daj się prosić!Mila z pasją uniosła kopyść, gotowa zdzielić oślizgłego bezczelnika przez łeb, ale w tym samym ułamku sekundy zza pleców utopców, spod samego wiklinowego płotu, runęła na nią fala głuchego, zbiorowego nieszczęścia.
Mila opuściła drewno i rozejrzała się po podwórzu. Pod ogrodzeniem kłębił się gęsty, półprzezroczysty tłum. Setki nienaturalnie bladych, utkanych z wieczornego cienia i siwego dymu dusz chwiały się cicho na wietrze. Nie mówiły ani słowa. Nie próbowały w żaden sposób skontaktować się ze światem żywych, nie wydawały żadnych głosów. Po prostu trwały tam, zawieszone między światami, a ich nieme, zgaszone twarze wyrażały bezbrzeżny, przejmujący smutek. Samą swoją niemą obecnością błagały o jakikolwiek ratunek. Skoro Kalinowy Most zatrzasnął się z głuchym zgrzytem, te biedne, przezroczyste istoty nie miały dokąd odejść – błąkały się po puszczy, aż instynkt przywiódł je na jedyne podwórze, które wciąż pachniało czystą, uzdrawiającą energią Mokoszy.
Mila poczuła, jak narasta w niej potężna irytacja, podszyta jednak głęboką, szeptuchową potrzebą działania. Zamknęła na moment oczy, po czym natychmiast przeszła w tryb surowej gospodyni.
– No dobrze, dosyć tego siedzenia! – zawołała na cały głos, rozdzielając zadania. – Skoro już tu jesteście, to brać się do roboty, bo od samego leżenia nikomu ból z kości nie wyjdzie. Wy, utopce od kart, marsz od tej studni! Brać wiadra, naciągnąć czystej wody z rzeki dla Siwej i Melanii, a potem nosić mi cebrzyki pod szopę! czorty spod gruszy, chrust zbierać i układać pod ognisko! Już ruszać się nicponie!
W tym samym ułamku sekundy z chaty wysunął się Domowik, trzymając w rączkach słoik z chorym Błotnikiem, który Mila przekazała mu wcześniej. Duszek trząsł się cały, piszcząc o tym, że „Dobromiła sprowadziła na nich zgubę i te cienie zabrudzą mu świeżo zamiecioną ziemię".– Zamilcz, mój mały zrzędo, i nie mnóż rabanu – fuknęła na niego Mila. – Schowaj małego do bezpiecznego torfu za piecem i natychmiast przynieś mi z komory wszystkie zapasy suszonego jałowca, wrotyczu i piołunu.
Przez kolejne dwie godziny polana Mili tętniła ciężką pracą. Szeptucha sama, nie pozwalając nikomu dotykać rannych, roznosiła dziegieć i maści, przemywała i bandażowała poparzone błękitem kopytka czortów, rozpalała misy z oczyszczającym, jałowcowym dymem i zaopatrywała cierpiące leśne stworzenia. Cały ten mityczny tłum został jako tako rozlokowany po kątach, opatrzony i zabezpieczony w jej Azylu.
Dopiero gdy noc na dobre spowiła puszczę, Mila wyprostowała się i otarła pot z czoła. Chciała odetchnąć, ale wtedy zauważyła coś niepokojącego. Błękitna, parząca jucha, którą zmywała z ran czortów, mieszała się na ziemi z rdzawym błotem i uciekała wąskimi strugami prosto w dół, w stronę Czarnego Jaru – głębokiego, skalnego wąwozu na skraju jej polany, gdzie grunt parował gęstą czernią. Co gorsza, z głębi ciemnego wąwozu nagle buchnął potężny, duszący zapach spalonej żywicy i starego dymu.
Mila poczuła, jak skóra cierpnie jej na karku. Przestraszyła się, że podziemne żyły ziemi zaraz eksplodują błękitnym ogniem tuż pod jej płotem, niszcząc całe Schronienie. Chwyciła nóż o kościanej rękojeści przy pasie i wolnym, ostrożnym krokiem ruszyła w stronę Czarnego Jaru.
Gęsta, czarna mgła unosiła się nad krawędzią wąwozu, parując z samych trzewi ziemi. Gdy szeptucha zeszła ścieżką na samo dno, pośród śliskich, czarnych głazów zauważyła coś, co sparaliżowało jej ruchy.
Na wilgotnym mchu leżał mężczyzna. Był jak surowa siła natury, wywołująca w pierwszej kolejności głęboki niepokój. Jego ciało było potężne, barczyste, ale skóra nosiła ślady mitycznej starości i ciężkiej pracy ziemi – była szorstka, twarda, gdzieniegdzie pokryta ciemnymi plamami przypominającymi wyschnięty torf lub chropowaty bazalt. Wyglądał, jakby stuletni dąb lub wielki głaz narzutowy nagle przybrał ludzką postać. Jego długie, splątane włosy miały barwę skrzydeł kruka i były oblepione mchem oraz czarną ziemią, a twarde, ostre rysy twarzy tchnęły surową, nieludzką wręcz godnością chłopa z zamierzchłych wieków.
Ten olbrzym był jednak całkowicie nieprzytomny. Wzdłuż jego klatki piersiowej, szerokich ramion i potężnego brzucha biegły głębokie, wijące się szczeliny, z których zamiast krwi pulsowało i rzygało to samo oślepiające, neonowo-błękitne światło, które Mila widziała u Leszego. Ta energia parzyła kamienie wokół niego, sprawiając, że mchy w ułamku sekundy zamieniały się w szary popiół. Olbrzym leżał bezwładnie, głuchy i niemy na cały świat, a z jego piersi wyrywały się jedynie rzadkie, chrapliwe tchnienia nieludzkiego bólu.
Część 55 / 6
Mila poczuła czysty, fizyczny niepokój przed śmiertelnym zagrożeniem. Widziała przed sobą istotę, która samymi swoimi gabarytami mogłaby ją zmiażdżyć. Podchodziła do niego ostrożnie, badawczo, trzymając nóż w pogotowiu. Traktowała go jak rannego, niebezpiecznego niedźwiedzia lub tura, który wypadł z głuszy.
Uklękła w błocie tuż obok niego i ostrożnie wyciągnęła dłoń, chcąc sprawdzić puls na jego potężnej szyi. Gdy tylko jej spracowane palce dotknęły jego twardej, bazaltowej skóry, przez ciało Mili przeszedł potężny, elektryczny wstrząs. Magia podziemi, która biła od nieznajomego, zderzyła się z jej własną energią Mokoszy, sprawiając, że włosy na jej karku stanęły dęba. Pod jej dotykiem błękitne rany na jego skórze zaczęły łagodnie, miękko przygasać, pokrywając się warstwą ochronnej energii.
Olbrzym jednak nie odzyskał przytomności. Leżał bezwładny jak zwalony pień dębu. Mila szybko zrozumiała, że sama nie zdoła ruszyć tego monumentalnego ciała nawet o cal.
Wyprostowała się, podniosła głowę i spojrzała na małą jaskółkę, która krążyła nerwowo nad krawędzią jaru.– Zazulka! – zawołała głośno szeptucha. – Leć do ganku! Zawołaj starego! Niech zaprzęga Siwą do wozu na siano i sprowadza go tutaj, na samo dno wąwozu! Spiesz się, moja mała!
