Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Horror · 21 min czytania

Super-Zgniłek

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

* Droga mięsa *

W pewnej starej, zapleśniałej krypcie, w brudnej, wilgotnej mogile leżał pewien trup. Nie był to jednak zwyczajny trup. No może czuć go było ziemią i rozkładem, ale na pewno nie był jednym z tych śmierdzących padliną, rozkładających się truposzy, z przerostem tkanki rogowej na palcach i włosami niczym wokalista Kiss. Ten trup był zupełnie inny. Jego martwe ciałko okrywała biała, wykrochmalona koszula z żabotem. Na nóżkach miał niebieskie dżinsy i wysokie skórzane obuwie. Leżał wygodnie w skórzanym płaszczu, a na piersi spoczywał jego kapelusz. Czemu jednak ten trup był inny niż wszystkie? No cóż. Jednoznaczna odpowiedz jest tak banalna, że udzielenie jej nie ma sensu. Powiem zatem, że był to trup wyjątkowy. Kiedy otworzył oczka osadzone głęboko w jego trupiej twarzy szybko zorientował się gdzie jest. Ze zgrzytem odsunął pokrywę mogiły, ukrywając swe oblicze w cieniu kapelusza, radośnie z niej wyskoczył. - Ja znowu żyje... – szepnął ironicznie swoim trupim głosem. Kiedy jednak dostrzegł stojące w koncie mauzoleum zardzewiale widły, jego buzię rozświetlił szalony uśmiech zadowolenia. Chwycił narzędzie w swoje skostniałe dłonie i zarechotał. Krypta była dość obszerna. Były tam jeszcze dwa groby wiec bez zastanowienia zepchnął nogą jedną i drugą pokrywę. W jednym z dołów dostrzegł wśród szczątków paczkę flar do pistoletu sygnalizacyjnego. No tak, przecież każdy zabiera cos takiego do grobu – pomyślał i ochoczo wepchał sobie naboje do kieszeni. Ruszył ku wyjściu. Kiedy otworzył wrota mauzoleum okazało się, że jest na cmentarzu. Zaskakujące ale jednak prawdziwe. Już miał skierować się ku dróżce prowadzącej w dół kiedy z ziemi przed nim poczęło się coś gramolić. Stał chwile wpatrzony, jak truposz wygrzebuje się spod gleby, a potem chwycił mocno widły i ruszył ku niemu. O dziwo bydlak był bardzo silny. Nie wiedzieć skąd miał w ręku siekierę, widocznie lokalny folklor nakazywał chować zmarłych z ciekawymi przedmiotami, kilka razy dziabnął naszego bohatera w klatę. I mimo, że ten poszatkował go widełkami, jak sitko od konewki to truposz podnosił się, aż nasz przyjaciel nie urwał mu łba. Wtedy to dopiero umarlak umarł na dobre. - Ach... – rzekł nasz nieżywy do niedawna kolega – piękny idzie poranek. I zanucił melodyjne la la la la la la la la. Schylił się nad bezgłowym truposzem i wyciągnął mu z klaty serce. Kiedy je ujął w dłoń zaczęło ono więdnąć, kurczyć się i szarzeć. Równocześnie rany w jego ciele zasklepiały się, a oblicze nabierało młodzieńczego rumieńca. Kiedy organ zamienił się w proch ruszył dalej. Jednak coś tknęło go i odwrócił się ku żywopłotowi, który odgradzał cmentarzyk od reszty świata. Część jego była wyjątkowo jasna, a właściwie mniej zwiędła. - O, mały sekrecik – szepnął z uśmieszkiem ukazując białe ząbki. Podszedł tam i przedarł się przez krzaczory. Za nimi była ukryta mogiła. Pusta oczywiście. Widać nie tylko on lubił czasem sobie pochodzić po okolicy. Na kamiennej płycie widniał wyryty kruk oraz miano właściciela: Eryk Drawen, ale najciekawsze było w środku. Spod czarnej gleby wystawał mały, niebieski kształt. Jakby miniaturowa tarcza. Podniósł go i gdy tylko dotknął nim ciała ten rozlał się po jego torsie tworząc niewidzialną osłonę. - He he he – zaśmiał się – Eryk, frajerze, coś