Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 42 min czytania

Strefa Mroku - Rozdział 1 - Ruda kita.

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Rozdział 1 - Ruda kita.

Różanica , 2023.

W mieście cisza. Gdzie nie gdzie pośród porannej mgły widoczne były rozmazane reflektory przejeżdżających samochodów. Ustępujący deszcz miarowo uderzał o dachy domów na przedmieściach w moim kilkudziesięciotysięcznym mieście. Mieście zwyczajnym, nie wyróżniającym się niczym szczególnym na tle innych miast. Setki kilometrów ulic, kilka centrów rozrywki i tyle samo hipermarketów, rywalizujących ze sobą i kuszących konsumentów ogromnymi reklamami. Niewielki rynek z jeszcze mniejszym starym ratuszem, tętniący życiem każdego wieczoru, gdy otwierają się puby, restauracje i dyskoteki. Od ponad tygodnia Różanicę nawiedzały ulewy i gromkie wichury. Wiatr gdzie nie gdzie wyrządził kilka szkód, a deszcz zalał kałużami wszystkie ulice. Za oknami słychać tylko uderzenia kropel o parapety i blaszane dachy domów, oraz sporadycznie co jakiś czas: szum pędzących przez kałuże aut.

Nagle rozległ się głośny dźwięk budzika. Nim zdążyłem otworzyć oczy, na łóżko wskoczył Scooby. Jak każdy kochający pies, zaczął mnie lizać po twarzy i skakać po mnie ze szczęścia. Nie łatwo jest się obronić przed pieszczotliwym atakiem trzydziesto kilogramowego owczarka. Wtedy miałem dobrą, spokojną noc. Odkąd wróciłem do miasta zdarzało się to niestety bardzo rzadko. We śnie prawie codziennie nawiedzały mnie widma misji w Afganistanie lub śmierć matki. Nie są to ani miłe ani łatwe przeżycia, kiedy budzę się w nocy cały zlany potem. Z chęcią bym jeszcze pospał, ale ten nachalny psiak też chciał coś zjeść i wyjść na zewnątrz by zaspokoić swoje potrzeby. Wstałem więc z łóżka, wyłączyłem denerwujący już alarm budzika, który pokazywał piątą rano i z szafki nocnej stojącej obok łóżka wyjąłem mała, starą, i już prawie rozlatującą się piłkę do tenisa, którą nie wiadomo dlaczego Scooby kochał na zabój. Chwyciłem piłkę w dłoń, i szybkim ruchem udałem, że rzucam piłkę w głąb korytarza w stronę schodów. Scooby patrzył na mnie jak wryty. Kolejna próba zmylenia psiaka, a on dalej w bezruchu patrzył na mnie tak jakby swoimi oczami chciał powiedzieć: „Głupi człowieku, mnie nie nabierzesz. Rzuć w końcu tę piłkę którą chowasz teraz za swoimi plecami”. – Mądry pies! Bardzo mądry. Wypowiedziałem cicho w jego kierunku i zacząłem go głaskać wolną ręką. Psiakowi wyraźnie sprawiało to przyjemność, bo uniósł się i zaczął machać swoim ogromnym puszystym ogonem we wszystkich kierunkach. Teraz gdy już zająłem jego uwagę mogłem rzucić zabawkę. Wziąłem więc kolejny zamach i tym razem cisnąłem włochatą piłeczkę przez uchylone drzwi. W tej sekundzie czworonóg zerwał się gwałtownie i ruszył w pościg za uciekającą zdobyczą, ślizgając się przez krótką chwilę po wyłożonych na podłodze panelach. – Teraz mam chwilę dla siebie. – Pomyślałem. Scooby dogoni piłkę, złapie ją w swój ogromny pysk i położy się razem z nią pod drzwiami czekając na mnie, żeby w końcu móc wyjść na zewnątrz. Po porannej toalecie zszedłem z góry, a Scu (tak zdrobniale nazywam mojego psiego przyjaciela) zerwał się z kafli w małym korytarzu i drapiąc pazurami o drzwi dawał mi znać, że teraz to jego kolej by wyjść za potrzebą. Otworzyłem więc drzwi, a Scooby wybiegł z radością, i przez mokrą trawę popędził na swój poranny rytuał. Ja bezzwłocznie udałem się do kuchni by wrzucić coś na ząb. Jak każdego ranka, tak i tym razem były to płatki z mlekiem. Sięgnąłem więc do górnej szafki, gdzie z pośród wielu opakowań wyciągnąłem czekoladowe łódeczki, i odłożyłem je na blat kuchenny. Zrobiłem trzy kroki w prawo, złapałem za lodówkę aby uchylić drzwi, ale moją uwagę przykuła mała kartka zaadresowana do mnie, przypięta malutkim magnesem.