Ptaszek wydał z siebie szybki, alarmujący pisk i pomknął jak strzała w stronę polany. Po kilkunastu minutach, które Mili dłużyły się niczym całe wieki, z góry jaru dobiegł głośny trzask łamanych gałęzi i chrapliwe parskanie. Przerażony, ale posłuszny wezwaniu Domowik z trudem prowadził za uzdę szalejącą ze strachu Siwą, sprowadzając stary, drewniany wóz w dół ścieżki.
Gdy wóz stanął przy głazach, zapadła dramatyczna, mordercza harówka. Nieprzytomny olbrzym był nienaturalnie, potwornie ciężki. Mila i Domowik, klnąc pod nosem i trzęsąc się z wycieńczenia, musieli centymetr po centymetrze przetaczać to wielkie, bezwładne ciało na siano. Potężny wilk Luty, wyczuwając coś mitycznego, pomógł im, zapierając się potężnymi łapami i pchając bok nieznajomego swoim wielkim łbem. Gdy w końcu olbrzym znalazł się na wozie, Mila narzuciła na niego grubą, lnianą płachtę i ruszyli z powrotem na górę.I w tym momencie całe obejście zamarło w nabożnej trwodze.
Gdy tylko wóz wjechał przez wiklinową furtkę, setki bladych, niemych dusz pod płotem w ułamku sekundy powoli opuściło głowy i z nabożną czcią padło na kolana prosto w błoto przed kołami wozu. Ranna rusałka przy balii skuliła się, ukrywając twarz w dłoniach, a czorty pod gruszą legły plackiem na ziemi. Cały ten tłum, cały jej Azyl, bezbłędnie rozpoznał mityczną energię leżącą na sianie. Oddawali hołd swojemu prastaremu Królowi.
Mila i Domowik, fukając na potężne gabaryty nieznajomego, z najwyższym trudem wciągnęli nieprzytomnego boga pod dach i położyli go na szerokiej, dębowej ławie pod oknem. W izbie panował duszny, bolesny półmrok, rozświetlany jedynie przez błękitne, parzące linie na jego piersi.
Domownik stanął pod ścianą, trzęsąc się jak galareta. Chwycił się za swoją siwą brodę i zaczął biegać w kółko, krzycząc piskliwym, obłąkanym ze strachu szeptem:
– A dokąd to Ona go przywlokła?! Czy Dobromiła zmysły do cna postradała na Łysej Górze?! Ona babska nieroztropna, zgubę na nas sprowadziła! Toż to nie jest człowiek, toż to nie jest zwykły cudzoziemiec! To Pan Rogaty, Władca podziemi, Pan Przysiąg, sam potężny Weles we własnej osobie! Niech Ona go wyrzuci za płot, nim jego gniew nas w szary popiół obróci!Mila zamarła, a jej dłoń na skórzanym pasie zdrętwiała.Słowa małego duszka uderzyły w nią niczym kosmiczny piorun. Spojrzała na leżącego na ławie olbrzyma, potem na klęczący w błocie za oknem tłum niemych dusz i czołgającego się na brzuchu Lutego. W jej głowie kliknęły wszystkie mityczne symbole i proroctwo Jagny.
„Zacznij od dołu, Dobrusia. Od podziemnych żył. Tam znajdziesz początek swojej drogi..."
Mila nigdy wcześniej nie widziała bogów, ale teraz nie miała złudzeń. Na jej ławie leżał Władca Nawii. Jeden z tych dwóch aroganckich bogów, o których mówiła Jagna. To przez jego dumę, przez jego wojnę z Perunem, pękły Nauzy Równowagi, Kalinowy Most zatrzasnął się przed zmarłymi, a puszcza umierała na jej oczach. Przyprowadziła pod swój własny dach sprawcę całej katastrofy.
W jej piersiach wybuchła potężna fala wściekłości wymieszanej z paraliżującym lękiem. Miała ochotę zostawić go na zatracenie. Ale kiedy spojrzała na jego twarz, błękitne rany znów zaczęły pękać, a z jego ust wyrwał się cichy, nieludzki jęk cierpienia. Pod jej dotykiem rany gasiły swój żar – była jedyną osobą, która mogła mu teraz przynieść mu ulgę.
Mila zacisnęła zęby. Jej dojrzała, twarda natura szeptuchy wzięła górę nad gniewem. Spojrzała wściekle na trzęsącego się Domowika.
– Zamilcz, zrzędo, i przestań trząść portkami, bo mleko już rozlałeś na ganku, a podłoga sama się nie zamiecie! – warknęła Mila, a jej głęboki, twardy głos przeciął grobową ciszę izby. – Dla was może to być potężny władca nocy i pan podziemi, ale w mojej izbie jest tylko kolejnym pacjentem, który ubrudził mi wóz i potrzebuje żywokostu. Nie stój tak, przynieś gar z wrzątkiem! Pora zająć się tymi ranami, choćby ten bóg miał mi zjeść cały miód ze spiżarni!
Usiadła przy ławie, rzucając na jego klatkę piersiową czyste lniane szmaty i sypiąc do wrzątku garść gorzkiego piołunu. Zewnętrzny świat się rozpadał, a ona właśnie zamknęła w swojej izbie rannego władcę podziemi. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że oślizgły utopiec, który przed chwilą proponował jej partyjkę pokera przy studni, ze strachu doniesie na nich samemu Perunowi...
7. Trudny pacjent
Ciemność, jaka zaległa w izbie po powrocie z Czarnego Jaru, była gęsta, lepka i przesiąknięta zapachem spalonej żywicy. Mila nie zapaliła łojowej świecy. Jedyne światło sączyło się z piersi nieznajomego leżącego na jej łóżku – te błękitne, wijące się pod skórą bruzdy pulsowały rzadkim, chorobliwym blaskiem, rzucając na drewniane belki sufitu długie, drapieżne cienie.
Przełożenie go z wozu na siennik było morderczą harówką, która omal nie skończyła się pęknięciem dębowych ram łóżka. Mila musiała zaprzeć się całą siłą swoich nóg, ciągnąć to bezwładne, nienaturalnie ciężkie ciało za ramiona, podczas gdy Domownik, popłakując z trwogi, podważał biodra olbrzyma grubym ryglem od drzwi. Kiedy wreszcie nieznajomy runął na lniane prześcieradła, materac ugiął się niemal do samej podłogi. Od tamtej chwili mały duszek nie odważył się już zbliżyć do łóżka. Zaryglował się w ciemnej komorze obok pieca, a czyste szmaty i gliniane miski podawał Mili jedynie przez centymetrową, drżącą szparę w drzwiach, nie śmiąc nawet spojrzeć w stronę śpiącego boga.
Mila stała nad łóżkiem, ciężko dysząc i ocierając rękawem pot z czoła. Jej własna pościel – dotąd nienaruszalna, pachnąca suchą lawendą i czysta – została zawłaszczona przez kogoś, kto swoją posturą i rozmiarem zajmował całą przestrzeń mebla. Jego stopy o twardych, ciemnych podeszwach wystawały daleko poza krawędź ramy. Skóra mężczyzny, szorstka i twarda niczym zwietrzały bazalt, promieniowała nieludzkim, suchym żarem, który momentalnie wysuszał wilgoć w powietrzu.
