Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Romans · 30 min czytania

Świąteczna gorączka

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

„Zrozum tych, którzy tracą grunt i toną, Wołając o pomoc, by móc zacząć na nowo, Zrozum to, że trzeba więcej niż szczęścia, By nie zginąć tam, gdzie na współczucie brak miejsca.

Rewelacyjna oferta- świąteczny karp za jedyne 20 złotych, tylko u nas... Zmieniłem kanał. Tylko teraz- najtańsze choinki w mieście... Przerzuciłem na inną stację. Najlepsze filmy tylko w naszej telewizji... Tak, widziałem je już kilka razy, bo pokazują te same w każde święta... Wyłączyłem telewizor, na każdym kanale podobny scenariusz. Zawsze tak jest, ta cholerna świąteczna gorączka, wymiar świąt w dzisiejszej współczesności. Na każdym kroku to samo, reklamy. Gdzie się nie ruszę. Tłok na mieście, tłok w sklepach, tłok na ulicy. Dzisiejsze święta to tylko ploteczki ze znajomymi, oglądanie powtarzanych rok rocznie filmów w telewizji, jedzenie najtańszego jedzenia przy świątecznym stole i prezenty. O, tak, prezenty- to największy problem. Żeby kupić wszystko najtaniej, ale aby było to najlepsze. Choinka nie jest już świątecznym drzewkiem, które przepięknie pachnie i przypomina o magii świąt. Nikt już prawie nie pamięta, jak zrodził się zwyczaj trzymania w domach tego zielonego drzewka. W dzisiejszych czasach każdemu zależy tylko na tym, aby kupił je po jak najbardziej okazyjnej cenie. Tak samo jest w supermarketach. Najniższe ceny, najbardziej okazjonalne. Każdy chce kupić jak najwięcej, i oczywiście jak najmniej za to zapłacić. Już nie pamiętam, kiedy przeżyłem ostatnie, prawdziwe święta. Idealne święta. Jak cała rodzina spotyka się, składa sobie piękne życzenia, dzieli się opłatkiem, je pyszne potrawy, wspólnie rozmawia, potem rozpakowuje symboliczne prezenty, śpiewa kolędy, idzie razem na pasterkę, a później spotyka się rodzinnie przez kolejne dwa dni świąt Bożego Narodzenia. W tym roku zapowiadało się, że przeżyję kolejny zawód. Pojutrze będzie Wigilia. Rzekomo najpiękniejszy dzień w roku. Moja żona, Marta zabrała mnie na pasjonującą wycieczkę po sklepach w celu zrobienia świątecznych zakupów. Chodziliśmy już piątą godzinę. Byliśmy małżeństwem od ośmiu lat, rok po naszym ślubie urodził się Filip. Nasz synek został w domu, wraz z moją teściową, która zawsze była pomocna i często przychodziła zająć się chłopcem.

- Możemy już iść? - zapytałem ogromnie zmęczony - Wykupiłaś już pół sklepu. - Mariusz, uspokój się, zostało jeszcze wiele rzeczy do kupienia - odpowiedziała lekko podnosząc głos. - Jesteśmy tu od pięciu godzin - narzekałem. - Jeszcze trochę - powiedziała, a właściwe zdecydowała za mnie. - Marta, może później po ciebie przyjadę - zaproponowałem. - Oczywiście to ja mam robić zakupy, tak? Jeszcze zapewne powinnam sama przytargać siatki z zakupami do domu? Chyba wiesz, jakie są tłumy na ulicach!- mówiła zdenerwowana.

Parę godzin później wróciliśmy do domu, a po bardzo długim rozpakowywaniu toreb udałem się do naszego pokoju. Wziąłem ozdoby choinkowe i zaniosłem je do salonu.

- Co ty robisz, Mariusz?- zapytała z wyrzutem moja żona, która właśnie weszła do pokoju. - No jak to co? Przynoszę ozdoby do pokoju. Zaraz wezmę Filipa i pójdziemy po choinkę - zaproponowałem. - Jutro macie po nią iść, dziś miałeś pomóc mi przy pieczeniu ciasta - zarządziła. - Marta, pójdę teraz, później ci pomogę. Jutro mogę być zajęty. Może będę musiał zostać dłużej w pracy - Pracowałem w wypożyczalni strojów. Stanowisko nie sprawiało mi zbyt dużo satysfakcji, nie przepadałem za swoją pracą. Te same długie godziny polegające jedynie na siedzeniu i obsługiwaniu co jakiś czas osób, które najczęściej nie kupowały oglądanych produktów. - Znowu dłużej w pracy? Nawet dzień przed Wigilią?- miała do mnie pretensje, jakbym to ja ustalał grafik i specjalnie chciał dłużej pracować. - Taką mam pracę. Pójdę teraz - nie dawałem się przekonać. - Ale zrozum, Mariusz, wszystko jest już zaplanowane...- zachowywała się jakby miał nastąpić koniec świata, gdyby zmieniły się plany. - Zaplanowane bez mojej wiedzy - przedstawiłem argument. - Rozmawialiśmy już o tym - przypomniała mi. - Tak, wiem, w takim razie pójdę do pokoju. Sprzątnę trochę w szafie...- znowu coś wymyśliłem. - Mariusz, proszę cię, chodź ze mną do kuchni...- moja małżonka stała na straży swych planów.

