Polityka · 16 min czytania
Świat się wali, nie widzisz tego?
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
{font:times} Marika obudziła się o czwartej nad ranem i stwierdziła, że chłód jest nie do zniesienia. Włożyła ciepłą, polarową bluzę i zeszła po ciemku ze schodów, uważnie omijając skrzypiące stopnie. Wyjrzała przez okno. Krakowski Zwierzyniec spał spokojnie. Weszła do kuchni i od razu dostrzegła dzban parującej kawy porzucony na blacie. Z westchnieniem nalała sobie trochę do kubka i poszła do salonu, gdzie, skulona przed telewizorem, siedziała Anka. - Co robisz? - zagadnęła ją Marika, siadając na kanapie. Anka automatycznie rzuciła jej koc. - Czekam na koniec świata - odparła melancholijnie ruda, przechylając głowę na bok i mrużąc oczy. - Jacek pracuje? - Mhm - odpowiedziała nieuważnie, nie spuszczając wzroku z blond spikerki. - Sara jest u moich dziadków w Katowicach. Marika zamilkła, zerkając na ekran telewizora. Anka oglądała kanał informacyjny, co było dla niej typowe. - ...po południu w całej stolicy możliwe są utrudnienia komunikacyjne. Wszystko to przez marsze z okazji rocznicy wprowadzenia stanu wojennego, w tym marsz opozycji. Zmienione zostaną trasy autobusów, ulice w centrum będą wyłączone z ruchu. - Idioci - skomentowała Anka z głęboką odrazą w głosie. Marika zacisnęła szczęki. - Dlaczego? Bo nie zgadzają się z tym, co się dzieje? - Bo nie widzą, co może się stać. Ricky, możemy się kłócić o to, czy cała opozycja ma szczere intencje, ale nie w tym rzecz. Każdy rząd boi się ulicy, to jasne. Ale ze strachu robi się różne rzeczy. Złe rzeczy. Jeśli ulica będzie dalej pokazywać swoją siłę, następnym, co zobaczymy w telewizji będzie beznamiętna gęba premiera, który głosem wypranym z emocji ogłosi, że widocznie musiało do tego dojść, skoro doszło. Marikę zmroziło. Angela pamiętała jeszcze stan wojenny i zawsze przestrzegała przed nim swoje młodsze koleżanki. Ricky znała go tylko z jej opowieści, sama była wtedy zbyt mała, żeby cokolwiek rozumieć. - Naprawdę myślisz, że ktokolwiek sięgnąłby znowu po to rozwiązanie? Anka prychnęła z irytacją. - Ricky, oni już się zabezpieczają. Te wszystkie gadki o tym, jak bardzo błędne było wprowadzenie go wtedy? Powiedzą, że nie chcieli, że brzydzą się takimi rzeczami, ale ta wstrętna opozycja nie dała im wyboru. Zawsze można stwierdzić, że jest zagrożenie zamachem stanu czy coś. No i ci, którzy tak krzyczeli o Konstytucji? Mają czego chcieli, konstytucyjne rozwiązanie, wszystko w granicach prawa. - To by było... szczytem wszystkiego - wybełkotała Marika, mrugając gwałtownie. - Bullshit - zaśmiała się Anka. - Do szczytu jeszcze daleko. - Zaprzeczenie demokracji - mamrotała blondynka. - Protesty są legalne. - W demokracji są, zgadza się, pani prawnik - powiedziała beztrosko rudowłosa, sięgając po pierniczka. Dorota wpadła w szał świąteczny jakieś dziesięć dni za wcześnie, więc wszyscy korzystali. - Co chcesz powiedzieć? - Iluzja dobra rzecz, Ricky. Dyktatura już mniej. Nie mówię, że u nas jest dyktatura, co to, to nie. Ale czy jest do niej bliżej niż do demokracji? Z całą pewnością, skarbie. - Optymistka z ciebie - mruknęła Ricky, zaciskając palce na kubku. - Moja rodzina ma przykre doświadczenia z władzami - odparła beztrosko Anka, wyłączając telewizor. - Mniej więcej czterysta lat lat takich doświadczeń. Przywykłam. A ród dalej istnieje i nie wygaśnie w najbliższym czasie. Zawsze mogę wrócić do korzeni. - Do Wilna? - spytała Ricky. Anka skinęła głową. - A ty do Wenecji. Kiki wyślemy z powrotem do Dublina. Międzynarodowe rodziny to same zalety. - To nie byłoby w porządku. Jesteśmy stąd. Jesteśmy Polkami. To jest nasz kraj. - No właśnie. Los jest brutalny - mruknęła Anka. Wstała i przeciągnęła się. - Będą białe święta, czuję to w swoich starych litewskich kościach. - Idź spać, Litwinko od siedmiu boleści. - Ty też, Włoszko. Ty też.
