Fantasy · 14 min czytania
Strażnik Miasta: Narodziny potęgi.
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
STRAŻNIK MIASTA : NARODZINY POTĘGI.
Wrzesień 2010 r.
Noc była księżycowa, gwiaździsta i zimna. Zamojski gród pogrążony we śnie, ufny w otaczające go mury, zdawał się być obojętnym na świat, który dopiero teraz budził się do życia. Tylko gdzieniegdzie jakiś zapalczywy pies szczeknął ostrzegawczo, ale krótko i jakby lękliwie. Cisza wokół panowała przytłaczająca. Coś wisiało w powietrzu… Straże na murach wypatrywały niebezpieczeństw w mroku. Co chwila nawoływały się, bardziej dla dodania sobie otuchy, niźli z obowiązku. Nieopodal miasta, na wzgórzu, mieścił się cmentarz. Ciche to miejsce i spokojne, ale właśnie dzisiejszej nocy oczy stróżujących wędrowały właśnie tam, nie wiadomo dlaczego. Jakby w przeczuciu, że czai się pośród krzyży i kamiennych nagrobków niewypowiedziana groźba. Nic jednak nie zwiastowało żadnego wroga. A jednak wciąż ludzie niespokojnie błądzili wzrokiem ku nekropolii. Razem ze strażnikami na murach tkwił nieznajomy. I on także spoglądał ku wzgórzu, ale bardziej z nadzieją, a może to było jakieś przeświadczenie pewności zdarzeń, jakie nieuchronnie obiecywał sobie ów tajemniczy, nocny przechodzień po tej nocy. Parokrotnie zaczepiany przez stróżów, wymamrotał tylko coś w odpowiedzi i ci zostawiali go w spokoju, a przecież nikomu niepowołanemu nie wolno było przebywać na murach po zmroku! Jednak on sprawiał wrażenie kogoś, kto być tu powinien. Stał tylko nieruchomo i ciągle patrzył w kierunku cmentarza. Nie dziwota, że strażnicy także tam kierowali swój wzrok, ale tak jak i on, niczego nie dostrzegali. A może widział więcej niźli oni? Tymczasem z ziemi unosić zaczęła się mgła, która spowiła cały cmentarz, kryjąc przed wzrokiem ciekawskich wszystkie szczegóły. Miejscy halabardnicy zaprzestali patrzenia, tylko nieznajomy wciąż niestrudzenie trwał na posterunku. W powietrzu dawało się wyczuć niepokój. Wszelkie zwierzę milkło. Nie było słychać już ani psów, ani buszujących kotów po śmietnikach. Nic. Nawet nocne owady nie brzęczały. Zupełnie jakby świat zamarł w oczekiwaniu na coś. Oczy nieznajomego dostrzegły ruch u podnóża lasu, tuż za cmentarzem. Dla innych to mogło być złudzenie, figiel gry światła i cienia, ale dla niego to był dowód, że to właśnie ta noc! Zafascynowany obserwował postać, która bezszelestnie zaczęła się skradać ku murom.
