Fantastyka · 1 godz. 19 min czytania
swiat drzewa
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
Wiadro w morzu ŚWIAT DRZEWA
Henrietta szła jak zawsze w środy do parku koło Moulike. Była osobą radosną i wesołą. Nigdy do nikogo nie miała o nic pretensji ani roszczeń. Jej życie wyznaczały dwie reguły. Reguła pierwsza: Mieć jak najwięcej przyjaciół, reguła druga: mieć jak najmniej wrogów. Koło ulicy, która prowadziła do parku stał duży, a może nawet ogromny obraz, który wskazywał kierunki, w jakich mogą się udać odwiedzający świat drzewa. Dobra dusza, jaką była Henrietta zawsze kierowała się sercem, a nie rozumem, dlatego nigdy nie wierzyła temu, co pokazywał obraz, a zawsze ufała temu, co podpowiadało jej serce. A serce podpowiadało jej, że dziś w parku spotka jakiegoś Barta i z całą pewnością będzie to bard biały, a może nawet niebieski. Jej serce emanowało różnymi rodzajami energii. Jej poświata była jasno różowa, co świadczyło o czymś lepszym. Przeszła przez zgliszcza zielono-żółtych krzaków, porośniętych w biało czerwone róże, które ze względu na swój rozmiar nie robiły na nikim większego wrażenia. Podeszła do brązowej ławki i popatrzyła na swojego kompana. Jej mały zielono-żółty pieso-smoczek krążył tuż obok jej lewej nogi. Lewitował tuż nad ziemią i nie wydawał z siebie żadnego pisku. Był jak wolny atom, który szuka swojego… czegoś tam. Henrietta usiadła na ławce i spojrzała w prawo. Jej serce ujrzało niskiego nie bardzo przystojnego niebieskiego barda. Jej towarzysz miał tysiące tysięcy włosów, z czego nie cała połowa była odpowiedzialna za brodę. Dostrzegalny wyraz twarzy, z którego niewiele można było wyczytać sugerował, że siedzi już tu od dawien dawna i z całą pewnością nie zdawał sobie sprawy, że Henrietta zajęła miejsce tuż obok niego. Gdyby nie jego niebieski kaptur i sporych rozmiarów nos nic nie mogłoby się wydawać tym, czym było naprawdę. - W życiu trzeba kochać to, co się robi, inaczej wszystko idzie na marne – powiedział równie niespodziewanie co cicho. - Wydawało mi się, że nie zauważyłeś, że tu jestem – powiedziała zdezorientowana Henrietta. Bard przechylił głowę w lewo i spojrzał na nią swoimi ciemnymi i głębokimi oraz nic nie wyrażającymi oczyma. - Mam swój świat. Świat, w którym jestem tylko ja jeden, w którym wszystko jest niebiesko-białe. - I oprócz swojego nosa nie widzisz w nim pewnie nic więcej – powiedziała nie za głośno Henrietta. - Ale to nie znaczy, – ciągnął bard jakby w ogóle jej nie słysząc – że nie podobają mi się inne światy oraz inni… – tu Bard zrobił krótką przerwę – …stworzenia – dokończył. - Chyba inne – poprawiła go Henrietta. - W naszym języku Bardów inni, czyli stworzenia wszyscy jesteście inni. - Pozwól, że nie zrozumiem – powiedziała. – Masz na myśli, że ja, czyli wszyscy inni są różni od was – Bardów niebieskich, tak? - Nie niebieskich – odpowiedział Bard. - Wszystkich Bardów – wtrącił się do rozmowy pieso-smoczek. - Aha, oczywiście rozumiem – odpowiedziała. – A czymże to w twoim świecie są takie małe pieso-smoczki jak mój – zapytała. - Są inni – odpowiedział i Henrietta wiedziała już, że ma dosyć tej cudownej rozmowy. Wstała i skierowała swój wzrok wprost na ogromne drzewo krzaki, które stały wprost naprzeciw ogromnych dębowych drzwi, które prowadziły do innego miasta. Gdyby teraz dała się komuś zobaczyć, z pewnością nikt by jej nie poznał. Była zła. Gorzej. Była nawet wściekła. A to cechy, którymi starała się w życiu nie kierować. Wolała mieć dobre serce i mało wrogów niż małe serce i dobrych wrogów. Podeszłą bliżej pozostawiając w niepamięć rozmowę z innym i zrozumiała, że drzewa nie były tak daleko, jak jej się z początku wydawało. Była już blisko, gdy usłyszała znajomy hałas. Jej oczom ukazał się ogromny różowo-niebieski płomyk z ziarna. Mówiło się, że mają pewne cechy, które inni, ale ci normalni nazywali też talentami albo darami. Chodziły słuchy, że każdy, kto zechce może trzy razy w życiu skorzystać z ich pomocy i zapytać się o dowolną rzecz jaką tylko zapragnął. Promyk z ziarna zawsze odpowiada na wszystkie postawione mu pytania. Krąży legenda, że gdyby nie udzielił odpowiedzi na któreś z pytań, Świat Drzewa przestałby istnieć. Oczywiście są tacy, którzy próbują to od czasu do czasu uczynić. Próbują mianowicie zadać na tyle skomplikowane pytanie, żeby płomyk z ziarna nie mógł na nie odpowiedzieć. Oczywiście coś za coś. W świecie drzewa dla energii nie ma problemu odległości i tak jeśli ktoś zada pytanie, które już raz padło Płomyk z ziarna informuje o tym parząc delikatnie jednym ze swoich płomyków, co zazwyczaj nie jest zbyt przyjemne, nie mówiąc już o tym, że szansa na zadanie pytania przepada bezpowrotnie. Tu należy wspomnieć o jednym. W Świecie Drzewa istnieją pewne reguły, których łamać nie należy, a niektórych zasad przestrzegać trzeba. Tego się wymaga i jest to powszechnie obowiązująca zasada. Jest nawet na to jakiś kodeks, ale tylko nieliczni Biali Magowie widzieli go na oczy. Podobno jest ukryty w którejś z miejscowych studni, ale nikomu się jakoś nie spieszy, żeby to sprawdzić. No więc do zasady obowiązują dwie. Po pierwsze nie łamać liści prawa, po drugie nie robić innym tego, czego nie życzylibyśmy nawet najgroźniejszemu nieprzyjacielowi czy wrogowi. Trzeba też dodać, że nigdy, ale to przenigdy nie należy zadawać się z Paprotnikami i Gruntkowcami. Sąto dwie grupy, do których należeć nie należy. Poza tym są tu także rzeczy, które nikomu się nawet nie śniły, jak np. stare miejskie studnie, w których można znaleźć naprawdę dziwne rzeczy i przez które podobno można się przenieść do innych światów, co nie zostało jeszcze udowodnione. Poza tym nikt nie wie przez którą, co jest.
