Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Akcja · 17 min czytania

Świat muzyką i słowem malowany

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

1. Czas na zmiany. Mam wszystko. Wszystko, czego bym mógł tylko zapragnąć. Wiem to, jestem tego w pełni przekonany. Niczego mi nie brakuje, a sam jestem istotą wręcz idealną – tak przynajmniej mówił list od kolejnej fanki. Dla uściślenia: kolejnej tłustej Amerykanki. Czasami zastanawiam się, czemu ci z góry nie pozamykają wszystkich placówek z fast food’ami. Przecież te śmieci są gorsze w skutkach od narkotyków! Wracając do listu to… czy naprawdę jestem taki, jak mnie opisała ta dziewczyna? Śmiem wątpić. Pomimo tego, że dostaję wszystko, czego chcę, nie czuję się spełniony. Wręcz przeciwnie czuję się jak dawniej, gdy byłem jedynie marnym ulicznym grajkiem, a nie światowego formatu „gwiazdą”. Z tą różnicą, że przed laty nie miałem niczego poza wątpliwym talentem i osobowością. Co z tego zostało do dziś? Nie mam pojęcia, jedyne co wiem to, że osobiście czuję się wypalony. Zrobiłem chyba wszystko, co wcześniej zrobić chciałem, a na dodatek mam tyle pieniędzy, że starczyłoby mi ich do końca życia. Mnie, jak mnie, ale być może nawet dla moich dzieci, a przy odrobinie szczęścia i rozumu, również dla moich wnuków. Co mam zrobić? Kim jestem, nie będąc ani człowiekiem, ani nikim ponad to? Czy straciłem własną osobowość? Czy naprawdę straciłem siebie? Jestem marionetką w rękach świata. Wszystko, co zrobię jest z góry przewidziane czy nawet zaplanowane bez mojej wiedzy. Jestem zamknięty w dawno ustalonych ramach, które zaczynają przytłaczać mnie swym ciężarem. Sięgnąłem po kieliszek, wlewając w siebie jego zawartość. Cały zamęt z mojej głowy zniknął jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Nie pozbyłem się go, o nie. On tylko zechciał się uzewnętrznić. Jestem muzykiem. Więcej, geniuszem! – myślałem i nie cackając się już z kieliszkiem, wziąłem butelkę trunku i pochłonąłem łapczywie jego zawartość. Zabawę czas zacząć. *** Beth siedziała podekscytowana przed komputerem. Kolejny wieczór czekała na odpowiedź jej idola i zaczynała już tracić wszelkie nadzieje. To już piąty dzień! Ile można czekać?! Gdyby miał go przeczytać, zrobiłby to dawno temu! Zaczynała się zastanawiać, co zrobiła źle. Za dużo pochwał czy może za mało? Niepotrzebnie dawała swoje zdjęcie! To na pewno go zniechęciło… Siedziała i myślała wsłuchana w piosenkę.

„Pierwszy raz, gdy cię ujrzałem Miałaś to głęboko w swoich oczach A niebiańskie oczy świeciły nad Tobą I w całości pokój napełnił się światłem Teraz okrutny świat chce spróbować zmienić ciebie Spróbować powiesić cię i pomiatać twoją dumą”

Co jeśli ona była takim niebiańskim, niewinnym dzieckiem? Czy powinna przeciwstawić się ciemności świata? Czy wręcz przeciwnie, przyjąć z pokorą niczym dar? Bo czymże jest życie bez odrobiny grzechu, niż tylko nudną bezcelową egzystencją? Rozsiadła się wygodniej w fotelu, nie zauważając nawet końca piosenki. Myślała nad swoim życiem, nad tym, co w nim tak na prawdę zrobiła. Czego nie zrobiła, a mogła. Ile szans w życiu straciła. W pierwszym momencie przeraził ją ogrom swojego tchórzostwa. Tak zwanej grzeczności, tchórzostwa czy może czegoś zupełnie innego – czegoś, czego sama nie umiała tego nazwać. Wiedziała tylko, że czas na zmiany. Wiek piętnastu lat jest idealnym momentem na życiowe metamorfozy. Ona też miała swój własny plan. Dwoje ludzi, których los skrajnie różny może połączyć byle błahostka. Wiedziała to. Czuła, że właśnie dostaje szansę od losu i nie miała najmniejszej ochoty jej zmarnować.

2. Plany Na zmiany nie trzeba było długo czekać. Dziewczyna już po dwóch miesiącach wyglądała wprost obłędnie. Przeszła na dietę, zaczęła wierzyć w siebie, ubierała często wręcz ekstrawaganckie stroje. Lecz to jeszcze nie było to. Ona chciała czegoś więcej. Chciała sukcesu, czegoś, co dopełniłoby pustkę w jej sercu. Niestety nie znała sposobu na dokonanie tego. O wysłanym liście już zapomniała. Z całego serca pragnęła o nim zapomnieć. Ten człowiek, jej idol, nawet nie uraczył jej krótką odpowiedzią. Wystarczyłoby „Dziękuje za list”! I już planowała jak zmusić go do rozmowy od innej strony, gdy…