************************
Część 22 / 2
Gnała go tęsknota i niewysłowiony głód. Zawsze kiedy księżyc był na niebie w pełni, on wracał do miasta i tam polował. Nienawidził jednako tego futra, które przyoblekało jego ciało, a zarazem czuł, że sprawia iż stawał się niezwyciężony. Potężny i niepokonany. Mógł bezkarnie mordować i czuć się wielkim. To on miał władzę! I wykorzystywał ją – pomny wszystkich tych obelg i kuksańców jakie na co dzień otrzymywał od mieszkańców miasta, zawsze kiedy przybywał ze swym gospodarzem w dni targowe. Zaczął skradać się czujnie ku murom. Od kiedy nawiedzać począł Zamość, straże na murach podwojono i miał coraz większe trudności z wtargnięciem niepostrzeżenie do środka. Ostatnim razem niemal go nie schwytano! Przegryzł gardło temu nadgorliwemu biedakowi zanim jego kompani zdążyli przybyć mu z odsieczą, ale od tamtego czasu wartownicy stali się jeszcze bardziej czujni i już nie chodzili pojedynczo. Węch go prowadził bezbłędnie. Wyczuwał zapach ciał: niemytych od wielu dni, przepojonych potem, tanim piwem i…strachem. Ta mieszanka go podniecała niemal do szaleństwa. To było jak sygnał do wielkiego polowania, uczty bogów i orgii zmysłów. I cóż z tego, iż kiedy było już po wszystkim, czuł do siebie odrazę? Ten moment bezapelacyjnej władzy, bezkarnej pychy, wyuzdanej potęgi był mu zapłatą za wszystkie dni znoju, ciężkiej pracy za kromkę chleba i każde niespełnione życiowe marzenie. Gdzieś za jego plecami, w głębokim lesie dało się słyszeć wilczy skowyt. Poczuł przemożną chęć odzewu, choć wiedział, że może tym ostrzec strażników. Resztką woli powstrzymał wycie rodzące mu się w gardzieli. Zew natury prawie go pozbawił świadomości, ale zapanował nad nim. Przemknął obok wzgórza, na którym ludzie z miasta chowali swych zmarłych. Dzisiejszej nocy jednak jego instynkt podpowiadał mu, że dzieje się tam coś niezwykłego. Coś, co nakazywało mu sprawdzić źródło obaw, ale pragnienie krwi było silniejsze. Od tak wielu dni nie pił ludzkiej krwi! To pożądanie sprawiało, że przestał być czujnym na sygnały płynące z głębi jego jestestwa. Byle szybciej do miasta! Byle już przekroczyć mury i zapolować w wąskich uliczkach! Znów poczuć ten cudowny smak świeżej krwi! Gdzieś w oddali dał się słyszeć stłumiony głos, jednostajnie zawodzący jakieś zaklęcia. Stwór uważniej nastawił uszu. Jego słuch był teraz bardziej czuły niż ten zwykły, ludzki jakim się posługiwał na co dzień. Wyraźnie odbierał drgania cząstek powietrza, ale nie potrafił zrozumieć słów. Coś jednak kazało mu się zatrzymać. Jakaś nieznana mu siła niczym przedwieczny, prastary odruch zwierzęcego przeczucia, szczątki pierwotnego instynktu przetrwania – ostrzeżenie! Prawie mu się poddał! Lecz pragnienie go zaślepiało, głuszyło zew płynący ze środka, aby uciekać jak najdalej. Jeszcze przez ułamek sekundy obawa podsycana naturalnym odruchem obronnym kazała mu zawrócić, ale wszystko to utonęło w nabrzmiałej fali pożądania. Ze złością potrząsnął głową jakby chciał się pozbyć tych szumów z głowy. Zamruczał tylko z tłumionej irytacji i prychnął w kierunku skąd dobiegał głos. Zupełnie jakby rzucał wyzwanie. Na czworakach jak wilk przekradł się obok cmentarza i ślepo posłuszny pragnieniu zbliżał się do miasta.
********************************
Mgła otuliła już całe wzgórze. Światło księżyca rozproszone w mlecznej otulinie, budziło dziwne zjawy i cienie pośród grobów. Nieskazitelna cisza, niezwykła nawet jak na mgłę, zaległa wszystko dookoła. Ucichły nawet świerszcze. Jedynie nietoperze rozpoczęły swój bezszelestny taniec w powietrzu. Dziesiątki, setki nietoperzy… Po chwili dał się słyszeć jakiś dźwięk. A później dostrzec można było ruch. Oczywiście nie było nikogo, aby tego wszystkiego doświadczyć. Ale to był fakt. Zrazu zewsząd rozlegały się odgłosy szurania, jakby ktoś przesuwał betonowe płyty po ziarenkach piasku. Dźwięk ten potężniał, zwielokrotniony mnogimi echami. Głuchy łoskot uwalnianego powietrza, które dotąd tkwiło zamknięte, echa odbijane od wnętrz krypt i grobowców, narastający warkot jakichś przerażających stworów – wszystko to wypełniało noc i mieszało się z oparami mgły. Spod kamiennych bloków wysuwać poczęły się palce, szkaradne, straszne, na pół przegniłe dłonie z niecierpliwością odpychały na bok ciężkie płyty, byle już wyrwać się na zewnątrz! Hordy szczurów i wszelkiej maści robactwa wyległo na ziemię, tańcząc w szalonym tańcu, opętane w szale biegania bez żadnej przyczyny. Z otwartych grobów powstawały postacie tak odrażające, że nawet nietoperze wzbiły się…