Łodyga szedł kamienistą drogą, gdy poczuł, że dopisuje mu głód. Jego brzuch mówił mu, że raj jest niedaleko, a właściwie bardzo blisko. Nie mylił się. Po prawej stronie od drogi stała niewielka karczma, której napis wskazywał, że jest w niej pełno gości. Musiało tak być, bo była jedyną karczmą w odległości kilku mil, a łodyga dobrze wiedział, kogo przez przypadek nie chciał w niej spotkać. Jako, że nawet on czasami co u innych nazywa się mózgiem, stwierdziłby, że będzie lepiej, jeśli pójdzie skorzystać ze strumienia, który daje równie niewiele, co karczmarz za to że z pewnością nie drożej. Wszedł pod pomost i zaczął szukać dogodnego miejsca, gdy zaczepił go nieznajomy Bliżej. - Co robisz – zapytał wisielczym głosem. Łodyga nie bardzo przekonany, że mówi do niego, skierował swoje oczy wprost w oczy nieznajomego znieruchomiał. - Nieznajomy Bliżej.
Dosyć istotne, bo jak na razie nieznane są tylko przypadki utonięcia albo zniknięcia? Należy pamiętać też o tym, żeby unikać znajomości z Lisiakiem i Łodygą. Obaj należą do grup, które nie należą do tych dobrych, czytaj: pozytywnych. Świat Drzewa jak każdy znany bądź nieznany świat ma to do siebie, że lubi się zmieniać. Co roku o wpół do dziewiątej wieczór nad konarami przelatuje ogromny orzeł, który oznajmia, że następuje koniec poprzedniego roku. Za siedem dni przelatuje kolejny, co oznacza, że rozpoczął się kolejny.
(ZNAK)
Uśmiechnął się. Nie był to uśmiech szyderczy, ani miły. Znajomy, ani nieznany. Był stanowczy i zły. Przynoszący tylko złe wiadomości. Wiadomości po których człowiekowi odechciewa się nawet darmowych ostryg.
Część 22 / 3
(ZNAK)
Dzień zapowiadał się przepięknie, zewsząd słychać było odbijające się mini dźwięki kozików grających i polowych strachów na wróble. Słońce było już wysoko nad konarami drzew i oświetlało dużą część miast. Gdyby nie fakt, że na rynku nie było dziś jednej studni, ten dzień z pewnością nie różniłby się od setek innych w tym roku. Do końca dnia zostawało jeszcze osiem czy siedem godzin, a więc wystarczająco dużo, by pewien niefrasobliwy i lekkomyślny żeglarz mógł odnaleźć brakującą studnię. Wszystko potoczyłoby się pewnie jeszcze szybciej, gdyby nie fakt, że na morzu ktoś jeszcze jest poszukiwaczem i akurat dzisiaj na osiem godzin przed zakończeniem dnia chciałby odnaleźć żeglarza. Jako, że wiedzą o tym tylko nieliczni, powiem jeszcze, że morza wokół świata drzewa są najłagodniejszymi morzami jakie znała bądź nie historia. Do tej pory zdarzył się tam tylko jeden wypadek, który nie miał nic wspólnego ze studnią, ani z żeglarzem, ani z poszukiwaczem…
Dookoła roiło się od skaczących rybo łososi i ogromnych wielorybów, które robiły więcej hałasu niż można się było po nich spodziewać. Każdy rozsądny żeglarz o tej porze roku już dawno jest albo w przystani, albo przynajmniej zmierza w tamtym kierunku. Niestety tutaj mamy do czynienia przypadkiem z deka innym. - Ahoj, załogo – krzyknął wysoki mężczyzna rozglądając się po pustym pokładzie. - Czy wszystkie maszty w należytym porządku? – krzyknął ponownie. - A może brakuje wam jadła albo picia? – rozejrzał się raz jeszcze. Kawał paranoidalnego schizofrenika – pomyślał Turok przypatrując się całej sytuacji przez lornetkę ze swojego statku. Znajdował się niecałe pół kilometra od niego, a i tak żeglarz go nie widział. Nic dziwnego, był bowiem od urodzenia krótkowidzem. Podobno bardzo słabo też słyszał. Ze wszystkich rzeczy na tym krańcu morza Turok bał się dwóch rzeczy. Nienawistnego sztormu i żeglarzy bez fantazji. Miał już do czynienia z obojgiem przypadków i zawsze kończyło się to dla niego niedobrze. Zawsze uważał się za wybornego kapitana i nigdy nie starał się udowadniać, że nim nie jest. Gdy tak przypatrywał się oddalonemu żaglarzowi zastanawiał się z którym z nich coś jest bardziej nie w porządku. Zdecydowanie wolał myśleć, że nie z nim. Nienawidził lekarzy, a już na pewno nie lubił tych morskich. Kicha z nędzą – pomyślał. Już lepiej być ??? tylko dla swojej wiedzy. Przynajmniej nie będzie musiał nikomu płacić.
