Komedia · 19 min czytania
Supermarket
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
{i}{b}Supermarket{/b}{/i}
— Cholera złocista, majonez się skończył! — Widok pustego słoika po tymże produkcie, mimo iż stosunkowo częsty, zawsze bardzo denerwował Oliwiera. Oznaczał bowiem konieczność udania się na zakupy do supermarketu. Niestety, przyjemności wymagają niekiedy poświęceń, tym bardziej, gdy używa się ich bez przerwy. Znajomi zawsze powtarzali Oliwierowi, że smarowanie majonezem ziemniaków i mięsa, wrzucanie go do herbaty zamiast cukru oraz mieszanie z lodami jest co najmniej niezdrowe. Mimo to mężczyzna nie zamierzał rezygnować ze swoich przyzwyczajeń. Wszak majonez gościł w jego życiu od dawna. To właśnie majonezem karmiła go matka, gdy zabrakło jej mleka. Majonezem też smarowano mu w dzieciństwie rany, tłumacząc, że dzięki temu szybciej się zagoją. Majonez wreszcie zastępował posiłki, gdy w trudnych dla rodziny czasach brakowało pieniędzy na inne potrawy. Nic więc dziwnego, że gdy i tym razem zabrakło ulubionego dania, Oliwier nie czekając ani chwili zdecydował, by wybrać się do supermarketu, i ubrawszy w pośpiechu wiosenną kurtkę wybiegł z domu. W okolicy co prawda znajdowało się pięć małych sklepików, jednak wygórowane ceny skutecznie odstraszały Oliwiera od robienia w nich zakupów. — Dwadzieścia złotych za słoiczek!? — warknął, gdy pewnego dnia, z powodu remontu supermarketu, zmuszony był wybrać się do jednego z takich właśnie sklepów. Pech chciał, że akurat wtedy majonez musiał się skończyć. Od tamtego czasu nigdy już nie pozwolił lokalnym handlarzom wzbogacić się własnym kosztem. Pięciolitrowy słój majonezu w supermarkecie był bowiem kilkanaście razy tańszy. Szczęśliwie jeden z owych wielkopowierzchniowych sklepów, wielkością bardziej przypominający port lotniczy, znajdował się zaledwie kilkaset metrów od jego domu. Najwyraźniej właściciele sieci głęboko do serca wzięli sobie własne hasło reklamowe {i}Zakupy zawsze kilkaset metrów od Ciebie{/i}, rozpowszechniane od lat za pomocą radia, telewizji i gazet. Mimo wczesnej pory na parkingu brakowało już miejsc, co zmuszało bardziej niecierpliwych kierowców do parkowania na jezdni, tudzież w sklepowym holu. Udanych zakupów! — głosił olbrzymi napis nad wejściem. Wciskając do specjalnej dziurki monetę dwuzłotową Oliwier odpiął od reszty wózek zakupowy na tyle wielki, że zmieściłby się w nim nie tylko słoik majonezu, lecz również sporych rozmiarów krowa. Pchając przed sobą ów pojazd, mężczyzna wkroczył dumnie na teren sklepu. Przywitały go miła, stonowana muzyka, przerywana co pewien czas nawoływaniem {i}Pracownik działu krowy i nabiał proszony do informacji{/i} oraz zapach miliarda najróżniejszych produktów. Istotnie bowiem w supermarkecie kupić można było niemal wszystko, począwszy do majonezu na kapsułkach do szamba skończywszy.
