Przyjaźń · 10 min czytania
Strofy z przeszłości - cz. 1 (epizod 3)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
***
Siedziałem na ławeczce, na korytarzu i piekielnie się nudziłem. Autobus przyjechał dzisiaj wyjątkowo wcześnie i dlatego zjawiłem się w szkole przed wszystkimi. Korytarze ziały pustką, tylko gdzieś z dołu, zapewne z szatni, dobiegały przytłumione głosy. Teraz, kiedy patrzyłem na szkolny hol wydawał się taki szeroki, a w czasie przerwy z trudem można było się przecisnąć. Usłyszałem kroki na schodach. Po chwili zobaczyłem jedną z koleżanek z klasy. O ile dobrze pamiętałem miała na imię Beata. Rzuciła mi przelotne „cześć”, postawiła swoją teczkę pod ścianą, obok sali, odwróciła się na pięcie i poszła gdzieś w drugą stronę korytarza. Poczułem się jakoś głupio. Wyglądało na to, że nie ma ochoty ze mną rozmawiać, ani nawet przebywać w moim towarzystwie. Westchnąłem. Cóż, może miałem w sobie coś takiego co odpycha ludzi? Znów kroki na schodach. Od razu poznałem sterczące na wszystkie strony czarno-czerwone włosy Czakiego. Nieco zesztywniałem. Perspektywa przebywania z Czakim sam na sam nie bardzo mi odpowiadała. Miałem jedynie nadzieję, że bez wsparcia swoich szalonych koleżków nie będzie się mnie czepiał. - Hej Piotruś! – uśmiechnął się na mój widok. Wciąż nie wiedziałem jak interpretować ten uśmiech. - Cześć – bąknąłem Czaki usiadł tuż koło mnie. Wielki, zniszczony segregator położył sobie na kolanach. Wystawały z niego kartki zapisane drobnym, nieco koślawym pismem. - Zawsze tak wcześnie przychodzisz? – zagadnął - Nie, dzisiaj wyjątkowo – odpowiedziałem. Nie miałem pojęcia o czym mógłbym z nim rozmawiać. Wciąż obawiałem się, że przypuści na mnie atak, a ja nie będę potrafił bronić się przed złośliwościami. - Co myślisz o Robim? – zapytał nieoczekiwanie - Nie wiem… nie znam go jeszcze zbyt dobrze – odezwałem się niepewnie - Wydaje mi się, że do siebie pasujecie – ciągnął - Uzupełniacie się - Tak? – byłem trochę zaskoczony - Acha. Robi ma entuzjazm którego tobie trochę brakuje, za to ty potrafisz zachowywać spokój i opanowanie w sytuacja w których Robi się sypie. – spojrzał mi prosto w oczy – Oczywiście mogę się mylić. Nie wiem na ile dobrym jestem obserwatorem. Wzruszyłem ramionami. W ciemnych oczach Czakiego nie mogłem dostrzec żadnych figlarnych błysków. Chyba mówił szczerze. - Tylko ciągle mam wrażenie – podjął po chwili - że nie możesz się przekonać do naszej trójki. A może tylko do mnie? Wiem, zachowujemy się czasem jak kompletne świry, a ja zapewne wyglądam jak ostatni szmaciarz ale mogę cię zapewnić, że nie jesteśmy chorzy na wściekliznę. Ani na inne choroby. Uśmiechnąłem się. Miękki głos Czakiego uspokoił mnie. Napięcie jakie poczułem, kiedy go tylko zobaczyłem, teraz ustępowało. Pełen byłem mieszanych uczuć. - Czaaakiiii! – dobiegło z końca korytarza. Poznałem sylwetkę Martiego. Zbliżył się i kucnął tuż przed nami. Pod pachą taszczył jakieś grube tomisko. - Gdzie uciekłeś? – zwrócił się do Czakiego z wyrzutem w głosie - Miałem stać pod drzwiami kibla i słuchać jak sikasz? – odpowiedział tamten - Wiesz, że te wszystkie drzwi mają rozwalone zamki. Mogłeś popilnować, żeby nikt mi nie wszedł - No tak jakby ktoś wszedł to by była katastrofa – szydził Czaki. Marti zrobił obrażoną minę. - Co to za tomisko? – Czaki wyciągnął książkę spod ramienia kolegi. – „Decameron”? Przecież mamy to czytać dopiero w drugim semestrze. - A co za różnica – Marti wzruszył ramionami – Wszystkie lektury z tego semestru już przeczytałem Czaki roześmiał się po czym lekko szturchnął mnie w bok - Założę się że przeczytał też lektury z wyższych klas. To najgorszy mól książkowy jakiego znam! – powiedział konfidencjonalnie Marti wyrwał mu dzieło Bocaccia i z udawaną złością lekko uderzył nim Czakiego w głowę. W samą porę zdążył uskoczyć przed wymierzonym w jego stronę kopniakiem. Roześmieli się obaj. Ja też nie mogłem powstrzymać uśmiechu. Teraz wydawali mi się inni niż do tej pory. Najwyraźniej ocenianie ludzi nie było moją najmocniejszą stroną. Marti stał teraz nad nami w rozkroku, z książką przyciśniętą do piersi i kiwał się na boki, zupełnie tak jakby wokół rozbrzmiewała muzyka. - Co dzieciaczki, ćwiczycie przed dyskoteką? – niewiadomo skąd pojawił się nagle Konrad – Myślicie, że bardzo nami zatrzęsą na tych otrzęsinach? - Nie przejmuj się tak Kondi, dasz sobie radę – mrugnął do niego Czaki - Pewnie! Jakbym chciał to ja już bym wszystkimi wstrząsnął. - O nie wątpię! – zaśmiał się Marti. Konrad oplótł ramieniem szyję chłopaka, udając że ma zamiar go udusić. Marti przez chwilę próbował wyswobodzić się z uścisku. Dał jednak za wygraną. - Macie zamiar wykombinować jakieś fajne laski? – zapytał Konrad - Tak. Pożyczę od mojej babci. – Czaki był śmiertelnie poważny kiedy to mówił - Ma taką jedną z rzeźbioną rączką. Bardzo elegancka. - Ha! Ha! Ha! Ale dowcip – ryknął mu nad głową Konrad – Sądziłem, że stać cię na coś więcej. - Przykro mi cię rozczarować – uśmiechnął się - Ej, po co ja się was pytam. – Konrad wreszcie wypuścił Martiego – Zupełni nieudacznicy! A ty…