Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Akcja · 19 min czytania

Strzelnica

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Strzelnica

Mój pożądany awans stał się z czasem moją obsesją. Wyczekiwałem go każdego dnia i zadawałem sobie wciąż te same pytania – Może to dziś? Może prezes zaprosi mnie do gabinetu i szepnie jakieś słówko? Ile zaproponują? Na ile się zgodzić? Które biuro dostanę? I tym podobne…Trudno mi się było skupić na pracy i coraz zatapiałem się w wizjach siebie w nowym wydaniu, lepszym, z wyższej półki no i z wyższą pensją, co w gruncie rzeczy było dla mnie najważniejsze. Musiałem uzbrajać się jednak wciąż w cierpliwość, choć nie było to łatwe. Aby się trochę odstresować, chodziłem na wspomnianą strzelnicę. Sama strzelnica była bardzo profesjonalnie i bogato wyposażona. Było tam dwadzieścia stanowisk strzeleckich z ruchomymi tarczami na przyciski i monitorami pokazującymi tarcze z ewentualnymi trafieniami a tych było sporo przynajmniej w moim wydaniu. Przy strzelaniu zapominałem o reszcie świata, koncentrowałem się, regulowałem oddech i spokojnie oddawałem strzał, za strzałem aż do rozładowania magazynka. Potem analizowałem swoje trafienia często z klubowymi kolegami, z którymi dyskutowaliśmy, zamienialiśmy się bronią i opowiadaliśmy sobie różne anegdotki. Co jakiś czas w klubie były organizowane zawody strzeleckie i muszę przyznać, ze było tam sporo naprawdę dobrych zawodników, a ja plasowałem się gdzieś w połowie stawki. Do strzelania wybrałem sobie pistolet o kalibrze 9mm. Wcześniej będąc jeszcze w wojsku strzelałem z różnej broni – długiej, krótkiej, maszynowej, przeciwpancernej ale najbardziej pasował mi właśnie ten pistolet. To była jedna z tych małych rzeczy, które tak cieszą człowieka, kiedy ma tę rzecz w rękach. Niestety nie miałem pozwolenia na broń i nie mogłem posiadać w domu tej błyszczącej, ciężkiej, metalowej zabawki, choć w gruncie rzeczy, gdzie indziej, jak na strzelnicy mógłbym jej używać? Jednak nie chodziło tu tylko o samo używanie ale o posiadanie. Lubiłem rozkładać mój pistolet, potem go składać, ładować ponownie nabojami, polerować i oglądać z rożnych stron. Całkiem mnie to uspokajało i żałowałem, że nie mogłem bawić się w ten sposób także w domu. Rewolwer to był również swego rodzaju atrybut władzy, bo ten kto go miał i potrafił z niego zrobić użytek, to już był ktoś, z kim trzeba się było w razie czego liczyć. Nigdy nie wiadomo, co może przyjść człowiekowi z bronią do głowy, a wymachiwanie pistoletem, nawet w żartach budziło we mnie pewien dyskomfort. Nie lubiłem takich żartów ale niestety byli w klubie ludzie, którzy mieli do tego skłonności i wydawało mi się, że pomimo protestów nie potrafi się opanować. Na przykład poznałem tam faceta, który zawsze, kiedy sobie trochę wypił, miał ciągoty do robienie rzeczy zupełnie nierozsądnych i bywało, że właśnie wtedy zabawa zaczynała się rozkręcać i przenosiła się w plener, gdzie grupka podpitych mężczyzn strzelała z broni różnego kalibru choćby do wiwatu. Właściwie to poznałem go już wcześniej, w wojsku bowiem był jednym z dobrych znajomych pułkownika Igora Iwanowicza. Notabene był to ten sam, u którego