Fantastyka · 12 min czytania
Superhuman Blast (53x: Noc wrażeń)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
- Pro-szę o po-zy-tywne roz-pat-rzenie mojej... pro-śby. Katherine Pryde. Szybkim ruchem wcisnęła enter i zamknęła laptop uśmiechając się tryumfalnie i oddychając z ulgą. Jeden problem miała z głowy, nie martwiła się tym, czy jej podanie zostanie odrzucone, bo prawdę powiedziawszy, była pewna, że się uda. Odrzuciła kosmyki włosów z twarzy, opierając zesztywniałe plecy na poduszkach ułożonych porządnie wzdłuż ramy łóżka, gdzie rozłożyła się godzinę temu. To ciągle myślenie zupełnie ją wykończyło. - Wory pod oczami gwarantowane. – ścisnęła policzki palcami, wzdychając na widok swojego odbicia w lusterku, które ściągnęła z nocnej szafki. Było już około godziny dwudziestej drugiej w nocy. Blade światło opiewało jej uroczą buźkę, zalewając pokój przyjemną aurą. Za oknem, gdzie jeszcze kilka tygodni temu było ciepłe lato, powiewał zimny wiatr a liście opadały z drzew. Pogoda nie dopisywała, prawie codziennie można było spodziewać się porządnej ulewy. Większość ludzi narzekała na złe samopoczucie, bóle w plecach i straszliwą nudę. Kitty jednak pozostawała radosna i uśmiechnięta, w napięciu oczekując kolejnego roku spędzonego na uniwersytecie. Zawsze marzyła o studiach z prawdziwego zdarzenia. Chłonęła wiedzę ze wszystkiego, co wpadło jej w ręce, była inteligentna i bystra. Teraz, gdy nareszcie ludzkość przestała gnębić mutantów, nie obawiała się nawet idiotycznych wpadek typu: zapomniałam otworzyć drzwi, a jednak jestem w środku. Prośba, którą zawarła w swoim podaniu dotyczyła możliwości pracy w kawiarence. Przeturlała się na bok, zamykając oczy i rozkoszując się błogą ciszą ostatnich wrześniowych nocy. Zawsze, gdy oddawała się rozmyślaniom, jej umysł nawiedzały wspomnienia sprzed lat, gdy walczyła pod banderą Instytutu Xaviera. Twarze dawno nie spotkanych osób, emocje towarzyszące każdemu wyznaczonemu zadaniu, chwile spędzone u boku najlepszych przyjaciół, gorące czekolady o drugiej w nocy pite razem z Rudą. Tak, to były dobre czasy, mimo, że bardzo nieprzychylne mutantom. Minęło kolejne pół godziny, gdy tak drzemała, kiedy nagle ciszę przerwał dziwnie znajomy głos, wołający zza okna. – Kitty! Kitty! Nasłuchiwała chwilę, starając się uwierzyć, że jednak tego wcale nie słyszy. Niestety, głos nie cichł a tylko dalej szedł w zaparte i wołał coraz głośniej. Zsunęła się z łóżka i przeniknęła balkonowe drzwi. – Kitty! Ki... O jesteś, wreszcie! Myślałem, że będę się tutaj darł do świtu. - Boże, Lance, co ty robisz?! - Przyszedłem po ciebie. - Zwariowałeś?! – Kitty przerzuciła głowę ponad balustradą, rozdziawiając usta ze zdziwienia, kiedy zobaczyła, że źródłem przenikliwych wrzasków jest Lance Alvers. – Jest środek nocy. - A tam zaraz środek, dopiero początek! – chłopak wyszczerzył się w szelmowskim uśmiechu, potrząsając głową. – Wyrywam Cię dzisiaj do klubu, mam już nawet bilety. – zaszeleścił w powietrzu dwoma papierowymi kartonikami. - Nie mogę iść, nie dzisiaj. Jestem zmęczona i, ten, jutro czeka mnie ciężki dzień. Mam rozmowę w sprawie pracy. To znaczy, mam nadzieję, że mam. – oparła ręce na metalowej balustradzie i ziewnęła przeraźliwie, nawet nie zasłaniając ust. - Kocie, nie rób mi tego, nie wypinaj się na mnie, nie dzisiaj! – Lance rozłożył ręce w błagalnym geście, wpatrując się w jej twarz. Zauważył błysk w jej oczach, gdy tylko wspomniał o imprezie, mimo, iż było ciemno. Po prostu, za dobrze ją znał. Zawsze się opierała ale ostatecznie godziła na jego propozycje. Szalała za nim dokładnie tak, jak on za nią. – Będę tutaj czekał, aż się zgodzisz. Kitty obróciła się do niego plecami, zaciskając oczy. Chciała iść, bardzo chciała, a jednak rozsądek podpowiadał jej coś innego. Jeśli dzisiaj wyjdzie na jakąś szaloną imprezę, i to w dodatku ze swoim zdrowo szurniętym chłopakiem, na pewno źle to się skończy. Poza tym, jej mama nic nie wie, ani tata, obydwoje już śpią, nie może ich budzić... - Okej.- zakręciła się z powrotem znajdując się przodem do balustrady i odparła szybko. Na jej twarzy pojawił się cień uśmiechu, jednak starała się wyglądać na jak najbardziej zadręczoną. Lance wystrzelił w górę z radosnym okrzykiem i posłał jej całusa. – Tylko się już nie drzyj! – dziewczyna skwitowała wszystko i zniknęła w pomieszczeniu zwanym jej pokojem.
***
Dudniąca i głośna muzyka niosła się echem po wszystkich najbliższych dzielnicach, leżących niedaleko klubu BlackStar, doprowadzając do szału starszych ludzi i zwierzęta. Tłumy dziewczyn i chłopaków zalegały przed wejściem, przepychając się do przodu, żeby jak najszybciej znaleźć się w środku. Gdzieś z boku dwóch napakowanych ochroniarzy rozdzielało wściekłych kolegów, którzy prali się bez opamiętania. Ta noc należała do młodych i gniewnych. - Ał. – żachnęła Kitty, gdy jakaś pół goła dziewczyna rąbnęła ją z łokcia w żebra. – Co za hołota. Lance objął ją ramieniem, starając się utrzymać ich obydwu w pionie i jednocześnie przesunąć się do przodu. - Potem się z nią policzę. – rzucił niby do niej, niby przed siebie, uśmiechając się w ten sposób, który sprawiał, że nogi Kitty od razu robiły się jak z waty. W końcu udało im się dotrzeć do środka, gdzie opary sztucznego dymu wypełniły ich płuca i zniekształcały sylwetki innych przebywających w klubie osób. Kapela stojąca na podium powtórzyła ostre dźwięki a wokalista dobrał się do mikrofonu wydając z siebie skrzeki i piski, uznawane przez większość za śpiew. Wyglądał na naćpanego, lub przynajmniej na lekko wstawionego, gdy tak wywijał włosami i prezentował swoje „umiejętności”. Kitty, wiedziona za rękę przez Lance’a, czułą się jak wyrwana z innej bajki i przeklejona do drugiej. - Napijemy się? – Lance zwrócił się do niej, zatrzymując się przy barze i unosząc dłoń w górę, w stronę barmana. – Dwa piwa. Chwycił przygotowany kufel i podsunął go do Kitty, która spojrzała w złoty płyn z nieukrywaną niechęcią. - Lance, ten klub mnie przeraża. Chłopak wypił duszkiem połowę tego, co miał i odetchnął głośno. - Kocie. Jestem tutaj, nic ci nie grozi, obiecuję. Chciałem po prostu, żebyś się dobrze…