*
Budzik w pokoju Mariki zadzwonił o szóstej. Blondynka trzasnęła go z całej siły otwartą dłonią i zbiegła na dół. Zrobiła świeżej kawy, włożyła chleb do tostera i wyjęła z lodówki dżem. Sprawdziła Instagrama, Snapchata, odpisała na e-maile i zabrała się do śniadania. Lubiła pracować w Krakowie. Wstawała później niż w Pradze, a to wielka zaleta. Wielki dom Kiki też jej odpowiadał. Dopiła kawę, ubrała się błyskawicznie, zrobiła szybki makijaż i ułożyła kręcone włosy. Wpadła do pokoju, w którym spały jej dzieci. - Wstawać! Zbierać się, Martyna zabierze was do przedszkola. Kocham was! Na dole minęła się z zaspaną Kiki, po czym wybiegła z domu i ruszyła tramwajem numer 6 na Gołębią. Kiki specjalnie nie zdziwiło zaaferowanie przyjaciółki. Ona nie musiała się nigdzie ruszać, projekt graficzny kończyła w domu, dlatego zwykle robiła śniadanie dla reszty. Po chwili do kuchni zajrzała Martyna. Była już ubrana i pomalowana, więc leniwie usiadła przy starym stole. - Granola, Tusia. Kiki postawiła przed nią miskę płatków i cappuccino z idealną pianką. - Dzięki, Kiks - wymamrotała Martyna, wyciągając z torby książkę. Otworzyła ją i zaczęła przeglądać jakieś wykresy. Kiki zerknęła na nią z zaciekawieniem. - Z czego dzisiaj kolokwium, pani studentko? - Z historii malarstwa europejskiego - odparła przyszła pani historyk sztuki. - Mogłabyś się zająć Esther do osiemnastej? Muszę wpaść do biblioteki... - Jasne. Kiki zabrała się za smażenie naleśników w samą porę. Dzieci Mariki już zaglądały do kuchni, a po chwili walczyły beztrosko o pilota do telewizora. - Spokój, małpki! - syknęła z udawaną złością Anka. Podeszła do lodówki i wyciągnęła przygotowanego wieczorem shake'a kawowego. Córka Ricky wygrała bitwę i po chwili dzieci zamarły, wpatrzone w dramatyczne obrazy z Turcji. Kiki zareagowała błyskawicznie. Zmieniła kanał, rzucając Ance ostrzegawcze spojrzenie. Anka sięgnęła po telefon i przejrzała szybko najważniejsze serwisy informacyjne. Na razie panował spokój. Na razie... w chwilach takich jak ta cieszyła się, że jej narzeczony mieszka w Barcelonie razem z jej córką. No i gdyby wiedział, co takiego robiła w Polsce... Maciek miał pojawić się w Krakowie, oczywiście w wielkiej tajemnicy. Nie znosiła go cała kościelna elita tego miasta, zresztą Anka wcale się księżom nie dziwiła. Projekty, którymi się razem zajmowali, miały wstrząsnąć tym półświatkiem, o ile już nie wstrząsały. Jej telefon zawibrował. {i} Jestem. Będę na Zwierzyńcu za godzinę. {/i} Anka uśmiechnęła się do ekranu. Balansowanie na granicy zdrowego rozsądku było jej małym hobby. - Za pięć minut wychodzimy, dzieciaki. Raz dwa!
* Punktualnie o siódmej trzydzieści Martyna wraz z dzieciakami opuścili dom. Skierowali się od razu w stronę przystanku tramwajowego. - Nie wpadnijcie pod auto - rzuciła nieuważnie Martyna. Ona sama szła wolnym krokiem, wciągając do płuc zimowe powietrze i chłonąc atmosferę Zwierzyńca. Słońce świeciło, na niebie nie było ani jednej chmury. Rzadki obrazek. W tramwaju dzieci się uspokoiły, więc Martyna zajęła się swoim telefonem. Zamrugała gwałtownie na widok dwóch nieodczytanych wiadomości od nieznanego nadawcy. {i} Odezwij się, do jasnej cholery. T. Martyna, to nie są żarty. Jest poważnie. T. {/i} Blondynka zerknęła na chłopca i dziewczynkę, którzy pokazywali sobie coś za brudną szybą. T. zapewne nie żartował. Westchnęła ciężko. Kiedy wszystko tak się pokomplikowało? Jeszcze rok temu nie przypuszczała, że świat może tak wyglądać. Inna sprawa, że była wtedy tuż po porodzie i napędzały ją hormony. Wiedziała, że Marika się o nią martwi. Matka dwudziestolatka? W trakcie studiów? W ciąży z jakimś narwanym Brytyjczykiem? Pewnie czuła się winna, bo to ona ją wychowywała od lat. Martyna dała radę. Nie wyleciała ze studiów, a jej córka miała się świetnie. Za to świat się sypał. Dla takiej idealistki jak Martyna to było o wiele bardziej bolesne niż problemy osobiste. - To nasz przystanek - pisnęła Aniela, kiedy Martyna nie zareagowała. - To wysiadać - mruknęła blondynka. - Ktoś po was przyjedzie koło czternastej. No, do przedszkola marsz! Dzieci posłusznie opuściły tramwaj i skierowały się w stronę białego budynku położonego zaraz obok przystanku. Martyna zdążyła jeszcze…