duchy · 9 min czytania
Strażnik duszy: rozdział 1
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
O, jak cudownie, słońce świeciło prosto na mą rozluźnioną, wolną od problemów twarz. Ze źdźbłem trawy w ustach i przymkniętymi powiekami, leżąc na plecach mogłem sobie rozmyślać o czym tylko chcę. Nikt mi już nie mógł przeszkodzić. Ta parkowa, stara, lekko podgnita ławka była moja. Tylko i wyłącznie moja. Tak myślałem do czasu, gdy usłyszałem te przeklęte, wysokie głosiki rozszalałych bachorów. Oczywiście musiały przyjść spędzać swój wolny czas, tam, gdzie ja, no bo co by beze mnie zrobiły. Entuzjastyczny głos wkraczającego w wiek dojrzewania chłopaczka mieszał się z dwoma rozchichotanymi dziewczątkami. Wielki maczo kurna, od małego zarywa na dwa fronty. Ten ich rozwrzeszczany koktajl wokalny zbliżał się ku mej niespokojnej osobie. Od niechcenia niby otwarłem oczy, które musiałem przysłonić dłonią, by nie zostać porażonym łuną światła słonecznego i wyjąłem trawiastą łodyżkę z ust. Spojrzałem na moich towarzyszy. Tak, jak myślałem – piłka poszła w ruch, aczkolwiek byli dość daleko, więc nie zgrywając totalnego zgreda, zostawiłem ich w spokoju. Niech sobie chłopaczek podryguje wesoło z panienkami, niech unosi do góry ich zwiewne sukieneczki z koronkami, swoją drogą całkiem już zazielenione od trawy, ukazując niewieście gatki. Ja też przez to przechodziłem. Wspominając te niewinne czasy uśmiechnąłem się do siebie. Bądź co bądź, zostały mi tylko ostatnie szkolne wakacje, które niestety muszę spędzać sam. Wszyscy moi znajomi powyjeżdżali do ciepłych krajów, dziadków, na wieś, obozy i tym podobne. Tylko te beznadziejne elementy, których nie potrafię strawić, zostały w mieście. Taki los takiego mnie. Ale nie czuję się samotny. Z pewnych względów, których nie potrafię wyjaśnić, mam świadomość, że ktoś nade mną czuwa. Nie, nie wierzę w Boga, aczkolwiek interesowałem się kiedyś zjawiskami paranormalnymi, reinkarnacją, istnieniem aniołów i demonów. Coś z tego we mnie zostało, gdy dowiedziałem się, że ludzie, którzy żyli zgodnie ze wszystkimi moralnymi przykazaniami, w kolejnym życiu rodzą się kotami, które wiodą spokojne i uprzywilejowane życie na miękkiej kanapie, doznające przemiłych pieszczot, zawsze z pełną miską jedzenia. Dlatego teraz tak szanuję te zwierzęta. Należy im się. Uch, właśnie przypomniałem sobie, że zapomniałem nakarmić mojego kiciusia przed wyjściem z domu. Mam nadzieję, że mój młodszy brat o niego zadba. Bardzo jestem ciekaw, co czeka nas wszystkich po śmierci. Chociaż byłem nieco sceptycznie nastawiony do moich zainteresowań, przyznam, że rajcowało mnie to niemiłosiernie! Och, dzieciaki ucichły. Dla świętego spokoju zerknąłem w miejsce, gdzie wcześniej się zabawiały. Widocznie przeniosły się na nowe terytorium, czując moją aurę niezadowolenia, ponieważ ślad po nich zaginął. W tym wypadku, całkowicie spokojny, odprężyłem się na mojej, powtarzam, mojej ławce, brzuchem do góry i rękami pod głową. Przymknąłem oczy, nie pozwalając promieniom słońca podrażnić moich źrenic. Waleczne to słońce, nieudolnie próbowało się ze mną zaprzyjaźnić malując na moich zamkniętych powiekach kolorowe plamki, które raz po raz odbijały się od siebie. Uwielbiałem to zjawisko. Moja mama zawsze mówiła, że te szklące się kleksy tańczyły ze sobą walca. Ja natomiast stoję przy zdaniu, że to nie walc, tylko pogo. Ale jak kto woli. Miałem nadzieję, że ten leniwy, nic nie wnoszący do mojego życia dzień będzie trwał wiecznie. No właśnie, miałem nadzieję... - Przepraszam! – usłyszałem dziewczęcy głos, prawdopodobnie zwrócony do mnie, ale postanowiłem go zignorować. - Halo! Mówię do ciebie! – powtórzyła nieznana mi niewiasta Nie miałem wyjścia. Zostawiłem w spokoju tańczące pogo plamki świetlne i otwarłem oczy. Słońce nie pozwoliło zobaczyć mi twarzy przemawiającej do mnie osoby, dlatego zmuszony byłem powstać z pozycji leżącej. Usiadłem więc zgarbiony na mojej ławce, przytknąłem dłoń do czoła tak, aby przerwała ten romans moich źrenic ze słońcem i spojrzałem przed siebie. Nie, żeby mi to przeszkadzało, ale na wysokości mojego wzroku znajdowały się do połowy zasłonięte piersi. Nie wiem, ile trwał przede mną ten całkiem fajny widok, ale raczej krótko, bo dziewczyna natychmiast przykucnęła, abym zobaczył jej twarz, która nie była wcale gorsza, od poprzedniego widoku. Wtedy do mnie dotarło, że jej zaczepka skierowana była do mnie. Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, złapała desperacko moich kolan broniąc się przed przechyleniem swojego zacnego ciałka w tył. Towarzyszył temu całkiem donośny krzyk. Ja zareagowałem również…