Fantasy · 24 min czytania
Świadek cierpienia
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Mrok spowijał salę. Wszędobylskie ciemności uprzyjemniał aromat skrzepniętej krwi, brudnej wody spływającej po kamiennych ścianach lochu, podgniłej słomy, którą tak misternie wypełniono prycze, zapewniając pozorną rolę barłogu. Zwierz, bo i jak można określić istotę pokrytą czarnym, długim futrem z czerwonymi oczami wstał z twardej ziemi. Jeszcze słaby, poturbowany przez strażników Świętego Oficjum. W lochu był ktoś jeszcze. Za pordzewiałymi kratami w sąsiednim przedziale drzemał zarośnięty mężczyzna. Jego brudne łachmany mówiły same przez się, że koczował w owym bycie już od dłuższego czasu. - Cosik pokraka nas odwiedzić przystała? – Człowiek ożywił się na widok nowego więźnia. – Czy to kuna, czy ino lis? - Słucham? – Istota zwana „kuną” rozglądając się dookoła przysiadła na pryczy. – Gdzie jestem? - Ano w zwierzyńcu, istne zoo... – zacharczał i splunął przez ramię. - To znaczy? – kuna nie dawała za wygraną. - Patrzcie ino, jaki dociekliwy. Istny uczony, za wszelaką cenę chce poznać wszelakie odpowiedzi. A może by tak od miana zacząć? – Wycharczał sucho. – Toż to oznaka braku kultury. - Co do kultury to wolałbym ową sprawę przemilczeć na wgląd mojej i waszej inteligencji, jednak w kwestii miana to mało istotny szczegół. I tak nie dane mi będzie ciągnąć swego „Vanitas vitae” dłużej. - „Śmierci nie ma - jest tylko przed nią trema” – stwierdził. – Możesz zapomnieć o trwodze poświęcając czas nie na myśleniu o niej, lecz na konstruktywnej rozmowie. – wypowiedziane słowa nie pasowały do wizerunku człowieka, a tym bardziej nie do początkowego tonu wypowiedzi. – Jak tak nisko upadłeś? Czemuż zawinił? - Typowe zachowanie dla twego gatunku – stwierdził sucho. – Wszystko chcecie wiedzieć, i po cóż to komu? Każdy powinien interesować się sprawami, które tylko i wyłącznie go dotyczą... Po co mieszać się w czyjeś perypetie życia? - Ano nie moja rzecz – odrzekł – jednak do świtu daleka droga, więc i do szafotu trochę... Bowiem twój jak i mój los z góry przesądzony bywa – stwierdził w wykrzywionym grymasie, który zapewne miał przybrać kształt ironicznego uśmiechu. Kuna wstała z pryczy, która wydała przy tym nieznośny zgrzyt dudniący echem pośród wilgotnych ścian. Przez moment w ciszy, oszczędnymi krokami, przechadzała się to od furtki więzienia, to do zakratowanego okna wychodzącego na świat zewnętrzny. Żelazne kraty pokrywała gruba rdza. Srebrzysty księżyc w pełni objął nieboskłon, przesłaniając zmory przeszłości, zapowiadając nieuniknioną śmierć. - Niech i tak będzie – po chwili milczenia włochata istota stwierdziła nie odwracając się od zakratowanego przesmyku, przez który niczym woda z potoku, wpadały jasne promienie odbite od srebrnego globu. – Cała historia znalazła swój początek w odległym zakamarku świata... Zresztą podobnym do tych upiornych lochów...
