Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Przyjaźń · 48 min czytania

Strofy z przeszłości - cz. 2 (1)

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

II.

Stałem w otwartym oknie i obserwowałem zachód słońca. Miasto powoli uspokajało się. Monotonny szum samochodowych silników wydawał się teraz bardziej przytłumiony, podobnie jak kroki przechodniów i okrzyki bawiących się na trawniku dzieci. Lekki wiatr przyjemnie chłodził niosąc słodkie zapachy. Zawsze najbardziej lubiłem lato. Kiedyś to była taka specjalna pora roku. Nadchodziły wakacje, długo wyczekiwany odpoczynek, chwile wypełnione zabawą. Teraz lato wyróżniało się jedynie ciepłymi, słonecznymi dniami. Niczym więcej. Wieczory zazwyczaj nastrajały mnie melancholijnie. Patrzyłem na pomarańczową kulę znikającą pomiędzy blokami, zostawiającą na pożegnanie złociste refleksy w szybach okien i myślałem o innych zachodach. Znów stanął mi przed oczami miedziany odcień wody w jeziorze, albo niesamowite fale kiedyś, nad morzem… Kątem oka dostrzegłem w szybie swój profil. W starej koszulce i dżinsach wyglądałem jakby młodziej. Pociągnąłem łyk piwa. Rany, przecież nie byłem jeszcze wcale taki stary! Trzydzieści lat to dużo? Czy to jest jakaś specjalna granica? Każde kolejne dziesięć lat z życia jest inne, wnosi nowe doświadczenia, zmienia nas w innych ludzi. Znajomi rówieśnicy zakładali rodziny, robili kariery, urządzali swój własny świat. Ja też coś niecoś osiągnąłem. Skończyłem studia, otrzymałem atrakcyjną posadę w poważnej firmie, kupiłem mieszkanie… tylko nie wiem, czemu mnie to nie satysfakcjonowało. Może brakowało mi kogoś, z kim mógłbym dzielić sukcesy? Gasnące na niebie pomarańczowo-złote smugi przypomniały mi, że właśnie dobiegała końca kolejna niedziela. Jutro prezes znajdzie na swoim biurku gotowy projekt. Będzie zapewne mile zaskoczony. Odwaliliśmy kawał dobrej roboty. Powinienem być zadowolony, ale nie byłem. Myśl o kolejnym poniedziałku napawała mnie przerażeniem. Moje życie nagle zredukowało się do pracy, wieczorów przed telewizorem, czasem wypadu do pubu ze znajomymi, czasem weekendu u kolegi na działce. Wszystko, co kiedyś miało dla mnie wielkie znaczenie, włożyłem między wspomnienia. Została rutyna. Zupełnie tak jakby zasłoniła to mgła, albo ciemne chmury. A przecież „niebo nad nami pozostaje niezmiennie błękitne”. Odszedłem od okna, usiadłem w fotelu i wziąłem leżącą na stoliku książkę. Patrzyłem na nazwisko poety, tak znajome kiedyś i tak obce teraz. „Piekielnie zdolny” – określiła go Anita. Pytała później czy czytałem te wiersze. Odpowiedziałem tylko „tak, znam to”. Wydawała się zawiedziona tak słabą reakcją z mojej strony. Zapewne pomyślała, że nie lubię poezji, nie potrafię jej czytać albo nie rozumiem. Nie miałem ochoty niczego wyjaśniać. Nie wspomniałem o znajomości z poetą. Dla niej te wiersze miały zupełnie inne znaczenie niż dla mnie. Otworzyłem tomik. Spis treści, krótka notka biograficzna, wreszcie same wiersze. Czarny, bezduszny druk na białych stronach. Pobieżnie przebiegłem wzrokiem zebrane utwory. Wiele z nich czytałem już kiedyś, niektóre w innych, pierwotnych wersjach, odręcznym pismem na zwykłych kartkach zeszytu z kilkoma skreśleniami i dziwnymi rysunkami na marginesach.

