Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 26 min czytania

SuperMocne regulacje prawne

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

{font:courier}Winda zatrzymała się na czwartym piętrze. Jej srebrne drzwi rozsunęły się bezdźwięcznie, wpuszczając do kabiny oślepiająco białe światło. Stefan przełknął gule w gardle. W ręce ściskał kilka zszytych stronic papieru; białe kartki pomięły się u góry i na nic zdało się to całe chuchanie i dmuchanie na nie, jakby były jego największym skarbem. Przez całe dwa miesiące dokument leżał w papierowej teczce, w osobnej szafce na zamek. Codziennie o ósmej, dwunastej, osiemnastej i jeszcze raz w nocy Stefan zaglądał do środka, aby upewnić się, że jego przepustka do lepszego świata nadal tam jest. Podobne starania odbywały się w podróży. Stefan powiedział stanowcze nie komunikacji miejskiej. Obawiał się, że te prostaki w tramwaju staranują go, lub ukradną jego cenną nagrodę. Wynajęcie taksówki również nie wchodziło w grę, bo zapłaciłby krocie. Zamiast tego pożyczył auto od kolegi. Zdezelowany polonez może nie prezentował się zbyt okazale, lecz zawiózł go bezpiecznie na miejsce. Potem zostało jeszcze przemknąć przez ulicę, z papierami przyciśniętymi do serca oraz wjechanie windą. Teraz jednak Stefan mógł odetchnąć. Jego życie miało się na zawsze zmienić. Wyszedł z metolowej kabiny na marmurową podłogę, z góry świeciły na niego ledowe lampy. Na ścianach wisiały czarno-białe zdjęcia uśmiechniętych klubowiczów, na środku pomieszczania ustawione były modne sofy, na których spoczywało kilku mężczyzn. Jeden z nich odpalał cygaro płomieniem wydobywającym się z czubka wskazującego palca, drugi żonglował piłeczkami w powietrzu nie używając rąk, trzeci unosił się kilka centymetrów nad siedzeniem. Stefan ze zdziwienia przetarł oczy. Wciąż nie mógł uwierzyć, że to właśnie on zostanie jednym z nich. I że będzie mógł spełnić swe największe marzenie. Poprawił kołnierzyk najlepszej białej koszuli, wciśniętej w brązowe spodnie. Z marynarki zrezygnował, bo nie chciał wyjść na sztywniaka. Zresztą jedyna marynarka jaką posiadał, nie nadawała się do tego miejsca i do tego towarzystwa. Miał wątpliwości, czy on sam tutaj pasuje, ale skoro miał ten papier… Odetchnął kilka razy, po czym próbując sprawiać wrażenie stałego bywalca, ruszył w stronę kanap. Nie było mu jednak dane usiąść, bo tuż przy najbliższym oparciu doskoczył do niego facet, który mógł być wyłącznie prezesem jakiejś firmy. — Witam, nowego kolegę! — Potrząsnął dłonią Stefana. — Nie mylę się, pan tutaj nowy? Stefan z niechęcią skinął głową. Nie spodziewał się, że już od progu rozpoznają w nim świeżaka. — To wspaniale. Nasze towarzystwo ostatnimi czasy stało się zbyt zatęchłe, jeśli wiesz o czym mówię. — Prezesina spojrzał kpiąco na mężczyzn spoczywających na kanapach. — Gdybym mógł prosić na słówko? Odciągnął go na bok, na tyle daleko, żeby móc swobodnie rozmawiać. — No, tutaj będzie lepiej. Ze ściany wystawała półka, ozdobiona kwiatami w donicach oraz marmurowymi popiersiami. Mężczyzna, zdaje się klubowy weteran, wsparł się na łokciu. Rękaw jego drogiej marynarki podniósł się do góry, ukazując olbrzymią tarczę zegarka. Stefan zauważył też dwudniowy zarost na jego twarzy, złote spinki oraz