*
Byli coraz bliżej. Czułem ich wstrętny, lepki oddech na karku... Uciekałem między małymi uliczkami miasta, do których nie docierały promienie odbite od mizernego, słabo tlącego się księżyca. Za wszelką cenę pragnąłem zgubić pościg, a to wszystko tylko i wyłącznie dlatego, że moja postać ponad wszelką miarę różniła się aparycją od „zwykłych” ludzi. Wbiegłem w kolejne rozwidlenie. Zza pleców usłyszałem coraz głośniejsze, żelazne kroki butów płytowej zbroi. Właśnie gdy jeden ze strażników wychylał swoją przyłbicę zza bocznej uliczki uskoczyłem w prawo, przywierając do poniszczonej od wilgoci wnęki w ścianie, chowając się przy tym w cieniu. Moja czarna barwa skóry świetnie maskowała pod opończą nocy. Po chwili podbiegło do rozwidlenia kolejnych paru adwersarzy rozglądając się bacznie na wszystkie strony. W końcu jeden z nich wskazał okutą w żelazo ręką, uliczkę w której się skryłem, wypowiadając przy tym ciche słowa, których niestety nie dosłyszałem. Dwóch strażników ruszyło w moją stronę, tym razem jednak nie z poprzednim impetem, lecz „vice versa”, delikatnym, powolnym chodem. Pozostali rozbiegli się na inne strony. Gdy owy patrol był już na wyciągnięcie ręki, nadal nie dostrzegali mojej odstręczającej istoty. Nie pozostawiono mi żadnego wyboru... Zaskoczyłem ich od tyłu. Pierwszemu, który padł trupem na martwą ziemię nie dano wiedzieć, że właśnie umiera. Szybkim i pewnym ruchem złamałem jego rachityczny kark okryty pordzewiałą kolczugą. Jego kamrat również nie radował się z życia długo. W momencie, gdy się odwracał otrzymał mocarny cios w sam tors i nie zważając na jego płytowy pancerz, żebra z przeraźliwym stukotem pękły. Ofiara szybko dołączyła do pierwszego strażnika, nie mając sił na wydobycie z siebie głosu, wykrwawiając się na śmierć, brudząc ciemnoczerwoną posoką wybrukowaną uliczkę. Pozostawiłem trupy szczurom i pobiegłem dalej. Wylot zakamarku prowadził na duży plac. Oczywiście nikogo tam nie zastałem. Nikt o zdrowych zmysłach nie błąkał się po mieście o tak później porze. Rozejrzałem się dookoła zza jakimkolwiek schronieniem przed okrutnym wzrokiem straży. W jednej z uliczek spostrzegłem cień człowieka. Wycofałem się trochę spodziewawszy kolejnego patrolu, jednak pozorna myśl okutego mężczyzny w zbroję przybrała nieoczekiwaną postać niewiasty. Cóż tak piękna osoba mogła tutaj robić o późnej porze? Moje rozmyślania przerwał barczysty krzyk „Tam jest!”. Spanikowany wbiegłem na środek rynku szukając nory w której mógłbym się skryć, niczym zając uciekający przed wilczą watahą. Kobieta ubrana w powłóczystą, delikatną tkaninę nadal stała na krańcu jednej z uliczek. Po chwili wskazała gestem szczupłej ręki, abym podążył jej tropem po czym pobiegła w głąb, znikając w odmętach mroku. Wskazana uliczka prowadziła do kolejnego rozwidlenia na którym na chwile przystanąłem, aby rozejrzeć się za niewiastą. Na krańcu jednej z dróg spostrzegłem delikatny zarys cienia na ścianie budynku, a w połowie drogi leżący, biały materiał. Pobiegłem w tamtym kierunku. Szybkim ruchem pazurów zebrałem z ziemi woalkę i chowając ją do kieszeni skórzni, kontynuowałem ucieczkę. Po chwili wybiegłem na mały plac otoczony pięknie wyremontowanymi budynkami. Zapewne przez nieuwagę trafiłem do bogatszej dzielnicy. Na schodach strzelistego budynku ponownie ujrzałem białogłową. Weszła do środka, a jej szaty pod wpływem wiatru, niczym języki ognia ginęły za masywnymi wrotami.
*
Część 22 / 2
Ogromne wnętrze spowijał mrok i tylko w nielicznych zakamarkach sali stały świeczniki z żarzącymi się ogarkami. Bił od nich słaby, umierający blask. W głębi komnaty pozostawiono wielki kamienny ołtarz z jeszcze większą marmurową statuą człowieka zdobioną pozłacanymi ornamentami. Odwróciłem się słysząc trzask zamykanych wrót. W miejscu z którego przybiegłem rozpościerała się ciemność. Poczułem dotyk na swym ramieniu. Ponownie odwróciłem wzrok, tym razem jednak w bocznice kaplicy. Stała przede mną ścigana niewiasta. Mogłem w końcu jednoznacznie stwierdzić, że jej uroda dorównywała największym skarbom tegoż okrutnego świata. Jej twarz... Delikatny mały nosek osadzony pomiędzy radosnymi oczyma o tęczowych barwach. Usta skromne lecz wyraźne. Całość na tle długich, delikatnych rysów twarzy. Włosy? Ciemne i długie, skryte pod jedwabną, białą chustą. - Witaj o piękna – mówiąc ukłoniłem się, bijąc prawą ręką w pierś na znak szacunku. – Dziękuje za ratunek. Gdyby nie twa pomoc to nie wiem czy by dano mi nadal... żyć. Kobieta delikatnie skinęła głową pozostawiwszy me podziękowania w