Przygoda · 8 min czytania
Studnia (fragment powieści)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Piąty spadał w głąb kanionu, po którego dnie toczyła swe wody szeroka rzeka nie skażona brudami wielkiego zamczyska. Wszystkie nieczystości z zamku ginęły spłukane przez małe strumyki, ginące gdzieś w przepaścistych kieszeniach wysokich, okolicznych gór, opadajacych pionowo w błękitne wody pobliskiego morza. Rozbijając trójkątem rąk lustro wodne,Piąty zanurkował w głębiny. Odbijając się od dna rzeki, spojrzał do góry, gdzie pływało kilka krokodyli czekających niecierpliwie na łatwą zdobycz. Największy z nich odłączył się od towarzyszy wyraźnie płynąc w stronę smakowitego kąska. On miał rozpocząć ucztę. - Dobrze, że odłączył się przewódca, najlepiej zrozumie przekaz w swoim gadzim mózgu - pomyślał Piąty. - Bóg jest jeden i wszystkim steruje, łącząc niewidzialnym Boskim instynktem - pocieszał siebie uciekinier. Płynąc na powierzchnię, Piąty szukał wzrokiem oczu napastnika - wiedział, że każde stworzenie ma w oczach i w odruchach Boski kod. Tego nauczyli wszechwiedzący nauczyciele i praktyczne, codzienne przebywanie wśród wodnych potworów na jeziorze i prehistorycznych zwierząt na lądzie. Potwór błyskawicznie zbliżał się do ofiary, kiedy ich oczy spotkały sie na tych samych liniach spojrzeń. Boski czytnik zadziałał! Olbrzym kłapnał, olbrzymią paszczą, tuż przy głowie Piątego i niemal ocierając się swym olbrzymim cielskiem, majestatycznie odpłynął do swych krokodylich braci, aby uczestniczyć w uczcie na powierzchni rzeki, którą zgotowali żołnierze hrabiego, wrzucając do rzeki - fosy zbirów winnych za napad na podróżnych. Bitwa przed zwodzonym mostem zamku jeszcze trwała, kiedy nasz bohater niesiony nurtem rzeki zostawił za sobą sterczące wysoko nad nim mury obronne zamczyska. Okoliczne góry miały już przyjazne, zaokrąglone kształty, a ciepłe wody rzeki, łagodnymi wśród gór zakolami leniwie zdążały ku morzu. Po czterogodzinnym, intensywnym, wodnym "marszu", Piąty dopłynął do łagodnego, niezbyt skalistego brzegu. Słońce dotykało już szczytów gór i grani, malując szkarłatem niebo upstrzone kolorami chmur i obłoków, które tworzyły mozaikę kolorów niespotykanych w innych rejonach ziemi znanych dla Piątego. Wiedział, że to specyficzny klimat górski zmieszany z deszczowymi lasami i "piętrową" temperaturą jest dla artysty, którym jest słońce, pigmentem do tworzenia bajecznych kolorów nieznanych do końca odczuć emocjonalnych.Wśród mgieł i kolorowych tęcz, góry otworzyły swe serce. Piąty wsłuchiwał się w pozornie martwą ciszę. Cisza, martwa cisza, tylko wewnątrz, gdzieś głęboko w trzewiach skał trwała organizacja nowego życia. Zdjętą wcześniej odzież, przeszkadzającą w nurtach rzeki, a którą płynąc związał w gruby węzeł, starannie wykręcił z wody, kładąc ją na ciepłe jeszcze od słońca skały. Piąty rozejrzał się za pożywieniem. Wśród wyrzuconych przez rzekę gałęzi znalazł długi kij, który zaostrzył w jednym końcu, swoim uniwersalnym sztyletem. Tak uzbrojony wszedł po kolana w wodę wypatrując odpowiednich ryb, wśród bogatej kolekcji gatunków zmiksowanch z pobliskim morzem. Po złowieniu paru niewielkich okazów, uzbierał nieco suchego mchu i chrustu, przygotowując ognisko.Kiedy było gotowe, podpalił suchą podpałkę używając dwóch o odpowiedniej strukturze odłamków skalnych jako krzesiwa. Smakowity zapach pieczonych i przyprawionych górskimi ziołami ryb, niósł się po wodach szerokiej rzeki i ginął wśród skalnych zakamarków gór, drażniąc nozdrza okolicznej, dzikiej zwierzyny. Wysoko, jak duch gór szybował Kondor wypatrując łatwej zdobyczy, aby nakarmić wiecznie głodne pisklęta. - Kondor?...skąd ten drapieżnik wziął się w tym rejonie świata. - Co on chce...co on widzi? - Piąty wydał gardłowy głos, podobny do krzyku tych wielkich…