Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Horror · 51 min czytania

Suknia

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

SUKNIA

Energicznie odsunęła się od komputera i odchyliła głowę. Mocno, najpierw do tyłu, później kilkakrotnie na boki, aby ulżyć karkowi i zdrętwiałym mięśniom pleców. Wielogodzinne siedzenie przed komputerem dawało się we znaki. Agata westchnęła głośno i pomasowała kciukami piekące oczy. „Sama chciałaś, kochana” – pomyślała przelotnie. – „Samo nic się nie zrobi, trzeba być czujnym i trzymać rękę na pulsie”. Powtarzając w duchu te słowa, poprawiła się kilkakrotnie na krześle, próbując znaleźć mniej niewygodną pozycje, chociaż po tak długim ślęczeniu przez monitorem każda wydawała się uciążliwa. Odruchowo spojrzała w prawo, w kierunku sypialni. Jacek już dawno spał, od początku nie wykazywał zbytniego entuzjazmu dla pomysłu żony, chociaż Agata musiała szczerze sama przed sobą przyznać, że i nie zniechęcał jej jakoś specjalnie, ba! Starał się nawet pomagać, na swój sposób, rzecz jasna. Początki były trudne, jak zawsze. Po skończeniu studiów ani Agata, ani Jacek nie mieli – jak większość ich rówieśników – sprecyzowanego planu na życie. Wiedzieli jedno: że chcą być razem, więc pobrali się, nie zważając zbytnio na kąśliwe uwagi rodziny, pełne niedowierzania komentarze koleżanek i kolegów, „że jak to tak? Bez porządnej – w domyśle - dobrze płatnej pracy? Bez własnego mieszkania? Bez samochodu i konkretnych perspektyw?” Może właśnie dlatego, na przekór prawie wszystkim, jeszcze postarali się o przyśpieszenie daty ślubu. Na domyślne uwagi znajomych reagowali zazwyczaj wzruszeniem ramion. Pomysł, jak to zwykle bywa, przyszedł Agacie sam do głowy, najzupełniej niespodziewanie. Biegając po urzędach, załatwiając przedślubne formalności, pewnego dnia stanęła przed, banalnym zdawałoby się, problemem: na czym poda jeść i pić zaproszonym gościom weselnym? Z racji niezasobnego portfela przyjęcie weselne organizowali sami w wynajętej sali. Mimo dość drastycznej, wymuszonej okolicznościami, selekcji, lista zaproszonych osób, „tych-które-muszą-być” i tak okazała się imponująca. I pojawił się dylemat: skąd sztućce? Zastawa? Szklanki, kieliszki? W pewnym popłochu, bo czasu zostało już niewiele, odwiedzili kilka wypożyczalni zastawy stołowej, przeszperali Internet i ostatecznie znaleźli odpowiadającą im firmę, ale to właśnie wtedy Agacie zaświtał pomysł: a gdyby tak samemu otworzyć podobną wypożyczalnię? Minęło jednak trochę czasu zanim wróciła do konceptu. Stosunkowo szybko po ślubie Jacek znalazł niezłą pracę i powoli acz skutecznie zaczął się piąć w hierarchii korporacji. To dało im pewną stabilizację, umożliwiło wzięcie kredytu hipotecznego i zapewniło względny spokój oraz bezpieczeństwo. Ale Agata dość szybko przekonała się, że rola „pani domu” niespecjalnie jej odpowiada. Chciała być aktywna, chciała działać, być samodzielna i niezależna, choćby nawet z początku, na niewielką skalę. Z braku lepszego pomysłu wróciła do idei wypożyczania zastawy stołowej. Początki były niezachęcające. Najpierw koszty, koszty, koszty… Dopiero w trakcie rozkręcania interesu okazało się, że popyt na tego typu usługi jest mniejszy niż się Agacie wydawało, a konkurencja w branży większa. Do tego dochodziły trudności w przebiciu się do potencjalnych zainteresowanych, rozreklamowaniu usługi, stworzeniu bazy własnych, zadowolonych klientów gotowych polecać usługę Agaty dalej. Poza tym, co rusz okazywało się, że czegoś jej brakuje w ofercie, że nie ma żądanego asortymentu. Agata zaciskała jednak zęby, starała się nie poddawać zwątpieniu i zniechęceniu. Na tym etapie bardzo pomógł jej Jacek. Bardziej psychicznie, w wymiarze raczej mentalnym, choć, jak trzeba było, a miał możliwość, nie uchylał się nawet od roli szofera – dostawcy. Stopniowo profil działalności zaczął się krystalizować. Ponieważ Agata, pomna własnych doświadczeń, skupiła się przede wszystkim na obsłudze wesel, siłą rzeczy, stosunkowo szybko rozszerzyła usługę o wypożyczanie strojów ślubnych, szczególnie sukien. I to był