Inne · 12 min czytania
SUKCES
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Chodząc szybko, zbyt mocno pchnęła drzwi łazienki. Uderzyły o framugę odskakując. - Przepraszam – powiedziała wycierając mokre włosy. Drugą ręką podtrzymywała biały ręcznik, okalający szczelnie nagie ciało. - Kotku – zawołała w stronę sypialni. - Tak? – zapytał stając w pidżamie na progu. - Zrób kawkę słonko. Błagam, bo nie zdążę. - Z kromką chlebka?. - Gdybyś mógł. Odwdzięczę się wieczorem. - Dopiero? – Jęknął łapiąc za koniec ręcznika. - Adaś, nie teraz – krzyknęła prawie i podeszła do szafy.
Poczłapał i ustawił czajnik na gazie. - Z czym kanapkę? - Z serem. - Topionym? - Nie, z żółtym. Ustawił talerzyk i pociągnął nożem po chlebie.
Weszła potrząsając jeszcze wilgotnymi włosami. Spojrzał nieśmiało na wyraźne kształty ukrywające się pod bielizną. Podskakiwała wsuwając stopy w czarne szpilki. - Będę miała dzisiaj ciężki dzień. Mamy gości z Francji. Uśmiechnęła się podsuwając filiżankę z kawą. - A ciebie nie nęci zrobienie czegoś? Czy masz zamiar przez resztę życia chodzić w pidżamie i gotować żonie obiady? Mruknął ledwie dosłyszalnie. - Znowu.. Przerwała stawiając głośno filiżankę na blacie szafki. Wyszła na moment, wracając już w pełni ubrana. - Zaciągnij zamek – poprosiła stając do niego plecami. Zadrżała mu ręka, kiedy w palce złapał uszko zamka błyskawicznego i powoli pociągnął. Poruszyła się, jak gdyby układając ciało we wnętrzu sukienki. Patrzył na jej szyję i poczuł zapach ciała. Wyraźnie było cieplejsze niż myślał. Przeszła przez kuchnię stukając szpilkami. - Podziwiam twoje zniechęcenie. - Przeszkadza ci? - Czy nie masz ochoty zrobienia czegoś ponadczasowego, czegoś co wpadnie na zawsze do ludzkich pamięci, nie masz ochoty wyrwać się z marazmu pidżamy i zaszaleć? Milczał ze spuszczoną głową. - Co na obiad? – Zapytała zapinając kurtkę.- Będę koło 17tej. Pocałowała go w czoło. - Bądź mężczyzną. Błagam cię, zrób coś. - Obiad? - Przynajmniej to – westchnęła otwierając drzwi i zaraz zamykając za sobą.
Popukał palcami w blat kuchennego stołu, wstał i podszedł do okna. Nie odsunął firanki. Patrzył długo, jak szła kręcąc śmiesznie biodrami, drobna w zielonej kurtce.
Listopadowy wiatr porywał walające się wokoło żółte liście i zmuszał je do wirującego tańca, który zazwyczaj kończył się tak samo nagle jak zaczynał.
Podniósł się i zrobił krok obserwując zanikający obraz w wiszącym na ścianie lustrze. Zatrzymał się i cofnął, by sprawdzić, czy jego twarz z zaciśniętymi ustami nadal istnieje w głębi lustra. Niestety istniała. - Zrób coś wielkiego, wyrwij się z pidżamy.. – Powiedział obserwując własne odbicie. – Co dziennie to samo. Zrób coś i zrób coś, i zrób coś!
Część 22 / 2
Twarz w lustrze milczała. W oczach odbijało się okno z firanką. Zerknął na zaciśnięte usta, potem odwrócił się i wyjął naczynia ze zlewozmywaka. Przemył je kolejno pod bieżącą wodą i ułożył na aluminiowej suszarce. Wytarł ręce spoglądając na zdjęcie ojca. Wisiało w złotej ramce, trochę przekrzywione, jak by całe mieszkanie nie potrafiło utrzymać pionu. Przesunął je delikatnie i poczuł zadowolenie. Zrobił coś, może nie tak wielkiego jak myślała żona, ale tata był by na pewno zadowolony, bo wisiał idealnie pionowo. Wycierając dłonie o fartuch, który założył przed myciem naczyń, ruszył w stronę korytarza. Spojrzał w kolejne lustro. Wszystkie były pomysłem żony, poleciła zawieszenie ich ile się dało, w różnych punktach mieszkania. Zerkała w nie podczas kolejnych etapów wychodzenia do pracy. Ostatnie, największe wisiało tuż przy drzwiach wyjściowych.
- Kiedyś byłeś inny – doleciało zza mebli – potrafiłeś próbować zdobywać świat, wpadałeś na najdziwniejsze pomysły. A teraz? – Szept zawisł w próżni. - A teraz gotuję obiady – mruknął zdejmując fartuch. Rzucił nim ze złością w kierunku kosza z brudną bielizna. - Jutro będzie ogórkowa? - Ogórkowa? – Pytanie padło zza szafy, albo zza kosza. - Pojutrze krupnik, a może barszcz. - A jarzynowa? Chi, chi, jarzynowa.
Ze złością pchnął drzwi od łazienki. - Gdyby ciebie zwolnili z pracy, też byś gotował?– Zapytał z naciskiem. Potem spojrzał w kolejne lustro. Zmarszczki pod oczami stały się wyraźniejsze. - Dla mnie już nie ma pracy. Będę teraz gotował żonie, która robi karierę. - Żadnych ambicji? - Jakich ambicji? Na co ma szansę pięćdziesięcioletni facet? Na częste wizyty w Urzędzie Pracy, czy raczej u urologa? - A tak szczerze. Nic już nie chcesz od życia? Zdobyłeś koronę świata i masz prawo do odpoczynku? Nie chcesz zrobić czegoś ekstra?
Zadzwonił telefon. Poszperał w kieszeni i podniósł aparat. Wyświetliła się roześmiana twarz Magdy. Jakoś, to go nie ucieszyło. Co raz częściej wracała późno, odwoływała wspólne obiady, miała swoje sprawy zajmujące ją od rana do wieczora. - To ty? Halo – odezwał się. - To ja Piotr. - Piotr? - Tak. - Jaki Piotr? Tamten milczał i chwilę trwała nerwowa cisza. - Dlaczego dzwonisz z telefonu Magdy, mojej żony? Chwilę czekał na odpowiedź. W słuchawce trwała cisza. - Halo! – Powiedział z naciskiem. – Kto mówi? – Zapytał w nadziei, że to pomyłka. - Piotr. - To już wiem. Dlaczego z telefonu mojej żony? - Pozwoliła mi zadzwonić. Nie mam własnego telefonu.
Znowu zaległa cisza. Dziwne myśli przebiegły przez głowę. Zrobił kilka kroków i stanął przy oknie. - Piotr? Listopadowy dzień nabrał dodatkowego zamglenia, dzięki spojrzeniom przez gęstą firankę. Chwile trwała cisza. - Nie obawiaj się, że inni będą zasmuceni. - O czym mówisz? - O tobie. Jesteś gotowy?
Spłukał dłonie i wyjął z woreczka włoszczyznę. Aparat telefoniczny podtrzymywał wygiętym ramieniem, dociskający go do ucha. - Piotr? - Tak. Wszystkie warzywa okazało się obrane i wystarczyło, że pokroił w kostkę. Sięgnął po garnek, nalał wody i postawił na kuchence. Pstryknął gaz, który strzelił lekko na pomarańczowo, potem przybrał kolor błękitnego płomyka. - Szczerze? - Tak.