Szeptucha poczuła, jak jej ciało mimowolnie się napina, a ruchy stają się nienaturalnie sztywne. Od dwóch dekad nikt nie naruszył jej prywatności w tej izbie. Nie wpuściła pod ten dach żadnego mężczyzny, odkąd uciekła z osady przed chamską, władczą ręką Sambora. Bliskość tego nieznajomego – nawet całkowicie bezwładnego i głuchego na świat – wywoływała w niej głęboki, fizyczny niepokój. Jej dłonie drżały, gdy sięgała po kopyść. Maskując zmieszanie i narastający stres, głośno fuknęła w stronę komory:
– Siedź tam dalej i trzęś portkami, stary zrzędo! Rozlałeś mleko na ganku, a teraz myślisz, że piołun sam się zaparzy? Podaj mi misę z lodowatą wodą i nie skomlij, bo od tego hałasu tylko głowa pęka!
Szpara w drzwiach drgnęła, a na podłogę wysunęło się ciężkie, kamienne naczynie. Mila ujęła je, podeszła do wielkiego pieca i sypnęła do wrzątku obfitą garść suszonego, zeszłorocznego piołunu oraz drobno tłuczonej kory wierzby białej. Izbę natychmiast wypełnił ostry, potwornie gorzki aromat, który drapał w gardle. Kora wierzbowa, bogata w cierpki sok, miała zbić tę nieludzką, mityczną gorączkę, a piołun odkażał powietrze z siarkowego oparu, jaki wciąż sączył się z ran olbrzyma.
Z głębokiej szafy wyciągnęła pękaty, gliniany flakon ze szczelnym, woskowym korkiem. W środku znajdował się makownik – gęsty, ciemny syrop z maku lekarskiego, utarty przez nią w ubiegłym roku podczas pełni księżyca. Słyszała od starej Jagny, że to mocne, makowe mleczko potrafi uśmierzyć potężny ból, który łamie kości najsilniejszym drwalom. Nie wiedziała, czy zadziała na boską istotę, ale nie miała innego wyjścia.
Usiadła na niskim zydlu przy krawędzi łóżka. Jej dłoń uniosła się nad jego piersią. Przez chwilę wahała się, czując bijący od niego surowy chłód podziemi pomieszany z gorączkowym żarem. Zmusiła się do profesjonalnego spokoju. Zanurzyła lnianą szmatę w chłodnym naparze i położyła ją na jego rozpalonym czole.
Gdy jej spracowane, pachnące leśnymi ziołami palce musnęły jego skroń, przez izbę przeszło ciche, magnetyczne wyładowanie. Błękitne bruzdy na ciele boga błysnęły jaśniej, a wilk Luty, który leżał pod ścianą, wydał z siebie cichy, skomlący pomruk, nie podnosząc łba z podłogi.
Mila zaczęła morderczą, systematyczną pracę. Nie pozwoliła nikomu wejść do izby. Przez pierwsze trzy dni i noce czas stracił dla niej jakiekolwiek równe tempo. Puszcza za oknem wydawała się wstrzymywać oddech, a na podwórku panowała nienaturalna, grobowa cisza. Szeptucha co kilka godzin obmywała to potężne ciało, centymetr po centymetrze. Delikatnie wmasowywała w pękające szczeliny gęstą, chłodną maść, którą ubiła naprędce z lepkiego żelu aloesowego i świeżych liści babki lancetowatej. Żel syczał w zetknięciu z błękitnym ogniem, wydzielając zapach parzącej się roślinnej tkanki, ale powoli, z każdą godziną, zamykał rany grubą, ciemną warstwą ochronnej żywicy.
Najtrudniejsze było karmienie. Aby wlać mu do gardła gorzką wierzbę i makowy syrop, Mila musiała unosić jego potężną, nienaturalnie ciężką głowę, opierając ją o własne ramię. Bliskość jego szerokiej klatki piersiowej, zapach wilgotnej, głębokiej ziemi i starego mchu, który bił od jego skóry, sprawiały, że jej serce biło gwałtownie pod lnianą koszulą. Była wycieńczona. Oczy miała podkrążone ciemnymi obwódkami ze zmęczenia, a kręgosłup rwał ją od ciągłego podnoszenia bezwładnego olbrzyma.
Czwartego dnia, tuż przed świtem, gdy rdzawa mgła za oknem zaczęła rzednieć, gorączka nieznajomego wreszcie odpuściła. Błękitne linie pod jego skórą zgasły, zamieniając się w ciemne, przypominające tatuaże blizny o kształcie podziemnych korzeni i rogów.
Mila siedziała na zydlu, trzymając w dłoniach miskę z resztkami naparu, gdy nagle usłyszała głębokie, chrapliwe tchnienie.
Mężczyzna drgnął. Jego potężne, barczyste ramiona napięły się na sienniku, a długie, splątane mchem czarne włosy rozsypały się na jej lnianej poduszce. Powoli, z wyraźnym trudem, uniósł ciężkie powieki.
Mila wstrzymała oddech, gwałtownie prostując plecy. Spojrzała prosto w jego oczy. Były całkowicie smolisto-czarne, pozbawione białek, głębokie niczym najgłębsze, niezbadane jaskinie. Nie było w nich jednak dawnej, boskiej wściekłości, którą opisywały prastare podania. Tliła się w nich jedynie bezbrzeżna melancholia i kompletna, mroczna pustka. Jego zmysły były całkowicie zamglone przez makowy syrop i uderzenie, które zrzuciło go z niebios.Olbrzym poruszył powoli głową, wodząc wzrokiem po drewnianych belkach sufitu, po pęczkach suszonych ziół wiszących pod sufitem i po ciężkich, glinianych naczyniach na stole. Jego klatka piersiowa uniosła się gwałtownie.
– Gdzie... jestem?... – wykrztusił wreszcie.
Jego głos był nieludzko niski, basowy, przypominający tarcie dwóch wielkich głazów narzutowych lub pomruk ziemi przed trzęsieniem. Rezonował w dębowych meblach, sprawiając, że miska w dłoniach Mili delikatnie zadrżała. Słowa formował z morderczym trudem, jakby uczył się ludzkiej mowy na nowo.
Mila nie odpowiedziała od razu. Odstawiła naczynie na stół i uregulowała oddech, starając się, by jej twarz pozostała maską absolutnego, szorstkiego spokoju.
– W moim domu, nieznajomy – odpowiedziała chłodno, krzyżując ręce na piersi. – A raczej w tym, co z niego zostało, odkąd ty i tobie podobni postanowiliście roztrzaskać ten świat na kawałki. Leżysz na moim łóżku i ubrudziłeś mi prześcieradła czarnym błotem.Mężczyzna nie zareagował na jej uszczypliwość. Próbował poruszyć prawym ramieniem, ale natychmiast syknął z bólu, gdy świeża skóra na piersi napięła się pod aloesową maścią. Spojrzał na swoje potężne dłonie, potem na błękitne blizny na brzuchu.
– Co... się stało?... – mruknął, a w jego czarnych oczach błysnął moment czystej, fizycznej bezradności. – Pamiętam... ogień. I trzask. Jakby niebo pękło... i runęło w dół.
– Dokładnie to się stało – ucięła Mila, podchodząc bliżej i poprawiając lniany kompres na jego boku. – Wasza boska wojna rozerwała Nauzy Równowagi. Koszula świata rwie się na strzępy, rzeki skamieniały, a Kalinowy Most zamknął się przed zmarłymi. Znalazłam cię na dnie Czarnego Jaru, całego spalonego błękitnym jadem Peruna. Gdyby nie moja kora wierzbowa i piołun, twój popiół już dawno rozniósłby wiatr.