Miejsca takie jak to zawsze działały na Oliwiera dezinformująco. Zaledwie kilkanaście sekund po wejściu do sklepu nie pamiętał już, jaki właściwie był cel jego wizyty. By go sobie przypomnieć, postanowił po kolei odwiedzić każdy dział. Pierwsze były {i}Warzywa i owoce{/i}. Ustawione zaraz przy wejściu kusiły klientów nienaturalnie jaskrawymi kolorami, intensywnym zapachem, no i oczywiście ceną, która, jak przystało na tego typu market, była zaskakująco wprost niska. — Złotówka za dziesięć bananów?! — wyrwało się Oliwierowi, gdy mijał stoisko z bananami właśnie. Przecierając oczy ze zdziwienia dotknął kilku owoców. Chciał wymacać, czy aby na pewno nie są one plastikowe. Podobnie zresztą czynili inni klienci. Jedna z kobiet, wziąwszy banana do ręki, pozwoliła sobie nawet obrać go ze skórki i ugryźć. — Niedobre — skwitowała po chwili, po czym wypluła ugryziony kęs na pozostałe owoce, wycierając ręce w obszerną spódnicę, na której widać też było plamy po kiwi, jabłkach, marchewkach i pomidorach. Idąc śladem kobiety, Oliwier również nadgryzł jednego banana. Akurat jemu smak owocu przypadł do gustu. Włożył więc do wózka całą kiść, tak by choć po części zapełnić jego obszerne dno. Poza bananami uwagę mężczyzny przyciągnęła również promocyjna cena ziemniaków. — Dwa grosze za kilogram to prawdziwa okazja — skomentował głośno, jakby chcąc usprawiedliwić przed innymi klientami fakt, iż po chwili w jego wózku znalazł się ośmiokilogramowy worek kartofli. Nikt jednak nie zwracał na niego uwagi. Owa kobieta, która dopiero co smakowała banany, zajęta była teraz obieraniem ziemniaków. Obok niej stał przenośny palnik, za pomocą którego prawdopodobnie zamierzała sprawdzić jakość warzyw po ugotowaniu. — Niedługo będą nam dopłacać za to, że tutaj kupujemy — powiedziała jakaś szczupła pani do swojej koleżanki. Obie taszczyły po ziemi dwa stukilogramowe worki rzodkiewek. Również te warzywa były bowiem w promocji. Jedyna złotówka za worek.
Po około dwudziestu minutach Oliwier zostawił dział z warzywami i owocami za sobą. Jego wózek z pewnością nie był już pusty. Obok bananów i ziemniaków znalazły się w nim również kokosy, marakuja i osiemnaście ananasów. Zakup właśnie takiej liczby tych konkretnych owoców gwarantował bowiem odbiór przy kasie niepowtarzalnego długopisu z logo sieci. Następnym działem był {i}Dział dziecięcy{/i}. Mimo że Oliwier nie posiadał dzieci i nigdy nie zamierzał ich mieć w obawie, że będą wyjadały mu majonez, skuszony niebywałą promocją zdecydował się kupić paczkę pampersów. Nie inaczej było podczas mijania kolejnych działów, takich jak {i}Pieczywo na poniedziałek{/i}, {i}Pieczywo na wtorek{/i}, {i}Pieczywo na sobotni poranek do godziny dziesiątej{/i}, {i}Proszki do prania{/i}, {i}Płyny do płukania{/i}, {i}Proszki i płyny do prania i płukania{/i}, {i}Świeczki o zapachu lawendy{/i}, {i}Świeczki bez zapachu{/i} i tak dalej. Nim się obejrzał, Oliwier miał już w wózku pełnoziarnisty chleb, którego nigdy nie jadał, proszek do prania ubrań w kolorze kwitnącej śliwki o poranku, komplet świeczek w kształcie borsuków i sto wkładów do zniczy. Gdy mijał dział z daniami na zimno, zaczepiła go jakaś młoda dziewczyna, nie wiedzieć dlaczego przebrana za pluszową łyżkę. — Dzień dobry, czy zechciałby pan