strzał w dziesiątkę. Okazało się, że popyt na oryginalne w wykonaniu, nietypowe suknie ślubne jest ogromny. Oczywiście, zawsze zostawały domy mody, europejskie kolekcje, projekty sygnowane przez uznanych kreatorów i tak dalej, tu jednakże zazwyczaj nieprzekraczalną barierą była cena. Agata dość szybko zorientowała się, iż oferując do wypożyczenia niebanalną, oryginalną suknię ślubną za niewielki procent jej wartości sklepowej na przykład, trafiła w doskonałą niszę biznesową i świetnie się sprawdzała szczególnie w przypadku młodych Par Młodych, którzy zazwyczaj mocno przerażeni i podłamani poniesionymi już wydatkami z niekłamaną ulgą i radością przyjmowali fakt, że Panna Młoda może wyglądać naprawdę wystrzałowo za niewielką – stosunkowo – opłatę. Takie ukierunkowanie pociągnęło za sobą, oczywiście, zmiany działalności. Agata stopniowo rezygnowała z wypożyczania zastawy, skupiając się coraz bardziej tylko na sukniach i dodatkach do nich. Po uważnej analizie przychodzących klientów, zrezygnowała również prawie całkowicie z usług dla mężczyzn. Jej ambicją stało się stworzenie salonu, gdzie przyszła mężatka mogłaby spokojnie pogrymasić, powybierać spośród oferowanych propozycji, swobodnie i bez pośpiechu poprzymierzać suknie, przedstawić własne propozycje i sugestie. Takiego salonu, gdzie zestresowane i zagonione kobiety mogłyby napić się kawy, porozmawiać z właścicielką, a nawet poplotkować czy wręcz zwierzyć się z własnych obaw i niepokojów. Agata konsekwentnie zaczęła realizować swój zamysł. Przerobiła całkowicie wypożyczalnię, zatrudniła dwie doskonałe krawcowe, zainwestowała sporo w chwytliwą i oryginalną reklamę. Zleciła wykonanie profesjonalnej strony internetowej, umożliwiła kontakt on-line, śledziła na bieżąco aktualne trendy i kierunki w modzie ślubnej. Nawiązała kontakt i współpracę z najbardziej znanym wróżbitą w mieście, który na życzenie Pary Młodych, układał małżeńskie horoskopy. Interes zaczął się dynamicznie rozwijać. Nawet Jacek, który z początku patrzył na wszystko nieco ironicznie i z dystansem, przyznał kiedyś, że nie spodziewał się takiego rozwoju sytuacji i jest mocno zaskoczony rozkwitem biznesu żony. Ale Agata poszła jeszcze o krok dalej. Zaczęła pilnie i regularnie śledzić aukcje internetowe, przeglądać serwisy i portale sieciowe polując na okazje. Przekonała się, że będąc czujnym i zdecydowanym można było trafić na bardzo atrakcyjne oferty. Spora liczba świeżo upieczonych mężatek pozbywała się kreacji, często za naprawdę niewielkie pieniądze. Po kilku początkowych, nietrafionych zakupach, Agata nauczyła się wyszukiwać nietypowe oferty, oryginalne, szyte na zamówienie i często według niestandardowych projektów suknie, kreacje niepowtarzalne i niezwykłe. Takie okazje nie trafiały się często, fakt, ale jeśli już, zakup najczęściej okazywał się wart poświęconego czasu. Jak i ceny. Klientki przekazywały miedzy sobą informację o salonie Agaty, chwaląc atmosferę w nim panującą, duży wybór, fachową i życzliwą poradę oraz umiarkowane przystępne ceny. Zaczęły pojawiać się już nie tylko studentki czy młodziutkie kobiety, przychodziły już panie dojrzalsze, często o ustabilizowanej pozycji zawodowej, które bez problemu mogły pozwolić sobie na kupno dowolnej kreacji ślubnej, ale pojawiały się skuszone wizją pokazania się w tym szczególnym dniu w całkowicie oryginalnej, niepowtarzalnej sukni. Najczęściej wychodziły od Agaty zadowolone, nierzadko bywało, iż utrzymywały dalszy kontakt, dzwoniły z informacjami o urodzeniu dzieci, przeprowadzce do własnego domu czy awansie w pracy. Agata powtarzała niekiedy żartobliwie, że ma szczęśliwą rękę. Odsunęła się jeszcze bardziej od komputera i ponownie przetarła oczy. Dość na dzisiaj! Wystarczy! Nic tego dnia nie wypatrzyła, choć sumiennie przeszperała całe Allegro, e-Bay i kilka podobnych serwisów, nie zapominając o kilku specjalnych stronach ogłoszeniowych, poświęconych wyłącznie tematyce sukien ślubnych. Wyłączyła komputer, przeciągnęła się energicznie aż słyszała jak jej trzaska w kościach i już śpiesznym krokiem podążyła do sypialni.

