Psychologia · 22 min czytania
Świat przez palce
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
- Dzieńdobry, panie Wacik! - Dzieńdobry, dzieńdobry - odparł mężczyzna, kłaniając się drzwiom, nie osobie, która go zawołała, i pospiesznie zniknął za drzwiami kamienicy. Michał bardzo nie lubił, gdy zwracano się do niego per "pan", a jak na ironię losu, mówili tak do niego wszyscy. Miał dwadzieścia siedem lat, więc nota bene był panem - ale nie godził się z tym. Ale, chcąc nie chcąc, w granatowym płaszczu, w kapeluszu, w wypolerowanych skórzanych butach i z szalem szczelnie owijającym szyję, wyglądał bardzo dostojnie, a forma grzecznościowa sama cisnęła się na usta. No i ten wąs. Przez to wszystko Michał był Panem Wacikiem nim jeszcze osiągnął pełnoletność. I nie miał siły, żeby z tym walczyć. Wchodził po schodach, zatrzymując się na chwilę na każdym stopniu, i kurczowo trzymając się poręczy. Przesuwał po niej dłonią i zaciskał na niej palce, nim postawił następny krok. Z zaciętą miną wspinał się na pierwsze piętro a jego ciężki oddech odbijał się echem w ciemnej, zimnej sieni. Gdy w końcu wdrapał się na piętro, stanął przed drzwiami po lewej i wcisnął dzwonek. Rozległ się irytujący brzęczyk, przypominający szkolny dzwonek. Michał czekał na progu przez dłuższą chwilę. Kaszlnął w stuloną dłoń. Zamki w wielkich, drewnianych drzwiach szczęknęły - najpierw górny, potem dolny - po czym lewe skrzydło otwarło się do wnętrza mieszkania. - Wejdź, Michałku - rzekła kobieta stojąca w progu. - Cześć, Ania... - przywitał ją. Mówił cicho, słabym, zachrypniętym głosem. Anna cofnęła się, by mógł wejść, i pomogła mu zdjąć płaszcz. Podczas, gdy Michał powoli, flegmatycznie odwijał z szyi ciasno ją oplatający szalik, pospieszyła do kuchni, gdzie coś wyraźnie domagało się atencji, bo dał się słyszeć zagniewany bulgot. - Napijesz się ciepłej herbaty? - spytała, zatrzymując się w progu kuchni i zwracając się do Michała. - Oczywiście - skinął mężczyzna, energicznie kiwając głową. - Królestwo za filiżankę herbaty! Anna uśmiechnęła się promiennie. Była miłą, zadbaną, młodą kobietą. Podobnie jak brat nie miała jeszcze trzydziestu lat. Dzieliła z nim mieszkanie, i to ona zajmowała się domem, bo Michał był mężczyzną - a ci z natury w domu przede wszystkim mieszkają - a w dodatku mężczyzną słabym, schorowanym, tak więc sam wymagał troski ze strony Anny. Odwiesił granatowy kapelusz na wieszak i ociężałym krokiem podreptał do jednego z pokoi. Wszedł do niego i zamknął za sobą brzwi. Po chwili jednak wybiegł z niego jak oparzony. Zakrywał dłonią usta i oddychał ze świstem przez nos. - Na Boga, jak tam zimno! Znowu otwierałaś okna? - spytał, wchodząc do kuchni. - Musiałam wywietrzyć pracownię! - Czy ty chcesz mnie zabić? - spytał Michał słabym, świszczącym głosem. - Przecież ja przez ten mróz płuca wypluję! - Michałku, ja wiem, twoje płuca... Ale przecież ty nie możesz tam się tak kisić w tym smrodzie farby i rozpuszczalników. Przecież tam był taki zaduch, że omal się nie przewróciłam, jak weszłam. Prędzej od tego sobie płuca zmarnujesz, niż od chłodnego, zimowego powietrza, nie mówiąc już o tym, że w głowie ci się może pomieszać od tych wyziewów. To nie jest zdrowe! Michał chciał coś powiedzieć, ale straszliwy atak kaszlu skutecznie mu to uniemożliwił. Mężczyzna, zgięty wpół, przez pół minuty krztusił się własnym gardłem. W międzyczasie Anna zaparzyła gorącej herbaty. Wsypała jedną łyżeczkę cukru i zamieszała.