„Wziąłem dodatkową służbę. Wieczorem może wpadniemy do dziadka? Czas mu pokazać kto rządzi w karty!”

Cały tato. Zamiast cieszyć się w końcu dniem wolnym od pracy, to wziął sobie jeszcze nadgodziny. Ale najważniejsze, że miał dobry humor bo łudził się, że wygra w karty. Lubiłem takie dni. Takie w których pojawiał się na jego twarzy nieznaczny uśmiech. Kiedyś na ogół był cieszącym się życiem facetem, ale zmieniło się to kilka lat temu. Kiedy u mamy rozpoznano chorobę, rodzina musiała poświęcić wszystko. Dziadek musiał sprzedać dobrze prosperujący zakład meblarski a ojciec zaciągnął pożyczkę na leczenie, którą spłaca do tej pory z niebotycznymi odsetkami. Tato brał każdą możliwą dodatkową godzinę służby w straży pożarnej aby finansowo podreperować budżet rodzinny. Mamą musiał opiekować się dziadek. Jej własny ojciec musiał codziennie spoglądać na to jak choroba zabija mu córkę. Walka z nowotworem mózgu jest cholernie nie równa. Z każdym dniem objawy się nasilają i człowiek nie jest podobny do samego siebie. Pod koniec człowiek jest istnym wrakiem. Nie poznaje nawet najbliższych mu osób, dochodzą do tego napady agresji a finalnie kontrastuje całkowita apatia. Żałuję, że nie mogłem być wtedy przy niej i ją wspierać. Żałuję, że nie mogłem się nawet z nią pożegnać. Misja w Afganistanie odebrała mi tą możliwość. Zresztą samo wojsko odebrało mi bardzo wiele. Ktoś kto uważa, że walka o wolność jest warta poświęcenia jest w wielkim błędzie. Gdy widzisz jak ciało twojego kumpla przeszywa grad kul, albo jego ciało rozrywa mina pułapka zaczynasz dostrzegać wiele rzeczy które wcześniej wydawały się być przytłumione przez ideę heroizmu i chęci walki z terrorem. Zaczynasz dostrzegać, że twoi przyjaciele nie giną za żadną wolność, tylko za czyjeś pieniądze i głosy polityków. Koniec końców, wszyscy mają cię gdzieś, i liczy się dla nich tylko osiągnięcie wcześniej założonego przez nich celu. Tak było właśnie w przypadku kiedy dowiedziałem się, że dni mamy są policzone. Nie chciano pozwolić mi na przerwanie misji i powrót do kraju. Kazano zostać w Afganistanie, i oznajmiono mi, że przepustkę być może uzyskam po ukończeniu ostatniej operacji jaką było wyzwolenie cywilów w jednym z miasteczek zajętych przez talibów. Misję odwlekano w czasie, a kiedy w marcu otrzymałem fatalne wieści z Różanicy o śmierci matki, po raz kolejny odmówiono mi przerwania misji. Do kraju wróciłem dwa miesiące później,po ukończeniu tej jakże wspaniałej walki o wolność uciemiężonych przez tyranię ludzi. Jak się okazało nie walczyliśmy o swobodę cywilów, lecz o kontrolę nad polami naftowymi położonymi w pobliżu miasta. Wojskowym samolotem razem ze mną wrócili wszyscy z mojego oddziału. Wśród nich byli Chudy, Wolski, Dzigoński, Sokołowski oraz piętnaście trumien z ciałami moich towarzyszy broni. Misja przejęcia kontroli nad polami okazała się totalna porażka, a spektakularną wygraną, przyniosła nam dopiero nowo testowana broń, o której po powrocie do domów nie wolno nam było nikomu mówić, pod karą sądu wojskowego oraz innych paragrafów. Chudy po powrocie tak jak i ja rozwiązał kontrakt z wojskiem i przeszedł do cywila, Wolski zaś jak najszybciej chciał wrócić do Afganistanu, by pomścić śmierć swoich braci poległych na „Polu Chwały”. Chyba jako jedyny nadal wierzył w słuszność walk o wolność, a złość po stracie kumpli motywowała go do tego jeszcze bardziej.