Olbrzym powoli uniósł wzrok. Jego głębokie, smoliste oczy skupiły się na jej twarzy. Patrzył na nią długo, badawczo, chłonąc jej postać – spracowane dłonie pachnące dziegciem, dojrzałe rysy twarzy i niezależną, dumną postawę, która odrzucała jakikolwiek lęk. Wyczuwał bijącą od niej czystą, ziemską siłę, która jako jedyna potrafiła przynieść ukojenie jego ranom.
– Kim... ty jesteś?... – spytał cicho, a jego niski pomruk stracił dawną szorstkość, ustępując miejsca nabożnemu wręcz respektowi.– Jestem Dobromiła. Szeptucha z tej polany – odpowiedziała, unosząc twardo podbródek. – Dla przyjaciół Mila. Ale ty na razie nie masz prawa tak do mnie mówić, olbrzymie. Pij to i nie marudź, bo znowu rany się otworzą
Wyciągnęła w jego stronę kubek z gorzkim naparem z piołunu. Weles posłusznie ujął naczynie swoimi wielkimi palcami, wypił trunek bez mrugnięcia okiem, po czym odstawił je na ławę. Przez długą chwilę panowała ciężka, gęsta cisza, w której słychać było jedynie trzaskanie iskier w piecu.
Mężczyzna uniósł swoje dłonie na wysokość twarzy. Obracał je powoli, przyglądając się chropowatej skórze i liniom na dłoniach, jakby widział je po raz pierwszy w życiu. Jego brwi ściągnęły się w bolesnym, potężnym wysiłku psychicznym. Szukał czegoś w swojej głowie – jakiejkolwiek nazwy, wspomnienia, twarzy czy imienia. Ale napotykał jedynie na nieskończoną, lodowatą pustkę.
Spojrzał na Milę, a w jego czarnych oczach wybiła się przerażająca, monumentalna samotność bóstwa, które zostało odarte z własnej istoty.
– Kim... ja jestem?... – zadał wreszcie to ostatnie, najcięższe pytanie. – Nie wiem... Nie pamiętam mojego imienia. Nie wiem, skąd przybywam... ani dokąd mam iść. Pustka. W mojej głowie jest tylko czarna, głęboka pustka...
Mila zamarła przy stole, a jej dłoń zaciśnięta na lnianej szmacie zdrętwiała.
W tym samym ułamku sekundy z ciemnej komory obok pieca rozległ się głośny, paniczny pisk. Drzwi otworzyły się na całą szerokość i wybiegł z nich Domownik, całkowicie zapominając o swoim dotychczasowym kryciu. Mały duszek trząsł się jak galareta, jego siwa broda falowała gwałtownie, a małe oczka były okrągłe z absolutnego przerażenia. Zaczął biegać w kółko po izbie, rozrzucając pęczki suszonego wrotyczu i krzycząc w trzeciej osobie:
– Toż to koniec! Toż to zatracenie ostateczne! Słyszała, co on mówi?! Dobromiła baba nieroztropna, zgubę na nas sprowadziła! Toż to nie jest zwykły cudzoziemiec, to sam Pan Rogaty, Władca Nawii, Pasterz Wilków, potężny Weles we własnej osobie! I on nie pamięta, kim jest?! Skoro Władca Podziemi utracił pamięć, to kto zarygluje bramy przed biesami?! Kto sprawi, że rzeki podziemne znowu ruszą?! Niech Ona go wyrzuci za płot, nim noc nadejdzie, bo nas jego obłęd w szary popiół obróci!
– Zamilcz, zrzędo! – warknęła Mila, a jej głęboki, twardy głos przeciął paniczny pisk duszka niczym bicz.
Domownik natychmiast zamknął buzię, wskoczył pod ławę i nakrył głowę starym koszem na wiklinę, trzęsąc się w milczeniu.
Mila powoli odwróciła głowę i spojrzała na łóżko. Jej bursztynowe oczy pociemniały, a w piersiach wybuchła potężna fala skomplikowanych, rozdzierających emocji. Słowa małego duszka uderzyły w nią z siłą kosmicznego pioruna, a w jej umyśle w jednej sekundzie kliknęły wszystkie elementy mitycznej układanki.
Spojrzała na nieznajomego – na jego potężne ciało, na czarne oczy i na podświadomy strach, jaki wywoływał u jej zwierząt. To był Weles. Jeden z tych dwóch aroganckich bogów, o których mówiła Jagna. To przez jego ślepą męską dumę, przez jego wojnę z Perunem, prastare Nauzy Równowagi pękły, a puszcza umierała na jej oczach. Przyprowadziła pod swój własny dach, położyła na swoim własnym, nienaruszalnym łóżku sprawcę całej katastrofy.
Powinna poczuć nienawiść. Miała ochotę otworzyć drzwi i zostawić go na zatracenie w lasach. Ale kiedy wypowiedziała w myśli jego imię, mężczyzna w ogóle na nie nie zareagował. Siedział na krawędzi siennika, potężny, obcy, a jednocześnie całkowicie bezbronny i bez pamięci. Patrzył na nią z tą samą, czystą prośbą o pomoc, jaką widziała u chorych stworzeń w głuszy. Bóg był teraz czystą kartą, skazaną na jej opiekę.
Mila zacisnęła pięści pod fartuchem, zmuszając się do zachowania dystansu.
– Słyszałeś go, olbrzymie – powiedziała cicho, jej głos był twardy i pozbawiony jakichkolwiek ciepłych tonów. – Dla tego małego duszka i dla całego świata tam na zewnątrz jesteś potężnym władcą podziemi. Ale w mojej izbie jesteś tylko kolejnym pacjentem, który potrzebuje żywokostu i piołunu, żeby nie pęknąć od błękitnego ognia. Nie obchodzi mnie twoja boskość ani twoje dawne wojny. Dopóki leżysz pod moim dachem, masz słuchać moich rozkazów i pić to, co ci podam. Rozumiesz? Weles patrzył na nią przez dłuższą chwilę zamglonym, ciężkim wzrokiem, jakby jej słowa z trudem przedzierały się przez pustkę w jego głowie. W izbie pachniało dymem i przypalonym miodem. Mężczyzna nie sprzeciwił się, nie uniósł głosu; opadł z powrotem na siennik, zamykając oczy pod wpływem paraliżującego zmęczenia i makowego syropu.
Przez kolejne trzy dni porządek w domostwie dyktował wyłącznie rytm nakładania świeżych medykamentów. Mila nie miała czasu na rozmyślania. Od świtu do późnej nocy krążyła między izbą a podwórzem, taszcząc ciężkie cebrzyki i pęki ziół. Jej potężny pacjent leżał nieruchomo, owinięty ciasno lnianymi, grubymi pasami płótna, które szeptucha zmieniała każdego poranka, zmagając się z jego bezwładnym ciężarem i zmywając błękitnawą osnowę, która powoli zasychała na jego ludzkiej skórze. Gdy tylko kończyła opatrywać jego rany, natychmiast zarzucała fartuch i wychodziła na zewnątrz, by zająć się resztą poturbowanych stworzeń – przemywała wysuszone stopy rusałek, zmieniała okłady czortom pod gruszą i pilnowała, by podsycany przez Domownika jałowcowy dym stale oczyszczał powietrze nad Schronieniem. Weles w tym czasie prawie się nie odzywał. Większość doby spędzał w głębokim, gorączkowym śnie, a kiedy otwierał oczy, w milczeniu odprowadzał wzrokiem jej sylwetkę biegającą z garnkami wokół pieca, zanurzony w głuchej ciszy panującej w chacie.