Niestety, poszedłem i już za chwilę tego żałowałem. I to bardzo. Moja żona rozpoczęła pracę, a ja nadawałem się jedynie do podawania produktów. Tak jakbym nie mógł przynieść ich wcześniej, a potem pójść po drzewko.

- Marta, może ja przyniosę te wszystkie rzeczy, a potem pójdę po tę choinkę - zacząłem po raz kolejny. - Ile razy mam ci powtarzać, że masz zrobić to jutro?!- krzyknęła. - Założę się, że Filip też miałby ochotę pójść dzisiaj - drążyłem. - Zrobimy to jutro, koniec rozmowy - zarządziła. - Marta, zrobię to dzisiaj- po raz pierwszy dzisiaj uniosłem na Martę głos. - Nie, Mariusz, nie ma mowy...- nic do niej nie trafiało.

Nie wytrzymałem, wyszedłem z kuchni. Założyłem buty, chwyciłem płaszcz i wybiegłem z domu. Nie miałem zamiaru iść po choinkę, niech już jej będzie. Zresztą i tak nie wziąłem pieniędzy. Zrobię to jutro. Ale nie mogłem już dłużej siedzieć. Musiałem pospacerować, rozładować emocje. Skierowałem się do parku, po drodze rozmyślając nad świętami i sytuacją w domu. Nasze kłótnie z Martą trwały już od kilku miesięcy. Żeby chociaż inne rzeczy sprawiały mi radość. Moje życie to jeden wielki bezsens. Tysiące ludzi ma kochającą rodzinę, wielkie pieniądze, świetne życie. Dlaczego nie ja? Każdy kocha święta, ja ich wprost nie cierpię, zwłaszcza w moim domu, z Martą. Wyciągnąłem papierosa, spacerowałem po parku, pośród drzew. Wspominałem moje najpiękniejsze chwile. Poznanie Marty w dyskotece, zabranie jej na pierwszą randkę, wprowadzenie do mojego mieszkania, nasz ślub- mógłbym wyliczać dłużej. Narodziny Filipa przyniosły mi tyle radości. Byłem wówczas najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.

Nagle podszedł do mnie jakiś człowiek. Był dużo starszy ode mnie, miał na sobie brudnawą kurtkę, a na głowie sterczące w różne strony strąki dawno nie mytych włosów.

- Przepraszam, ma pan może poczęstować papierosem?- zapytał mnie w bardzo grzeczny sposób. - Tak- odpowiedziałem wyciągając paczkę - Proszę. - Dziękuję, ratuje mi pan życie. Nie paliłem nic od rana - w jego głosie odczuwałem jakieś dziwne ciepło i szczerość. - To nic takiego, dlaczego mam się nie podzielić?- powiedziałem z życzliwością. - Dobry z pana człowiek. Szkoda, że mało jest takich ludzi, jak pan. Przepraszam za kłopot- powiedział i zaczął odchodzić. - Nic się nie stało, proszę poczekać - krzyknąłem.

Mężczyzna zatrzymał się. Nagle zdałem sobie sprawę, że skądś znam tego człowieka, wydał mi się dziwnie znajomy.

- O co chodzi?- zapytał wyraźnie zdziwiony. - Ja pana znam, pan Filipiak... - nie byłem pewien, czy to właśnie on. - Tak to ja, a o co chodzi? - zdziwił się. - Kiedyś pracował ze mną pana syn, Wojtek. W wypożyczalni strojów. Odwiedzał pan go czasami - wyjaśniłem. - Tak, zgadza się. Pan wybaczy, nie kojarzę pana - odezwał się. - Nic się nie stało. A co tam słychać u Wojtka? Nie widziałem go od paru lat - zapytałem z ciekawością. - Sam chciałbym wiedzieć, ale niestety nie mieszkam już z nim i moją żoną - wyjaśnił mi. - Bardzo mi przykro. Nie wiedziałem. Przepraszam - pytanie wydało mi się teraz nie na miejscu. - Nie ma za co. Skąd miał pan wiedzieć? Mógłbym pana prosić o potowarzyszenie mi w spożyciu kolacji?- tym pytaniem zupełnie mnie zaskoczył. - Nie rozumiem. Zaprasza mnie pan do domu?- byłem zdziwiony. - No, niezupełnie. Wolałbym zostać tutaj- wskazał palcem na ławkę, na której leżał jakiś plecak.- Chyba, że się pan spieszy. - Nie. Mogę panu potowarzyszyć - zgodziłem się, powtarzając z półuśmiechem jego staroświeckie sformułowanie.

