Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Przyjaźń · 34 min czytania

Strofy z przeszłości - cz. 2 (2)

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Było mi niedobrze. Naprawdę kiepsko się czułem. Wlokłem się na przystanek noga za nogą, niewyspany, z tępym bólem w głowie. Skutki imprezy. W sumie wypiłem tylko jednego drinka, więc nie mogłem mieć kaca. Prawdopodobnie na moje nędzne samopoczucie wpłynęło wiele drobnych elementów. Najpierw podniecenie, lekki stres, a potem rozczarowanie pierwszą w moim życiu młodzieżową imprezą, alkohol, do którego nawet w małych ilościach, nie byłem przyzwyczajony, hałas (wciąż huczało mi w głowie) no i marihuana. Pewnie po niej miałem takie idiotyczne myśli. Chociaż do domu dotarłem przed północą, nie mogłem zasnąć do trzeciej. Rzucałem się na łóżku, a w głowie kłębiły mi się jakieś nieprawdopodobne skojarzenia, pomysły, wizje. Uroiło mi się, że Czaki ma z pewnością skłonności homoseksualne i nie tylko podkochuje się w Martim, ale i na mnie spogląda z zainteresowaniem. Nagle wydało mi się oczywiste, dlaczego tak często mi się przyglądał. Nic dziwnego, że peszyłem się pod tym natarczywym spojrzeniem. No i to puszczanie do mnie oczka, te tajemnicze uśmiechy… Co najmniej godzinę spędziłem na głowieniu się jak powinienem reagować. Czy zerwać znajomość z Czakiem? Wcale tego nie chciałem, ale czy przebywanie w jego towarzystwie nie wpędzi mnie w stresy? Kompletnie wykończony i przybity usnąłem wreszcie nad ranem. Z trudem zwlokłem się na dźwięk budzika. W łazience, w lustrze ujrzałem swoją bladą twarz z podkrążonymi oczami. Nie pomogła nawet zimna woda. W kuchni mama podejrzliwie przyglądała się jak z trudem przeżuwam kanapkę. - Co wyście tam robili? – zapytała – Całe twoje ubranie cuchnie - Wszyscy palili – bąknąłem - Ty też? - Mamo, wiesz, że nie palę! – w tym momencie przypomniałem sobie o marihuanie i poczułem się jak oszust. Wyszedłem z domu wściekły na samego siebie. Nacisnąłem na nos ciemne okulary. Mdliło mnie. Teraz wlokłem się do przystanku szurając butami po chodniku, tak jakbym nie był w stanie oderwać nóg od ziemi. Na szczęście autobus się nie spóźnił. Wsiadłem i stanąłem przy otwartym oknie, tak, że gdy ruszyliśmy pęd powietrza uderzył mnie w twarz. W pierwszym odruchu chciałem się odsunąć, ale rześkie, poranne powietrze podziałało na mnie jak policzek wymierzony by kogoś ocucić. Wystawiłem głowę przez okno i pozwoliłem by wiatr rozwiewał mi włosy. To było cudowne. Zupełnie jakbym przewietrzył sobie głowę. Złe myśli i kiepski humor nagle mnie opuściły. Wyskoczyłem z autobusu i już sprężystym krokiem poszedłem w kierunku szkoły. Głośno roześmiałem się na wspomnienie moich nocnych przemyśleń. Chyba nieźle pomąciło mi się w głowie! Podejrzewać Czaka o homoseksualizm! Kretyn ze mnie. Przecież to oczywiste, Czaki był zazdrosny o Martiego, bo od wielu, wielu lat są najlepszymi przyjaciółmi i chłopak przestraszył się, że straci kumpla dla jakiejś panny. A ja jeszcze myślałem, że Czaki leci na mnie! On po prostu uwielbiał obserwować ludzi. Nie tylko mi się przyglądał, a że akurat peszyłem się pod jego spojrzeniem, to mój problem, nie