Wiem, dzisiaj znów zimny deszcz zmoczył ci głowę I choć podnosząc oczy widzisz tylko czarne chmury Uwierz, niebo nad nami pozostaje niezmiennie błękitne Wystarczy tylko wznieść się ponad ciemną zasłonę By znów ujrzeć słońce i bezkresny błękit Jedyna pewna rzecz, przez całą wieczność…

Czy naprawdę wierzył w to, co napisał? Tych kilka wersów tchnie optymizmem, niesie nadzieję, że może wkrótce chmury rozwieją się, wyjdzie słońce…wystarczy tylko trochę się postarać, cierpliwie przeczekać deszczową pogodę… Jemu nie starczyło cierpliwości Kolejna strona, kolejne wersy. Zawsze najbardziej podobały mi się te wczesne wiersze. Powstały, gdy miał zaledwie 16 – 17 lat, ale są wyjątkowo dojrzałe. Tyle tematów w nich poruszył, tak wiernie oddał otaczającą nas wówczas rzeczywistość. Jeden tylko utwór z tamtego okresu nie pasował do reszty. Chwytające za serce wyznanie wszystkich swoich wad, poprzez które wyłania się obraz pełnego kompleksów chłopca o niskim poczuciu własnej wartości. Wyraźne pragnienie bycia kimś innym, kimś…pospolitym, zwyczajnym. Zawsze czułem smutek, gdy to czytałem. Mieliśmy swoje dziwactwa, różniliśmy się od rówieśników, jednak w tym czasie, gdy ja odkrywałem, iż nie ma sensu na siłę dopasowywać się do innych, on wciąż przeciwstawiał się swojej prawdziwej naturze. Chyba właśnie to go zgubiło. A był czas, kiedy myślałem, że jesteśmy tacy podobni...

***

"the past is so beautiful, the future like a corpse in snow..."