* Cały dzień, równo od otwarcia salonu, Agata zwijała się jak w ukropie. Zbliżały się Święta Bożego Narodzenia, szczyt sezonu ślubno-weselnego. Przychodziły klientki wcześniej umówione, zaglądały zupełnie przypadkowe, skuszone ładną witryną, telefon dzwonił prawie bez przerwy. Agata starała się z każdą klientką chwilę porozmawiać, wysłuchać najnowszych wieści z przygotowań weselnych, odpowiedzieć na pytania - Pani Agatko, kiedy będzie miała pani coś nowego?... - Pani Agatko, mówiła pani o jakiejś wystrzałowej sukni?... - Pani Agatko, a z przyniesionych wzorów Pani szyje?.. Na wszystkie tego typu pytania Agata miała odpowiedź. Niewiele obiecującą, niewiele mijającą się z prawdą, taką akurat w sam raz. - Kochane Panie, pod koniec tygodnia powinno pojawić się coś naprawdę extra, niczego nie mogę obiecać, rozumiecie panie, ale finalizuję teraz pewną obiecującą transakcję… To była wypróbowana metoda, klientki były zadowolone, a gdy przychodziła pora na którąś z nich, a zapowiadanej, wystrzałowej kreacji nie było i tak wpłacały zaliczkę i brały wcześniej zarezerwowaną suknię, „bo przecież nie zawsze wszystko układa się tak, jakbyśmy chciały, prawda?” Wieczorem Agata dosłownie padała z nóg, jak dojechała już do domu, pierwsze co zrobiła to położyła się na kanapie w salonie, tak jak stała, tylko buty zrzuciła z opuchniętych stóp, solennie obiecując sobie, że co najmniej najbliższe pół godziny poświęci na absolutne nic nierobienie. Na szczęście Jacek wyjechał na jakąś konferencję czy szkolenie, więc nie czuła się w obowiązku krzątania się przy kuchni, czy robienia chociażby herbaty. Nawet nie spostrzegła, kiedy zdrzemnęła się. Gdy otworzyła oczy, zorientowała się instynktownie, że odpoczywała z pewnością dłużej niż pół godziny. Rzut oka na zegar upewnił ją w tym przypuszczeniu. Godzinę później, odświeżona po ciepłym prysznicu, po lekkiej kolacji z kubkiem herbaty obok, siedziała przed komputerem. Wiedziała, że niezależnie od zmęczenia, nawału obowiązków czy ilości bieżącej pracy, nie może zaniedbać codziennego polowania – jak to nazywała. Czasami zastanawiała się czy to jeszcze tylko praca, czy już wręcz uzależnienie od codziennego szperania w Internecie, od delikatnego acz silnego dreszczyku emocji, który pojawiał się zawsze, ilekroć otwierała interesujące ją ogłoszenie. Ale dzisiaj, tak jak w kilku poprzednich dniach, nie miała szczęścia. Żadna z potencjalnych ciekawych ofert nie zadowalałaby Agaty na tyle, żeby dołączyć do licytacji. Zniecierpliwiona, nieco rozdrażniona z powodu poczucia zmarnowania czasu, obiecała sobie, że jeśli w ciągu najbliższego kwadransa nie natknie się na żadną, wartą zatrzymania się ofertę, wyłączy komputer i przynajmniej tego wieczoru położy się spać o względnie przyzwoitej godzinie. I właśnie dokładnie wtedy, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, spostrzegła intrygujący anons: {i}Tanio sprzedam kreację ślubną przynoszącą pecha.