Inne · 8 min czytania
Stres
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Antoni wyszedł z gabinetu i zamknął za sobą drzwi. Podrapał się po łysinie i zrobił kilka kroków naprzód. Stanął na środku wypełnionego oczekującymi na swoją kolej pacjentami korytarza i podciągnął parciane portki. Ich przykrótkie nogawki od razu wysunęły się z gumofilców. - Psiakrew! – zaklął mężczyzna i pochylił się by poprawić niesforne spodnie. Przy wtórze postękiwań i przekleństw udało mu się w końcu przywrócić ich wcześniejszy wygląd. Wyprostował się, a następnie rozejrzał po korytarzu w poszukiwaniu żony. Zamiast niej napotkał spojrzenia ludzi w poczekalni, jednoznacznie mówiące, że nie jest tu raczej mile widziany. Antoni prychnął pod nosem. - Helka! – zawołał na cały korytarz. Zza rogu wyłoniła się po kilku sekundach tęga, spocona kobieta, okutana w filcowy płaszcz. Dreptała szybko, ciągnąc za sobą małego, umorusanego chłopca, trzymającego jeszcze brudniejszy kciuk w buzi. Antoni ruszył w kierunku żony. Za jego plecami otworzyły się drzwi gabinetu i pielęgniarka wywołała kolejnego pacjenta. Helena zatrzymała się przy mężu, ciężko dysząc. Na jej czerwonej twarzy pojawiły się cienkie strumyczki potu. - Masz… Czapkę.. Weź… - wystękała do Antoniego. Mężczyzna odebrał ogromną, futrzaną czapę i wcisnął ją sobie na głowę. Następnie założył płaszcz, jednakowy jak ten, który miała na sobie Helena. Rozejrzał się i wypatrzywszy wyjście - ruszył w jego kierunku. Za nim, jak cień podreptała jego żona. Wyszli przez oszklone drzwi przychodni wprost na mroźne powietrze. Przy ich ustach od razu pojawiły się kłęby parującego powietrza. - Maciuś! Piotruś! Natka! – zawołała głośno Helena wzbijając przy tym kolejne, potężne obłoki pary. Spod śmietnika wybiegła trójka uśmiechniętych dzieci, z twarzyczkami pokraśniałymi od mrozu. Uczepiły się płaszcza matki i wszyscy ruszyli w kierunku furmanki stojącej nieopodal przychodni.
Izbę powoli zaczęło wypełniać ciepło z buchającej ogniem kuchni. Kobieta krzątała się przy naczyniach i przygotowywała posiłek. Przy stole siedział Antoni i w zadumie drapał się po nieogolonym policzku. - Helka, chcesz wiedzieć co mi ten doktór powiedział? – spytał nagle. - No pewno, że chcę. Gadaj. - On powiedział, że ja poważnie chory jestem… Helena oderwała się od gotowania i podeszła do stołu. - Jak to chory? A na co ty chory? – spytała zdziwiona. Antoni splótł dłonie na kolanach i pociągnął nosem. - Mówił, że ja mam tego… stresa… – odparł zawieszając głos na ostatnim słowie. - Oooooo… - stęknęła Helena i opadła na krzesło. W izbie zapanowała cisza, którą ignorował tylko tykający na komodzie zegar. Antoni kiwał głową i przyglądał się swoim dłoniom. - A cóż to, ten „stres”? – spytała po chwili kobieta. - A bo to ja wiem… - mężczyzna wzruszył ramionami. - No to nie powiedział ci nic? - Mówił, a jakże! - I co? Antoni westchnął ciężko. - To poważna sprawa jest, Helka… Mówię ci… - Taaaa… - kobieta z przejęciem wpatrzyła się w swego męża. - Ja od tego umrzeć mogę… Kobieta zakryła usta dłonią, a w kącikach jej oczu pojawiły się łzy. - O Matko Przenajświętsza… Wycierając ścierką zapłakane oczy Helena odeszła od stołu i z powrotem zajęła się gotowaniem. Z dworu co chwilę wbiegało jedno z ich dzieci, przebiegało z krzykiem przez całe pomieszczenie, po czym uciekało znów na zewnątrz, zostawiając po sobie na podłodze grudki zmarzniętego śniegu. Antoni wbił wzrok w jedną z nich. W zamyśleniu drapał brodę i obserwował topniejący śnieg. Niewielka z początku kałuża powoli rozrastała się i powiększała, odbierając kawałkowi lodu jego krystaliczną formę. - Wszystko przemija… - mruknął sam do siebie.
Późnym wieczorem, gdy dzieci położyły się spać, Helena podeszła do Antoniego, który wciąż siedział przy stole wpatrzony w wilgotną podłogę. Nalała do kubka trochę mleka i podała mężczyźnie. Ten pokręcił tylko głową.…