***

Cierpiący na bezsenność pan Collin wstał wcześnie rano, Podejrzewał, że jego problemy ze snem spowodowane są stresem. Miał już 40 lat, nie miał żony, nie miał dzieci, a jego kariera wisiała na włosku. Był jednym z głównych krytyków muzycznych w sporym wydawnictwie. Często to od jego zdania zależało czy dana piosenka będzie hitem, czy nie. Dobra pozycja, nie ma co. Problem polegał na tym, że Philip od miesiąca nie dostał żadnego „hitu”. Ubrał się i podszedł do lusterka, gdzie zobaczył średniej postury mężczyznę, z niebieskimi, podkrążonymi oczami wokół których zdążyła się już upleść pokaźna sieć zmarszczek. Jego włosy wyglądały wprost komicznie. Na wpół siwe, na wpół czarne, rozwichrzone jak gdyby ich posiadacz wpadł w trąbę powietrzną. Zrezygnowany westchnął tylko i skierował się do wyjścia, ku szaremu światu. Idąc nawet nie starał się uśmiechać do obcych ludzi. Nie obejrzał się nawet na żadną kobietę, choć miał to w zwyczaju. Szedł po prostu ze zwieszona głową do pracy zastanawiając się, co tym razem go tam czeka. Ile zespołów dzisiaj przyjmie? Ile „szitów” będzie musiał dzisiaj odsłuchać? Czy szef znowu wezwie go na dywanik? Jaki koszmar dziś przeżyje? Szczęście w nieszczęściu, że mieszkał całkiem niedaleko swojego miejsca pracy i już po chwili wchodził do biura. Szedł korytarzami znając drogę na pamięć, kilku osobom powiedział dzień dobry, ktoś się go spytał jak się ma, a on odpowiedział „Jak zwykle”. Bo cóż miał powiedzieć? „Nienawidzę tej roboty, tej cholernej presji! Mam dość tych sztucznych uśmiechów, mieszania dzieciaków z błotem! Mam dość nawet ciebie, Ben!”? To nie byłby najlepszy pomysł. Wszedł do swojego gabinetu i ku jego zaskoczeniu, zauważył, że na biurku leżał tylko jeden malutki stosik papierów. Odwrócił się, by zamknąć drzwi i zobaczył jego. Wychudzonego, bladego, z długimi czarnymi włosami do ramion, z groteskowymi czerwonymi soczewkami w oczach. Jego gość szybkim ruchem zamknął drzwi, a następnie przekręcił zamek. - Co pan tu robi? – wyjąkał wystraszony krytyk. Czarnowłosy mężczyzna patrzył przez chwilę na niego pogardliwym wzrokiem i lodowatym tonem kazał mu usiąść. Zdezorientowany czterdziestolatek zrobił to co mu kazano. „Czego ten człowiek ode mnie chce?! Co ja mu mogę dać?” – myślał, chociaż dobrze znał odpowiedź. Ten głos wyraźnie kogoś mu przypominał. - Kojarzy mnie pan, prawda? Gwiazda lat osiemdziesiątych i takie tam… drobnostki. – uśmiechnął się złowieszczo. - O-oczywiście, panie Paul. Byłem pierwszą osobą, która słuchała waszego dema. – Nie kłamał. Dobrze pamiętał te ciary, które przeszły po jego ciele podczas słuchania „Coma”. – Twój zespół jest już legendą. - Pragnę zauważyć, że to były zespół, panie Collin. Teraz chcę zacząć karierę solową. – na jego twarzy wciąż widniał ten cierpki uśmiech. – Możemy przejść na ty? – spytał i nie czekając na zgodę, ciągnął – Philip, to ty zapoczątkowałeś moją karierę. Jesteś dobry w tym, co robisz. Słyszałem o twojej sytuacji i… proszę, daj mi szansę. Na powrót zrobię z ciebie bogacza. – jego głos był… inny. Hipnotyzujący, mroczny, przyciągający uwagę. Nie dało się go pomylić z żadnym innym. - Ale… - Philip zastanowił się, co odpowiedzieć. – Najpierw chciałbym przesłuchać jakikolwiek twój kawałek. – powiedział dyplomatycznie mimo strachu. - Proszę. – Podszedł do odtwarzacza i włożył płytę. W radiu rozbrzmiała muzyka. Ciężka, posępna melodia i ten charakterystyczny głos. Philip nie wierzył własnym uszom. To naprawdę było dobre! Jednak coś było nie tak. Coś mu nie pasowało. Nie umiał tego nazwać, ale przerażało go to. - Nie jestem pewny, co do… - Co do czego?! – krzyknął muzyk. – Philip, chłopie, dostałeś ostatnio coś lepszego? Krytyk musiał się zastanowić. Czuł, że to zwykła manipulacja. Całe to show. Mimo wszystko ten szaleniec ma rację. Przez ostatnie miesiące nie słyszał niczego lepszego. - Wciąż nie wiem… co jeśli to nie wypali? Powroty nie zawsze skutkują jakimś wielkim sukcesem. Jeśli ci się nie uda, to obaj jesteśmy skończeni i… - przerwał, by sięgnąć po herbatę, gdy się napił, kontynuował – nie mam pojęcia, co mam z tobą zrobić. Z całym szacunkiem dla twojej osoby, bo… jesteś legendą! - Na jego twarzy pojawił się niepewny półuśmiech. - Trzy… dwa… jeden… - odliczał czarnowłosy, a uśmiech, ten cierpki, szaleńczy uśmiech, nie znikał z jego ust. Pan Collin poczuł nagły zawrót w głowie i ból w klatce piersiowej. Popatrzył wystraszony na niewzruszonego niczym muzyka

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%