przegapiłeś… Nacieszywszy się owym faktem wylazł z krzaków i ruszył ku bramie. Gdy zbliżał się do niej zauważył wśród masy porozrzucanych wszędzie gratów, fragmentów ludzkich ciał i gruzu laskę dynamitu. Zupełnym przypadkiem miał w kieszeni swoją ulubioną zapalniczkę zippo, więc chętnie wziął dynamit na potem i ściskając w ręku widełki, wyszedł na podwórze. Po lewo na gmachu wielkiego budynku widniało 'Morningside Cementary', po lewo zaś stało wielkie mauzoleum. Całe podwórze usłane było mięchem truposzy. Wśród nich nasz przyjaciel odkrył pistolet do znalezionych wcześniej flar. Załadował jedną i ruszył w kierunku mauzoleum. - Co za zły człowiek mógł dokonać takiej rzezi? – spytał siebie po drodze – a no tak, zapomniałem, to przecież ja – i zarechotał obleśnie. Widać jego struny głosowe zaczęły już się rozkładać. Wyskoczył zza załomu mauzoleum i od razu wypalił z flareguna. Mnich stojący w drzwiach do krypty był tak zaskoczony, że nawet nie zdążył odpalić z obrzyna. Jego habit zajął się i nasz bohater patrzył długo jak żywa pochodnia miota się po całym obejściu. Usiadł na nagrobku i zniecierpliwiony zaczął grzebać sobie pod paznokciami. Kultysta wyjąc i szamocząc się biegał, jak kogut bez głowy potykając się o kawałki trupów. Z nudów nasz zgniły bohater zanucił swoje ulubione: „a stanger in the night…” Znalezienie serca w ciele mnicha było czynem przerastającym zdolności medyczne miłującego pokój, pół żywego jegomościa ale klucz do domu pogrzebowego znalazł bez kłopotu. Gdy podszedł do dwuskrzydłowych wrót, zobaczył przybitego nad nimi mężczyznę. Ubrany był w białą koszule z żabotem, niebieskie dżiny i wysokie buty ze skóry. Stanął i popatrzył na trupa. Jego łeb był zmasakrowany wiec nie dało się rozpoznać kim był. - Może Ismael – pomyślał i wtedy jego twarz spochmurniała od gniewu i przerażenia. Ismael był generałem, tak jak on i tak jak Ofelia. Skoro oni nie żyją to ona… Wściekły potraktował drzwi z buta aż te wpadły do środka... „Heeeeere`s Joooohny!!!” – krzyknął i wkroczył do sali. Pierwszemu kultyście wypalił z flairguna w twarz, drugi strzelił do niego z obrzyna, ten jednak tylko oblizał skroplone jego własną krwią usta i skoczył ku mnichowi. Nim habitowiec zdążył przeładować spluwę można było spokojnie opisać go starym dowcipem „o POwidłach”. Nasz przyjaciel z ochotą podniósł śrutówę i kilka nabojów do niej. Wyciągnął też serce z trupa i osuszył je. Jego lico pokryło się delikatnym rumieńcem, a oczęta zalśniły czerwono w cieniu kapeluszowego ronda. Na jego twarz znowu wyszedł ten kurewski uśmieszek. Uzbrojony w obrzyn i flairguna zapuścił się w korytarze domu pogrzebowego. No cóż jak przebiegał jego wojaż łatwo się domyśleć. Mięcho tu, mięcho tam. Czasem widełkami kogoś połechtał. Ot dzień jak co dzień. Tyle że dziś mogli mu naskoczyć, bo on w sumie już nie żył, wiec miał ich naboje głęboko w swojej martwej dupie. Dopiero kiedy doszedł do końca tuneli stanął przed problemem. Dało się dosłyszeć odległe dudnienie kół pociągu, lecz jak miał się tam dostać? Zerknął przez dziurkę w ścianie i zobaczył, że za nią jest bocznica stacji Miscatonic. Pomyślał przez chwilę, a potem wepchnął w szparę dynamit, odpalił go i zaczekał kilka sekund w bezpiecznej odległości. Pierdolniecie było tak wielkie, że cały skład osobowy przejechałby przez dziurę jaką wyrwał wybuch. Nasz super-zgniłek poprawiając kapelusz na swym dumnym czole skoczył ku swemu przeznaczeniu...

