Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Horror · 8 min czytania

Strzymarta

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Wszystko zaczęło się od jednej, dziwnej rośliny, która ni stąd, ni zowąd pojawiła się na podwórku Marty. Wyciągała swe dwupłatkowe kwiaty w stronę gwiazd, dniem wyglądała, jakby uschła, nocą ożywała i zachwycała swą innością. Marta, która była miłośniczką roślin, co dzień wieczorem chodziła ją podlewać. Wkrótce roślina wydała owoce. Marta doskonale wiedziała, że nie należy jeść owoców nieznanych roślin, lecz coś ciągnęło ją do zjedzenia galaretowatych, niekształtnych kulek. W samym środku pewnej nocy, obudziła się z świadomością, że MUSI zjeść te owoce. Pobiegła do ogrodu, oświetlając drogę starą latarką ojca. Ogród w nocy w niczym nie przypominał tego pięknego podczas dnia, pełnego słońca miejsca, w którym kwitły kwiaty i latały różnobarwne motyle. Wreszcie nikłe światło padło na mizerną roślinę, wyglądającą wyjątkowo marnie. Marta, jak opętana, rzuciła w bok latarkę i dorwała się do owoców. Jadła całymi garściami gorzkawo – słone, fioletowe pączuszki, czując, że właśnie po to narodziła się na tym świecie. Następnego dnia, rodzice nie zauważyli olbrzymiej zmiany, jaka zaszła w ich córce. A może i zauważyli, lecz potraktowali to jako kolejny przejaw dorastania. Marta rzucała na boki dzikie spojrzenia, napięte mięśnie gotowe były do ataku, oddech niespokojny i szybki. Nie potrafiła się z nikim porozumieć, we wszystkim wyczuwając wrogość rozmówcy. Koleżanki ze zdziwieniem obserwowały jej kłótnie z różnymi osobami, a w szczególności z jej przyjacielem Arkiem. Wróciwszy do domu Marta pobiegła do swego pokoju, nawet nie witając się z nikim. Nie chciała, by ktokolwiek zobaczył jej stos najróżniejszych książek. Od legend, przez zielniki po opracowania medyczne, wszystko stanęło na dużym biurku, nie mogąc doczekać się przeczytania. Gdy Marta nie rozumiała czegoś, sięgała do książek – to był jej sposób na problemy. Po całodziennej lekturze, nie znalazłszy niczego, poszła spać. Księżyc w pełni zaglądnął w jej okno. Wtedy stało się to, co jest istotą tego opowiadanka – Marta poczuła, że zmienia się w coś, czego nawet nie potrafiła sobie wyobrazić. Jej źrenice poszerzyły się, a tęczówki zabarwiły fioletem, kły sczerniały i wydłużyły się; na domiar złego giętkie ręce obrosły piórami i zniekształciły się, a nogi wyglądały niczym połączenie nóg ptaka i ośmiornicy. Świadomość Marty przeraziła się, lecz wkrótce zagłuszył ją głód, a może raczej pragnienie. Tak, pragnienie, które nie mogło być ugaszone przez sok czy wodę, dziewczyna, a może już nie dziewczyna, zrozumiała, że ma ochotę napić się krwi. Ludzkiej krwi. Coś pociągnęło ją ku oknie i Marta poczuła, że wzbija się w powietrze. Pod jej stopami – szponami wirowało miasto. Ulice opustoszały, jedynie na maleńkim skwerku leżał jakiś pijany bezdomny. Marta, próbując walczyć z ramionami, jakby należały do kogoś innego, spadła niczym jastrząb i miękko wylądowała obok pijaka. Tak, tak, tak! – śmiała się jej druga dusza. Zatopiła swe czarne kły w brudnym ciele człowieka. Krew była przesiąknięta alkoholem, lecz to jeszcze bardziej dodawało jej smaku. Nagle trupio blada twarz księżyca skryła się za czarną chmurą. Marta ze strachem spostrzegła, że znów jest sobą. Zobaczywszy, co zrobiła, omal nie zemdlała. Przeczuwając, że musi uciekać, pobiegła co sił do domu. Za jej plecami ktoś zaczął wyć, wzywając pogotowie i policję. Dopiero w swoim pokoju poczuła się bezpieczna. Spojrzała do lustra i ujrzała siebie, całą ubrudzoną od czerwonego płynu. Lecz tego dnia nic już jej nie mogło przerazić. Umyła się pospiesznie i próbowała zasnąć. Sytuacja ta powtarzała się wielokrotnie. Wszyscy wokół zaczęli bać się Marty, lecz nie potrafili znaleźć powodu. Było po prostu w niej

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%