Otworzyłem w końcu lodówkę. Butelki poustawiane na półkach na wewnętrznej stronie drzwi lodówki zabrzęczały donośnie. – Oho, zaraz przybiegnie Scu. – Wypowiedziałem w myślach. Codziennie tak robił, jak tylko usłyszał dźwięk obijającego się o siebie szkła. Przybiegał czym prędzej, siadał koło swojej czarnej miski, i proszącym wzrokiem patrzył na mnie. Minęła jednak dłuższa chwila a jego nadal nie było. – Scooby?! – Krzyknąłem z lekka zaniepokojony. Przecież zawsze się zjawiał. Każdego ranka, przybiegał i razem ze mną wsuwał kukurydziane chrupki. Co prawda bez mleka, bo jest niezalecane dla psów, ale chrupki uwielbiał. Stąd też jego imię. Pamiętam jego pierwszy dzień w domu, po tym jak znalazłem go jako szczeniaka w opuszczonej szopie na skraju lasu. Był zmarznięty i głodny jak diabli. Wróciłem do domu, otworzyłem lodówkę by dać mu coś zjeść, ale nie było tam nic ciekawego dla psa oprócz małego kawałka kiełbasy i resztki kurczaka z obiadu. Włożyłem mu więc to wszystko do starego metalowego garnka i postawiłem na podłodze w kuchni. Sam przygotowałem sobie właśnie płatki z mlekiem bo nic innego mi nie zostało. Nim się obejrzałem psiak pochłonął wszystko co miał w swojej prowizorycznej misce i swoimi błagającymi oczami patrzył na mnie. Nie myśląc zbyt długo rzuciłem mu jednego chrupka na podłogę, by pokazać, że nie mam nic co mogłoby mu smakować. Podszedł, powąchał go i schrupał ze smakiem, językiem oblizując tylko pysk potwierdzając, że jednak trafiłem w jego kulinarne gusta. Chwilę po tym położył swoje maleńkie wtedy jeszcze łapy na moich kolanach i patrzył na mnie wymownie. Chwyciłem za pudełko płatków i podszedłem do jego tymczasowej miski i uzupełniłem ją do pełna. Wsuwał, aż mu się uszy trzęsły. – Haha, Będziesz się wabić Scooby dobra? Nie miałem pojęcia jak Cię nazwać, ale teraz już wszystko jasne! Śmiałem się i gadałem tak do mojego nowego przyjaciela. Od tamtej pory zawsze co rano zajadamy się oboje płatkami. – Coś jest nie tak skoro dziś się nie zjawił. – Znów gadałem do siebie. Zresztą gadałem tak każdego dnia kiedy większość czasu przebywałem tylko z psem. – Scoooooby!? – Zawołałem raz jeszcze. W odpowiedzi usłyszałem donośne szczekanie dochodzące z podwórka. Po krótkiej chwili ciszy raz jeszcze. Scooby wyraźnie coś sygnalizował. Wyszedłem na niewielki drewniany ganek przed domem, rozejrzałem się wkoło i ujrzałem Scu siedzącego na wprost płotu dzielącego nas od państwa Bednarków. Siedział tak i jak zamurowany spoglądał przez siatkę na podwórze emerytów. Spojrzałem na niebo i ziemię. Słońce już przedzierało się z zza chmur ale na podwórzu wciąż roiło się od kałuż powstałych po kilkudniowych opadach. Wróciłem więc do środka, założyłem nieprzemakalne robocze buty, i żwawo ruszyłem w stronę rozszczekanego przyjaciela. Gdy zbliżałem się do ogrodzenia dostrzegłem, że po drugiej stronie niedaleko domu sąsiadów leży zwinięty w kulkę, wyleniały, brudny z lekko zakrwawionym pyskiem czworonóg. – Django?... Django! Piesku! Zagwizdałem i zawołałem kilka razy w stronę psa sąsiada. Z wielkim trudem uniósł głowę, i obrócił ją w naszą stronę. Wyglądał jakby miał zaraz zdechnąć. Dyszał głęboko i donośnie a z pyska sączyła mu się piana. Między odgłosami jego ciężkiego oddechu, co jakiś czas słychać było pisk bólu. Scu zerwał się gwałtownie i zaczął obskakiwać siatkę dzieląca podwórka, i z agresją to szczękał, to warczał na psa zza płotu. Nagle otworzyło się okno na piętrze w domu sąsiadów z którego wyłoniła się stara, pomarszczona twarz. Pan Bednarek zawołał donośnie w moja stronę. – Piotr na litość boską, ucisz tego kundla bo ludzie chcą spać! Już miałem rzucić jakąś wiązankę w stronę starego pierdziela, ale ugryzłem się w język z szacunku do weterana. Wiele w swoim życiu przeżył więc może i dlatego na starość był taki zgorzkniały. – Scooby tak szczęka ponieważ Pana psu coś dolega, nie wygląda najlepiej! – Odkrzyknąłem z dołu do starca. – Pewnie znów się zatruł jakimś parszywym kretem. W tym tygodniu zeżarł ich już kilka. Zaraz go zawiozę do weterynarza. – Drewniane okno na poddaszu trzasnęło, a dziad Bednarek w ciągu kilku sekund pojawił się na podwórku i troskliwe schował Django do transportera dla zwierząt. – Muszę poruszyć temat tych zawszonych szkodników na najbliższym posiedzeniu rady sąsiedzkiej! Albo najlepiej zrobię to zaraz po wizycie u weterynarza! – Starzec mruczał sam do siebie co chwilę te słowa jak nakręcony. – Weterynarz to chyba jeszcze będzie zamknięty. – Podsunąłem tą myśl, by niepotrzebnie nie targał na wpół żywego zwierzaka. – Otworzą go. To pilna sprawa nie widzisz?! – Odburknął do mnie pan starszy, znów stając się bardziej opryskliwy. Scooby słysząc ton głosu sąsiada zaczął ujadać w jego kierunku. – Chodź Scooby, czas coś zjeść. Szkoda szczępić języka. – Zawołałem do mojego czworonożnego kumpla.