jego. Powinienem bardziej się martwić o siebie, zwłaszcza o swoje zdrowie psychiczne, a nie o Czaka. Postanowiłem nie zaprzątać sobie tym głowy. To z pewnością skutek palenia marihuany. Już nikt mnie nigdy do tego nie namówi. Gdy przekraczałem próg szkoły czułem się już dobrze. Nudności i ból głowy ustąpiły. Jeszcze tylko trochę chciało mi się ziewać. Na korytarzu, pod oknem zobaczyłem samotnie stojącego Robcia. Przeglądał książkę do biologii. - Hej! – zawołałem z daleka. Ucieszył się na mój widok - Cześć Piotrze – powiedział wkładając książkę do plecaka - Dlaczego wczoraj nie przyszedłeś? – zapytałem - Gdzie? - Na imprezę do Aśki - Była jakaś impreza? – zdziwił się – Nic nie wiedziałem. Przez chwilę nie miałem pojęcia, co powiedzieć. - Dzwoniłem do ciebie, ale nie było cię w domu – bąknąłem. Poczułem się jakoś głupio. - Wizyta u dentysty się przedłużyła – wyjaśnił - A co to była za impreza? - Nic takiego. Urodziny Aśki. - Aha… - coś w głosie Robiego sprawiło, że ścisnęło mi się serce. Dlaczego nikt mu nie powiedział o zabawie? - Jak było? – dopytywał się Robi. - Eeee, tak sobie – wiedziałem, że brzmi to głupio. Zupełnie jak bym chciał pocieszyć Robcia, że chociaż nikt go nie zaprosił to nie ma czego żałować. Pragnąłem żeby skończył już ten temat, ale on masochistycznie go drążył - Kto przyszedł? – pytał W ostatniej chwili ugryzłem się w język żeby nie powiedzieć „wszyscy”. - Trochę osób z naszej klasy i jacyś znajomi Aśki. – skłamałem Zanim Robi zadał kolejne pytanie, dostrzegłem zbliżających się do nas Martiego, Czaka i Konrada. Konrad niesamowicie ziewał. - Jak impreza? – ku mojemu zaskoczeniu wypalił Robi - Jak impreza?! – z przekąsem w głosie powtórzył Marti – Trzeba było przyjść to byś się dowiedział, a tak wystawiłeś nas do wiatru i pewnie teraz się z nas śmiejesz – Stanął przed Robim, oparł ręce na biodrach i zaczął miarowo kiwać się na boki – Zabawa była wspaniała – ciągnął - Po godzinie większość osób kompletnie się upiła albo naćpała, zachowywali się jak banda kretynów i wygadywali kosmiczne bzdury. Do wczoraj nie wiedziałem, że żeby dobrze się bawić, należy się maksymalnie nawalić i przepychać w ciemnym pokoju świecąc sobie w oczy latarkami. Ekscytujące! Jak wychodziliśmy, to ci, którzy akurat nie rzygali, leżeli nieprzytomni na podłodze. Super! Skąd wiedziałeś, żeby nie przychodzić? - Nie wiedziałem. – Robi uśmiechnął się smutno – Po prostu nikt mnie nie zaprosił. Zapadła cisza. Robi spuścił wzrok lekko się czerwieniąc, zupełnie jakby to była jego wina. Złośliwy uśmieszek znikł z twarzy Martiego. Z lekko rozchylonymi ze zdziwienia ustami wpatrywał się w Robcia. Czaki zacisnął szczęki, aż chrupnęło. Mi zrobiło się potwornie smutno. - Wczoraj zwolniłem się z ostatnich lekcji – tłumaczył Robi – a Asia pewnie zapraszała wszystkich już po moim wyjściu. Być może tak właśnie się stało, ja jednak miałem wrażenie, że dziewczyna zaprosiła tylko wybrane osoby. Na prywatce nie było wszystkich ludzi z naszej klasy, jak zapowiadała. Ci mniej lubiani i mniej popularni zostali pominięci. Konrad nie poddał się kiepskiemu nastrojowi, który nas nagle dopadł. Klepnął Robcia w plecy z takim