***

Siedzieliśmy w szatni od wuefu. Wszyscy już dawno poszli do domu a my wciąż okupowaliśmy tę małą przebieralnię. Czaki rozciągnął się na ławeczce pod wieszakami na ubrania. Palił, chociaż w tym miejscu absolutnie nie wolno było tego robić. Marti siedział na podłodze bawiąc się sznurowadłami własnych butów. Postanowiłem otworzyć okno. Nie przepadałem za dymem z papierosów. Szarpnąłem za klamkę raz, drugi, trzeci… Konrad zbliżył się od tyłu, wziął mnie za ramiona i odsunął od okna, po czym bez trudu je otworzył. - Tak to się robi, dzieciaku – skomentował - Straszne z was jałopy. Macie najgorsze wyniki na wuefie. Wstyd panowie! - Stawiamy na rozwój umysłowy – odpowiedział Czaki - Ty chyba raczej stawiasz na samozniszczenie. Garb ci już rośnie od ślęczenia nad książkami, chudy, blady a jeszcze się truje spalinami. Marti roześmiał się, a Czaki tylko wzruszył ramionami. - Powiedzcie mi – zaczął Robi – Po jakie licho muszę koniecznie nauczyć się daleko rzucać tym klockiem? - Jakim klockiem? - Tym, co nazywają piłką lekarską. Lekarską! Widzieliście kiedyś, żeby lekarze grali w taką piłkę? Marti dostał napadu histerycznego śmiechu. Konrad powoli podszedł do Robiego, objął go protekcjonalnie ramieniem i powiedział: - Robciu nie zawracaj sobie głowy problemami z nazewnictwem. Wuef nie jest od myślenia. - Dlatego Konrad ma takie dobre wyniki – wtrącił Czaki. Kondi posłał mu wymowne spojrzenie - Wuef stawia na rozwój ciała – podjął po chwili – Człowiekowi gimnastyka fizyczna jest tak samo potrzebna jak umysłowa. Ale mam gadane, co? Mógłbym zastąpić naszego profesora doktora chamowatowatego. Roześmialiśmy się na wspomnienie nauczyciela. Nie było na niego rady. Znalazł sobie kilku uczniów, których stawiał nam za wzór, a na resztę bez przerwy się wydzierał nie przebierając w słowach. Początkowo, te jego nieprzyjemne uwagi bardzo mnie stresowały i wychodziłem z siebie, żeby ich uniknąć. Teraz zupełnie się nimi nie przejmowałem. Cała nasza piątka wręcz czekała na kolejne wyzwiska. Po każdej lekcji dokładnie spisywaliśmy wszystkie teksty z myślą o stworzeniu specjalnego słownika wyszukanych obelg. Niejednokrotnie też cytowaliśmy wypowiedzi naszego nauczyciela. Mieliśmy w sumie niezłą zabawę. Trener nie mógł dojść, dlaczego zawsze jesteśmy w takich świetnych humorach. Dzisiejsza lekcja nie była jednak taka wesoła. Mieliśmy sprawdzian z rzutów piłką lekarską. Okazało się, że nasze wyniki są dalekie od ustalonych przez ministerstwo norm. Mój rezultat dał mi słabiutką ocenę mierną, a Robi i Czaki, jak to określił nasz nauczyciel „nie zakwalifikowali się nawet na pały”. „On się za to znakomicie kwalifikuje na pałę” – stwierdził później Czaki. Złe oceny mogły jednak zaważyć na końcowym wyniku. Czaki udawał, że wcale go to nie obchodzi, natomiast Robi wyraźnie się przejął. - Nie rozumiem, po co są te tabele wyników – marudził - Przecież ludzie nie mogą być jednakowi, jedni są słabsi, inni silniejsi, ale każdy stara się w miarę swoich możliwości. - Nie chrzań Robi! – zganił go Konrad – Ja rzuciłem na miarę swoich możliwości, ty znacznie poniżej. Jesteśmy prawie tego samego wzrostu, mamy zbliżone wymiary, ale mój rezultat był drugi w szkole, a ty się nie zakwalifikowałeś. - Ale ty… - zaczął, lecz Konrad nie dał mu dokończyć - Co ja? Masz takie same szanse jak ja, tylko tobie nie chce się wysilić – odstąpił na krok od Roberta – Popatrz na siebie – ciepłe kluchy! Gdybyś wziął się za siebie, mógłbyś mieć bardzo dobre wyniki, ale ty potrafisz tylko narzekać, że wszystko jest takie głupie. Popatrz na siebie obiektywnie, po prostu olewasz ten przedmiot. Byliśmy nieco zaskoczeni tym atakiem. Robi stał na środku szatni ze smętną miną. Zagryzł wargę. Przez moment myślałem, że się rozpłacze. Konrad lekko puknął go w ramię - Hej nie spuszczaj nosa na kwintę tylko bierz się do roboty! – powiedział łagodniejszym tonem - Nie potrafię… - wybąkał Robi - Potrafisz, ja to wiem! – Konrad miał w oczach to zawadiackie światełko, które widziałem już u niego