{/i} Agata aż się uśmiechnęła na widok ogłoszenia. „Co za bzdury? Chociaż… niezły chwyt marketingowy” – pomyślała po chwili z mimowolnym uznaniem. Zaciekawiona kliknęła ofertę, chcąc zapoznać się ze szczegółami. A gdy zerknęła na zdjęcie wystawionej na sprzedaż sukni aż westchnęła. To był krawiecki majstersztyk! Dopasowana jedwabna góra, udrapowana na biodrach, z tiulową mgiełką spódnicy. Cudo! Już rozemocjonowana, podekscytowana przewinęła stronę do góry, wewnętrznie nastawiając się na - z pewnością - zaporową cenę takiego cudeńka. I aż odruchowo przetarła oczy, gdy zobaczyła cyfry. 500 zł! Coś było nie tak! Albo trafiła rzeczywiście na autentyczną okazję, albo, co prawdopodobniejsze, w ofercie ukryty był jakiś haczyk. Agata gorączkowo przepatrzyła całe ogłoszenie, przeczytała dokładnie cały opis, który składał się zresztą tyko z widzianego wcześniej anonsu, oraz danych sprzedającego, szukając pułapki. Cena podobnych modeli sukien zaczynała się od kwoty dziesięciokrotnie wyższej niż ta podana tutaj. Nie znalazła nic niepokojącego. Nie było ceny minimalnej, co oznaczało, że suknia rzeczywiście jest do wzięcia za owe pięćset złotych, nieco dziwił fakt, iż była jedyną osobą licytująca, ale wytłumaczyła to sobie swoją słynną już czujnością i refleksem w biznesie. Niespotykane było również ujawnienie w ofercie bezpośredniego telefonu do sprzedającego. Agata zdecydowała się błyskawicznie. Takich okazji nie wypuszcza się z ręki! Zerknęła na zegarek, było już późno, ale jeszcze nie tragicznie, złapała komórkę i szybko wystukała podany na stronie numer telefonu. - Halo? – spokojny, cichy głos kobiecy po drugiej stronie. - Dobry wieczór pani. Ja dzwonię w sprawi ogłoszenia na Allegro, dotyczącego sukni ślubnej. Czy to jest jeszcze aktualne? - Jak najbardziej. - Mam też pytanie dotyczące ceny… - Ach tam, miałam już dwa telefony w tej sprawie – kobieta przerwała Agacie w pół słowa – to nie pomyłka, cena faktycznie wynosi pięćset złotych. Czy jest pani zainteresowana? - Nawet bardzo! – Agata nie mogła się powstrzymać z wyrażeniem spontanicznego entuzjazmu – Jak i gdzie mogłabym dokładniej obejrzeć suknię? - Jestem cały czas w domu. Można przyjechać o dowolnej porze. Jeśli ma pani coś do pisania pod ręką, podyktuję adres…