impetem, że chłopak aż się zachwiał. - Miałeś szczęście synu! – krzyknął mu nad uchem - Naprawdę było kiepsko, czy mówicie tak, żeby mi nie było przykro? – zapytał Robi - Ja osobiście potwornie się wynudziłem – Czaki zbliżył się do Robcia i położył mu dłoń na ramieniu – Brakowało mi pewnego inteligentnego, dowcipnego faceta, który rozbawiłby towarzystwo – powiedział patrząc w oczy koledze. Robi znów się zaróżowił. Tym razem z radości. Bardzo podobał mi się gest Czaka. - Jeśli o mnie chodzi, więcej się na takie coś nie piszę – dodał Konrad – Dla mnie zabawa to powinny być jakieś tańce, wygłupy, kawały… nie wiem nawet trochę szaleństwa, ale nie taka dekadencja jak tam. - Dekadencja, rozkład, zgnilizna… - zaśmiał się Marti - Ooo, znalazł się mądrala! – Konrad udał obrażonego – Tobie z pewnością się podobało, gdy całą noc uganiała się za tobą większość dziewczyn. Ho, ho jakich ja tam rzeczy o tobie usłyszałem! A jakie niektóre panny mają wobec ciebie plany! - Jakie plany? – zdziwił się Marti Konrad tylko lekceważąco machnął ręką. - Nie udawaj niewiniątka, dobrze wiem, co tam wyprawialiście – ciągnął - Nie wygłupiaj się… - Marti był lekko zdezorientowany - Ja się wygłupiam? – Kondi nie dawał za wygraną - A kto palił w kuchni marihuanę? - Paliliście marihuanę?! – wykrzyknął Robi - Głośniej Robciu, głośniej – klepnął go Konrad – bo nie doleciało do gabinetu dyrektora. Robi zakrył sobie dłonią usta i patrzył na nas okrągłymi ze zdumienia oczami. - To przez Piotrka! – Marti wskazał na mnie jak na winowajcę. - Co?! – zdębiałem Marti skromnie spuścił wzrok, lekko się czerwieniąc. - No tak, bo… - zająknął się – myślałem, że jak nie spróbuję tego skręta, to będziesz się ze mnie śmiał, że jestem jakimś lalusiem, drętwiakiem, albo coś…Zachowywałeś się jak zupełny luzak i…i chyba chciałem ci udowodnić, że też tak potrafię. Gdyby cię tam nie było, pewnie nie wstydziłbym się odmówić. Z czego się śmiejesz? Dostałem nagłego ataku nieprzyzwoitego rechotu. Bąkając te swoje tłumaczenia, Marti wyglądał jak mały chłopczyk, który właśnie coś przeskrobał i boi się lania. Ten Marti, który tak mi imponował! - Wiesz co, - wysapałem między kolejnymi atakami śmiechu – ja z kolei wstydziłem się ciebie i chciałem ci udowodnić, że takie rzeczy to dla mnie normalka. - Naprawdę? – wyszczerzył się Marti - Oj, koledzy, koledzy – Konrad z dezaprobatą kiwał głową - Bądźcie sobą, zamiast przejmować się, co pomyślą inni. - Teraz, jak się przechorowałem po tej trawce, na pewno się nie będę nikim przejmować – przyznał Marti - Ty też? – ucieszyłem się – Mnie jeszcze mdli! Wszyscy gruchnęliśmy śmiechem. - Potruliby się nawzajem, żeby sobie zaimponować – stwierdził Czaki - A ty, czemu paliłeś? – zainteresował się Marti Czak wzruszył ramionami. - Chciałem zobaczyć jak to jest być na haju - Raaany! – Konrad dramatycznie chwycił się za głowę – Banda wariatów! Po drugiej stronie korytarza przechodziły dziewczyny z naszej klasy – Aśka, Marta i Ewa. Pomachały nam wołając: - Ale była zajebista impreza, co? - Oj tak! – odkrzyknął Konrad, podczas gdy my śmialiśmy się głupkowato do siebie. Nawet nie zwróciły uwagi na sarkazm w jego głosie.