Morze w Świecie Drzewa już dawno nie było tak spokojne i już niebawem z pewnością miało nadejść coś, co zmieni diametralnie jego charakter. Bo w końcu ile dni może być taka sama pogoda? Żeglarz spojrzał na mały brązowy kasztan leżący od niechcenia na białym pokładzie, zostawiony tam dano i nie przez omyłkę. Miał być przepowiadaczem pogody. Miał informować, kiedy należy odmówić ostatni paciorek i żegnać się z tym niebieskim świtem morza. Dostał go od jednego ze swoich starych znajomych, do których miał właśnie się udać. Dziś bowiem była rocznica, o której w żadnym wypadku nie mógł zapomnieć. Nie darowałby sobie, gdyby się z nim nie zobaczył i nie poczęstował go swoim świeżym połowem małych gdzieniegdzie różowych krewetek. Od tego wszystko się zaczęło, a raczej dopiero miało się zacząć. Kilkakrotnie bowiem w ciągu ostatniej godziny przypatrywał się uważnie dwóm rzeczom, które wydawały mu się zdecydowanie najważniejsze. Pierwszą z nich był ciemno brązowy kasztan, który od paru minut naprawdę dziwnie się zachowywał. Drugą z nich była sieć z krewetkami, a raczej jej koniec, który wskazywał na to, że ilość krewetek już dawno przekroczyła wytrzymałość liny. Obie te rzeczy nie miały z pewnością z sobą nic wspólnego, on jednak wolał nie pozostawiać swojego losu w rękach przeznaczenia. A ostatnio przeznaczenie zrobiła się naprawdę buńczuczna i tylko nieliczni nie robili sobie niej nic szczególnego. Przeznaczenie miała ostatnio dziwny zwyczaj zmieniać swoje zamiary co do swoich bohaterów bądź innych śmiertelników, którymi się opiekowała. Była już stara i chyba to sprawiało, że chciała się jeszcze pobawić losem innych. W końcu nie miała nikogo wyższego nad sobą, więc nie musiała obawiać się na przykład kar. W większości przypadków interweniowała tylko ze względu na stare koligacje. Pomagała na przykład zdjąć urok albo klątwę z jednego z bohaterów świata drzewa, albo zarozumiale przyglądała się losowi wieśniaków, którzy nieustannie bezowocnie pracowali przy swoich zbiorach. Dawała poniektórym szanse choćby poprzez podsunięcie jakiejś niewielkiej sztabki złota pod pług czy grackę. Efekt nie zawsze był taki jaki sobie wymarzyła, albowiem niektórzy wieśniacy nie przywiązywali wartości do szczęścia i odrzucali sztabkę na bok, zajmując się swoimi normalnymi pracami na polu. Czasami zdarzało się także tak, że obdarowywali znaleziskiem innych, a ci z kolei oddawali znowu to innym co prowadziło do ciągłych targów słownych, które miały na celu udowodnić nieprzydatność takiej rzeczy jaką jest sztabka złota. Zawsze jednak przeznaczenie miała jeden poważny problem, na który do tej pory nie znalazła rozwiązania. Nie mogła mianowicie zadowolić wszystkich. Nie starczało jej po prostu na to czasu. Przemieszczanie nie zajmowało jej z początku dużo czasu, ale z wiekiem robiła się coraz powolniejsza. Poza tym nie miała też tak dobrej pamięci i koncentracji, a ta była bardzo potrzebna, by określić, czy dany przypadek zasługuje na zmianę swojego losu. Ilekroć wybierała się więc nad morze, była szczęśliwa, bo wiedziała, że może tam spotkać tak niewiele ludzi, że pewnością nie zapomni, jak miała zmienić ich przeznaczenie. Dziś jednak miało być inaczej, bo dziwny traf chciał, że zdecydowanie zapomniała z jakim ??? przypadkiem ma do czynienia i zupełnie nie wiedziała, w którą stronę ma obrócić kołem przeznaczenia. Żeglarz płynął z ponad normalną prędkością bacznie przypatrując się swojemu kasztanowi. Coraz bardziej niepokoił go jego stan. Według niego już dawno powinno się coś stać. Coś wisiało w powietrzu i tylko minuty dzieliły go od tego aż to coś się stanie. Kilka razy wydawało mu się, że widzi kogoś przypatrującego mu się z ukrycia jednak szybko stwierdzał, że musiał mu się tylko przewidzieć, poza tym musiał skupiać uwagę na ważniejszych rzeczach. Linka od krewetek była już tak bardzo naciągnięta, że wydawało mu się, że wystarczyłby mały dotyk najmniejszym palcem, by wszystko rozleciało się na strzępy. Gdyby miał pomocnika – świat wyglądałby inaczej – pomyślał i od razu skupił swoje myśli powrotem na swoim kasztanie, który poruszał się teraz paranoidalnie, co nieustannie wskazywało na to, że za chwilę z pewnością coś się stanie. Zastanawiało go tylko to, czy będzie to coś dobrego, czy wręcz przeciwnie. Poza tym postanowił w końcu, że da upust swoim falującym myślom i wyłowi z dna morza stertę krewetek. Zszedł na dół i sięgnął po sznur, który niechybnie sterczał napięty na jednej z burt. Złapał go obiema rękoma i delikatni pociągnął.