***
Michał stał w oknie swojej pracowni - przestronnej i jasnej - i przez szybę obserwował gwarną, ruchliwą ulicę. Urzekał go i zasmucał ten miejski taniec - ludzie goniący w te i we wte, przystający, próbujący wyminąć się i robiący krok w bok zawsze w tę samą stronę. Dzieci przebiegające tuż przed końmi ciągnącymi karoce. Znajomi krzyczący do siebie z przeciwnych stron ulicy. Oglądał ich godzinami, aż - rozpędzeni w swym nieustannym biegu - rozmywali mu się przed oczyma; aż zapadał zmrok i ulice cichły. Słyszał hałasy i głosy nawet przez zamknięte podwójne okna. Michał tak nie mógł. Nie mógł biegać ani krzyczeć. Nie mógł tańczyć wśród ludzi na ulicy, pląsać między dorożkami, i śpiewać o tym, jak mu dobrze. Bo z nim nigdy dobrze nie było. Od małego chorował, i nawet w chwili, gdy przyszedł na świat, to otrzymawszy klapsa w pupę, zamiast wybuchnąć płaczem - kaszlnął. Raczkował cokolwiek asekurancko, i już po kilku metrach sapał tak, że rodzice zaczęli się zastanawiać, czy to słuszne, żeby uczył się chodzić. Michał jednak nauczył się stać, a w końcu i chodzić - nieco później, niż inne dzieci, ale jednak. Gdy zaś wypowiadał swoje pierwsze sylaby, cieniutki dziecięcy głosik rzęził. Po pierwszym słowie krztusił się przez dwie minuty. I tak pokasływał przez całe życie. Miewał straszliwe ataki kaszlu, które rozdzierały jego płuca na strzępy; długie, męczące napady, wstrząsające jego ciałem jak rażenie piorunami, raz po raz. Kończyły się czasem po kilku minutach, a Michał był zlany potem i czerwony na twarzy. I nic z tego kaszlu nie wynikało. Zwykle, gdy ktoś się krztusi, to w końcu wykrztusi coś, co się tam usadowiło, by dręczyć, i potem już jest dobrze. Natomiast Michał przez dwadzieścia siedem lat chronicznego nieżytu gardła nie wykrztusił nic. Kaszlał zupełnie bez celu. Pomyślał nawet, że on tak już z przyzwyczajenia pokasłuje, i usiłował przestać - zmusić się, by nie kaszleć - ale bez skutku. Usiłował nie oddychać, rozumując tak, że skoro oddychanie powoduje kaszel, to nieoddychanie przyczyni się do jego zniknięcia. Gdy i to zawiodło, chciał nawet na to gruźlicze gardło nałożyć pętlę - ale tylko zmachał się niepotrzebnie, i rozbolały go płuca i serce. A potem musiał się długo tłumaczyć Annie, co robi na środku pracowni, stojąc na stołku ze sznurem w ręku. Oglądanie ludzi - swobodnych, roześmianych i głośnych - wprawiało go w melancholijny nastrój. Gdy za długo o tym rozmyślał - o tym, jak to inni mogą a on nie - popadał w depresyjne nastroje. Pod ich wpływem chwytał za pędzel i paletę, i długo rozrabiając ciemne farby, malował depresyjne obrazy o niczym; szalone wiry szarości, granatów i czerni. I dopiero ta praca naprawdę go wyczerpywała - bardziej niż radosne widoki i melancholijne myśli. Gwałtownymi ruchami paćkał na płótnie zamaszyste łuki i zataczał wielkie okręgi, zanurzając pędzel co i rusz w innym kolorze, mieszając je i rozmazując. I nie przestawał, póki nie pokrył farbą każdego skrawka sztalugi. A potem z pogardą nazywał każdy z nich "Nic". Nic 1. Nic 2. Nic 47. Anna także ich nie lubiła. Prosiła, żeby już więcej nie malował tych szkaradztw a te, które już nabazgrał, utykała w schowku na miotły. Oczywiście, Michał nie po to miał tą jasną, przestronną pracownię, by w przypływie gniewu malować szkaradztwa do utraty tchu. I miał całkiem sporo farb, nie tylko czernie, szarości i granaty. I talent. Sprawną rękę do detalu. Potrafił drobnymi muśnięciami i cierpliwymi pociągnięciami wyczarować na płótnie małe cuda. Długo mieszał kolory na palecie, dodawał to tej farby, to tamtej, i gdy w końcu uzyskał zamierzoną barwę, mierzył pędzlem w płótno - i pac! I jakoś tak zawsze pacnął, że wychodziło z tego coś więcej niż tylko nieforemny kleks. Pacnięcie jak pacnięcie, a jemu