skosztować nową ekspresową zupkę o smaku zmielonego wołu ze szczyptą trawy kolumbijskiej? Serdecznie zapraszam, degustacja jest całkowicie darmowa — powiedziała pospiesznie, siląc się na szczery uśmiech, który jednak bardziej przypominał grymas bólu. Prawdopodobnie przebranie łyżki bardzo ją uwierało. — Chętnie skosztuję — odparł uprzejmie Oliwier. Słowo {i}darmowa{/i} zawsze pozytywnie na niego oddziaływało. Wziął więc ostrożnie niewielki, wręcz mikroskopijny kubełek i z uśmiechem wypił jego zawartość. Podobnie zrobiła kobieta w spódnicy. Ona jednak zabrała od razu sześć kubełków. Pochłonąwszy niewielkie zupki pudełka na podłogę i poszła dalej. Gdzie ten majonez... — zastanawiał się w myślach Oliwier, gdy jego uwagę przykuła interesująca scena. Oto na środku jednej ze sklepowych ścieżek zatrzymał się kilkuletni chłopiec. Dziecko zaczęło po chwili tupać nogą, krzycząc przy tym: — Mama ja chcę soczek z Kaczorem Donaldem! — Bartek, uspokój się! — powiedziała matka chłopca, rozglądając się wokoło, czy aby nikt jej nie słyszy. — Kupię ci ten drugi soczek. Jest tańszy, a ma taki sam smak. — Nie, kulwa! — ryknął chłopiec, przekręcając popularne przekleństwo. Najwyraźniej nie zamierzał się poddawać. Skrzyżował ręce na klatce piersiowej i spojrzał na matkę wzrokiem, mówiącym {i}I co mi teraz zrobisz?!{/i} Kobieta oblała się rumieńcem. Najwyraźniej zauważyła, że kilku innych klientów obserwuje zachowanie jej syna. Siląc się na spokojny ton, warknęła: — Jak zaraz się stąd nie ruszysz, to ci wpierdolę, mały gnojku! Groźba najwyraźniej podziałała, bo chłopiec ruszył z miejsca, robiąc przy tym naburmuszoną minę i mrucząc pod nosem: — Głupia suka!
Co się z tymi dziećmi dzieje — pomyślał Oliwier. Gdy on był mały z pewnością tak się nie zachowywał. Jego rodziców nie interesowały fochy dziecka. Mieli na głowie zbyt dużo zmartwień. Nie to co dzisiejsi rodzice. Na szczęście przykład matki ów nieznośnego chłopca pokazywał, że nie wszyscy ulegali dziecięcej presji i szklistym oczkom. Gdy kobieta i jej dziecko zniknęli za regałem z konserwami, oczom Oliwiera ukazał się dział oferujący męskie kosmetyki. Jako że akurat kończył mu się dezodorant, mężczyzna postanowił uzupełnić swoje zapasy. Półki aż uginały się od setek różnych antyperspirantów. Jedne zapewniały skuteczną ochronę przez dwadzieścia cztery godziny, inne przez tydzień, a jeszcze inne posiadały funkcję automatycznej depilacji. Nie wszystkie jednak dysponowały opakowaniem z wizerunkiem znanego piłkarza. Oliwier błyskawicznie sięgnął po ostatnie dostępne opakowanie kosmetyku, który wprawdzie działał jedynie przez dwie godziny i z pewnością nie depilował pach, jednak reklamowany był przez znaną twarz. Zadowolony z zakupu ruszył dalej, by już po chwili przystanąć przed półką z papierem toaletowym. — Hmm... Niby mam jeszcze zapas w domu… — zaczął, zastanawiając się głośno nad zakupem. Stosunkowo niska, oczywiście promocyjna cena, zrobiła jednak swoje. — Ale co, jeśli zdarzy mi się zjeść przeterminowany majonez i dostanę biegunki? Papier zawsze się przyda! Jak pokazała wizyta w kolejnych działach, takich jak {i}Kwiaty balkonowe{/i}, {i}Mrożonki{/i}, {i}Krowy i nabiał{/i} oraz {i}Twój sedes i Ty{/i}, równie przydatne co papier toaletowy okazały się między innymi…