na otrzęsinach. Najwyraźniej znów coś planował - Ja się za ciebie wezmę! – oświadczył - Nie zazdroszczę, Robi – Czaki zdusił niedopałek - Ciebie, chudzielcu, też włączam do programu – rzucił mu Kondi – I ty Piti z moją pomocą poprawisz ocenę. - Kiedy mnie satysfakcjonuje mierny – odpowiedziałem - Źle, bardzo źle… - Konrad pokręcił z dezaprobatą głową. – Gdzie wasza ambicja? Będę musiał nad wami popracować. Chodźcie do mnie do chaty, rozpiszemy plan treningów. - Mówisz poważnie? – niedowierzał Robi - Bardzo poważnie. Ruszcie się! - Mamy iść do ciebie teraz? – zdziwiłem się - Taaak – Konrad dramatycznie chwycił się za włosy – Czy ja niewyraźnie mówię? Nie bardzo mogłem zrozumieć, dlaczego Konradowi tak zależy na naszych rezultatach. Może wstydził się zadawać z takimi miernotami, a może po prostu był dobrym kolegą. Zastanawiałem się przez moment czy powinienem się wciągać w te wspólne treningi. Szczerze mówiąc nie miałem ochoty się wysilać. Chciałbym mieć dobry wynik i dobrą ocenę, ale poświęcanie czasu na ćwiczenie… nie wolałbym poczytać książkę. Niespodziewanie w drzwiach szatni stanął nasz nauczyciel. Kątem oka dostrzegłem jak Czaki wkopuje niedopałek papierosa pod ławkę. - Co tu się dzieje? – zapytał mężczyzna – Co wy tu jeszcze robicie? - To oni się tak grzebią - Konrad zrobił minę niewiniątka – Takie ślamazary! - Już to widzę – bąknął trener – Siedzą i palą papierochy, jak się nie weźmiecie za siebie, to nie wiem, co będzie na koniec semestru. Kiepsko to widzę na prawdę. - Niech się pan profesor nie martwi, ja już się za nich wziąłem – wyjaśnił Konrad – Już dzisiaj zaczynamy ćwiczenia. – po czym wzniósł wskazujący palec do góry i patetycznie oznajmił - Poprawa wyników z wuefu naszym priorytetowym celem! W zdrowym ciele zdrowy duch! Gimnastyka ciała na równi z gimnastyką umysłu! - Dobrze, dobrze – nauczyciel chrząknął wyraźnie zaskoczony ty nagłym potokiem sloganów. Niepewnie popatrzył po naszych twarzach, jakby chciał się przekonać czy sobie z niego żartujemy. Byliśmy śmiertelnie poważni. - Nooo… - zająknął się – A ciebie Marcin nie widziałem na ostatnim treningu. – zwrócił się do Martiego - Nie? – chłopak udał zdziwienie - Nie rób mi tu wygłupów – nauczyciel odzyskał dawną pewność siebie – Chcę żebyś grał w reprezentacji szkoły, jak zrezygnujesz możesz pożegnać się z dobrą oceną. W czwartek widzę cię na treningu! A teraz już mi stąd, do domu! W pośpiechu pozbieraliśmy nasze rzeczy i opuściliśmy szatnię. Ledwo znaleźliśmy się na korytarzu jak wybuchnęliśmy śmiechem. Ciągle chichocząc minęliśmy główne wejście i znaleźliśmy się na ulicy. Zdecydowałem, ze pójdę tym razem do Kondiego, zobaczę jak to wszystko wygląda, w końcu, co mi szkodzi. Poza tym wolałem spędzać czas w towarzystwie kolegów niż siedzieć w domu. Po drodze kupiliśmy lody w zabawnych rożkach z wafla. Słoneczko miło przygrzewało, a trawniki tryskały soczystą zielenią I żółcią mleczy rozsypanych wśród zieloności. Wiosna w pełni. - Jakie masz? – szturchnął mnie Robi wskazując na moje lody - Śmietankowe – odpowiedziałem - Daj spróbować. - Masz moje, moje są truskawkowe – włączył się Marti - Kto chce pistacje? – zaoferował Konrad Nagle na środku chodnika zaczęliśmy wymieniać się lodami, próbować jeden od drugiego. Ludzie mijali nas oglądając się i kiwając głowami jakby zobaczyli bandę wariatów. Konrad, po spróbowaniu jakiegoś smaku, wydawał z siebie taki odgłos jakby jadł conajmniej ambrozję. - Hmmm wspaniałe… raj dla podniebienia Marti nie mógł powstrzymać śmiechu. Czaki miał na ustach ten swój nieprzenikniony uśmieszek, jak Sfinks. Gdy wlekliśmy się tak ulicą, poczułem, że w tym momencie liczy się tylko słońce, zapach kwiatów, zieleń i napełniająca nas radość. Wszystko było takie świeże i nowe, a my byliśmy tacy młodzi i mieliśmy tyle rzeczy przed sobą. Dotarliśmy wreszcie do domu Konrada. Mieszkał w starym, czteropiętrowym budynku. W mieszkaniu unosił się specyficzny zapach staroci. Drewniana podłoga skrzypiała pod stopami, ciężkie starykoskie meble