Tym razem od razu ochoczo pobiegł w stronę swojej miski z płatkami. Ja również zdjąłem buty i zasiadłem do stołu chwytając w jedną dłoń miskę z posiłkiem a w drugą gazetę, którą rytualnie od razu przewertowałem na ostatnie strony z informacjami sportowymi. Przeczytałem jeden artykuł, drugi i trzeci aż w końcu wybiła godzina piąta trzydzieści - znak, że czas zbierać się do pracy. Wyszedłem z kuchni i z metalowej szafy na broń wyciągnąłem sztucer. Założyłem starą kurtkę moro i czapkę z daszkiem. Na oczy nasunąłem ciemne okulary przeciwsłoneczne. Scu już warował pod drzwiami do wozu, w gotowości by wykonać skok na siedzenie. Obszedłem samochód od strony pasażera, i otworzyłem drzwi pojazdu a pies jednym susem wskoczył na skórzany fotel. Przekręciłem plastikową korbę kilkukrotnie, opuszczając szybę do połowy, i zatrzasnąłem drzwi. Wsiadłem do auta i przekręcając kluczyk zapaliłem silnik a chwilę po tym włączyłem radio, przestrajając je odrazu na naszą lokalną stację radiową. Wycofałem z posesji na drogę, zarzuciłem jedynkę i razem ze Scu przemierzaliśmy nasze miasteczko w rytm „Sweet Child O' Mine” od Guns'ów, którzy właśnie lecieli w głośnikach. Jechaliśmy tak jeszcze dłuższą chwilę,słuchając kilku utworów. – Cześć wszystkim. Tu Robert Grzesik. – Odezwał się nagle rozentuzjazmowany głos spikera w radio. – Mamy sobotę, pierwszy dzień wakacji, na zegarach godzinę szóstą, na termometrach już piętnaście stopni Celsjusza a wy słuchacie Radia FunMax. Po deszczowym tygodniu synoptycy w końcu zapowiadają upalne dni, więc słuchajcie nas i bawcie się razem z nami w te gorące lato! Tych którzy, już rozpoczynają urlop i planują wypoczynek zachęcam do tego by dać trochę głośniej bo przed nami porcja gorącej muzyki! I przypominam wszystkim wyjeżdżającym, zwłaszcza tym którzy kierują się w stronę lotniska we Wrocławiu, że możecie napotkać utrudnienia na trasie i korki bo chętnych skorzystać z nowego terminalu lotniczego jest naprawdę wielu. Bawcie się dobrze! A teraz przed nami "A Sky Full of St...