wyszło zawsze co innego - i zawsze to, co chciał. Uśmiech taki a taki, ręka, błysk w oku, listek albo chmurka. Malował ludzi i krajobrazy. Tych samych ludzi, których widział - i słyszał - na ulicy, albo w parku, przez który czasem przechodził. Malował korowody sunące w lewo i w prawo, po chodnikach i po ulicach; kobiety i mężczyzn tańczących na placu wkoło ratusza. Czasem nadmorskie plaże, pełne wczasowiczów; pamiętał ten wspaniały widok, który podziwiał niegdyz z okna sanatorium. Malował tak pięknie, że rzeczywistość wydawała się przy jego obrazach blada a prawdziwi ludzie - nijacy. Jego malunki miały więcej detali niż to, co malował, a postaci na nich wyglądały tak, jakby zaraz miały z nich wyskoczyć. Były zawsze w ruchu. Biegły gdzieś albo kręciły się. Rzadko stały na dwóch nogach, a i wtedy szły w tę czy inną stronę. Przeważnie jednak biegły, a nawet skakały; prawie latały. Nogi odrywały się od ziemi i ludzie na zawsze zawisali nad ziemią, uchwyceni i uwiecznieni przez artystę z rękami rozpostartymi na boki, niby do lotu. Michał spędzał w swej pracowni całe dnie, malując mieszczan i plażowiczów. Nie wychodził plener. Malował ludzi jak żywych, ale nie taszczył sztalugi po mieście, by ich uchwycić żywych. Choć miał widok na miasto nawet z okna pracowni, to zwykle stał tyłem do niego. Potrzebował tylko światła. Reszta była w jego głowie - i w jego rękach. W jego doskonałych palcach. Te obrazy Anna lubiła - i nie ona jedna.
***
- Dzieńdobry, panie Wacik! - Dzieńdobry, dzieńdobry - odparł Michał, kłaniając się drzwiom, nie osobie, która go zawołała. Wyprostował się jak żołnierz, parsknął przez nos i odwrócił w stronę ulicy. Zbliżając się do krawężnika, rozejrzał się najpierw w lewo, potem w prawo, czy aby coś nie nadjeżdża. Nie widząc ruchu, wkroczył na jezdnię. Przeszedł chwiejnie po kocich łbach, a stanąwszy na drugiej stronie, skręcił w prawo i poszedł przed siebie. Szedł ze wzrokiem utkwionym gdzieś w dali. Mrużył oczy i mierzwił brwi. Miał na sobie granatowy płaszcz, takiż kapelusz, i mimo słonecznej - chłodnej, ale nie zimnej - aury wokół szyi szczelnie owinął szal. Mijał powoli idących z przeciwka ludzi w rozpiętych płaszczach, z ulgą przyjmujących pierwsze wiosenne dni. Jakiś mężczyzna potrącił go od tyłu w bark, wyprzedzając go pospiesznie. Biegł gdzieś nerwowym truchtem, a poły jego płaszcza powiewały na wietrze. Michał bez pośpiechu przechadzał się po uliczce, gdzie więcej było sklepów, niż mieszkań; więcej szyb wystawowych, niż okien. Nie zwracał na nie uwagi. Myślami był już gdzieś indziej. - Dzieńdobry, panie Wacik. - Dzieńdobry, dzieńdobry... Wczesną wiosną park nie wyglądał może zbyt okazale - zeschnięta trawa dopiero się podnosiła, a pierwsze pączki na drzewach nie zdołały ukryć krępującej nagości drzew - ale był sympatycznym miejscem, do którego ludzie przychodzili przez cały rok. Michał również - choć nie wiedział, czy przychodzi tu wypocząć, czy udręczyć się. Potrzebował tych codziennych spacerów - Anna tak długo mu to wpajała, aż sam zaczął tak uważać. Nie mógł siedzieć w domu, bo zwapniałby do reszty i się udusił. Potrzebował spacerów - a najlepszym miejscem, by sobie ot, pochodzić, był park. Miasto jest po to, żeby w nim mieszkać, sklepy, by w nich kupować, a park - do chodzenia po nim. No i Michał chadzał. Dreptał powoli żwirowymi ścieżkami. Czasem przysiadał na wolnej ławeczce. Okrężną drogą obchodził cały park - jak dozorca - po czym wracał do domu, na gorącą herbatę. Ten codzienny rytuał naznaczony był jednak niewysłowionym cierpieniem. Bo ludzie - mieszczanie, zwykle zorganizowani, idący gęsiego, jednym tempem według zasad - tu, w parku, zrzucali tę miejskość z barków jak zimowy płaszcz. Biegali po krętych, żwirowych ścieżkach tak, jak biegać nie