* Nawet trupy mogą zdechnąć *

Po całej bocznicy wałęsały się truposze. Muły robotnicze, stworzone do tego żeby pracować fizycznie, coś jak Polacy za zachodzie Europy. Bezmózgie zombie. Niewiadomo tylko skąd każdy z nich miał siekierę, łopatę albo rurę w łapie. Widocznie „ten typ tak ma”, dlatego nasz znajomy ochrzcił ich uroczym, wspólnym imieniem Rysiu. W każdym razie tak czy siak, żaden z nich nie był wyzwaniem dla naszego bohatera. Ot kilka kulek, ze dwie flary albo kilkanaście dźgnięć widełkami. Jednak ilość tego badziewia przyprawiała go o urwanie głowy, a może odwrotnie... Kiedy wreszcie stanął przed wejściem na stacje wiedział, że nie będzie łatwo. Tutaj na pewno będzie ich więcej i będą lepiej uzbrojeni. Wiedział, kogo może się spodziewać. Był przecież do niedawna ich generałem. - No nic – szepnął – najlepszy biznes, to show biznes – dodał i z odpowiednią sobie nonszalancją ruszył biegiem schodami w górę. Pierwsi usłyszeli go pracownicy kasy. - Bilecik poproszę – rzucił w przelocie i wypalił kasjerowi z dwóch luf prosto w ryło. Nie warto opisywać jaki miał wyraz twarzy ten który przyjął śrut na buzię. W poczekalni natknął się na większy opór wiec musiał się wycofać. Na szczęście udało mu się skonsumować parę serduszek, więc kiedy wpadł do poczekalni drugi raz tamci już nawet nie pierdnęli. I nawet Czarni Mnisi uzbrojeni w Tompsony nie mogli mu nic zrobić. Gdy tak chodził potem miedzy trupami tych, którymi jeszcze niedawno dowodził, zrobiło mu się ich żal. Sam ich szkolił, a teraz musiał ich powybijać… Nie no, dobra kituje was, ni chuja mu było przykro. Pozbierał tylko naboje, kopnął kilka razy pourywane głowy walające się tu i ówdzie, a potem pogwizdując szlagier o „nieznajomym w nocy” poszedł na peron. Tu tez czekali. Pewnie na pociąg, a nie na niego, ale cóż, jak już się pojawił to co se mieli nie postrzelać. Zresztą zastanawia mnie czy tam każdy nosił giwere. Hm… Po chwili zastanowienia dochodzę do wniosku, że jednak tak. Nie dziwne, że znudziło się naszemu koledze łażenie i zabijanie bez końca, dlatego szybko podrzucił tu i ówdzie laseczkę dynamitu, a potem odgarnął wnętrzności z ławki na peronie, rozsiadł się i czekał na pociąg linii Northbound.

* Extra chrupiący *

Tak naprawdę to nasz nie do końca żywy, no ale i na pewno nie martwy bohater nie lubił przemocy. No może na wojnie, w koszarach, w świątyni, na treningach albo jak mu ktoś podpadł. Ale żeby czerpać z tego jakąś perwersyjna przyjemności to nie. W zasadzie to był on typem filozofa. Lubił godzinami patrzeć w niebo, rozmyślać, pisać wiersze… nie okłamujmy się, był on romantykiem. Podobnie jak jego ukochana. Kochała kwiaty i kolacje przy świecach, a fakt, że była najbardziej rządnym krwi kurwiszonem w całym kulcie to tylko czysty przypadek, a może konieczność. Tak naprawdę to para ta była ideałem. Siedząc tak i czekając na transport rozmyślał nad bezsensem przemocy. Jaki byłby piękny jego świat, gdyby nie jego zło. Ofelia była by przy nim, a najgorszy ze wszystkich złych bogów, któremu służył całe poprzednie życie nie ścigał by go teraz. Nie musiał by zabijać bez sensu. Nie siał by cierpienia i bólu… Kiedy tak myślał prawie umknął mu fakt, że na stacji zatrzymał się parowóz ciągnący szeregi wagonów. Gdy drzwi otwarły się i ukazały się w nich zdziwione twarze kultystów, porwał obrzyna i zamienił te anielski oblicza w miazgę. Potem wrzucił przez okno dynamit i kiedy flaki zabryzgały całą okolicę wszedł do środka. Jeszcze w…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Super-Zgniłek — czytnik · opowiadania