W tym samym momencie przeznaczenie uświadomiła sobie, że jest zbyt głodna i z pewnością nie chce jej się wracać na ląd tylko po to, żeby zaraz z powrotem przebyć tą samą drogę tylko że z pełnym brzuchem. Spojrzała w dół i zobaczyła dwa statki. Na jednym dostrzegła Turoka, którego przeznaczenie już dawno zostało spisane na kartach historii, i które niebawem miało przybrać realne kształty. Na drugim natomiast widziała rybaka, który właśnie ma zamiar wyłowić stertę krewetek, za którymi ona nie przepada. Miała jednak ochotę spłatać figla żeglarzowi, a że wiedziała, że jest z niego Nielaba fajtłapa, postanowiła sprawdzić jakie jest jego przeznaczenie. Szybko skoncentrowała też swoją uwagę na małym ciemnobrązowym przedmiocie, który wydał się jej nieco podejrzany. Jednak teraz nie zawracała sobie tym głowy. Była zajęta korygowaniem losu żeglarza. To, co zobaczyła wydało jej się nudne i nie mające nic wspólnego z prawdziwym życiem, a przecież bardzo chciała, żeby rybak skosztował prawdziwego życia. Głupie bezsensowne przygody rybackie mógł sobie darować – pomyślała i zakręciła ze zdwojoną siłą kołem przeznaczenia. Koło miało to do siebie, że nad morzem działało trochę inaczej niż nad lądem, działała na nie bowiem dodatkowa siła grawitacji, która nierzadko zmieniała dodatkowo koleje losu. Tym razem kręciło się bardzo szybko. Nawet przeznaczenie zdziwiła się z takiego obrotu koła. Nie przypuszczała, że kiedykolwiek zobaczy jeszcze kogoś, którego los będzie równie niebezpieczny, co zagadkowy. Już chciała dać mu drugą szansę, gdy tuż przed nosem ujrzała stertę krewetek, które wydały jej się bardziej interesującym zajęciem. Przynajmniej w tej chwili. Zostawiła koło i zajęła się posiłkiem, który tak bardzo jej się należał. Praca powoli ją wykańczała. Żeglarz nie mógł uwierzyć oczom, gdy na końcu liny ujrzał miniaturowy, jasno zielony worek w dodatku w ogóle nie przemoknięty i zupełnie bez ani jednej krewetki. Rzucił go na pokład i postanowił, że sprawdzi, co jest w środku tak istnie nie przydatnego przedmiotu. To, co ujrzał w środku zupełnie do niczego mu nie pasowało. Nie mógł z tym nic konkretnego zrobić, ale wiedział już na pewno, dlaczego kasztan przestał się obracać. Stało się coś dziwnego. Na dnie worka znalazł wiadro, na końcu którego wisiał metalowy sznur. Takie same, jakie używa się do studni w mieście. Spojrzał w lewo i teraz na sto procent pewien, że to nie przewidzenie. Na horyzoncie widział innego żeglarza, który swoim brawurowym stylem płynięcia przypominał mu jednego znajomego, którego wolał nie gościć dzisiaj na pokładzie. Wszedł wyżej i wydał rozkaz nieistniejącej załodze. - Prawo na burt – krzyknął, po czym skierował się do swojej kajuty obejrzeć dziwne znalezisko. Świat drzewa przyjmował z honorem tych, którzy na to zasługiwali i z niezadowoleniem na tych, którzy byli nadąsanymi maruderami. Nie lubił niektórych ludzi – takich jak Turok, ale musiał ich uznawać i nie miał prawa mieszać się w ich życie. Od tego byli inni. Młody Garncarz siedział na ławce w parku obok dziedzińca i przyglądał się ludziom krzątającym się wokół. Nie mógł zrozumieć, jak ktoś mógłby nie zauważyć tak ważnej straty. - Czy wy ludzie i nie ludzie jesteście ślepi? – krzyknął w końcu, ale tylko nieliczni spojrzeli na młodego człowieka. – Nie widzicie, że na rynku brakuje studni? – powiedział wprost. Kilkoro się zatrzymało i spojrzało na niego w zastanowieniu, jednak po chwili zaczęli iść dalej, stwierdzając, że to tylko obłąkany sierota, który próbuje zwrócić na siebie czyjąś uwagę. Być może byli zajęci swoimi sprawami, bo naprawdę nie zauważyli, że młody garncarz ma rzeczywiście rację. Z kilkunastu studni, które stały od zawsze na dziedzińcu, brakowało jednej, a co gorsza mogło się spełnić najgorsze przypuszczenie garncarza i tą jedyną studnią mogła być ta jedyna wyjątkowa studnia, która od dawien dawna stanowiła zagadkę Świata Drzewa.
Rybak musiał się bardzo zdziwić – myślała przeznaczenie, ale w końcu to nie od niej zależało. Przeznaczenia nie da się odwrócić, a przynajmniej tak mówią.
Część 33 / 3
Żeglarz był już bardo zmęczony myśleniem o przeznaczeniu znaleziska. Nie mógł doprawdy wpaść na pomysł, do czego komuś przydałoby się wiadro ze studni. Gdy jego komórki próbowały coś wymyślić, on przypomniał sobie, że zostawił na pokładzie swojego można tak powiedzieć przyjaciela, który na pewno się o niego nie martwi, ale być może jest coś, co powinien zobaczyć. Wyszedł z kajuty i zerknął na brązowawą kulkę wielkości sześciu rodzynek. Tak jak przypuszczał był na miejscu w którym go zostawił. Jednak teraz nie wibrował, a wydawało się nawet, że w ogóle o tym nie myśli. Jakby jego myśli były zajęte czymś innym. Zszedł niżej i sięgnął po przyjaciela, po czym szybko udał się do kajuty. Niebo zdążyły pokryć już ciemne chmury, a on sam nie widział już swojego wroga, który jak miał nadzieję zawrócił już z frakcji wytyczonej wcześniej przez… siebie samego. Oddalający się okręt wydawał mu się bardzo podejrzliwy, ale nie na tyle, żeby zlęc się podążania za nim. Turok