Przyjaźń · 16 min czytania
Strofy z przeszłości - cz. 1 (epizod 2)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
***
- Hej ty, do ciebie mówię! - Ja? – zapytał ciemnowłosy, krępy chłopak - Tak ty. Jak masz na imię? - Paweł - Słuchaj Paweł, czy ty się dzisiaj nie wyspałeś? Ruszasz się jak mucha w smole, jakbyś spał na stojąco. Co to w ogóle jest? Wysil się człowieku! Trwała lekcja wuefu. Nauczyciel był wysokim, muskularnym, wysportowanym facetem. Jak tylko po raz pierwszy otworzył usta i zaczął na nas wrzeszczeć, pomyślałem że to potwór. Teraz niestety właśnie to udowadniał. Stał z boku sali, wyprężony jak struna, co chwila pogwizdując i wykrzykując nieprzyjemne rzeczy w naszą stronę. Nie minęła nawet połowa lekcji, a ja miałem go serdecznie dosyć. Nigdy nie przepadałem za sportem. Biegaliśmy w kółko sali, podawaliśmy sobie piłki, robiliśmy skłony i podciągaliśmy się na drabinkach. - Ręce ci zdrętwiały? – krzyczał nasz profesor – Jak chwytasz tę piłkę? Nie w ten sposób! Oj będę musiał nad wami popracować. Ustawiać się w rzędzie, ćwiczymy rzuty do kosza! Posłusznie uformowaliśmy rządek. Stałem koło Roberta, który od wysiłku zaróżowił się na twarzy i ciężko oddychał. - Ale tempo narzucił ten nasz trener, nie ma co – sapnął - Znasz się na tych trikach z rzucaniem piłką? - Nie jestem mistrzem koszykówki – odpowiedziałem - Ja nie mam pojęcia o co w tym chodzi – przyznał Robi – Nigdy nie byłem w stanie zgłębić zasad takich gier. Wiem tylko że trzeba celować do bramki albo do kosza przeciwnika, ale cała oprawa, te wszystkie dziwne pojęcia – “spalony”, “kroki”, “karny” na zawsze zostaną dla mnie tajemnicą. Ktoś parsknął śmiechem za naszymi plecami. Nadeszła moja kolej i oczywiście spudłowałem. - Kompletne dno! – skwitował nauczyciel Robi rzucił jeszcze gorzej. Piłka przeleciała wysoko nad koszem. Nauczyciel skrzywił się z niesmakiem - Tragedia. Z ciebie to chyba nic nie będzie. Ruszasz się jakbyś chciał tańczyć w balecie, ale do tego też byś się nie nadawał. Głośny śmiech jeszcze pogorszył nasze samopoczucie. Zauważyłem, że śmiał się głównie Konrad i Marti. Zanim wycofaliśmy się na koniec kolejki zobaczyliśmy jak Konrad bez najmniejszego problemu umieścił piłkę w koszu. - No, ty może się do czegoś nadasz – stwierdził nauczyciel. Staliśmy ze smętnymi minami, modląc się w duchu żeby ta lekcja jak najszybciej się skończyła. W pewnym momencie zbliżył się do nas Marti z tym swoim uroczym uśmiechem i zagadnął - Nie uważacie że nasz pan od wuefu jest super? Już go uwielbiam! Klepnął Robiego po ramieniu i odbiegł na koniec sali. W tym momencie szczerze go nie cierpiałem. Na szczęście czterdzieści pięć minut fizycznych i psychicznych tortur dobiegło wreszcie końca. Podejrzewałem, że jeśli nauczyciel się nie zmieni, wuef będzie najgorszym przedmiotem w szkole. Robi chyba myślał o tym samym. - Hej grubasku, chcesz tańczyć w balecie? – mijając nas rzucił “Jeżyk”. Jemu zapewne bardzo podobała się sadystyczna postawa nauczyciela. Humor popsuł mi się zupełnie. W szatni było jeszcze gorzej. Ledwo weszliśmy a powitały nas śmiechy “nie-tak-znowu-świętej trójcy”. - Robi nie załamałeś się? – wołał Konrad – Pan profesor nie wierzy w twoją karierę baletową! - Oh, to był wielki cios – Robert nadrabiał miną - Zawsze chciałem wystąpić w jeziorze łabędzim. - Możesz jeszcze próbować szans jako brzydkie kaczątko – uśmiechnął się Czaki. - Ten nasz trener jest bombowy! – zachwycał się Marti – Te teksty – klasyka! Muszę zacząć nosić dyktafon na wuef, nagrywać wszystko i uczyć się na pamięć! Od dziś zostanie moim idolem. Konrad wszedł na stojącą pod ścianą ławeczkę, przybrał groźną minę i zaczął parodiować nauczyciela - Hej ty, ruszasz się jak mucha! - W smole, Konrad, zapomniałeś o smole – podpowiadał mu Marti - Tak, jak mucha w smole! Do ciebie mówię łamago! Ręce ci zdrętwiały? Odpowiadały mu śmiechy. Tylko mnie