Nie pozwoliłem Robertowi dokończyć zdania, i wyłączyłem radio, ponieważ właśnie wjechałem na posesję siedziby naszego posterunku. Ale nie był to posterunek ani policji, ani straży pożarnej, tylko posterunek Biura Ochrony Przyrody. Jestem Strażnikiem Ochrony Przyrody - śmieszna nazwa. W wielkim skrócie jestem takim połączeniem leśniczego i myśliwego. Naszym głównym zadaniem było zapewnienie naturalnej równowagi w przyrodzie. Z tym, że tylko na papierku, bo raczej wykonywaliśmy polecenia władz miasta. Kiedyś ta instytucja cieszyła się ogromnym szacunkiem, ale to było za czasów kiedy przemysł w naszym miasteczku kwitł, a ludzie dbali o leśny krajobraz. Po budowlanym szaleństwie większości zaczęliśmy przeszkadzać i raczej krzywo na nas patrzono.

Mijając główną bramę, dostrzegłem, że szef dyskutuje już o czymś z dziadkiem. Z racji tego, że dziadek znał się na obróbce drewna jak mało kto, to często szef zlecał mu jakieś drobne prace, co pozwalało dorobić mu parę groszy do emerytury. Jak na swój wiek miał mnóstwo wigoru i siły, więc często towarzyszył mi w pracy. Ja miałem pomocnika, a on nie spędzał czasu na fotelu przed telewizorem. Ogólnie rzecz biorąc dzięki temu spędzaliśmy razem mnóstwo czasu. Zatrzymałem samochód, wyłączyłem silnik a Scooby wyskoczył z gracją przez uchyloną szybę pojazdu i szczęśliwy pobiegł w stronę prowadzących rozmowę mężczyzn. Od razu wskoczył na biodro dziadka i z merdającym ogonem oczekiwał pieszczot. Bo jak można oprzeć się tak uroczemu psiakowi? No nie da się. Dziadek ochoczo zaczął głaskać Scoobyego na powitanie nie przerywając konwersacji z szefem. Wysiadłem z wozu, i zaczęły docierać do mnie ich głosy. – Obejrzałem sobie dokładnie te ambony i muszę powiedzieć, że są naprawdę solidnie zrobione. – Doceniał wysiłek włożony przez dziadka Tomasz Mazur. – To jak jazda rowerem. Tego się nie zapomina. - Dziadek odpowiedział mu pełnym pewności siebie głosem. Spojrzałem w głąb posesji i faktycznie dwa leżące na ziemi drewniane maszty do obserwacji wyglądały na naprawdę świetnie zbite. W sumie nie ma się czemu dziwić, przecież dziadek na takich pracach zjadł zęby. Starsze pokolenie w Różanicy z pewnością wskazałoby go jako jednego z najlepszych w tym fachu. – Witaj Piotrek, dobrze że już jesteś. Mamy do przegadania pewna sprawę. – Jeśli chodzi o tą podwyżkę szefie, to ja żartowałem, ale jest mi naprawdę miło, że chce szef docenić mój wysiłek. – Rzuciłem z przekąsem. – O tak, i jeszcze może w ramach wdzięczności mam cię wysłać na jakieś wczasy all inclusive co? – Roześmiał się głośno. – Poczekaj na mnie w biurze, rozliczę się tylko z twoim dziadkiem i przyjdę do Ciebie. – Będę na Ciebie czekał w samochodzie Piotruś. – Wtrącił się dziadek. – Scu do nogi! – Zawołałem i razem z czworonogiem pomaszerowaliśmy do budynku.

Nie musiałem czekać długo na prezesa, który wszedł, ściągnął swoją ulubioną czapkę bajsbolówkę, westchnął głęboko i po chwili ciszy przemówił. – Słuchaj Piotrek, zmiana planów. Dostałem telefon od Burmistrza, że coraz częściej mieszkańcy skarżą się na problemy z dziką zwierzyną. Według niektórych robi się niebezpiecznie bo są coraz odważniejsze. Podchodzą blisko domostw i dróg publicznych. Musimy zacząć w tym roku selekcję i odstrzał redukcyjny szybciej. – Z całym szacunkiem Tomek, ale to nie kwestia zbyt dużej liczebności zwierzyny, tylko tego że budują domy tam gdzie kiedyś były lasy. – Wkurzyłem się trochę, bo nie lubię, gdy ktoś twierdzi, że problemy ze zwierzętami w naszym rejonie wzięły się znikąd. – Ty to wiesz, i ja to wiem! Ale nikt poza nami nie podziela tego zdania. Pozbyli się lasów, to i zwierząt się pozbędą. Burmistrz podzwonił gdzie trzeba i nakazano nam wcześniejszy odstrzał zwierzyny. Dzisiaj dostałem oficjalne pismo, z uzasadnieniem, że stwarzają zagrożenie i takie tam. Sam zobacz. Szef wyciągnął do mnie rękę, w której trzymał wspomniane pismo. Wstałem z krzesła, podszedłem do biurka przełożonego i chwyciłem w rękę papier, który przeleciałem tylko wzrokiem naprędce. Nigdy nie rozumiałem tych urzędasów i ich bełkotu. Dla nich liczyła się tylko kasa ze sprywatyzowanych zielonych terenów naszego miasta.