Siódmego dnia wieczorem, gdy rany boga jako tako stężały pod grubą warstwą żywicy, a nieludzki ból ustąpił, Weles spróbował wstać.
Mila, widząc, jak materac gwałtownie unosi się do góry, podeszła do łóżka i podparła go ramieniem. Gdy jego potężne ramię oparło się o jej plecy, przez całe jej ciało przeszedł gwałtowny dreszcz. Był nienaturalnie wysoki – gdy stanął na nagich stopach na deskach podłogi, jego cień zasłonił całe okno, a głową niemal dotykał suszonych ziół pod sufitem. Mila narzuciła na jego szerokie ramiona prostą, ciemną koszulę z grubego, lnianego samodziału, którą niegdyś utkała dla jakiegoś rosłego drwala z osady. Koszula pękała na nim w szwach, ale osłaniała jego nagość.
– Chodź – mruknęła szorstko, otwierając ciężkie, dębowe wrota na podwórze. – Musisz zaczerpnąć świeżego powietrza, bo od tego piołunu w izbie już oboje dostaniemy obłędu.Wyszli na ganek. Noc była chłodna, duszna i przesiąknięta zapierającym dech w piersiach napięciem.
Gdy tylko ogromna, mroczna sylwetka Welesa pojawiła się w świetle księżyca na drewnianym ganku, na całym podwórzu w ułamku sekundy zapadła przerażająca, nabożna cisza. Rozmawiający dotąd utopcy zamarli przy studni, czorty pod rozłożystą gruszą upuścili liście łopianu, a ponad trzysta bladych, niemych dusz pod wiklinowym płotem zamarło w całkowitym bezruchu.
Wszyscy oni, jak na komendę, powoli opuścili głowy i z bezmierną, mityczną czcią padli na kolana prosto w rdzawy, poparzony błękitem muł podwórka. Wilk Luty położył uszy płasko na karku i zaczął czołgać się na brzuchu, skomląc cicho u stóp swojego Pana. Cały ten mityczny tłum, całe jej słowiańskie Schronienie, oddawało hołd swojemu prastaremu Królowi Nawii.Weles stanął na brzegu ganku, a jego smolisto-czarne oczy rozszerzyły się w kompletnym, ciężkim zdezorientowaniu. Patrzył na klęczący przed nim świat, na te nieme dusze i przerażone czorty i nie rozumiał, dlaczego cały ten lud chyli przed nim czoło. W jego głowie wciąż panowała czarna pustka niepamięci.
Mila stała tuż obok niego, a w jej gardle zacisnął się potężny, bolesny skurcz. Widok boga bez pamięci, przed którym klękała cała puszcza, i świadomość, że to ona – zwykła szeptucha – musi utrzymać ten rozpadający się świat za łeb, odebrały jej mowę.
Noc okryła polanę w głębokim mrokiem, a obejście Dobrusi powoli cichło pod nabożnym spojrzeniem swojego władcy.Nikt z nich jednak nie zauważył, że w najciemniejszym kącie podwórka, tuż przy cembrowinie studni, oślizgły utopiec – ten sam, który przed kilkoma dniami bezczelnie proponował Mili partyjkę pokera – wycofał się cicho w cień szopy. Jego rybie, mętne ślepia błyszczały ze strachu i rzadkiej u niego, zimnej kalkulacji. Zobaczył, że bóg wstał. Zobaczył jego rany i jego słabość.Stworek rozejrzał się potajemnie, upewniając się, że szeptucha jest zajęta Welesem, po czym wsunął się pod wiklinowy płot i drżącym szeptem przekazał meldunek krążącym wysoko na tle ołowianego nieba drapieżnym jastrzębiom Peruna:– Weles żyje... Leży u szeptuchy na polanie... Słaby jest, bez pamięci, rany ma opatrzone... Płot Mokoszy ledwo dymi... Przybywajcie, nim odzyska siły...Ptaki wydały z siebie cichy, drapieżny skrzek i pomknęły prosto w chmury, niosąc wiadomość na same szczyty niebios.
Część 66 / 6
8.Cisza przed burzą
Porządek w leśnym domostwie przez pierwsze dni dyktował wyłącznie jednostajny, ciężki rytm nakładania świeżych medykamentów. Mila nie miała czasu na rozmyślania ani na zmaganie się z własnym zmęczeniem. Od świtu do późnej nocy jej spracowane dłonie unosiły się nad łóżkiem, które dotąd należało wyłącznie do niej, a które teraz zostało całkowicie zawłaszczone przez obcego przybysza.
Gdy tylko słońce z trudem przebijało się przez siny opar nad Wielkim Ostępem, szeptucha rozpoczynała rzemieślniczą, morderczą pracę. Zdejmowała z mężczyzny grube, zesztywniałe od błękitnawej mazi pasy lnianego płótna, zmagając się z jego bezwładnym, nieludzkim wręcz ciężarem. Każdego poranka przygotowywała świeżą maść, która miała uleczyć jego poparzoną ludzką skórę - ucierała w kamiennym moździerzu jaskrawopomarańczowe, oleiste owoce rokitnika z leśnym miodem, łącząc całość z gęstym, czystym gęsim smalcem. Ciepły, tłusty zapach miodu i sadła mieszał się w izbie z łagodnym, słonecznym aromatem suszonej macierzanki, którą Mila co rano okadzała kąty, by odegnać resztki siarkowego duchu. Pod jej palcami błękitny ogień w głębi jego żył powoli gasił swój niszczycielski żar, ustępując miejsca ciemnym, twardym bliznom, które układały się na jego ciele w zarysy prastarych, podziemnych korzeni.
Jednak to nie rany cielesne niepokoiły Milę najbardziej, ale mroczna, głęboka pustka, jaka otaczała umysł gościa. Aby przywrócić pamięć bóstwu, które zapomniało własnego imienia, szeptucha sięgnęła po najstarsze, przekazywane z pokolenia na pokolenie zamówienia i najsilniejsze zioła. Każdego wieczoru w glinianym garnku warzyła herbatę, łącząc w idealnych proporcjach liście ruty, aromatyczny owoc kminku, ziemisty korzeń kozłka lekarskiego i pachnącą cytryną melisę. Do wywaru dorzucała ziele barwinka mniejszego, parzące liście pokrzywy, złocisty koszyczek arniki, a na koniec kwiat i owoc głogu wraz z zielem świętej jemioły.
Trzeciego dnia po powrocie z Czarnego Jaru gorączka wreszcie przestała trawić jego zmysły. Makowy syrop przestał mącić krew, a parzący, błękitny żar w szczelinach na piersi skraplał się już tylko rzadką, ciemną żywicą.
Weles otworzył oczy. Ciemność pod sufitem powoli rozstępowała się przed bladym, porannym światłem. Poczuł potworny, tępy ból z tyłu czaszki - ból ciężki, pulsujący przy każdym mocniejszym uderzeniu serca. Świat wokół niego drgał i tracił ostrość. Spróbował poruszyć ramieniem, ale klatkę piersiową natychmiast ściągnęły ciasne, lniane opaski.
Uniósł wzrok. Na niskim zydlu tuż przy łóżku siedziała ona. Szeptucha. Mila trzymała na kolanach glinianą miskę, z której unosił się parujący, ziołowy dym. Jej piwno-bursztynowe oczy były podkrążone ciemnymi obwódkami z niewyspania. Wyglądała na skrajnie zmęczoną, a w jej postawie - w tym, jak sztywno prostowała plecy - czaiła się głęboka, rygorystyczna nieufność.