Obaj usiedliśmy na ławce. Filipiak wyjął ze swojego plecaka torbę z kajzerkami i serkiem topionym.

- Przepraszam, że goszczę pana w takich warunkach, ale to chyba lepsze miejsce niż te tam dalej- wskazał na pobliski śmietnik- Tam ostatnio sypiam, to moje M-1. - To przykre, może mogę panu jakoś pomóc?- wykazałem troskę. - Owszem, jeśli dotrzyma pan mi towarzystwa - odpowiedział. - Oczywiście, ale co się stało? Jeśli mogę spytać - drążyłem. - Jasna sprawa. Syn wyrzucił mnie z domu. Od roku jestem bezdomny - wyjaśnił mi. - To ogromnie długo. Jak pan sobie radzi?- zapytałem z ciekawością. - Tak jak powiedziałem, zamieszkuję moją „kawalerkę”, co prawda bez łazienki i kuchni, ale za to z kartonowym dywanem - wyraźnie nie był zażenowany swoją sytuacją. - Ale z czego pan żyje?- dopytywałem się. - Chodzę za puszkami i butelkami, jeżdżę na skup, dostaję trochę grosza. Czasem ludzie poratują mnie jakąś bułką - odpowiedział, a jego słowa wywołały u mnie wzruszenie. Było to bardzo przykre. - To straszne, dam panu jakieś pieniądze - zareagowałem od razu. - Spokojnie, mam jeszcze na jutro na śniadanie - uspokoił mnie. - Powiedział pan, że syn wyrzucił pana z domu...- przypomniałem. - Proszę mówić mi po imieniu, jestem Grzegorz - zaproponował. - Mariusz. - Owszem, wyrzucił mnie z domu - zaczął swoją smutną historię - Sam zawiniłem. Biłem moją żonę, kiedy wracałem do domu pijany. Za którymś razem, nie wytrzymał i wylał mnie na bruk. Znudziło mu się utrzymywanie mnie, po tym jak straciłem pracę i zacząłem krzywdzić jego matkę. - To straszne, wiele osób na pana.. to znaczy na twoim miejscu załamałoby się - powiedziałem dziwiąc się. - Tak, to prawda. Ale ja nigdy nie pękłem i nie pęknę. Trzeba być twardym. Od tamtej pory nie tknąłem flachy. Wierzę, że kiedyś trafię szóstkę i wyjadę na Karaiby - przedstawił swój idealistyczny pogląd. - Jesteś optymistą, Grzegorz - podkreśliłem. - A co mam cały czas zamartwiać się, że jutro mogę umrzeć z głodu? Na początku, owszem było trudno, ale pogodziłem się z tym. Trzeba więcej niż szczęścia, by nie zginąć tam, gdzie na współczucie brak miejsca - wypowiedział złotą myśl. - Piękne słowa - potwierdziłem.

Rozmawialiśmy jeszcze z dziesięć minut. Grzegorz opowiedział mi o różnych ludziach, którzy mu pomagali, o jego małżeństwie, zanim zaczął pić.

- Niestety, czas mnie goni, muszę jeszcze ruszyć w kurs za puszkami - powiedział. - Mam nadzieję, że jeszcze cię spotkam... - pożegnałem się.

Poszedłem do domu. Po drodze zastanawiałem się, jak mogę pomóc Grzegorzowi. To był dobry człowiek, ale niestety los niesprawiedliwie go potraktował. A właściwie to jego syn. Wyrzucił go z domu, zamiast zrobić coś, żeby mu pomóc. Byłem już niedaleko domu i dopiero teraz uświadomiłem sobie, że ludzie mają większe problemy ode mnie. Od jakichś tam sprzeczek z żoną o szczegóły życia codziennego. Grzegorz jest bezdomny, bezrobotny- to osoba, która ma prawdziwe problemy. A ja zajmuję się takimi problemami którego dnia iść po choinkę. Zwłaszcza, kiedy pojutrze ma być Wigilia Bożego Narodzenia.

Kiedy wróciłem do domu, moja żona już spała. Była bardzo zmęczona. Miałem pretensje do siebie, że nie pomogłem jej z tym ciastem, że nie uszanowałem jej decyzji. Przecież nic by się nie stało, gdybym poszedł z Filipem po tę choinkę jutro po pracy. Niedługo później również się położyłem. Minął strasznie długi i ciężki dzień.