*

- Chciałabym być w porządku, proszę pani. – Drobna blondyneczka mówiła cichym, spokojnym głosem. – Ta suknia ma około dwudziestu pięciu lat i rzeczywiście przynosi pecha. Agata mimowolnie żachnęła się, słysząc kolejny raz – irracjonalną według niej – charakterystykę. Siedziały dwie w głównym pokoju niewielkiego mieszkanka w wielopiętrowym bloku. Gospodyni zaproponowała kawę, Agata chętnie przystała i teraz siedziały przy szklanej ławie a przedmiot rozmowy i transakcji, suknia – marzenie, leżała rozpostarta na wersalce obok, tam gdzie do prezentacji rozłożyła ją właścicielka. Agata obejrzała ją dokładnie, jedwab okazał się gruby, mięsisty, a na tiulowej, marszczonej spódnicy nie było żadnego śladu upływającego czasu. Kreacja ozdobiona była perłami, z których część poginęła widać podczas użytkowania. - Pani mi nie wierzy, widzę i rozumiem – blondynka ciągnęła wątek. - Nie będę Pani przekonywać ani udowadniać, że to dziwna, co najmniej dziwna suknia. Kiedyś przyszyte były do niej prawdziwe perły, ale z biegiem czasu część z nich odpadła i zaginęła. Myślę, że te, co zostały, wróżą przyszłym Parom Młodym nieszczęście. Bo perły przynoszą pecha, wie pani o tym? Blondynka spojrzała Agacie prosto w oczy i najwyraźniej czekała na odpowiedź. - Tak… to znaczy, słyszałam gdzieś, że oznaczają łzy, ale…. - Przynoszą nieszczęście – dobitnie wyartykułowała blondyneczka. – Jeśli rozsypią się w dniu ślubu, mężatkę faktycznie czeka mnóstwo wylanych łez. Jeśli kilka z nich zginie, związek nie utrzyma się długo i skazany jest na niepowodzenie… Agata słuchała z rosnącym zniecierpliwieniem. - „Po co ona mi to wszystko mówi?” - Pomyślała. – „Chce mnie zniechęcić? To w końcu sprzedaje tę suknię czy nie?” - Odkupiłam ją od dziewczyny, która półtora roku po ślubie poważnie zachorowała. Mąż okazał się zwyczajnym fiutem, zostawił ją i odszedł do innej. Dziewczyna załamała się, przestała walczyć i w zeszłym roku zmarła. Ja…. – blondynka zawahała się na moment - … zostałam sama z synkiem. Mój mąż jest na Wyspach, pojechał na kontrakt, tam znalazł sobie inną, zadzwonił, że nie wraca… Kobieta mówiła jednostajnym, monotonnym głosem, ale może właśnie to sprawiło, że Agata poczuła się nieswojo. Mimowolnie zerknęła na rozpostartą obok suknię. Blondyneczka podążyła za jej wzorkiem i leciutko pokiwała głową, jakby sama sobie przytakiwała. - Całkiem niedawno suknia zadziałała po raz trzeci. Pożyczyłam ją swojej najbliższej przyjaciółce. Nie chciałam, ostrzegałam, mówiłam, tłumaczyłam, ale… - blondyneczka machnęła dłonią w geście rezygnacji – tak się uparła, tak nalegała…śmiała się z moich opowieści i powtarzała, ze to zabobony, bzdury, że w XXI wieku takie rzeczy się nie zdarzają…- przerwała na chwilę, uniosła rękę do oczu. – Do dziś nie mogę sobie darować, że uległam – w głosie blondynki dźwięczał wyraźny smutek. - Dwa miesiące temu, oboje z mężem mieli poważny wypadek samochodowy – podjęła po chwili opowieść. – Cudem wyszli z niego cało, choć moja przyjaciółka nigdy nie będzie już swobodnie chodzić. I nigdy nie będzie miała swoich dzieci… - Blondynka znów spojrzała prosto w oczy Agaty. – Proszę pani, to nie mogą być przypadki, ta suknia przynosi nieszczęście, wiem o tym! Nie mam odwagi jej zniszczyć ani wyrzucić. Dlatego zdecydowałam się na sprzedaż, choć boję się też o panią. Ale uczciwie mówię, co się działo i już postanowiłam, że pieniądze przeznaczę na mszę w intencji spokoju duszy jej pierwszej właścicielki oraz zdrowia mojej przyjaciółki. To co, decyduje się pani? Oczywiście! Choć Agata słuchała z pewnym zaciekawieniem opowieści i współczuła kolejnym właścicielkom sukni, ani przez chwilę nie wahała się z decyzją kupna. Wszystkie te wydarzenia to zwyczajne zbiegi okoliczności, ludzie chorują, mają wypadki, małżeństwa się rozpadają. Ot, samo życie! A suknia była piękna, w ogóle niezniszczona. Mimo pozornej obfitości materiału wydawała się lekka jak piórko, choć gdy Agata zapłaciła już i pakowała cudo z jedwabiu i tiulu do torby, wydawało jej się, że suknia pachnie czymś… niepokojącym. - „Ach, udzieliła mi się sugestia” – pomyślała przelotnie.