jakoś to nie bawiło. - Nic z was nie będzie ofiary losu! – ciągnął Konrad – Zupełne kaleki! W zdrowym ciele zdrowy duch! – po czym stanął na jednej nodze i rozłożył ręce jakby chciał odlecieć. - No, tylko ty się do czegoś nadasz – stwierdził Marti – Oh, co tu zrobić, żeby wkupić się w łaski pana profesora? - He he he – ryczał Konrad – Profesor wuefologii stosowanej! - Konrad, zejdź z tej ławki i przestań się wydurniać, bo wszyscy mają cię za kompletnego wariata – odezwał się milczący do tej pory Czaki. - I wcale się nie mylą! – zaśmiał się Marti - Grrr! – dobiegło od strony Konrada. Robert spokojnie przebierał się, zerkając co jakiś czas na te wygłupy. Pomyślałem, że chyba go nie doceniłem. On rzeczywiście nie przejmował się docinkami, próbował obracać je w żart, a potem sam się z tego śmiał. To chyba najlepsze co mógł zrobić. Jednak wciąż zaskakiwał mnie swoim uwielbieniem porządku. Niemal z fascynacją przyglądałem się jak składa w kosteczkę swój dres, jak wiąże sznurowadła w butach, poprawia kołnierzyk koszulki. Potem wyjął poręczny grzebyk i przyczesał włoski. Kątem oka zauważyłem, że “Jeżyk” i jego kompania duszą się ze śmiechu na ten widok. Zrobiło mi się przykro. Na koniec Robcio wyciągnął paczkę krakersów i podsunął mi ze słowami: - Po takim wysiłku trzeba się posilić, proszę. Poddałem się, sięgnąłem po ciastko. - …grubszy przebiegł się dwa razy i już żre… - dobiegło od strony “Jeża” Konrad zeskoczył z ławki i z łomotem wylądował tuż koło nas. - Ciaaachooo! – ryknął nad naszymi głowami – Robciu nie odmówisz wygłodniałemu? - Nie dawaj mu! – zawołał Marti – Nie wolno karmić dzikich zwierząt! Robert uśmiechał się i rozdawał ciastka. Marti wziął dwa ale jedno podał Czakiemu. Czaki oparł się plecami o ścianę, wyciągnął nogi i powoli pogryzał krakersa. W pewnym momencie podniósł głowę i puścił do mnie oczko. Nie wiem czemu zaczerwieniłem się i spuściłem wzrok. - Hej Piortruś, ty nas chyba nie lubisz – powiedział. Poczułem, że wszyscy, Konrad, Marti a nawet Robcio wlepili we mnie wzrok. Przełknąłem nerwowo ślinę - Ja? Nie, dlaczego... – wybąkałem - Może się mylę ale zdaje mi się, że starasz się nas unikać - Oh, nie dziwię się temu – wtrącił Robert – Wciąż jest w szoku po spotkaniu z wami. Stałem na środku szatni, jak kołek, czerwieniąc się i z rozpaczą szukałem w myślach czegoś co mógłbym powiedzieć w takiej sytuacji. Oczywiście nic nie przychodziło mi do głowy. Na szczęście po chwili koledzy przestali się mną interesować. Większość chłopców opuściła już przebieralnię, więc i my musieliśmy zbierać się do wyjścia. Wuef był ostatnią lekcją tego dnia. Zmęczony, w kiepskim humorze i zły na samego siebie wlokłem się opustoszałym korytarzem w stronę głównych drzwi. Robi dogonił mnie kiedy przez nie przechodziłem. - Słuchaj – zagadnął - nie miałbyś ochoty wpaść do mnie na godzinkę? Mieszkam tu niedaleko. Moglibyśmy się lepiej poznać, pogadać o różnych rzeczach bo na to nigdy nie ma czasu w szkole. Szczerze mówiąc chciałem jak najszybciej znaleźć się w domu, nastawić jedną z ulubionych płyt, wyciągnąć się na tapczanie, zapomnieć o problemach. Wahałem się długą chwilę szukając jakiegoś wykrętu. - Możesz ode mnie zadzwonić i poinformować rodziców – namawiał Robi – U mnie akurat nikogo nie ma więc będziemy mieć całą chatę do dyspozycji. Mama upiekła wspaniałą szarlotkę… - dodał z uśmiechem Popatrzyłem na Robiego, na jego pełne nadziei oczy i poczułem, że nie mogę mu odmówić. W końcu jego też dzisiaj spotkało sporo przykrości, nie mogłem mu jeszcze jednej dołożyć. Westchnąłem z rezygnacją. - Okey, mogę wpaść ale nie na długo - Strasznie się cieszę! – cały się rozpromienił. Dopiero teraz zacząłem zastanawiać się o czym właściwie będę rozmawiał z Robim. Czy w ogóle mieliśmy ze sobą coś wspólnego? Przeszliśmy kilka kroków i Robi odezwał się: - Pamiętasz jak babka od polskiego wspomniała na pierwszej…