ciszy. - Milczysz? – Zagadnąłem ze smutkiem. – Przeraża cię mój wygląd? Nie odczytuje z twej twarzy obrzydzenia do mej aparycji... – zawiesiłem wzrok na marmurowych płytach podłogi – szczerze mówiąc to nie dostrzegam w niej żadnych emocji... – głos do końca ugrzązł w mym gardle. Po chwili białogłowa otworzyła usta, lecz pod wpływem mojego wzroku ponownie je zamknęła. - Rozumiem cię... Każdy tak reaguje na mój widok. Ta mroczna barwa skóry, ostre pazury, przekrwione oczy i strzaskane żebra... Jednak proszę cię tylko o jedno. Zdradź swe imię, abym wiedział komu zawdzięczam życie. Kobieta nadal milczała, jednak tym razem wyciągnęła rękę do przodu i w powietrzu, powolnymi ruchami, wymalowała wielką literę „A”. Miała zamiar kontynuować kreślenie, lecz przerwała na dźwięk kroków dobiegający z głębi sali. - Kim jesteś i co sprowadza wędrowca w święte progi bogów o tak późnej porze? – na ton ochrypłego głosu odwróciłem głowę. Stojący przede mną w oddali starzec na mój widok wypuścił z pomarszczonej ręki szklaną kolbę z osadzoną w środku świeczką. Całość w zetknięciu z marmurowymi płytami, rozbiła się na setki małych kawałeczków idąc przy tym w parze z głośnym pęknięciem szkła. - Nie obawiaj się mnie! – krzyknąłem w momencie, gdy starzec odwracał się do ucieczki. – Trafiłem tu przypadkiem podążając za tą piękną niewi... – przerwałem w połowie zdania gdyż zorientowałem się, że po białogłowej pozostało tylko puste powietrze. - Jaka „niewi”? – zapytał po chwili starzec odzyskując odwagę głosu w momencie, gdy „owe stworzenie” (to znaczy ja) wykazało, że posiada rozum i zdolność mowy ludzkiej. - Niewiasty... – dokończyłem ze smutkiem słowo – jeszcze przed chwilą tu była... Stała przede mną niczym anioł okalany bielą. Starzec podszedł bliżej. Badawczo przyjrzał się mojej wstrętnej twarzy. - Nie jesteś człowiekiem. – Po chwili stwierdził. – Lecz i tak na szaleńca nie wyglądasz. O jakiej kobiecie mówisz? O tej porze? - Również się zdziwiłem gdy ją ujrzałem na uliczkach miasta, jednak zawdzięczam jej życie. Gdyby nie ona to... zapewne został bym zaszlachtowany przez straż. - Straż? – z niepokojem powtórzył moje ostatnie słowo – jesteś zbrodniarzem? - Jedyne czemu jestem winien to, to że się narodziłem. – ze zgryzotą w głosie odparłem. – Zawsze tak reagują na mój widok... Krzyczą, że takie szkaradztwo nie ma prawa żyć i grzechem jest, aby nie splunąć na nie przechodząc obok. - Każdy jest stworzeniem boskim i nie powinniśmy oceniać kogoś po wyglądzie i narodowości. To co nas wyróżnia od reszty to inteligencja, pozyskana wiedza, przestronność i osobowość. - Piękna sentencja. Szkoda tylko, że owe słowa mają niewielkie odzwierciedlenie w realnym świecie. - Ano – zamyślił się starzec – tak bywa. Jednak to źle świadczy o nich, a nie tobie podobnym. - Gdyby więcej takich ludzi było na świecie jak ty... nieznajomy. - Senis – starzec szybko się przedstawił, kłaniając przy tym na tyle ile jego stare kości pozwalały – jestem kapłanem nielicznych świątyń Afrodyty w tym sfatygowanym mieście. - Afrodyty? – zagadnąłem – Tej greckiej bogini? - W rzeczy samej. Jednak dostrzegam w twoim głosie zaskoczenie, a i po minie widać, że coś cię trapi. - Co robią greccy wyznawcy w takiej dziurze? Tak daleko od Olimpu... - Wiarę powinno poszerzać się w każdym miejscu, nawet jak to określiłeś w „takiej dziurze”. – po krótkiej przerwie kontynuował. – Zresztą to nie pora, aby dywagować na temat wyznań. Nie pamiętam jak się przedstawiałeś. - Wybacz – ze zgryzotą powiedziałem – Me miano określane jest jako Damnavi... Damnavi Exsulis. Starzec nagle wyciągnął z kieszeni ozdobionego złotymi ekscesami szlafroka, białą święcę. Trzymając owy przedmiot w dłoni, drugą ręką pstryknął palcami nad knotem. Zaiskrzyło. Zajaśniało. Gromnica rozbłysła ostrym światłem, poczym przygasła, zbierając falujące ogniki na końcówce świecy, przybierając kształt małego płomienia. - W takim razie drogi Damnavi – rozpoczął Senis. – Noc chyli się ku końcowi. Warto wykorzystać resztki mroku, aby zregenerować siły. Tym bardziej, że dzisiejsza noc zapewne dostarczyła tobie wiele wrażeń – z uśmiechem i ironią w głosie skomentował, poczym odwrócił się i skierował kroki w głąb sali.
*
Dni mijały, a ja pozostałem na stancji u Senis’a – kontynuował Damnavi zwany niedawno kuną. - Otrzymałem swój upragniony azyl, jednak nadal musiałem ukrywać się przed wzrokiem zwykłych ludzi. Następnego dnia po feralnej nocy rozesłano po okolicy list gończy z moim wizerunkiem. Drogi Senis, za co niezmiernie do końca życia będę mu wdzięczny, spławił straż