Filozofia · 9 min czytania
Stworzyć Boga
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Na pierwszy rzut oka pracownia wyglądała normalnie. Zewsząd walające się pędzle i pozwijane płótna, kilka sztalug. Jedna rozłożona z naciągniętym płótnem. Robert wchodząc rzucił bezładnie płaszcz na podłogę. Potem koszulę, spodnie i bieliznę. Włożył miękkie kapcie i stanął przed lustrem oprawionym w ozdobną dębową ramę. Stał tak przez chwilę i wpatrywał się w swe odbicie. - Czyż nie jestem podobny do boga ? – raczej stwierdził niż zapytał – wszakże zostałem stworzony na jego podobieństwo nieprawdaż? – te słowa skierował do pająka który bezczelnie spacerował po lustrze – a kysz ! – ściągnął kapcia i po chwili po pająku została już tylko plama. Podszedł do okna i wyjrzał na zewnątrz. Słońce wiło się po okolicy, gdzieniegdzie przytłumione cieniem chmur leniwie spacerujących po niebie. Termometr wskazywał trzydzieści stopni, ale wolał nie otwierać okna na całego bo jeszcze mógł go ktoś zobaczyć nagiego. - Powiedzą że zboczeniec masturbuje się na parterze – zachichotał. Ponownie popatrzył w lustro. Martwił go jeden szczegół . - Dlaczego dałeś mi takiego małego?! Ha, poczekaj ... poczekaj, na moim boskim autoportrecie będę miał fiuta jak byk hehe. O przepraszam. To ma być bóg, to nie ja lecz ty mój wielki, tak tak .. Będę cię miał u siebie, i nie potrzebne mi jakieś tam dowody na istnienie boga, jakieś kurewskie stygmaty, całuny czy inne pierdoły. Wyobrażasz sobie? Podniósł z podłogi nieco zakurzoną paletę barw. Pomyślał że przydałoby się ją wytrzeć i umyć pędzle. Poszedł w kierunku umywalki z tą myślą. Odkręcił kran i ... i nic. Ani kropli. - Cholera jasna ! Znowu trzeba iść do tej głupiej Kaśki – wziął wszystkie pędzle do kubka, dwie palety pod pachę, klucze od pracowni i wyszedł. Zapukał do drzwi. - Kto tam? - Robert - Co chcesz? - Umyć pędzle - Na pewno? - Na pewno - I nie będziesz chciał żebym ci pozowała? - Nie będę - A dasz mi kasę za ten portret który miałeś sprzedać? - Jeszcze go nie sprzedałem - Wczoraj mówiłeś że poszedł - Ale dzisiaj wrócił. Otwórz te kurewskie drzwi. Chcę tylko umyć te pierdolone pędzle. - To może włożył byś chociaż majtki? – dziewczęcy głos zachichotał za drzwiami Dopiero teraz zauważył że jest nagi. Nie przejął się tym zbytnio. To było nieistotne. Postanowił iść na bezczelnego. - Nie mogę - Czemu? - Bo maluję coś ważnego - Swojego malutkiego jako marcheweczkę? Martwą naturę? Albo spoczywającą naturę? – oko w judaszu zamrugało i ponownie usłyszał chichot. Ten chichot był podejrzany. Jakiś taki nienaturalny. - Nie mam czasu. Jak mi nie otworzysz to pójdę do tej starej z pierwszego piętra. Otworzy mi, dostanie zawału i będę miał wody pod dostatkiem. - No dobra – drzwi uchyliły się i zobaczył dwie postaci. - A to kto? – zapytał i zasłonił swe przyrodzenie paletą. - Moja kuzynka. Przyjechała wczoraj. - Aha. To daj mi trochę wody i spadam. Jak masz na imię? – zwrócił się do dziewczyny mniej więcej w wieku czternastu lat. - Agnieszka. - Słuchaj Agnieszko, czy mogłabyś patrzeć się trochę wyżej, tak na poziomie linii swoich oczu? - Że co? - Nieważne, a może chcesz pozować do portretu bogini zwycięstwa. Chcę namalować Nike, ale wiesz, jakoś nie mogę złapać odpowiedniej twarzy. Ty byłabyś całkiem całkiem – wyszeptał. - Co ty tam syczysz?! – usłyszał z głębi mieszkania. Kaśka była przyzwyczajona do dziwactw Roberta, jego parad z gołym tyłkiem. Zawsze przychodził po wodę nagi i zawsze miał jakieś wytłumaczenie. Nie sądziła żeby ją w ten sposób podrywał, bo zawsze sprawiał wrażenie skupionego, bez cienia rumieńca czy jakiegoś zalotnego uśmieszka – deprawujesz Agnieszkę zapewne ? - Ja? A skądże znowu. Gadamy sobie tak po prostu. Długo mam jeszcze czekać na tę wodę? - Już ci daję – podeszła do drzwi z plastikowym wiadrem – tyle wystarczy? - No mam nadzieję. Wpadnijcie potem to wam pokaże swoje dzieło. Tak wieczorem dobrze? - Zobaczymy. Pewnie znów nie otworzysz bo będziesz w jakimś głupim transie. - To na razie – powiedział i poszedł do pracowni. Zamknął za sobą drzwi i wziął się do mycia pędzli i palet. Usadowił się wygodnie na taborecie przed lustrem. Po prawej stały sztalugi. Ustawił je celowo tak, aby promienie słońca rzucały lekki poblask i grę cieni. - O bogowie!! – krzyknął – Albo nie! – minęła chwila – O Apollo !! Daj mi…