Horror · 5 min czytania
Strażnik Miejski
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Do dziś nie potrafię opowiedzieć, co właściwie wtedy się stało. Na pewno była noc, ciemno, jakoś tak trochę grobowo, mgły rozpinały między sennymi kamienicami lepkie całuny zdeformowania. Było zimno, raczej jesiennie jeszcze niż zimowo. Pamiętam, bo wiało wilgocią deszczu. Może dlatego wszystko od początku było kompletnie niejasne i drażniło chłodną tajemniczością. Tak, policji podawałem, zdaje się, dokładny rysopis, ale teraz nie jestem już pewien ani jednego szczegółu. A raczej pewien jestem, iż wszystkie te, jak to nazywam z uporem, szczegóły, jakie zauważyłem wtedy, były wyrazem pragnienia zrozumienia i sklasyfikowania, tyleż złudnego co błędnego; i nie wynika ze szczegółów tych nic, tak jak nie wynikało nic z nich wtedy. Bo nie oddawały ani trochę jego onirycznej istoty. A już na pewno nie tłumaczą tego, co się stało. Szedł wolno, ciężko i ponuro. Nadszedł, jak sądzę, od strony Starego Cmentarza (no bo właściwie, do cholery, skąd mógł nadejść?), choć nie zwróciłem na to żadnej, szczerze mówiąc, uwagi, tak jak i nie zwróciłbym i na niego samego. Powtarzam - nie zwróciłbym, gdyby nie jedno - szedł środkiem ulicy. Ulicy Krakowskiej, tak gdzieś od góry. Ale w czym rzecz: szedł jezdnią. No dobra, przyznaję, nie byłoby w tym nic zaskakującego (mnie samemu też przecież nierzadko zdarza się nie mieścić w krępującej szerokości chodnika - nie w tym zatem rzecz także), gdyby nie to, że z nim ewidentnie, od samego początku, było wyraźnie "coś nie tak". Ba, wszystko było nie tak. Wiem, że nie był tym, za kogo wtedy, nachalnie - przyznaję - zagadnięty, się podał: Strażnikiem Miejskim. Tych to akurat znam aż za dobrze, to nie ten typ. Ci nie chodzą w pojedynkę, w ogóle nie chodzą we frakach i cylindrach, nie noszą luźno falujących fal srebrno upstrzonych włosów. Nie pachną iluzją snu, koszmaru raczej. Nie palą importowanego tytoniu z drewnianej fajki. Nie był nim, zatem kłamał. Więc począłem kpić sobie z niego z lekka. Nie złościło mnie, że nie zwracał na mnie uwagi, poza cieniem ironicznego uśmieszku, majaczącego ledwo zauważalnie w kąciku ust. Do tych uśmieszków zdążyłem już przywyknąć, więc z…