nadawały ponury wygląd pomieszczeniom i ani obrazy na ścianach, ani kwiaty w glinianych donicach, nie były wstanie zmniejszyć tego wrażenia. Jedyną różnicę stanowił pokój Konrada. Na widok jasnych, sosnowych mebelków oraz porozwieszanych na ścianach kolorowych plakatów, robiło się przyjemniej na sercu. Od razu też można było się zorientować, co Konrad robi w wolnym czasie. Do jednej ze ścian przymocowana była drabinka, tuż obok niej na półce stały hantle i sztangi ułożone od najmniejszej do największej. U sufitu wisiała bokserska „gruszka”. Konrad uderzył w nią kilka razy. - Jak ci się u mnie podoba, Piti, chyba jesteś pierwszy raz? – zapytał - Aha. Fajnie. – odpowiedziałem. Dostrzegłem na wyższej półce jakieś puchary i zbliżyłem się, żeby je lepiej obejrzeć. - Karate a teraz kick-boxing – wyjaśnił Konrad – Zacząłem gdzieś w zamierzchłych czasach szkoły podstawowej, mama zapisała mnie do sekcji za namową znajomego, który twierdził, że w ten sposób wyładuję nadmiar energii. - Konrad był największym łobuzem w szkole – wtrącił Marti – Bali się go nawet starsi. - Trochę rozrabiałem – przyznał Kondi – Sztuki walki pozwoliły mi rozładować emocje, zwłaszcza karate bardzo mnie uspokoiło, bo to również trening umysłu. Pokiwałem ze zrozumieniem głową. Teraz już wiedziałem gdzie miała swoje źródło tak bardzo wyczuwalna u Konrada pewność siebie. - Chcesz się trochę rozgrzać? – podał mi zdjęty z półki ciężarek Po krótkim wahaniu ująłem go w dłoń. Był zimny i dość ciężki. Kilka poruszyłem ramieniem. Kondi pokazał, w jaki sposób powinienem go trzymać. Byłem trochę skrępowany tą sytuacją. Wszyscy się na mnie patrzyli. Przyrządami do ćwiczeń zainteresował się również Marti. Pochylił się nad największą sztangą. - Ciężkie? – zapytał - Sprawdź – Konrad uśmiechnął się szelmowsko. Marti dźwignął sztangę, wyprostował się, przyciągnął ją pod brodę, jak profesjonalny ciężarowiec, a potem nagle opuścił aż szczęknęła uderzając o podłogę. - Hej, bo sąsiadom tynk się sypie na głowę! – zganił go Konrad Marti uśmiechnął się przepraszająco. - Chyba niedawno to kupiłeś, co? – próbował zatuszować swoją niezręczność sprzed chwili. - Aha, cały komplet. Jeśli mielibyście ochotę zawsze możecie do mnie wpaść, żeby trochę poćwiczyć. Wy trzej będziecie tu przychodzić obowiązkowo. – zwrócił się do mnie Robiego i Czaka. - Konrad, ostudź swoje trenerskie zapały – westchnął Czaki – Ja nie mam na to czasu. - A cóż takiego robisz przez całe dnie, że nawet godzinki nie znajdziesz na trochę gimnastyki? Czaki westchnął z rezygnacją. Usiadł sobie na tapczanie Konrada, plecami opierając się o ścianę, podciągnął kolana pod brodę i objął je ramionami. - Gdzie się tam wkitowałeś? – irytował się Konrad – Chcę wam zademonstrować ćwiczenia, jakie możecie wykonywać w domu. - Konrad, daj nam dzisiaj spokój – jęknął Czaki – Mieliśmy już arcyprzyjemną lekcję wuefu, starczy jak na jeden dzień. - Jak chcesz. – wzruszył ramionami urażony. Pomyślałem, że Czaki musi nieznosić sportu jeszcze bardziej niż ja i Robi. Chyba był słabowity, taki strasznie szczupły, blady, niewysoki. Być może trochę się tego wstydził. Wyglądało na to, że wolał skulić się na łóżku pod ścianą niż popisywać się na środku pokoju. Zrobiło mi się go żal. Te wielkie ciemne oczy patrzyły tak smutno... Konrad wyjął kalendarz i stukając ołówkiem w jego kartki popatrzył na nas wyczekująco. - Mamy przychodzić pojedynczo, czy wszyscy na raz? – zapytał Robi - To jest mi obojętne. - Może jakoś razem się umówimy – wtrąciłem pośpiesznie. Sam na sam z Konradem wydało mi się zbyt krępujące. - W czwartek wcześniej kończymy – zastanawiał się Robi – moglibyśmy spotkać się koło czwartej, piątej, po obiedzie, znaczy się. - O piątej – zgodził się Konrad – Wszystkim pasuje? Kiwnąłem głową. Zostawał jeszcze Czaki. - Naprawdę nie mam zamiaru robić kariery sportowej – powiedział ponuro - Słuchaj stary – Konrad przysiadł na krawędzi tapczanu – tu nie chodzi o karierę, twoje wyniki, tak na marginesie jedne z najgorszych w szkole, twój