*

W ciągu trzech dni Agata przywróciła suknię całkowicie do dawnej świetności. Powierzyła ją swojej najlepszej krawcowej, która zręcznie poprawiła kilka niezdarnie zszytych rozdarć, porządnie przytwierdziła chwiejące się perły a nawet doszyła zawadiacką różyczkę na ramiączku z kawałka wynalezionego gdzieś na bazarze, identycznego w kolorze i fakturze jedwabiu. Suknia prezentowała się olśniewająco, gdy Agata układała ją na manekinie, na centralnym miejscu salonu. - Jesteś piękna - wyszeptała bezwiednie, poprawiając ostatnie fałdki.

*

Efekty nowego nabytku przyszły nadspodziewanie prędko. Już dwa dni po wystawieniu, suknia znalazła pierwszą chętną. Młoda dziewczyna, podekscytowana i rozgorączkowana wzięciem ślubu, przyszła do salonu zaraz po jego otwarciu. Natychmiast spostrzegła kreację i tak się nią zachwyciła, że nie chciała słuchać o żadnej innej. Agata z początku próbowała młodej, przyszłej mężatce zasugerować coś tańszego, cena za wypożyczenie cudownej sukni była bowiem mocno wygórowana. Mając kilka przykrych doświadczeń, Agata niepokoiła się czy młoda dziewczyna sprosta finansowo. Nigdy nie starała się drenować kieszeni swoich klientek, szczyciła się tym, że swój biznes prowadzi uczciwie i rzetelnie, i często powtarzała, że, być może, to właśnie jest jedną z przyczyn sukcesu. Ale młoda dziewczyna, zauroczona suknią, nawet nie chciała przymierzyć innej. Ostatecznie Agata skapitulowała. - „W końcu, niech płaci” – pomyślała – „Suknia jest tego warta” Dziewczyna nie mogła napatrzeć się swojemu odbiciu. Nawet Agata musiała przyznać, że ta skromna studentka, nosząca się na co dzień na sportowo, wyglądała w sukni jak prawdziwa dama. - Mam nadzieję, że do ślubu zdążę schudnąć – studentka obracała się przed lustrem to w lewo, to w prawo. - Pani Kasiu, nie ma potrzeby – Agata zawsze starała się zwracać do klientek imiennie, to wytwarzało nastrój pewnej zażyłości, zdecydowanie ocieplało atmosferę oraz pomagało negocjować ceny. Ostatecznie ślub to nie byle jaka okazja, warto trochę wykosztować się na taki dzień aby wyglądać wyjątkowo. - Proszę spojrzeć, pani Kasiu – Agata podeszła bliżej do klientki. – Rozmawiały same w salonie, było jeszcze zdecydowanie za wcześnie na większy ruch. – Niech pani zobaczy z boku jak pięknie eksponuje biust, prawda? I długość idealna, wydłuża nogi optycznie, do tego dojdzie fryzura…. Będzie pani cudownie wyglądać, pani Kasiu, naprawdę! – Agata mówiła to autentycznie szczerze, bo też i suknia leżała na studentce jak marzenie. - Wie pani, chciałabym żeby ślub był romantyczny, dlatego wybraliśmy maj, miesiąc zakochanych. Mój chłopak pochodzi z Kazimierza, ceremonia będzie w tamtejszym kościele, później zaprosiliśmy gości do najlepszej restauracji w mieści na obiad, a my wie pani, co robimy?- I nie czekając na odpowiedź klasnęła w dłonie – Spakujemy plecaki i wyjeżdżamy w podróż poślubną, w Bieszczady. Całkiem sami, tylko we dwoje. Będzie cudownie! – Zaśmiała się na głos i okręciła na pięcie. Tiul sukni lekko zafurkotał przy piruecie. Agata uśmiechnęła się - I będzie pani cudownie wyglądać. Po chwili inkasowała od studentki pokaźną zaliczkę i wpisywała ją do zeszytu rezerwacji. Do salonu wchodziła właśnie następna klientka. Agata serdecznie pożegnała się ze studentką i szybko zapomniała o rozmowie. Zbyt dużo takich prowadziła i zbyt dużo wysłuchiwała podobnych historii, aby pamiętać każdą z nich dokładnie.