byliśmy na jakiejś fecie po skończonym turnieju. Posiadłość i majętność tego człowieka była na tyle duża, że mógł sobie pozwolić na takie zabawy z bronią. Nie należałem, co prawda do grona jego bliskich znajomych ale jako klubowy kolega i protegowany pułkownika byłem czasem zapraszany na polowania, jakie organizował pan Bogdan, no i hedonistyczne uczty. Pewnego razu stałem z moim kolegą Witkiem koło mojego stanowiska strzeleckiego gawędząc o broni, kiedy podszedł Bogdan i od razu go sobie przypomniałem. Był typem którego się łatwo nie zapomina i mimo upływu kilku lat od razu skojarzyłem, że to ten sam, u którego byliśmy wraz z pułkownikiem. Witek natomiast robił z nim jakieś drobne interesy. Bogdan rzecz jasna mnie nie pamiętał. - To co Wituś, jesteś w sobotę u mnie? - Oczywiście panie Bogdanie. Na mnie możesz pan zawsze liczyć, nie odpuszczę pieczeni z dzika tak łatwo – odpowiedział pełen animuszu Witek i dodał – poznaj mojego kumpla Andrzeja, specjalistę od kalibru 9 mm. - Witam kolego, Boguś jestem ale ty chyba nie strzelałeś jeszcze z porządnego rewolweru skoro tak się trzymasz tej zabawki. Pół cala w jednej ręce to jest dopiero frajda, czymś takim rozkładasz niedźwiedzia. Spróbuj mówię ci, a na pewno ci się spodoba, trzeba iść do przodu i...zostaw te 9mm – powiedział. W rozmowie z nim czuło się, że musi być jakąś ważną osoba, niby taki na luzie, bezpośredni ale jednocześnie jakiś daleki, poza zasięgiem, jakby z innej bajki. - Pan mnie pewnie nie pamięta ale byłem swego czasu u pana z pułkownikiem Iwanowiczem. - Naprawdę? A to ci! Jaki świat jest mały! - No to już było prawie dziesięć lat temu ale od razu pana poznałem. - Jeśli chcesz powiedzieć, że się nie zmieniłem przez ten czas, to ci dziękuję za komplement. Staram się być w formie. - Zatem tak trzymać. A co do broni, to próbowałem postrzelać z tego, o czym pan mówi ale za dużo zamieszania to robiło i dlatego wybrałem coś poręczniejszego – tłumaczyłem się. - Kolego, po pierwsze, to nie pan tylko Bogdan jestem dla kolegów z klubu. A po drugie, dobrze to ująłeś bo właśnie tu chodzi o zamieszanie ale nie na strzelnicy hehehe – zaśmiał się tamten i dodał – jak chcesz przekonać się o co tu naprawdę chodzi to przyjedź z Witusiem do mnie na degustację, pokażemy ci kilka sztuczek, co nie Wiciu? Zabierz kolegę skoro już u mnie był. - Mowa. – odparł tamten. - Ok. chłopcy bawcie się dalej w te wasze dziewięciomilimetrowe pukaweczki a ja spadam bo mam jeszcze coś do załatwienia. Cześć! – pożegnał się i odszedł. - Zawsze nosi broń przy sobie – spytałem Andrzeja. - Nie da się ukryć, jak widzisz – zaśmiał się – jakbyś miał tyle „zmartwień”, co on też byś nosił. - Nie mówię, że bym nie chciał. - No ba! – dorzucił Witek. – I wiesz co Andrzej, co do tego ogniska, to musisz wiedzieć, że przychodzą tam różni ludzie, więc się specjalnie nie wychylaj, mogą pomóc ale i zaszkodzić jeszcze bardziej. To nie nasza liga. Ja tylko robię z nimi małe interesy, nic wielkiego ale znajomość z nimi warto utrzymywać. Sam Boguś już mi pomógł parę razy w zamian za moje drobne usługi i o to właśnie w tym chodzi. Dobrze jest się wkręcić w takie towarzystwo a najlepszą okazją ku temu są