wiedział, że rybak coś znalazł i że niechybnie dał się wytropić, co z pewnością nie ułatwi dalszej części zadania. Miał wrażenie, że widział jak rybak wyłowił coś z morza. Coś, co na pewno nie było krewetkami. Być może za długo przebywał na morzu, być może zaszkodziło mu tutejsze powietrze, bo mógłby przysiąc, że widział jak rybak wyciąga z wody wiadro. Przeznaczenie zerknęło na zbliżający się sztorm i słusznie stwierdziło, że będzie lepiej, jeśli usunie się jak najszybciej z drogi. Nie będzie już dziś kręcić kołem. Niech sztorm wyczyści ten obszar z wszelkich zanieczyszczeń. Pora trochę odpocząć. W końcu jutro też jest dzień. Dookoła nie było nikogo, kto mógłby służyć dobrą radą albo chociaż jakimś zdaniem otuchy. Nikogo uwidocznienie obchodził los zaginionej studni, a tym bardziej młodego garncarza. Gdyby udało mu się jakoś wstrząsnąć ludźmi może na coś to by się zdało. Może nie wszyscy są takimi egoistami na jakich wyglądają. Może nie był gustownie ubrany, ale lubił swój niebieski płaszcz i żółte buty. Taki wygląd mu odpowiadał i miał nadzieję, że spodoba się też innym. Najwyraźniej się mylił, bo większość zamiast patrzyć na niego z podziwem, patrzyła raczej jak na kolejnego głupka odwiedzającego ich miasto. Jedyne co mógł w tej sytuacji zrobić to ignorować ignorantów i zrobić to, co każdy szanujący się garncarz zrobić musi. Odwrócił się i pobiegł czym prędzej do karczmy, która mieściła się niedaleko mostu, przez który niedawno przechodził. Wszedł do środka i pierwsze co go ogarnęło to ogromne zdziwienie. Wszyscy przesiadujący jak jeden garncarz odwrócili się w jego kierunku i zawiesili wzrok, wprawiając go w niemałe zdziwienie. Po chwili wszystko wróciło jednak do normy, bo jak przypuszczał, nie był tym, kogo być może poszukiwały owe spojrzenia. Często się mylił, ale w tym jednym wolał mieć dziś rację. Po co kusić los, która i tak go nie lubiła. Pierwsze, co zrobił to udał się do barmana, który wydawał mu się średnio przyjaznym typem. Miał jednak nadzieję, że pomoże mu rozwiązać jego problem. - Poproszę dwa piwa – powiedział, rzucając na stół dwie srebrne monety. Barman spojrzał na przybysza i przyniósł dwa piwa. - Jedna wystarczy – powiedział. - Dwa piwa to tylko początek – powiedział garncarz, sam nie wierząc w to, co mówi. – Chodzi mi o pewne informacje – ciągnął dalej. - Sprzedajemy tylko piwo, a nie informacje – powiedział trochę za stanowczym głosem barman. - Aha, a co powiesz na to, że dorzucę jeszcze cztery takie monety i zapytam Cię o coś, co będzie dla Ciebie niemiłe? Mówiąc to zrobił taką minę, jakby mu naprawdę zależało. Sam nie przypuszczał, że może być tak stanowczy równie groźnie przy tym wyglądać. Rozejrzał się wokół, żeby sprawdzić, czy nie mówił zbyt głośno, ale chyba nikt nie zwrócił na niego większej uwagi, co zdecydowanie mu się podobało. Minie jeszcze dużo czasu zanim upora się ze swoimi wspomnieniami, które nie należały do najciekawszych. Bary jak ten przyprawiały go zawsze o gęsią skórkę. Już sam widok z zewnątrz nie napawał go optymizmem, a co dopiero przesiadywanie w takim ośrodku kultury bakterii. Zdecydowanie bardziej odpowiadało mu świeże powietrze i zapach kwiatów niż smród czyjegoś tytoniu i starych plam po piwie. Henrietta zastanawiała się, jakiego pytania nie zadać płomykowi ziarna. Oczywiście mogła to zrobić innym razem, ale uważała, że skoro spotkała już go na swojej drodze to być może powinna skorzystać z nadarzającej się okazji. Kto wie, kiedy po raz kolejny będzie miała z nim do czynienia. Henrietta była odważną osobą, co wcale nie znaczyło, że lubiła ryzyko, wręcz przeciwnie. Wolała wszystko jasno wiedzieć, najlepiej zanim jeszcze coś się wydarzy. Już chciała otworzyć usta i coś powiedzieć, gdy dobiegł ją jakiś głos. Odwróciła się i zobaczyła młodego człowieka krzyczącego coś do ludzi na rynku. Nie słyszała, o co mu chodziło, ale była pewna, że to coś nie miało nic wspólnego z tym, o co chciała się zapytać płomyka. Odwróciła się więc i zadała mu pytanie, na które tak bardzo chciała znać odpowiedź. Było to najbardziej niewinne pytanie, na jakie udało jej się zdobyć. Jej serce nie pozwalało jej łamać ogólnie przyjętych zasad, rządzących i obowiązujących wszystkich mieszkańców. Odpowiedź, jaką uzyskała była najbardziej zadziwiającą odpowiedzią, jaką kiedykolwiek usłyszała i przez moment zaczęła się nawet zastanawiać czy wszystko jest z nią w porządku, nigdy bowiem nie słyszała tak wierutnych bzdur w tak krótkim czasie. Choć miała nadzieję, że się przesłyszała wiedziała, że usłyszała całą prawdę i tylko prawdę. Natychmiast chwyciła swojego towarzysza na ręce i udała się do jedynego miejsca, gdzie uznawała za odpowiednie. Kilka razy do roku na ??? drzewo zmienia swoje ubarwienie. Właściwie liście. Podobno udowodniono naukowo, że jest to forma odstraszenia wroga, ale w świecie gdzie rybacy wyławiają worki z wiadrami wszystko jest możliwe. Czasami zdarza się, że liście opadają tak szybko, że zadziwia to nawet największych sceptyków. Zdarza się też jednak tak, że liście nie opadają, tylko