Nazajutrz udałem się do pracy, ostatni raz przed świętami. Znowu siedziałem kilka długich godzin. Tylko niekiedy przychodzili jacyś ludzie, by wypożyczyć strój Świętego Mikołaja. Tak nudny dzień ponownie skłonił mnie do refleksji. Cały czas myślałem o Grzegorzu. Jak mu pomóc? Przecież to niesprawiedliwe, aby taki człowiek mieszkał w śmietniku, a szczególnie właśnie tam spędzał Wigilię. Miałem wrażenie, że wszyscy w tej świątecznej gorączce nawet nie zwrócili na niego uwagi. W końcu dyżur dobiegł końca. Zamknąłem wypożyczalnię i udałem się do domu. Czekała mnie podróż po choinkę z moim synem. Postanowiłem pójść przez park, by jeszcze przez chwilę się zastanowić. Nagle zobaczyłem Grzegorza. Nie był sam. Jacyś dwaj kolesie stali obok niego i czegoś od niego chcieli. Czym prędzej podbiegłem do zgromadzonych.

- Zostawcie go - krzyknąłem. - To nie twoja sprawa.- mruknął jeden z nich - Odczep się. - Właśnie, że moja, to mój przyjaciel - drążyłem.

Jeden z kolesi odwrócił się w moją stronę. Chciał walnąć mnie z pięści w twarz, ale w ostatniej chwili zrobiłem unik i sam go uderzyłem. Drugi podbiegł, ale od tyłu zaatakował go Grzegorz. Obaj wstali i uciekli jak najszybciej.

- Dzięki za pomoc, Mariusz- powiedział Grzegorz. - Nie ma sprawy, to przecież jakieś dzieciaki. - Chodź, usiądziemy. Chyba, że się spieszysz - zaproponował. - Nie, mam chwilę - odpowiedziałem.

Usiedliśmy na ławce i zaczęliśmy rozmowę.

- Grzegorz, a jak ty spędzisz święta?- zapytałem. - No, jak to? Kupię sobie jakiegoś śledzia i rozłożę się tutaj albo w moim M-1 i już - mówił ze stoickim spokojem. - Tutaj? Chyba sobie żartujesz? Dlaczego nie chcesz iść do swojego syna?- nie rozumiałem jego decyzji. - Mariusz, proszę cię, daj spokój. Jestem tu już prawie od roku. Wojciech ani jednego dnia nie odwiedził mnie i nie spytał nawet jak się czuję. Ja już nie mam syna, straciłem go - wypowiedział poważne słowa. - Nie możesz tak mówić. Może to ty powinieneś wyciągnąć rękę - próbowałem go przekonać. - Nie, Mariusz. Nie będę się nigdzie wpraszał. Jeżeli on mnie wyrzucił, to znaczy, że nie chce, abym z nim mieszkał - powiedział.

Jeszcze długo rozmawialiśmy. Przy nim kompletnie zapomniałem o świecie. Opowiadał mi historie z życia, swoje najpiękniejsze wspomnienia. Nie mogłem uwierzyć, na ilu sprawach się znał. Nie było tematu, który poruszony przeze mnie, pozostawał dla niego nieznajomy.

- Pamiętam jak w 1974... nie w 1975- zaczął opowiadać kolejną historię- miałem wartę, pracowałem jako wojskowy. Staliśmy z kolegami niedaleko przystanku autobusowego. Zobaczyłem jakąś kobietę w ciąży, która chciała wsiąść. Było już późno. Jakichś dwóch pijanych szczeniaków zasłoniło jej drogę i nie pozwalało wejść. Czym prędzej podbiegłem. Nastraszyłem kolesi karabinem i odbiegli. Powiedziałem kolegom, że odwiozę tę kobietę. Później długo mi dziękowała. Zapamiętałem jej adres. Rok później, kiedy wyszedłem z wojska poślubiłem ją. - A co z dzieckiem?- zapytałem ciekawy. - Niestety, miała wypadek i straciła je. Byłem wtedy na przepustce. Postanowiłem ją odwiedzić. Kiedy odprowadzałem kobietę, jakiś miesiąc wcześniej, poznałem jej rodziców, bardzo mili ludzie. To właśnie ich zastałem w domu. Powiedzieli mi, że jest w szpitalu. Poszedłem tam i dowiedziałem się o wypadku. Moja przyszła żona jechała samochodem ze swoim narzeczonym. Powiedział jej, że ma inną kobietę, a ona chciała wysiąść. W szpitalu gadaliśmy dobre dwie godziny, pocieszałem ją. Kilka miesięcy później…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%