czerwono-żółte skarpetki w prążki wystające z butów na wysoki połysk. — I jak się podoba? Wiem, wiem — Prezes podniósł dłonie do góry, w obronnym geście — przydałoby się tu trochę odświeżyć. Może pójść w nieco bardziej nowoczesny styl. Może, może. Ale sam przyznasz, że póki co jest nastrojowo. Stefan w życiu nie widział większych luksusów. Nie wiedząc co ma odpowiedzieć, znów po prostu skinął głową. — Wiedziałem, że się kolega zgodzi. Właśnie, jeśli mogę być nieco nieuprzejmy, to zaproponuję przejście na “ty”. Masz coś przeciwko? Stefan pokręcił głową. — Bartłomiej Rydz. — Prezes wyciągnął rękę. — Stefan. — Przed podaniem ręki, wytarł spoconą dłoń o spodnie. Miał nadzieję, że jego rozmówca tego nie zauważy. — No to Stefan, jaki pakiet wykupiłeś? Mówią, że na początek najlepszy jest “podstawowy plus”, chociaż ja zawsze preferowałem pakiet “buissnesowy”. Niewielka różnica, a dochodzi do tego strefa bufetowa. Pakiet, jaki pakiet? Wykupił? Miał coś wykupić? Nawet nie miał ze sobą pieniędzy, tylko ten dokument wygrany na loterii. Spojrzał na kartki, czując się jak najgorszy pajac na świecie. — Yyyy… — wyjąkał. — Nie mów, że wcisnęli ci pakiet bez wyjaśnień. — Prezes skrzywił się z niesmakiem. — Pokaż co tam masz. Oby nie naciągnęli cię, tak jak kilku poprzednich. Mężczyzna wyrwał papiery szybciej, niż Stefan zdążył zareagować. W przeciwnym razie nigdy nie pozwoliłby na to, żeby ktoś mu je odebrał. — No, no, no, drogi kolego, trzeba było od razu mówić. Witaj, witaj drogi vipie. Pełny dostęp. Od razu widać, że kolega na poziomie. — Dokument wrócił do Stefana. — Ile teraz kosztuje taka przyjemność? Od dwóch lat nie sprawdzałem cennika. — Nie wiem ile… — przyznał Stefan. — Wygrałem to ze zdrapki… Prezesa na moment zatkało. Ale po chwili powiedział ze swym uśmiechem: — Ależ z ciebie szczęściarz. Słyszałem o tym. “Diamentowa Loteria”, tylko dla tych, którzy wiedzą czego chcą. No Stefan, ty wiesz od czego chciałbyś zacząć? Nie wiedział. Przychodząc tutaj miał tylko wyznaczony główny cel, ale rzeczywiście głupio było od tego zacząć, kiedy nawet nie wiedział jak to się robi. Spojrzał w kierunku kanap, mężczyzna, który wcześniej lewitował kilka centymetrów nad siedzeniem, teraz swobodnie unosił się blisko sufitu. - Może od latania… - powiedział Stefan. - Oj… Oj… Niestety muszę odradzić koledze ten pomysł, bo widzisz - Prezesik nachylił się do niego i dokończył ciszej - ostatnio mieliśmy zwiększoną liczbę wniosków o lewitację, swobodny zwis i bujanie w przestworzach. Nie ma szans, żeby komuś przyznali teraz taką moc, nawet gdybyś wypełnił poprawnie wniosek. Mógłbyś się odwołać, ale z tymi babami to… - machnął ręką. Stefan słuchał, ale niewiele rozumiał. Wnioski kojarzyły mu się tylko z urzędami i ZUS-em, czyli miejscami, których szczerze nienawidził - to one odpowiadały za jego felerny los. Jeśli zaś chodzi o moc, to nie widział on różnicy między lewitacją, swobodnym zwisem, albo lataniem. Chodziło w końcu o oderwanie się od ziemi, co nie? Nie chcąc jednak wyjść na głupka, pokiwał głową i powiedział: - To trudniejsze niż myślałem. - I to jeszcze jak! - zgodził się Prezesik. - Z tygodnia na tydzień zaostrzają normy. Nie dość, że człowiek płaci, to jeszcze się musi użerać z urzędasami. Eh, i jak w tym