rozwój fizyczny i zdrowie, które najwyraźniej masz w głębokim poważaniu. Rzecz w tym, że na każdym przedmiocie jesteś w ścisłej klasowej czołówce, a tylko na wuefie zostajesz w ogonie i czuję, że cię to gryzie. - Nieprawda... – próbował się bronić, ale nie brzmiało to zbyt przekonywująco. - A jednak widzę, że od dłuższego czasu coś cię zatruwa, kopcisz jak komin, chowasz się po kątach i gryzmolisz coś na tych swoich kartkach, słowem zagłębiasz się w dekadencji. Postanowiłem sobie, że cię z tego wyrwę. Jesteś ciągle moim kumplem i nie pozwolę, żeby jakieś głupoty cię wykończyły. Czaki spuścił głowę. Wyglądał jak mały chłopczyk, na którego właśnie strasznie nakrzyczano. Chyba wszystkim nam zrobiło się go nagle żal, bo Marti stanął w jego obronie: - Przesadzasz Konrad – powiedział – Czak jest na tyle inteligentny, żeby nie przejmować się takimi głupotami jak wyniki z wuefu. Sam wiesz, że w dużej mierze zależą one od humoru naszego nauczyciela a on jest niezrównoważony psychicznie. - No właśnie! – podchwycił Konrad – Nie mielibyście ochoty zaskoczyć go swoją formą a potem, jak opadnie mu szczęka pokazać mu wymownie palec? - Jakoś nie czuję w sobie takiej potrzeby – westchnął Czaki - Ja też – przyznałem - Nawet dla siebie nie chcielibyście tego zrobić? Udowodnić sobie i innym, że nie jesteście ostatnimi ofermami? – Konrad nie dawał za wygraną - Konrad, daj im spokój – bronił nas Marti - Oni po prostu nie lubią sportu. Wielka mi rzecz! Tobie to pomogło, możesz się sprawdzać, wyżywać, możesz w taki namacalny, fizyczny sposób udowadniać, że jesteś najlepszy, ale nie wszyscy są tacy jak ty. Czaki, Robi i Piti realizują się w czym innym. Po co na siłę robić z nich mistrzów w każdej dziedzinie? - Raaany Marti, co to za kazania?! – Konrad stracił humor - Kazania? Jak ty bredzisz od godziny, to ja nie narzekam. - Dobra, nieważne. Mam rozumieć, że nie chcecie skorzystać z mojej oferty? - Ja chcę! – zgłosił się Robi. Konrad z aprobatą klepnął go w plecy. - Może wpadnę i zobaczę, co tu robicie – powiedziałem - O.K.! – Kondi odzyskiwał dawny humor – Czaki? Chłopak wciąż siedział skulony pod ścianą, zastanawiając się, co powinien w tej sytuacji zrobić. Marti usiadł tuż koło niego, położył rękę na jego ramieniu i odezwał się cicho: - Przyjdź, zrób to dla mnie, nie mogę już dłużej słuchać tych morałów Konrada. - Co?! – Kondi udał oburzenie. Czaki uśmiechnął się. - Dobrze, będę w czwartek. – powiedział – Ale naprawdę mam lepsze rzeczy do robienia niż takie wygłupy. - Jasne! – prychnął Konrad notując godzinę spotkania w kalendarzu – Jesteśmy wdzięczni, że nas zaszczycisz. - Nie przejmuj się nim – szepnął Marti – Musi sobie odbić i trochę pozrzędzić. Konrad odrzucił na bok kalendarz i ołówek, przyskoczył do Martiego, chwycił go od tyłu za szyję, odciągnął od Czaka, przewrócił na plecy i przycisnął do materaca dla pewności przytrzymując go kolanem. Marti chichotał histerycznie. Konrad zaczął najpierw lekko, potem coraz mocniej podskakiwać. Cały materac uginał się a Marti przy każdym skoku wydawał jęk przechodzący w piskliwy śmiech. - Aaa...aaa.. l-l-litości – wychrypiał Czaki chwycił leżącą obok poduszkę i zaczął okładać nią Konrada. - Puść go, zwierzaku! – wołał - Śmierć Konradowi, naszemu dręczycielowi! – dołączył się Robi, który również znalazł poduszkę i walił nią teraz zaskoczonego Konrada. Co było robić, chwyciłem ostatnią wolną poduchę i włączyłem się do tego zamieszania. Po chwili straciłem orientację, kto kogo okłada. Moja broń została mi wkrótce wyrwana z rąk i wylądowała na mojej głowie. Usłyszeliśmy suchy trzask i po chwili cała masa białych piór wzbiła się w powietrze. Zamarliśmy. Rozczochrane włosy, rozchełstane koszule i wirujące wokół białe pierze – krajobraz naszej bitwy. Pierwszy, jak zwykle zaczął się śmiać Marti. Siedzieliśmy w dziwnych pozach na tapczanie Konrada zanosząc się śmiechem a białe piórka opadały na nasze głowy i ramiona. - Jesteście kompletnie pokręceni – stwierdził Kondi - Nawzajem – odpowiedział Czaki.