*

Ale swój debiut suknia miała wcześniej. Zaraz następnego dnia pojawiła się u Agaty kolejna młoda kobieta. Była w trzecim miesiącu ciąży i brzuszek powoli stawał się widoczny. Przymierzyła kilka modeli, ale każdy z nich nie mógł zatuszować jej odmiennego stanu. Dopiero, gdy założyła jedwabną suknię okazało się, że wygląda idealnie. Kobieta zdecydowała się od razu i choć stropiła się wyraźnie po usłyszeniu ceny, nie zmieniła już zdania. Termin ślubu był tuż, tuż a ona miała jeszcze mnóstwo spraw do załatwienia. To ostatecznie przeważyło i klientka wpłaciła od razu całą kwotę. Agata była bardzo zadowolona. Suknia przyciągała wzrok i zdarzało się, że do salonu wchodziły kobiety tylko po to aby obejrzeć z bliska kreację i żartobliwie ponarzekać, że pospieszyły się z własnymi ślubami, czy roztrząsać zagadnienie ewentualnego rozwodu tylko po to, aby ponownie wziąć ślub, koniecznie w jedwabnej sukni. Interes się kręcił, Agata gratulowała sobie szczęśliwej ręki do zakupów, nawet rzadziej zaglądała do Internetu jakby nie wierząc, że może jeszcze znaleźć lepszą bądź porównywalną ofertę. Zeszyt z rezerwacjami pęczniał, suknia zajmowała w nim poczesne miejsce. Jedno zawsze zadziwiało Agatę. Nie zdarzyło się nigdy, aby któraś z kobiet wyglądała źle w sukni. Każda zachwycała się krojem, tym, że świetnie leży, wyszczupla sylwetkę. Kreacja doskonale układała się, nigdy nie okazała się za krótka czy za długa. Nie była za szeroka bądź za wąska. Zawsze eksponowała dobre elementy figury, tuszowała mankamenty. Klientki były zachwycone, Agata również. W ciągu trzech miesięcy wypożyczyła suknię dobrych kilka razy i mimo drobnych napraw oraz chemicznego czyszczenia suknia wciąż wyglądała olśniewająco. Jej powodzenie i trwałość Agata przypisywała zręczności uszycia i znakomitej jakości materiałowi. Suknię wypożyczyła znana modelka, która właśnie stała u progu kariery aktorskiej. Jak zwykłe kreacja wyglądała tak olśniewająco, że zdjęcie ze ślubu modelki trafiło na okładkę poczytnego magazynu dla pań. Lepszej reklamy Agata nie mogła sobie wymarzyć, zwłaszcza, że gwiazda wybiegów napomknęła w którymś wywiadzie, komu zawdzięcza swój olśniewający wygląd na ślubie. Zresztą w ramach swoistej, dodatkowej gratyfikacji za trafny wybór, modelka sprezentowała właścicielce salonu powiększone zdjęcie z okładki. Agata oprawiła fotografię i powiesiła w widocznym miejscu, obok sukni, jako żywy dowód powodzenia jej kreacji. To posunięcie zwiększyło i tak spore zainteresowanie suknią, jedwabne cudo zamówiła pani adwokat, później skusiła się na nią doskonale prosperująca instruktorka jazdy konnej, prowadząca własną szkołę hippiczną. Apogeum i ukoronowaniem popularności sukni stała się nietypowa wizyta mężczyzny w salonie Agaty. Ten bogaty i znany biznesmen owdowiał kilka lat wcześniej. Teraz, dowiedziawszy się, sobie tylko znanymi kanałami o pięknej sukni, przyszedł do Agaty zweryfikować opowieści na miejscu. Okazało się, że w niedługim czasie planował ożenić się powtórnie i chciał samodzielnie zorientować się w sytuacji. Skończyło się na tym, że Agata umówiła się przez biznesmena z przyszłą panną młodą, a gdy doszło do spotkania, wiadomo już było, że wybór sukni został przesądzony. Nawet Jacek widząc i słysząc o powodzeniu dwudziestopięcioletniej, używanej sukni ślubnej, kręcił z niedowierzaniem głową, ale z zapałem rozgłaszał, jaką ma sprytną i zdolną w interesach żonę.