- Leż - mruknęła szorstko, widząc, że mężczyzna próbuje zaprzeć się łokciami o siennik. - Jeśli teraz zerwiesz te płótna i rany się otworzą na nowo, a ja nie mam zamiaru po raz kolejny wycierać z podłogi twojej krwi. Pij.
Podsunęła mu pod sam nos gliniany kubek. Pachniało to ziemią, rutą i słodkawym, głębokim aromatem macierzanki. Weles spojrzał na naczynie, potem na jej dłonie - spracowane, z ciemnymi śladami od dziegciu pod paznokciami, pachnące leśnym słońcem. Powoli, z morderczym trudem, uniósł swoją wielką dłoń. Jego palce wciąż drżały pod wpływem osłabienia, ale ujął glinę i pociągnął potężny łyk. Napar z wierzby, kozłka i jemioły palił gardło, ale niemal natychmiast przyniósł ulgę pulsującej czaszce.
W jego głowie panował potworny, bolesny chaos. To nie była głucha, czysta pustka - to był stan, jaki człowiek czuje po potężnym wstrząsie. Pamiętał słowa. Rozumiał, czym jest dom, czym są zioła, wiedział, jak nazwać topór czy konia. Pamiętał ludzkie uczucia, strach, ból i potrzebę sprawiedliwości, ale gdy próbował sięgnąć głębiej, za zasłonę rdzawego dymu w swoim umyśle - napotykał na ścianę. Nie pamiętał, skąd przybywa. Nie pamiętał, dlaczego jego ciało pękało od błękitnego ognia. Nie pamiętał nawet, jak brzmi jego własne imię.
Odstawił kubek na ławę z głuchym stuknięciem i spojrzała na Milę. Jego głos zabrzmiał w izbie głębokim, basowym rezonansem, od którego zadrżały wiszące pod sufitem pęczki suszonego podbiału.
- Gdzie ja jestem?... - wykrztusił chrapliwie. - Co to za miejsce?Mila odebrała od niego naczynie, nawet na moment nie rozluźniając spiętych ramion. Jej wzrok bezustannie badał każdy jego ruch, jakby szukała w nim ukrytego podstępu.
- Na mojej polanie. W głębi Wielkiego Ostępu - odpowiedziała twardo, wstając i odchodząc v stronę pieca. - Przywlokłam cię tu na wozie z Czarnego Jaru. Leżysz na moim łóżku, i zżerasz moje zapasy ziół, podczas gdy cała puszcza na zewnątrz umiera przez to, co wy wielcy i potężni, zrobiliście z tym światem.
Weles zmarszczył brwi, ignorując ból w skroniach. Przez mgłę w umyśle przedarło się jedno, niezwykle wyraźne wspomnienie: pamiętał gorący dotyk jej palców na swojej szyi w Czarnym Jarze. Pamiętał, że gdy leżał w błocie, odarty z sił, ta kobieta klęczała przy nim, odpędzając ból szorstkim dymem z ziół. Nie uciekła. Nie zostawiła go na zatracenie, choć biło od niego śmiertelne zagrożenie.
W jego piersiach, obok uczucia zagubienia, narodziło się czyste, bardzo ludzkie i dojrzałe poczucie wdzięczności. Spojrzał na nią, gdy stała tyłem, dorzucając szczapki do ognia.
- Słyszałem cię... tam, v tym czarnym dole - odezwał się wolno, dobierając słowa z wyraźnym wysiłkiem. - Moja głowa... wszystko w niej pęka. Nie pamiętam, kim jestem. Nie wiem, jak się nazywam ani co mnie tu zrzuciło. Ale pamiętam twoje ręce. Pamiętam zapach macierzanki na twojej skórze. Ocaliłaś mnie, wiedunko. Gdyby nie ty, błękitny ogień wypaliłby mnie do cna na tamtych głazach. Dziękuję ci.
Mila drgnęła przy piecu. Ruch jej dłoni zamarł nad paleniskiem. Odwróciła się powoli, a w jej bursztynowych oczach zamiast łagodności pojawił się jeszcze większy, lodowaty dystans. Ta nagła, męska wylewność i podziękowania uderzyły ją. Sambor też kiedyś mówił piękne słowa, też potrafił dziękować, dopóki nie uznał, że ma prawo uczyć ją uległości. Nie ufała temu olbrzymowi. Był dla niej obcy, niebezpieczny i potężny, nawet z rozbitą głową.
- Zachowaj te podziękowania dla kogoś, kto w nie wierzy, nieznajomy - rzuciła lodowato, wycierając ręce w fartuch. - Nie uratowałam cię z miłości do twoich czarnych oczu. Jesteś moim pacjentem, a szeptucha nie zostawia nikogo w głuszy na pożarcie biesom. To mój obowiązek wobec Mokoszy, nic więcej. A teraz zamilcz i leż, dopóki te rany nie zasklepią się.
Zwrot nastąpił pod koniec pierwszego tygodnia. Gdy rany ostatecznie przestały sączyć pod grubą warstwą rokitnikowej maści, a ziołowa herbata zbiła gorączkę, mężczyzna kategorycznie odmówił dalszego leżenia. . Amnezja nie odebrała mu bowiem naturalnej, męskiej potrzeby ruchu i dojrzałej godności. Nie potrafił siedzieć bezczynnie, gdy widział, jak wiedunka od świtu opada z sił, biegając wokół domu.
- Nie będę leżał v twojej pościeli, podczas gdy ty ledwo stoisz na nogach, szeptucho
- powiedział cicho jego niski, basowy głos. - Widzę twoje zmęczenie. Widzę rany tych stworzeń. Mój dług wobec ciebie jest wielki, Dobromiło. Moje ręce są silne, w głowa już się nie mąci. Powiedz mi, co mam robić. Nie potrafię siedzieć bezczynnie, gdy moja wybawicielka dźwiga cały ten trud zupełnie sama.
Weles patrzył na nią z góry, a jego czarne oczy po raz pierwszy z tak bliska chłonęły postać Dobrusi. Mimo skrajnego wycieńczenia, jakie malowało się na jej twarzy, dostrzegł w niej dojrzałą, pełną i niezwykle magnetyczną kobiecość. Jej biodra były szerokie, kobiece, a pełna pierś gwałtownie unosiła się pod lnem koszuli, gdy szeptucha walczyła z własnym zmieszaniem. Pachniała macierzanką, miodem i czystym, zdrowym ciałem. Była piękna w ten surowy, dumny sposób, bez miejskich strojeń i fałszu. W jego męskim postrzeganiu rodził się głęboki, instynktowny podziw, ale cicha godność boga kazała mu zamknąć te myśli pod maską całkowitego spokoju.
Mila nie odpowiedziała od razu. Zanim uległa jego słowom, postąpiła krok do przodu, a jej nieufność zmieniła się w surowy, lekarski rygor.
- Stanąłeś na nogach i myślisz, żeś już zdrów, olbrzymie? - fuknęła szorstko, podnosząc dłoń. - Spojrzyj na mnie. Prosto w moje oczy. Nie mrugaj.
Wyciągnęła spracowany palec przed jego twarz i powoli przesunęła go od lewej do prawej strony. Śledziła ruch jego źrenic, sprawdzając, czy obraz mu nie ucieka. Potem gwałtownie położyła chłodną dłoń na jego karku, zmuszając go, by lekko pochylił głowę.