***

Nie mogłem nadziwić się, ile w Konradzie było uporu. Postanowił sobie, że zadba o nasze zdrowie oraz rozwój fizyczny i konsekwentnie realizował swój plan. Już kilka razy spotkaliśmy się u niego w domu, żeby poćwiczyć w „kąciku gimnastycznym”, jak nazywał tę część pokoju. Za pierwszym razem byliśmy onieśmieleni intymnością tego miejsca. W szkole, na sali gimnastycznej, w dużej grupie można się było zagubić, nie zwracaliśmy więc specjalnej uwagi, co kto robi. Tutaj, zamknięci na bardzo małej powierzchni, nie mieliśmy innego wyboru, jak tylko obserwować się nawzajem. Początkowo wygłupialiśmy się, żeby pokryć zażenowanie. Konrad strasznie się złościł. On na prawdę profesjonalnie podszedł do naszego szkolenia. Porozstawiał nas po kątach – jednemu kazał podciągać się na drążku, drugiemu ćwiczyć przy drabinkach a trzeciemu wręczył hantle. Sam wszystko nadzorował i pilnował czy nie markujemy. Robi trochę marudził, jednak po wysłuchaniu kolejnego kazania kolegi, zdobył się na większy wysiłek. Nie przychodziło mu to łatwo, zaraz robił się czerwony na twarzy i ciężko dyszał. Czaki, z kolei, mimo początkowej niechęci, zawziął się i ćwiczył jak szalony. Kilka razy Konrad musiał go przystopować, bo chłopak z pewnością by się przetrenował. Prawdopodobnie wzięła w nim górę jego wrodzona ambicja. Czasem, wymachując hantlami, stawał przed lustrem i przyglądał się swoim mięśniom. Wówczas Kondi naśmiewał się z niego, mówiąc, że sam trening nie pomoże i że Czak musi po prostu więcej jeść. Muszę przyznać, że byłem lepszy od kolegów. Nasz samozwańczy trener szybko zorientował się w moich możliwościach i zaczął dokładać mi więcej cięższych ćwiczeń. Dziwne, ale po raz pierwszy w życiu na prawdę sprawiały mi one przyjemność. Myślę, że po prostu do tej pory nie miałem szczęścia i trafiałem na jakichś wyjątkowo nieprzyjemnych nauczycieli wuefu, dlatego nigdy nie lubiłem tych zajęć. Przy Konradzie chciało mi się dawać z siebie wszystko. Jednak on wrzeszczał na nas tylko wtedy, gdy rzeczywiście się obijaliśmy. Jeśli ktoś z nas nie potrafił wykonać jakiegoś ćwiczenia, albo robił to źle, Kondi nie wymyślał nam od oferm, ale cierpliwie pokazywał i tłumaczył. Te nasze wspólne treningi bardzo nas do siebie zbliżyły. Konrad nie poprzestał na cotygodniowych spotkaniach. Popadł w swoistą obsesję zdrowego życia na sportowo. Cały czas wiercił Czakiemu dziury w brzuchu, namawiając go żeby rzucił palenie. Do szkoły nosił ze sobą litrową butlę soku z marchwi i wszystkich częstował. Wymyślił sobie, że każdy weekend powinniśmy spędzać w plenerze, najlepiej na pieszych wędrówkach. Chciał jechać nad morze albo w góry, ale udało mu się jedynie zorganizować wypad do Puszczy Kampinoskiej. Zawsze coś! Cieszyłem się na tę wycieczkę. Weekendowe wyjazdy do babci na działkę już mi się znudziły. Poza tym tak wspaniale czułem się w towarzystwie kumpli! Wyruszyliśmy z samego rana, najpierw autobusem podmiejskim, potem piechotą. Dzień był piękny, słoneczny i bardzo ciepły. Wokół nas z drzew i krzewów tryskała soczysta zieleń. Gdy tylko zagłębiliśmy się w las, ogarnął nas zapach wilgotnej ziemi, liści i igliwia. Szliśmy jednym ze szlaków, Konrad na przedzie z włosami związanymi czerwoną bandaną, w swoich zabawnych, kraciastych bermudach i ogromnych traperkach. Jego umięśnione łydki błyskały w słońcu. Tuż za nim ja

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Strofy z przeszłości - cz. 2 (1) — czytnik · opowiadania