są transportowane przez ogromne chmury, które zabierają je gdzieś w nieznanym celu. Próbowano je śledzić, ale zwykle nie wychodziło to nikomu na zdrowie, poza tym, kiedy chmury zabierają liście dzieje się jeszcze jedna rzecz, a mianowicie zostaje zachwiana równowaga świata drzewa, a to ze względu na to, że czyhające pod drzewem stworzenia nie doczekują się kolorowego listowia, co uniemożliwia im pracę, a tym samym hamuje rozwój mikroorganizmów w glebie, na której rośnie drzewo. Ma to też jednak swoje dobre strony, bo jak wiadomo wszystkie liście, które zostaną zebrane przez chmury do czegoś służą, tylko jeszcze nie wiadomo, do czego, ale może wkrótce okaże się, że są gromadzone do jakichś wyższych celów, o których nie śniło się nawet naukowcom. Jak mawiają ludzie zamieszkujący tę część konarów: Na wszystko przyjdzie odpowiednia pora. I z pewnościa się nie mylą. Mając do wyboru zostać w kajucie albo obserwować wzburzone już bardzo morze, żeglarz wybrał wartę przy swoim towarzyszu i stole, na którym stało wiadro i nienamoknięty worek. Inna sprawa, że wszyscy oprócz niego byli już dawno w swoich domach lub przy studniach. On jak zwykle był we wszystkim ostatni. No cóż – nie chciało się łowić sardynek za młodu, nie będzie się miało syto zaprawionego stołu. Turok był w swoim żywiole. Zawsze wiedział, że dobrze skończy, ale nigdy nie przeczuwał, że dożyje momentu, w którym będzie mógł wygrać z dwoma przeciwnikami naraz. Sztormem i rybakiem. Nie przypuszczał, że to wszystko może być tak łatwe, że nie będzie musiał nawet ruszyć sterem. Wszystko, no może poza sztormem, układało się po jego myśli. Miał nadzieję, że po spotkaniu z rybakiem już nigdy nie zazna żadnego z nieszczęść czyhających na złego jadowicie pazernego Turoka. Nigdy źle się o sobie nie wypowiadał, szczególnie wśród przyjaciół, wiedział jednak, że na tym świecie są rzeczy, o których nawet on nie słyszał. Widział dużo w swoim życiu, dużo też przeżył. Jeśli ocenić to w skali jego rodu, Turok był już w ponad połowie dojrzały, co należało rozumieć nie inaczej, a właśnie tak. Był samowystarczalnym, znającym swoje miejsce w szeregu Turokiem, który niedługo schwyta swoją ofiarę i z pewnością będzie miał przy tym dużą uciechę. Kto wie, być może nawet dostanie jakiś honorowy wiąz bursztynu. Kto wie, czas pokaże, czy było warto przez całe życie bez przerwy poświęcać się jednej jedynej profesji, jaką jest napaść i rabunek. No może dwóm, ale w ostatecznym rozrachunku nie robi to zbytniej różnicy. Teraz musiał się skupić na zadaniu i zbytnie główkowanie na niewiele się teraz zda. Przynajmniej w tym przypadku wszystko było już dawno ustalone. Nie było czego kwestionować, więc po co się martwić. Morze spowiły białe do szaleństwa fale, widoczność była mizerna, chociaż Turok zastanawiał się, czy jest to dobre określenie na widoczność beznadziejną. By zadośćuczynić wszystkiemu, co do tej pory uczynił poprzysiągł sobie w duchu, że po złapaniu żeglarza już nigdy nie będzie tego robił. Zmieni swoją profesję i zajmie się gotowaniem. Marzyło mu się tylko, by mógł przekazać swoje zdolności komuś, kto dzielnie służyłby morzu i pełnił funkcję najgorszego z możliwych. Żeby tylko miał kogoś, komu mógłby na tyle zaufać. Rybak spokojnie przyglądał się kasztanowi. Jako, że ciągłe patrzenie było dla niego nikłą satysfakcją, postanowił, że zmieni kierunek zainteresowania na wiadro. Było średnie. Pod każdym względem. Wyglądu, kształtu, ogólnie sprawiało wrażenie, że jest jednym z tysiąca wiader, jakie spotyka się na świecie. Co prawda sam nie spotkał wielu, ale nie miał wątpliwości, że w tym przypadku nie może się mylić. Przecież potrafi rozpoznać zwykłe wiadro. Nie może być to nic innego jak tylko najzwyklejsze wiadro, które nie powinno się tu z całą pewnością znajdować. Zajrzał jeszcze raz do worka, zastanawiając się, że być może czegoś jeszcze nie zauważył. Jednak nie było tam nic prócz długiego sznura. Przez chwilę przez głowę powalowała mu dziwna myśl o krewetkach, które mógłby mieć zamiast tego dziwnego przedmiotu. Może powinien je po prostu wyrzucić za burtę, tak jak to się robi z niedobrymi krewetkami. A może trzeba by je wrzucić do morza i zobaczyć ile się w nie złapie krewetek? Możliwości było dużo. Tylko jak spuścić je na taką płyciznę. Łańcuch jest z pewnością za krótki. Może powinien zostawić je, włożyć do niego kasztana i zobaczyć, co się stanie? Naprawdę nie miał pojęcia, co byłoby lepsze. Nagle w lewy bok statku uderzyła biała fala, która zostawiła po sobie mokry ślad niczym nie zbrudzonej wody. Przynajmniej umyje mi się pokład – pomyślał żeglarz i wyjrzał przez okno. Jego obawy potwierdziły się. Zaczął szaleć ogromny sztorm. Ciekawe, co w takiej sytuacji zrobiłby kasztan. Z pewnością zacząłby się tylko telepać, po czym opadłby jak poprzednio bez wyraźnego znaczenia. Przyjaciele – uwielbiał ich. Walczy się różnie, ale jak ma się za pomocnika nie ruszającego się kasztana, wiadro i nie za długi sznur, to można równie dobrze skoczyć w sam środek niebieskiego morza. Lepiej jednak zastanowić