kraju ma być dobrze? Ręka Stefana zacisnęła się mocniej na dokumencie wygranym na loterii. Mówili mu, że to jego przepustka do lepszego świata, że dzięki temu będzie mógł zażyczyć sobie wszystkiego, co tylko wymarzy. - Ale spokojnie, spokojnie. Każdy kiedyś zaczynał. No dalej - Prezesik trzepnął go w ramię - strzelaj Stefan, czym chciałbyś władać? - Może… Przypomniał sobie, jak zimą miał problemy z rozpaleniem w piecu. - Może ogniem. Prezesik pokręcił głową. - I znowu muszę cię rozczarować Stefan. Przy płonących mocach jest dwa razy więcej pracy nad dokumentacją. Przepisy BHSM, deklaracja o nie posiadaniu złych zamiarów, dwa miesiące czeka się na pozwolenie, a do tego wszystkiego musisz przejść kursy. Nie, ogień na początek to trochę za dużo, z wodą byłoby łatwiej. A na cholerę mu woda, przecież ma ją po odkręceniu kranu. Nie jest tak źle, żeby nie miał za co zapłacić za wodę. Prąd, no tutaj sprawa miała się inaczej. - Wiesz co Stefciu, to jest bez sensu. Ty będziesz rzucał pomysłami, a ja wyjdę na tego złego, co mówi, że to nie, tamto nie i że się nie da. Skorzystaj z rady starszego kolegi. Lubisz whisky? Stefan podrapał się po głowie. - Średnio. Wolę czystą, polską. - To jeszcze lepiej. Słuchaj Stefciu, nie chciałbyś zamieniać wody w wódkę? No jasne, żeby chciał. Imprezy rodzinne stałyby się wtedy o wiele mniejszym wydatkiem. Nie mówiąc już o świętach. - To da się załatwić. Piszesz, że to na użytek własny, w kręgu najbliższych, podpisujesz zaświadczenie, że nie masz i że nie rozkręcisz biznesu, tyle. - Może być. - Od wódki mógł zacząć. Dzięki niej wiele drzwi stawało otworem, te do jego marzenia być może też. - Tylko jak to się robi, mam coś podpisać, czy co? - Pozwól, że opowiem ci po drodze. Dla nowych ten proces może wydawać się skomplikowany, ale ty masz szczęście, ja ci wszystko wyjaśnię. Prezesik poprawił poły marynarki i złotą sprzączkę paska, spojrzał na zegarek, po czym ujął Stefana za ramię, prowadząc go wgłąb lobby. Weszli po schodach na górę, zostawiając za sobą wygodne kanapy, dywany i automaty do kawy, przywitali za to kafelki na podłodze, surowe ściany oraz rząd okienek, do których ustawiła się długa kolejka. Stefan wybałuszył oczy. Przecież miał trafić do ekskluzywnego klubu, a nie do jakiegoś pieprzonego ZUS-u! - Niezbyt radosny widok - westchnął jego przewodnik. - Cóż, to ta gorsza strona “Klubu SuperMocnych Dżentelmenów”. Jakbyś mnie spytał, to można byłoby to wszystko uprościć, ale tak to jest z sektorem publicznym. - To nie wystarczy, że jestem w klubie? - Oho hoho. Niestety Stefciu, ale zanim przyznadzą ci moc, to musisz się nachodzić. Po pierwsze, żeby w ogóle ubiegać się o SuperMoc, musisz być członkiem “Klubu SuperMocnych Dżentelmenów”, w zwykłych okolicznościach taka przyjemność kosztuje przynajmniej bańkę rocznie. Ty miałeś to szczęście, że trafiłeś w dziesiątkę na loterii. Bańkę rocznie! Stefan nigdy na oczy nie widział nawet jednej dziesiątej tej sumy. - Jak już jesteś klubowiczem, to możesz złożyć wniosek. W zależności od wybranej mocy jest więcej, albo jeszcze więcej pieprzenia się z dokumentacją, pozwoleniami, przepisami i tak dalej. Apropo, ustawmy się już w kolejce. Prezesik skręcił do okienek po prawej, nad którymi widniał napis “Zgłaszanie Mocy - Pobieranie Wniosków”. Kilkoro czekających w kolejce przywitało się z przewodnikiem Stefana, kilkoro odwróciło wzrok. - Nie myśl sobie, że to prosty proces. Samo otrzymanie wniosku bywa frustrujące. Musisz przekonać tamte urzędniczki, że moc będzie ci potrzebna i że będziesz jej używał z głową. Podobno o “dystrybucji” mocy decyduje regulamin i przepisy, ale tak naprawdę, to większość zależy od dobrego humoru pani Bożeny, czy innej Renaty. Że też wszystkie urzędasy muszą być babami. No to przepadłem - pomyślał Stefan. Nigdy nie miał szczęścia do kobiet. Wszystkie z którymi romansował okazały się popieprzone bardziej niż jego matka. - Oczywiście im lepiej znasz swoje prawa, tym lepiej dla ciebie. Nie martw się, ja się co nieco orientuję. - Prezesik uśmiechnął się, prezentując swe równe, białe zęby. - Jak będziesz miał wniosek, to wtedy zaczyna się batalia o przyznanie mocy. Zasada jest taka Stefciu, że im pełniejszą dokumentację przygotujesz, tym większe szanse. Dajmy na to, że chcesz zamieniać wodę w wódkę. Musisz pamiętać o przedstawieniu badania, że nie jesteś, ani nie byłeś uzależniony. Dobrze też żebyś miał czystą kartotekę, jedno wykroczenie po alkoholu i przepadłeś. No chyba, że dasz w łapę komu trzeba. - To aż tyle tego… - Tak to już jest, nic nie zrobisz kolego. Urząd do spraw regulacji SuperMocy rządzi się swoimi prawami. Marzenie Stefana znowu stało się odległe, niczym jego od zawsze odkładana wycieczka do ciepłych krajów. Tym razem było jednak gorzej, bo czuł się tak, jakby miał już uciułane pieniądze, lecz musiał je wydać na naprawę centralnego. - Zawsze możesz spróbować odwołać się do kierownika. To równy gość, ale zawalony robotą. Rzadko kiedy ma czas, by rzucić na coś okiem. - Obiecywali mi co innego! - powiedział wkurzony Stefan. Nie da się kolejny raz wykiwać, nie kiedy wreszcie nastała jego wielka gra! - Mam tu napisane, że mogę sobie życzyć czego chce. - Pomachał świadectwem wygranej przed nosem Prezesika. - Tak, na ulotkach wszystko wygląda pięknie, ale póki mamy taką władzę… Wiesz co ci Stefciu powiem - objął go ramieniem - może coś się zmieni, jak będą wybory. Dobrze postawimy krzyżyki, to będą ulgi, w innym wypadku… Jego przewodnik rozłożył ręce. Stefan był bliski wpadnięcia w furię. Wrzaski i bijatyki pasowały do “Klubu SuperMocnych Dżentelmenów” jak pięść do nosa, ale jego cierpliwość była na wyczerpaniu. Nie dość tego, rozbolała go głowa - tępy pulsujący ból pojawiał się zawsze, kiedy miał coś załatwić w urzędzie. - Przykro mi to mówić, ale zanim dojdziesz do tego, czego chcesz, minie kilka lat. Musisz się nauczyć, jak wypełniać wnioski i jak rozmawiać z urzędniczkami. Przyda ci się też parę kursów. Moja firma prowadzi kilka takich. Dam ci wizytówkę, no i koleżeńską zniżkę oczywiście. Bartłomiej Rydz ględził coś dalej, ale Stefan go nie słuchał. Kolejka tymczasem posuwała się do przodu i byli już całkiem blisko okienka. Wyglądało na to, że biedny, uczciwie pracujący Stefan znowu zostanie wykiwany przez wielkich tego świata. A już był witał się z gąską. Przez okrągły miesiąc cieszył się jak głupi ze swej wygranej, w oczekiwaniu na to, aż ta się uprawomocni.…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
SuperMocne regulacje prawne — czytnik · opowiadania