Przez ich chciwe działania miasto niesamowicie się rozrosło przez niespełna dziesięć lat. Z małego liczącego kilka tysięcy mieszkańców miasteczka stało się wielką kilkudziesięcio tysięczną aglomeracją. A wszystko za sprawą oddalonego o trzydzieści minut drogi samochodem Wrocławia. Kilkanaście lat wstecz zaczęto tam prężnie inwestować zagraniczny kapitał który wpłynął na zamożność mieszkańców. Powstało wiele miejsc pracy co podniosło standard życia obywateli, a ci z kolei chcąc uciec od miejskiego zgiełku zaczęli masowo przeprowadzać się do Różanicy. Miejscowi rolnicy i urzędnicy zwęszyli okazję i zaczęli przekształcać ziemię rolną na działki budowlane, które następnie sprzedawali nowobogackim panom z Wrocławia. Ceny gruntu windowały w górę z dnia na dzień, a chętnych na budowę domów a nawet całych osiedli nie brakowało. Nowobogackich z każdym miesiącem przybywało coraz więcej, a deweloperzy stawiali kolejne domy gdzie tylko się dało. Jeśli istniał chociażby mały skrawek wolnej przestrzeni, w moment robiono wszystko aby powstał na nim jakiś budynek. Nawet zieleń publiczna taka jak skwery czy parki zostawała sprzedawana prywatnym przedsiębiorcą przez miasto, którym rządzili skorumpowani przedstawiciele administracji publicznej. Ktoś dostawał łapówkę, i zaraz ktoś w miejscu lasku w centrum robił wycinkę, i stawiał kolejne monolityczne budowle. O równowadze w naszym lokalnym ekosystemie zapomniano zupełnie. – Sukinsyny...Więc to tym mam się dziś zająć? – Zapytałem. – Nie. Mamy dziś pilniejszy problem. Wczoraj dzwonił do mnie Janek Augustyniak. – Ostatnio zaczepił mnie na mieście, miał pretensje o jakieś ogrodzenie, ale nie miałem czasu, ani chęci żeby z nim dyskutować. – No i właśnie o to ogrodzenie chodzi. Tymczasowy płot który postawiliśmy wzdłuż młodników się sypie i dzikie zwierzęta przechodzą na teren farmy Janka. Groził, że jak nie zajmiemy się tym natychmiast sprawę zgłosi do burmistrza, a wolałbym tego uniknąć. – Wiem jakie mają układy, więc też wolałbym tego uniknąć. Zajmę się tym. Oprócz tego jakieś wieści? – Jeśli czekasz żebym powiedział teraz o jakichś dobrych informacjach to niestety takich nie mam. Weź narzędzia, załaduj kilka pali na auto i jedźcie naprawić to cholerne ogrodzenie. – Robi się szefie. – Zasalutowałem aby rozluźnić sztywnego jak kij od miotły Tomka.

Wstałem,przywołałem psa do nogi , do auta wrzuciłem potrzebne rzeczy do naprawy ogrodzenia, odpaliłem radio i ruszyliśmy w kierunku gospodarstwa Augustyniaka. Jechaliśmy przez miasteczko rozmawiając o wszystkim i o niczym, co chwilę śmiejąc się wniebogłosy z dowcipów dziadka. Humor zawsze się go trzymał. Często żartował też z ojca, tym bardziej kiedy ten zakładał, że pokona go w karty, co było raczej niemożliwe. Przejażdżka odbywała się w iście sielankowej atmosferze, aż do momentu kiedy wjechaliśmy na most kolejowo-drogowy. Most na którym ojciec Chudego postanowił odebrać sobie życie.

Kim…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Strefa Mroku - Rozdział 1 - Ruda kita. — czytnik · opowiadania