- Ciemnieje ci przed oczami? Słyszysz pisk w uszach, gdy ruszasz szyją? Podłoga pod nogami ucieka czy stoi twardo? - pytała rwanymi, szybkimi zdaniami, badając palcami puls na jego przegubie.
- Obraz jest czysty - odpowiedział wolno, czując bolesne, elektryczne mrowienie pod jej dotykiem. - Ziemia trzyma się mocno moich stóp. Głowa ciąży, ale już nie wiruje.Mila cofnęła ręce, jakby oparzyła się o jego skórę, i z powrotem schowała dłonie pod lniany fartuch. Odetchnęła głęboko, a jej twarz stała się niepokojąco poważna.
- Skoro dobrze widzisz i słyszysz, to posłuchaj teraz uważnie, nieznajomy - odezwała się cicho, patrząc mu prosto w czarne oczy. - Nie jesteś zwykłym człowiekiem. Ani zagubionym drwalem, ani wojownikiem z osady. Kiedy spadłeś z nieba do Czarnego Jaru, twoje ciało pękało od błękitnego jadu bogów, a ziemia pod tobą zamieniała się w popiół. Myśliwy i całe podwórze padło przed tobą na kolana. Rozpoznali twoją krew.
Weles zamarł, a jego potężne przedramiona napięły się pod koszulą. W izbie zapadła głucha, duszna cisza.
- Kim więc jestem?... - spytał, a jego basowy głos stracił dawną pewność, podszyty głębokim zaniepokojeniem.
- Według prastarych wierzeń, pod którymi wyrosła ta puszcza, jesteś Władcą Nawii. Panem podziemi, pasterzem wilków i strażnikiem ludzkich przysiąg - Mila wypowiedziała te słowa powoli, ważąc każde z nich z bolesnym uściskiem w gardle. - Wołają na ciebie Weles. Przyprowadziłam pod swój dach boga, który wraz z Perunem, przez waszą ślepą i nadętą męską dumę, rozerwał Nauzy Równowagi i doprowadził ten świat do zguby. Leżysz w mojej pościeli, olbrzymie, i nie pamiętasz, że to ty sprowadziłeś tę zarazę na moje źródła.
Mężczyzna wbił wzrok w podłogę. Imię „Weles" odbiło się echem w pustce jego umysłu, ale nie wywołało żadnego błysku, żadnego rwanego obrazu z przeszłości. Czuł jego mityczny, ogromny ciężar, czuł prastarą siłę krążącą w jego żyłach, ale wciąż był dla samego siebie obcy. Świadomość, że nosi w sobie potęgę, która zniszczyła świat, uderzyła w jego dojrzałą godność. Nie poczuł pychy - poczuł potworny ciężar odpowiedzialności i winy wobec kobiety, która teraz na niego patrzyła z taką pogardą i nieufnością.
Uniósł głowę i spojrzał na nią ze smutkiem.- Nie pamiętam tego boga, Dobromiło - powiedział cicho. - Nie pamiętam pychy ani wojny. Jeśli moje dłonie sprowadziły to nieszczęście, to moje dłonie muszą teraz pomóc ci je naprawić. Powiedz mi, jak mam zacząć spłacać ten dług.
Mila zacisnęła zęby, odrzucając jego potulność.
- Spłacisz go, gdy nanosisz wody, olbrzymie - rzuciła szorstko, wskazując dłonią na dwa ciężkie, dębowe cebry pod ścianą. - Podnieś je. Chcę widzieć, czy twoje mięśnie utrzymają ten ciężar, czy zaraz runiesz mi na podłogę i rozbijesz naczynia.
Weles skinął powoli głową. Podszedł do ściany, schylił się i ujął grube, rzemienne ucha wiadra. Mila obserwowała napięcie jego pleców i szerokich ramion. Mężczyzna uniósł oba pełne cebry jednym płynnym, spokojnym ruchem, jakby były utkane z piór, a jego krok był pewny i stabilny, gdy kierował się v stronę wyjścia.
Wieczorem dziesiątego dnia, gdy zapach parzonej macierzanki i miodu osiadł ciężko na drewnianych ścianach, oboje usiedli przy dębowym stole. Mila obierała wysuszone korzenie żywokostu, a Weles siedział naprzeciwko, przyglądając się małym, precyzyjnym ruchom rąk. Cisza między nimi przestała być wroga, stała się wyczekująca.
- Dlaczego żyjesz tu sama? - zapytał nagle mężczyzna, a jego basowy głos sprawił, że płomień łojowej świecy delikatnie zadrżał. - Twój ród na dole ma wielkie domostwa. Słyszę ich dalekie głosy, gdy wiatr wieje od południa. Kobieta z taką wiedzą i siłą mogłaby rządzić całą osadą. Dlaczego wybrałaś te chaszcze i marudnego duszka?
Mila zamarła z nożem nad korzeniem. Spojrzała na niego, a w jej bursztynowych oczach na moment błysnął cień dawnego, bolesnego buntu.
- Bo w ich świecie, olbrzymie, siła kobiety jest grzechem, a jej wiedza wywołuje lęk - odpowiedziała wolno, a głos stracił szorstkość, stając się dziwnie głęboki. - Tam na dole jesteś nikim, jeśli nie kłaniasz się męskiej woli. Sambor, mój dawny narzeczony, myślał, że kupił mnie za kilka korców zboża od mojego ojca. Chciał okiełznać mój upór, złamać mnie i brać siłą, żebym znała swoje miejsce przy garach. Uciekłam sprzed samego ołtarza, rozrywając lnianą suknię na cierniach Wielkiego Ostępu. Wybrałam wolność. Zapłaciłam za nią dwudziestoma latami samotności pod tym dachem, ale nikt nigdy więcej nie położył na mnie ciężkiej łapy tylko po to, by poczuć się moim panem.
Weles słuchał jej w całkowitym milczeniu. Jego czarne, głębokie oczy nie uciekały przed wzrokiem znachorki. Jako istota, która podświadomie nosiła w sobie naturę Strażnika Przysiąg, poczuła głęboki, wewnętrzny gniew na człowieka, który próbował zniewolić tak czystą i dumną duszę.
- Mężczyzna, który musi złamać kobietę, by poczuć się silnym, jest tylko nędznym tchórzem, Dobromiło - powiedział cicho, a w jego głosie uderzyła lodowata, dojrzała stałość. - Prawdziwa potęga nie potrzebuje uległości. Twoja niezależność nie jest zagrożeniem. Ona jest jak prastary las - piękna, nienaruszalna i warta najwyższego szacunku.
Mila popatrzyła na niego z góry, a mur którym się otoczyła po raz pierwszy od dwóch dekad delikatnie pękł, przepuszczając ciepło jego słów. Nie potrafił wyczuć w nim fałszu. Weles mówił z taką prostotą i powagą, jakby jego słowa były wyryte w samym kamieniu.
- Łatwo ci tak mówić, gdy nie pamiętasz, kim jesteś - mruknęła ciszej, wracając do skrobania żywokostu, by ukryć nagłe wzruszenie. - Zobaczymy, co powiesz, gdy ten twój rdzawy dym w głowie całkiem opadnie.
Weles nie próbował skracać dystansu ani naciskać na dalsze zwierzenia. Skinął głową, dopił gorzkie zioła i w ciszy położył się na swoim posłaniu, szanując niewidzialną granicę, którą między nimi wytyczyła.