*

Tego dnia Agata przyszła do salonu wcześniej niż zwykle. Chciała uporządkować nieco dokumenty, posprawdzać spokojnie zamówienia i rezerwacje, bo ostatnimi czasy miała wrażenie, że żyje w coraz większym pędzie i zaczyna tracić kontrolę nad wydarzeniami. Siedziała na zapleczu, popijała kawę, przeglądała powoli zeszyt rezerwacji. W tle grało radio a Agata delektowała się brakiem pospiechu i konieczności robienia kliku rzeczy na raz: pilnowaniem harmonogramu, doradzaniem klientkom i nierzadko jednoczesną rozmową telefoniczną. Właśnie wtedy usłyszała sygnał dzwoniącego aparatu. - „O tej porze?” – Pomyślała zaskoczona i odruchowo zerknęła na zegarek – „Kto to?” Przecież wiadomo, że jeszcze zamknięte… – a może to coś z domu?” – błysło jej w głowie i już w pośpiechu, zaniepokojona podniosła słuchawkę. - Tak słucham? - Dzień dobry, pani Agato. Jak to dobrze, że panią zastałam, prawdę powiedziawszy zastanawiałam się czy nie za wcześnie, ale… - Zaraz, zaraz – Agata przerwała nieznajomej- przepraszam, ale nie do końca rozpoznaję z kim rozmawiam, głos, co prawda znajomy… - Och, to ja przepraszam, nie przedstawiłam się, z tego wszystkiego. Mówi Katarzyna Kucharczyk, nie wiem, czy pani mnie pamięta, miałam zamówioną wspaniałą suknię… Katarzyna Kucharczyk? Ach, ta młoda studentka, która planowała wziąć ślub w Kazimierzu… - Ja bardzo przepraszam, wiem, że to niespodziewane i pewnie psuję pani harmonogram, ale ……

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Suknia — czytnik · opowiadania