***

- Wznoszę toast, za to, że udało nam się szczęśliwie dobrnąć do końca roku szkolnego – oznajmił uroczyście Konrad Siedzieliśmy w pokoju Robiego popijając schłodzone, musujące wino, które zastępowało nam szampana. Mieliśmy na sobie odświętne, galowe ubranka, bo właśnie wróciliśmy z uroczystego rozdania świadectw. Przemówienia, podziękowania, kwiaty dla nauczycieli, pożegnania – co roczny rytuał. Jak przyjemnie pomyśleć o dwóch miesiącach swobody, bez klasówek i odpytywania. - A teraz Kondzio osobiście pożre tego wielkiego, czekoladowego batona – Konrad odwijał niesamowicie długą czekoladę Toblerone, w charakterystycznym kształcie ostrosłupa. Kupiliśmy mu ją na spółkę, ja, Robi i Czaki, za to, że dzięki jego treningom wyciągnęliśmy się na przyzwoite oceny z wuefu. Konrad popatrzył na nas figlarnym wzrokiem. Otworzył szeroko usta, udając, że chce zjeść całą czekoladę na raz. Robi nienaturalnie głośno przełknął ślinę. - Może byście chcieli kawałek? – zapytał Konrad - Nie, nie, gdzież byśmy śmieli… - Robi udawał, że za chwilę się rozpłacze Konrad westchnął głęboko, po czym podzielił batona na pięć równych części. - Wygłupiamy się, to na prawdę tylko dla ciebie – zaprotestowałem - Przez gardło by mi nie przeszło, gdy tak czaicie się nade mną, jak sępy – odpowiedział Dłużej nie nalegaliśmy. Czekolada zniknęła w oka mgnieniu. Czaki w skupieniu porównywał nasze świadectwa. Nie wiem, czy rzeczywiście interesowały go stopnie, czy też chciał napawać się własnym sukcesem. Dziś rano, na głównej uroczystości pożegnania roku szkolnego, odbierał z rąk dyrektorki specjalną nagrodę jako najlepszy pierwszoklasista i jeden z najlepszych uczniów w szkole. Takich zdolnych było w sumie piętnaścioro. Szkoła od lat fundowała najzdolniejszym nagrody – zazwyczaj wartościowe albumy, słowniki, encyklopedie. Czak dostał historię Normana Davisa. Zabawnie wyglądał odbierając ją na środku sali gimnastycznej, w jednym szeregu z typowymi kujonkami, elegancko ubranymi i uczesanymi „porządnymi” uczniami. Widziałem jak niektórzy z tłumu wstawali na palce i wyglądali miedzy głowami, żeby mu się lepiej przyjrzeć. Jego biała koszula była niemiłosiernie pognieciona, szare bojówki starte na kolanach do białości, a czarna chustka na szyi na pewno nie była w stanie zastąpić krawata. Dyrektorka obrzuciła go krytycznym spojrzeniem. Kogoś z takim wyglądem nie powinno się stawiać innym za przykład. Ja byłem niesamowicie dumny z Czaka i puszyłem się jak paw, że taki niezwykły chłopak jest moim kumplem. - Może napijecie się herbatki? – zaproponował Robi - Ooo, właśnie tego mi brakowało! – ożywił się Marti – Tradycyjna herbatka u Robiego. - Jakiej się napijecie kochani? – Robi promieniował radością - Ja zwykłej, gorzkiej, mocnej z konfiturami twojej babci – oznajmił Konrad - Dla mnie z pomarańczą – poprosił Marti - Dla mnie też – Czaki odłożył nasze świadectwa na bok - To i dla mnie – powiedziałem. Nie przepadałem za owocowymi herbatkami, ale akurat naszła mnie ochota. - Już robię, a wy w międzyczasie możecie obejrzeć moje nowe znaczki, leżą w zielonym klaserze na półce. - Robi, kto przy zdrowych zmysłach chciałby oglądać te kolorowe kawałki papieru? – zaśmiał się Czaki - Piotrek! – wszyscy spojrzeli w moją stronę. No tak, kiedyś już oglądałem te znaczki. Gdy Robi wyszedł Czak przysunął się bliżej mnie - Naprawdę interesujesz się filatelistyką czy po prostu pewnego razu Robi zmusił cię do obejrzenia wszystkich jego zbiorów? – zapytał - Nienawidzę znaczków – roześmiałem się – ale nie chciałem mu robić przykrości. - Oh biedaku, trzeba było się bronić! – śmiał się Marti – Robcio zmusza każdego, kto tylko się u niego zjawi, do przeglądania tych klaserów. Pierwszorzędna, wielogodzinna tortura! - Z czego się śmiejecie? – nieświadomy niczego Robi wszedł do pokoju niosąc przed sobą tacę z herbatą. - Z ciebie oczywiście! – wypalił Konrad - Dobra, dobra – powątpiewał Robcio, a my, bynajmniej, nie mieliśmy zamiaru wyprowadzać go z błędu. W pokoju rozszedł się przyjemny aromat świeżo zaparzonej herbaty i skórek pomarańczy. Okazało się, że to nie taka zwyczajna owocowa herbata ze sklepu, ale specjalna mieszanka przygotowana przez babcię Robcia. Fajnie mieć taką babcię. Konfitury też były pyszne. Słońce zaczęło świecić prosto w okna, wiec Robi zaciągnął płócienne rolety. W pomieszczeniu zapanował jakiś taki złocisty półmrok. Siedzieliśmy na wersalce, albo na podłodze i sączyliśmy herbatę z wysokich szklanek ze srebrnymi uchwytami. Spojrzałem na twarze znajomych w tym niezwykłym świetle, na ich błyszczące oczy i przez chwilę poczułem drgnienie wieczności. Wiedziałem, że ta chwila i atmosfera letniego popołudnia na długo pozostaną mi w pamięci. - Słuchajcie – Marti odstawił szklankę, po czym wygodniej położył się na łóżku, opierając się na łokciach – Nie mielibyście ochoty spędzić razem kilku dni tego lata? Popatrzyliśmy na niego trochę zaskoczeni. - Każdy z nas gdzieś wyjeżdża... – bąknąłem - No tak, ale tylko kilka dni, może tydzień – przekonywał Marti - Mnie na pewno nie puszczą – stwierdził Robi - Skąd ta pewność? – włączył się Konrad - Wiem, już kiedyś podpytywałem rodzinkę – westchnął chłopak - Nie pozwolą ci jechać nawet z nami, najlepszymi kumplami? – zdziwił się Marti - Niestety. - To my moglibyśmy przyjechać do ciebie, nad morze. – stwierdził Marti - Hej, a właściwie to, czemu się tak napaliłeś? – zainteresował się Konrad Marti powiódł wzrokiem po naszych twarzach. Przez moment wyglądał na zmieszanego, ale szybko pokrył to uśmiechem. - Po prostu fajnie się z wami spędza czas – wyjaśnił – Nie chciałbym się rozstawiać na całe dwa miesiące. To zabrzmiało tak prosto i naturalnie. Było miłe. Pomyślałem o swoich wakacjach. Działka u babci, starzy znajomi, wciąż te same twarze, rodzina, zbiory owoców, drobne prace w ogródku, spacery w okolicy, w najlepszym wypadku wyjazd w góry z rodzicami. Czy to możliwe, aby od tego roku wszystko się radykalnie zmieniło? Tak, bo przecież zmieniło się. Rok temu, już po zdanym egzaminie do liceum, szalałem z radości - nareszcie koniec, nie muszę już więcej oglądać znajomych z klasy, mam wakacje, jestem wolny, wyswobodzony ze wszystkich więzi, jakie narosły przez podstawówkę. Nie wiedziałem, co mnie czeka, ale ani przez chwilę nie żałowałem tego, co pozostawiałem za sobą. Teraz znów miałem wakacje i chociaż czekałem na nie, gdzieś w głębi serca odczuwałem żal. Zdaje się, że od tej pory niewiele rzeczy będzie mogło się równać z przyjemnością przebywania w towarzystwie przyjaciół. - Wiecie, co – po chwili dłuższego namysłu odezwał się Robi – Pomysł Martiego jest całkiem fajny. Naprawdę moglibyście dojechać do mnie do Władysławowa. Moja rodzinka zawsze wynajmuje u Fraseniuków i ich willa jest całe lato zapełniona, ale na sąsiedniej działce często mają wolne. Moglibyśmy wam zaklepać. Po znajomości i po przystępnej cenie. - O, fajnie! – ucieszył się Marti - Łapiecie się na to? - Aha – przytaknąłem. Nie chciałem składać jakichś ostatecznych deklaracji, w końcu nie wiadomo, co moi starsi na to powiedzą. - Jeśli mi nic innego nie wypadnie… - zaczął Konrad – Nie! Co ja robię?! – dramatycznie złapał się za głowę – Sam skazuje się na wasze towarzystwo nawet na wakacjach! Jestem chory na głowę! Muszę się leczyć! Zupełnie mi odbiło! - Ciszej Kondi – Czaki pokręcił z dezaprobatą głową, po czym westchnął - Dopiero teraz dotarła do niego prawda, biedny chłopiec. Konrad udał, że zgrzyta ze złości zębami. Robcio nie zwracał najmniejszej uwagi na te przekomarzania. Żył już wyjazdem - Wiecie jak będzie fajnie? – nadawał - Przy ładnej pogodzie będziemy pluskać się w wodzie, wylegiwać na plaży, a…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Strofy z przeszłości - cz. 2 (2) — czytnik · opowiadania