się, co zrobić dalej z tym, co nieuniknione, czyli z czyhającym gdzieś w oddali Turokiem, który z pewnością nie dał za wygraną i gdzieś tam czyha na dogodną sytuację. Sześć żółtych monet leżało dokładnie na środku stołu, blatu, przy którym znajdował się barman i młody garncarz. Wnętrze wypełniał stęchły zaduch. Wszystkie okna były pouchylane, ale i bez tego można było z trudem zaczerpnąć powietrza. Jedni pili, inni rozmawiali z kelnerkami, a niektórzy patrzyli w stronę drzwi, jakby nieustannie spodziewali się, że wejdzie ktoś, z kim będą musieli załatwić porachunki. Tylko dwójka ludzi oprócz barmana i młodego garncarza przypatrywała się czemuś innemu. Ośmioro oczu widziało sześć żółtych monet i czworo z nich miało już co do nich pewne plany. Nie można było ustrzec się wrażenia, że niektórzy bywalcy karczmy już dawno nie widzieli tak dużej liczby pieniędzy u jednego przybysza. Co innego, gdyby chodziło o inne monety, jak chociażby srebrne czy te brązowe, za którymi nikt nie przepadał, bo strasznie hałasowały, a pożytek był z nich niewielki. Po chwili wszystkie sześć monet zniknęło i wylądowało na dnie kieszeni właściciela karczmy, czyli barmana. W życiu musi być zachowana równowaga, inaczej nic nie miałoby sensu – pomyślał właściciel jednych par oczu. Taka ilość złota u jednego człowieka to zdecydowanie za dużo. Nikt o zdrowych zmysłach nie nosi takiej ilości przy sobie, a tym bardziej nie przynosi ich do karczmy, a jeżeli już to zrobił to będzie musiał pogodzić się z faktem, że zrobił źle i za ten błąd przyjdzie mu wkrótce ponieść konsekwencje. - Ze wszystkich dziwnych rzeczy na ziemi powinny być zabronione przynajmniej dwie. Chodzenie w żółtych butach w dzień tak biały, jaki można sobie tylko wymarzyć i noszenie w czerwonym płaszczu przynajmniej sześciu złotych monet, które mogłyby służyć do sfinansowania wnętrza całego baru. Do wnętrza powinni też wpuszczać więcej powietrza, kto wie, czy w tym dymie nie ma jakichś szkodliwych toksyn dla cery – powiedział szeptem właściciel drugich oczu, po czym zszedł z gzymsu, który do tej pory zajmował. Druga para podążyła tuż za nim delikatnie stąpając po drewnianej żerdzi przymocowanej do górnego sufitu. Karczma nadaje się do renowacji – pomyślał jeden z pijących złoty trunek gości, gdy w jego kuflu znalazły się nagle odrobiny brunatnego drewna. W życiu można być pewnym tylko trzech rzeczy – pomyślał młody garncarz, gdy wydał na potrzebną mu informację całe swoje oszczędności, które miał poświęcić na zupełnie inny cel. Do głowy przychodziło mu wiele różnych pomysłów, ale nie sposób opisać tego, o czym pomyślał w tym momencie. Uświadomił sobie rzecz tak oczywistą i tak jasną, że nawet obłoki z wnętrza tej przeklętej pieczary nie mogłyby go zasłonić. Od tej pory już zawsze będzie słuchał głosu serca i rozsądku dopiero później będzie kierował się emocjami. Było mu żal, że nie dostrzegł tego wcześniej. - Ile jest stad do najbliższej przystani? – zapytał barmana na obchodne. - Jakieś czternaście minut drogą i sześć przez las. A co? Ale nie zdołał usłyszeć odpowiedzi, ponieważ garncarz był już dawno poza karczma i pędził co sił w stronę lasu, a potem portu. - Ciekawe, o czym rozmawiali – zainteresował się jeden z gości. Jego towarzysz, który z twarzy nie przypominał zupełnie nikogo normalnego albo choćby trzeźwego. Machnął tylko ręką i wziął do ręki kolejny kufel z piwem unosząc go wysoko do góry na znak kolejnego bezsensownego toastu. Garncarz był już tak rozpędzony, że nawet nie zauważył jak tuż koło niego przeszedł dziwnie wyglądający osobnik o równie tajemniczym, co przerażającym spojrzeniu. Gdyby bowiem zwrócił na niego uwagę, wiedziałby, że jego obecność tutaj nie wróżyła nic dobrego. Osobnik ten również nie zwrócił na niego uwagi, co zdecydowanie należy uznać za dobrą monetę dla tego drugiego. Był zajęty swoimi sprawami i nie miał czasu zajmować się dziwnie wyglądającymi ludźmi w czerwonych płaszczach. Poza tym nie miał zaufania do osobników noszących żółte buty, szczególnie, gdy ich właściciel ma minę jakby odkrył jakąś nieznaną tajemnicę. Zawsze myślał, że nie spotka nikogo bardziej szalonego od niebieskich bardów. Musiał się jeszcze dużo nauczyć. Henrietta dobiegła do celu. Krople potu parowały z jej odkrytych ramion. Jej dobre serce zaczynało powoli tracić cierpliwość. Jej towarzysz dobiegł do niej jakieś trzynaście minut po tym, jak skończyła tłumaczyć swemu towarzyszowi co miało miejsce. Stara szafa wysłuchała wysłuchała narzekań Henrietty i kazała jej otworzyć swoje zdobione przez taniego graficiarza prawe drzwi. Było tam lustro, w którym zobaczyła kobietę. Kobieta zdecydowanie jej kogoś przypominała. Była pewna, że już ją kiedyś widziała. - To ty, głupia – powiedziała w końcu szafa, jakby dziwiąc się, że tak nierozgarnięta kobieta przed chwilą powiedziała jej tyle ciekawych i niesłychanych rzeczy. Z pomocą ludzką lub bez śmiało można stwierdzić, że ponad połowa ludności zamieszkującej tą krainę to dziwacy albo wariaci. Kto inny zdołałby się na coś tak bajecznie naiwnego, jak