polowania. Tam zawsze można poznać kogoś ciekawego. Dobrze jest mieć jakieś plecy tu i tam bo nigdy nie wiadomo, co się człowiekowi może przydarzyć. Takie znajomości trzeba pielęgnować bo zawsze mogą się przydać. Dlatego trzymam z Bogdanem. - A wiesz, jak poznałem Bogdana? – i opowiedziałem koledze szczegóły naszej znajomości. - Widzisz jaki świat jest mały! Bogdan lubi wszelki hazard więc nic dziwnego, że obstawia też walki bokserskie. Walczysz jeszcze? - Nie, chociaż mam sentyment do tych czasów. - Rozleniwiłeś się w małżeńskim stanie, co? - Nie to nie to. Pracuję teraz więcej i nie mam czasu na treningi a tu bracie, jak nie trenujesz, to na ringu dostajesz tęgie baty. Kondycja i siła spadają szybko. - Nie ma to jak spluwa! A tak w ogóle, to byłeś kiedyś na polowaniu? - Nie. - No to będziesz miał okazję bo Bogdan zawsze organizuje małe polowania u siebie. - Ma las? - Ba! Ma las i zwierzynę. - Nieźle. - Aha, ale to jest męska impreza. Rozumiesz? - Żony bym nie ciągnął, to ją nie bawi. - Nawet, gdyby ją bawiło, to jedziemy tylko we dwójkę. Tam żony wstępu nie maja. – Wyjaśniał Witold. Jeśli idzie o osobne imprezy, to nie robiliśmy z żoną w tej kwestii większych problemów i bywało już nie raz, że bawiliśmy się osobno. Nigdy później nie wnikaliśmy, co tak naprawdę działo się na tych imprezach bo nie byliśmy chorobliwie zazdrośni ani zaborczy, po prostu oboje rozumieliśmy, że tak czasem jest zdrowiej dla nas samych i naszego związku. Bywało zresztą tak, że firmy, w których pracowaliśmy organizowały różne cykliczne wyjazdy integracyjne tylko dla pracowników. Co poniektórzy uczestnicy korzystali wtedy z tej wolności, jak tylko mogli ale ja się jeszcze do nich nie zaliczałem. Owszem alkoholu nie odmawiałem nigdy ale prostytucja ani zdrady z koleżankami z pracy nie wchodziły w grę. Tak czy owak szykowała się impreza w dość nietypowym jak dla mnie gronie a ciekawość świata pchała mnie w jej kierunku i niebawem wraz z moim kolegą Witkiem zajechaliśmy do rezydencji położonej daleko za miastem, pod lasem, której ziemie rozpościerały się na kilkadziesiąt hektarów. Robiło to wrażenie. - Tylko pomyśl Andrzejku, że są ludzie, którzy potrzebują takiej przestrzeni do dobrego samopoczucia, podczas gdy inni gniotą się w ciasnych mieszkaniach na blokowiskach, gdzie jeden blok jest taki sam, jak cala reszta. - Właściwie to takie osiedle, na jakim kiedyś mieszkałem z tysiącami osób, spokojnie zmieściło by się na tej jego działce. Może facet ma jakieś traumatyczne wspomnienia z dzieciństwa? - Myślisz? No cóż, może wychował się właśnie na takim bokowisku i chciał uciec jak najdalej i jak najefektowniej od tego. - W każdym razie trudno byłoby go przebić w tym co osiągnął. - i kiedy tak o tym myślałem to ten mój wymarzony i tak długo oczekiwany domek na mokradłach, zagospodarowanych pod budowę osiedla, wydal mi się czymś niesamowicie mizernym, wręcz groteskowym w porównaniu z tym, co zobaczyłem tutaj. Oszczędzając szczegółów, powiem tylko, że nasz gospodarz pan Bogdan posiadał piękny i rozległy dworek wyposażony w różne zabudowania użytkowe. Posiadał też służbę i ochronę, która z racji…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%