Prawdziwe odpowiedzi nadeszły jednak następnego dnia po południu, gdy Mila opuściła polanę i poszła nad leśną rzekę prać zakrwawione lniane płótna.
Weles stał pod ścianą szopy, gdy zauważył mały, podejrzany ruch przy stogu siana. Domowik, upewniwszy się, że szeptuchy nie ma w obejściu, potajemnie taszczył mały, gliniany garnuszek leśnego miodu, próbując ukryć go w mysiej dziurze przed „wielkim żarłokiem". Nagle nad duszkiem wyrósł potężny, szeroki cień boga.
Duszek zamarł. Gliniane naczynie wypadło mu z chudych rączek prosto w miękkie siano. Domowik prawie dostał zawału, zzieleniał ze strachu i zaczął trząść się jak galareta, ale miłość do Dobrusi i poczucie gospodarskiego obowiązku dodały mu nagłej, wręcz komicznej odwagi. Wskoczył z furią na starą, odwróconą do góry dnem beczkę, wyprostował chudy grzbiet, zaczął wymachiwać małą, drewnianą kopyścią przed nosem boga i wrzasnął piskliwym, zrzędliwym szeptem:
- A niech Pan Rogaty nawet nie patrzy na ten miód! Ani kropli, słyszy Pan?! Dobromiła i tak już przez Niego całą spiżarnię wyczyściła do gołej deski! Domowik tu rządzi, Domowik tu mąkę przesiewa, garnki szoruje i porządku pilnuje od dwudziestu lat! A Pan co? Wielki, ranny, koszulę drwala na plecach rozrywa i myśli, że mu wszystko wolno?! Marsz do kozy, kapustę jej dać, a od miodu wara!
Weles nie uniósł brwi. Nie wyciągnął dłoni, by zmiażdżyć pyskate stworzenie. Zamiast tego powoli, z właściwym sobie ciężkim spokojem, usiadł naprzeciwko duszka na niskim pniaku. Schylił się, podniósł z siana gliniany garnuszek i nienaturalnie delikatnie, ostrożnie postawił go tuż przy bosych stopach Domowika.
- Twój miód jest bezpieczny, mały gospodarzu - odezwał się bóg, a jego basowy pomruk był tak niski i spokojny, że rozgniewany duszek aż zamarł z uniesioną kopyścią. - Nie zabiorę ci go. Powiedz mi tylko... dlaczego ona tak bardzo się mnie boi? Dlaczego trzyma w ręku nóż za każdym razem, gdy zmywa żywicę z moich ran?
Domowik mrugnął swoimi czerwonymi oczkami. Popatrzył na oddany garnuszek, potem na spokojną, surową twarz boga i całe jego przerażenie nagle rozpuściło się w potężnej, starej urazie do świata śmiertelników. Duszek oparł się o kopyść jak o kostur i zaczął rozżalony nadawać:
- Bo Dobrusia ma serce spięte jak rzemień, odkąd ten nadęty buc Sambor z osady chciał z niej zrobić potulną, cichą kokosz! On ryczał na podwórzu, pasem groził, ojciec klątwy rzucał, że bez rodu zmarnieje! A Ona dymu z macierzanki się nałykała, siłę z ziemi poczuła, suknie ślubną na cierniach Wielkiego Ostępu potargała i uciekła w te chaszcze! Dwadzieścia lat Domowik jej łzy z podłogi wycierał! Poduszkę z lawendy słał, macierzanką izbę okadzał, żeby zapomniała o tamtych samcach, co to tylko garnki tłuką i rozkazy wydają! A teraz Pan przyszedł. Wielki, zwalony jak dąb, w jej własnym łóżku leży i Dobrusia znowu całe noce nie śpi, znoju pełna i spięta chodzi jak struna! Niech Pan jej nie krzywdzi, Panie Podziemny, bo Domowik osobiście wszystkie biesy z puszczy pod Pana siennik wpuści, przysięgam na próg i piec!
Weles słuchał tego piskliwego wywodu z głęboką, nieruchomą uwagą. Poprzez komiczne zrzędzenie małego duszka przedarła się do jego umysłu cała, bolesna prawda o murze który wokół siebie wzniosła. Poczuł głęboki szacunek do tego małego stworzenia, które tak wiernie strzegło jej samotni, i jeszcze większy respekt do samej Mili.
- Nie musisz nasyłać na mnie biesów, gospodarzu - odpowiedział cicho Weles, wstając z pniaka, przez co Domowik znowu odruchowo skulił głowę. - Jej wolność jest dla mnie święta. Nigdy nie uniosę dłoni, by naruszyć jej Azyl. Pilnuj miodu. Ja idę naciągnąć wody dla kozy.Mężczyzna odwrócił się i ruszył w stronę stodoły, zostawiając osłupiałego duszka na beczce. Domowik popatrzył za nim, podrapał się brudnym palcem po uchu i mruknął pod nosem, że „ten Władca Nawii to w sumie nawet potrafi się zachować, jak na boga".W połowie drugiego tygodnia w Azylu zapadł względny, głęboki spokój...
Kolejny tydzień pobytu Welesa u Dobrusi rozpoczął się od wielkiego prania i pierwszej poważnej awarii wizerunku Władcy Podziemi.
Mila stała przy wielkiej drewnianej balii, a dym z ogniska roznosił po całym podwórzu słodki, miodowy zapach gotowanej macierzanki, którą szeptucha zawsze dorzucała do wrzątku, by odświeżyć stare płótna. Weles, ubrany w koszulę drwala, która po kolejnym praniu skurczyła się i odsłaniała mu pępek, siedział na pniaku i z niezwykłym skupieniem próbował naprawić rozeschniętą maśnicę do masła. Jego wielkie, ludzkie palce, przyzwyczajone do noszenia duzych ciężarów, kompletnie nie radziły sobie z drobnymi, drewnianymi obręczami.
- Jeśli jeszcze raz uderzysz w to tym obuchem, olbrzymie, to zamiast masła będziemy jeść drzazgi - rzuciła Mila, wyżymając z rozmachem ciężką lnianą płachtę. - Spójrz na siebie. Wyglądasz w tej koszuli, jakby cię zza ciasnego snopka wyciągnęli.
Weles uniósł głowę. Na jego surowej twarzy, zamiast boskiego gniewu, pojawił się rzadki, zaskakująco lekki uśmiech, który całkowicie zniwelował chłód jego smolistych oczu.
- Ta tkanina ewidentnie kurczy się od samego twojego wzroku, wiedunko - odpowiedział jego niski, basowy głos, w którym wyraźnie drgała rozbawiona nuta. - Poza tym, to małe naczynie mnie prowokuje. Ustępuje pod palcami, jakby było ulepione z twarogu. W moim świecie... cokolwiek to oznacza... rzeczy były twardsze... tak mi się wydaje.
- W twoim świecie najwyraźniej nie znano rzemiosła, tylko machanie żelazem - fuknęła Mila, ale kącik jej ust mimowolnie drgnął ku górze. Zapach macierzanki parującej z balii zdawał się łagodzić całe napięcie. - Odsuń się od tego. Przynieś mi raczej chrustu, bo ogień pod kotłem przygasa. Tylko nie przynieś całego drzewa razem z korzeniami, jak ostatnio.
- To był tylko mały wypadek przy pracy - mężczyzna wstał, otrzepał spodnie z wiórów i zasalutował jej z ironiczną powagą. Mila parsknęła cicho, wracając do prania. Te codzienne, drobne utarczki…