nierozpoznanie się ze swoim odbiciem. - Dosyć mądrzenia się – krzyknęła nagle kobieta. – Nie za to Ci płacę, żebyś prawiła mi tutaj morały. Chcę znać odpowiedź i to zaraz. Szafa zatrzepotała drzwiami i w duchu pomyślała, że ma do czynienia nie tylko z dziwnym, ale z pewnością chorym przypadkiem. - Tak, to prawda – powiedziała w końcu i pokazała kobiecie kilka rzeczy, które tej najwidoczniej się nie spodobały. Co raz przeklinała, doprowadzając do szału swojego przyjaciela, który o mały włos nie został przez nią przydeptany. Po krótkim, ale interesującym pokazie, Szafa zamknęła dębowe drzwi i spojrzała na Henriettę, która stąpając z nogi na nogę szukała rozwiązania tej zagadki. - Być może wcale nie jest tak, jak pokazujesz – powiedziała na głos. – Stare szafy mogą się przecież mylić – dodała po cichu. - Słyszałam – powiedziała szafa. – Niech Ci się nie wydaje, że jesteś mądrzejsza od starych szaf. Trzeba mieć nie lada tupet, żeby nie wierzyć w to, co Ci pokazałam, a jeśli uważasz, że kłamię, powinnaś sama pójść i sprawdzić, a potem mnie osądzać. W tym, co mówiła szafa było dużo prawdy – pomyślała Henrietta. Powinna zrobić tak, jak mówiła stara szafa, była już o tym pewna. Jedyną rzeczą, jakiej nie była pewna to to, czy ma dość odwagi, żeby to zrobić. Odwaga nie była jej najlepiej rozwiniętą cechą. - Pójdę z tobą jeśli zechcesz – powiedziała po chwili szafa widząc ogromne niezdecydowanie na twarzy swojej rozmówczyni. – Widzę, że jesteś totalnym tchórzem, któremu przyda się taka przygoda jak ta i z pewnością uda nam się razem jej podołać. Jedyne, czego nie jestem pewna to to, czy Twoja wyobraźnia nadąży za tokiem wydarzeń i nie oderwie się za bardzo od ziemi. Henrietta spojrzała na starą szafę i powiedziała bez zastanowienia: - A jakim wezmę ze sobą coś tak dużego jak szafa twojej wielkości? - Wy ludzie zawsze musicie sobie stwarzać problemy – odpowiedziała szafa. – Wiedziałam, że zadasz mi to pytanie i znalazłam już na nie odpowiedź. Czasami jest tak, ze drzewo przybiera postać kilka razy większą niż normalnie. Jest to spowodowane zmianą składników ziemi, na której rośnie. Bywa tak, że jest dwa, a nawet trzy razy większe niż normalnie. Odkąd jednak sięgnąć pamięcią zawsze nawet, gdy robiło się większe zachowywało spokój i harmonię. Nic, powiadają naukowcy, nie powinno zakłócić harmonii tego świata. Nawet jakaś niezbadana siła czy zjawisko. Nie wszystko jest mówione otwarcie, ale przypuszcza się, że wielkie drzewo straci swoją energię życiową, gdy osiągnie maksymalną wysokość, a będzie to ni mniej ni więcej a za pięćdziesiąt tysięcy lat. Do tej pory każdy, kto chce może odwiedzać cały rozległy świat, który utrzymuje. Gdy zobaczył te oczy, był pewien jednego – już nigdy nie zobaczy świata, jakim był dotychczas. Żałował, że wcześniej nie wykorzystał sytuacji i nie uciekł, póki miał taką możliwość. Nigdy nie przypuszczał, że może to spotkać również jego. - Podobno niebieskie buty są pod ochroną – powiedział, gdy zobaczył swoją ofiarę. - Hmm – przełknął tylko ślinę niebieski Bard i to była ostatni rzecz, jaką zdążył dziś zrobić. Czas – twór promienisty, gdyby można go było dotknąć byłoby to z pewnością wydarzenie na skalę światową. Cóż, niektóre rzeczy… - Właściwie co się stanie, jeśli nie odnajdziemy Zaginionej studni? – zapytała Henrietta, pędząc tuż za rozpędzonym lustrem. - Możesz nie zadawać głupich pytań – powiedziało lustro i popatrzyło przed siebie, jakby czegoś szukało. Pieso-smoczek spojrzał na lustro i pozostawił i tak już dziwną sytuację bez komentarza, W końcu też ma swoje zasady. Poza tym musiał oszczędzać swoją energię na coś, co naprawdę miało teraz znaczenie, czyli na biegu. Miał tylko parę nóg, ale i tak czuł się lepszy od Henrietty. W końcu to on odkrył promyka ziarna.
(ZNAK)
Płomyk ziarna cz. II Wrota w parku cz. III Znachor promienisty cz. IV Mikro-gleba cz. V Warunek Barta cz. VI Artefakt Przybysza cz. VII Zimne Liście cz. VIII Niezatopiony skarb cz. IX Wyspy cz. X
cz. I: trolle, gnomy, lasy, wioska, kamienie, ludzie cz. II: studnie, morze, płomień, lustro, most, karczma, wioska, ludzie, rybak cz. III: wrota, park cz. IV: liście, pola, łąki, horyzont, słońce cz. V: wyspy, Noc, księżyc, domy, drogi, gwiazdy, magiczne wody, ludzie, kolor
Wstrząs, jaki miał miejsce, któregoś słonecznego dnia roku był tak silny, że nikt nie wiedział, czy konary Drzewa wytrzymają tak silne uderzenie. Na pewno Drzewo nie dało tego po sobie poznać, jednak tym razem nie był to dla niego łatwy cios do przyjęcia. Stało się to z dotąd niewytłumaczalnego powodu i nie za bardzo było też wiadome, jak długo potrwa, bowiem z początku ilość uderzeń była tak duża, że wszyscy mieszkańcy byli przekonani, że to już zdecydowanie koniec i nadszedł ostatni dzień Drzewa. Nie wiedzieli jednak, że najgorsze miało dopiero nastąpić.
Dzika Loża - Aaaa – głos słychać było już z daleka. - Jest tam kto – zapytał stary Mężczyzna przypatrując się uważnie co się dzieje na dole. - Tak, jesteśmy tutaj – rozległ się głos, odbijający się od ściany dał wrażenie echa.