Fantastyka · 19 min czytania
Świąteczna niezdara
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Płatki śniegu sypały się z nieba, wirując w powietrzu i sprawiając wrażenie niewielkich śnieżnych duchów tańczących z wiatrem. Cichy brzęk młotków zmieszany z odgłosami śmiechu, śpiewu i głośnych rozmów roznosił się wokół. Biegun Północny, niewielka wioska ukryta wśród lodowych skał i śnieżnych zasp. Ktoś, kto spojrzałby na to z boku pomyślałby, że spogląda na ilustrację z kolorowej książki dla dzieci lub scenę ze świątecznego filmu. Niewielkie drewniane domki o dachach pokrytych śniegiem, ozdobione kolorowymi światełkami, girlandami ostrokrzewu i najdziwniejszymi ozdobami własnej roboty sprawiały wrażenie żywcem wyjętych ze świątecznej opowieści. Poruszenie jakie od dłuższego czasu zapanowało w miasteczku skrzatów, w ostatnich dniach sięgnęło zenitu. Do świąt zostało bowiem jedynie kilka dni, a nic nie było w pełni gotowe. Na niewielkim placu pośrodku miasteczka, wokół kilku bloków lodowych, zgromadziła się całkiem spora grupa skrzatów, kłócąca się o coś zawzięcie. Gapiów co chwila przybywało, ponieważ każdy chciał spojrzeć na przedmiot owego zamieszania – jeden z największych bloków, częściowo wyrzeźbiony, przedstawiał połowę renifera. Niestety, dokładnie chwilę wcześniej jeden ze skrzatów, młody Romeo, całkiem przypadkowo pozbawił renifera poroża, co spotkało się z wielkim niezadowoleniem ogółu. - Czy ty choć raz nie potrafisz uważać? Choć raz?! – gruby skrzat w zielonej czapce z pomponem na głowie spoglądał ze złością na winowajcę. Młodzieniec, ubrany w znoszoną kurtkę w kratkę stał ze spuszczoną głową, trzymając w dłoni młotek. Miał mocno zaczerwienione policzki i widać było, że nie wie gdzie podziać wzrok. - Rzeźbiliśmy tego cholernego renifera dwa dni! Myślisz, że zdążymy wyrzeźbić nowego przed świętami? – Skrzat aż fuknął ze złością. – Nie mamy dość lodu, więc trzeba będzie dostarczyć nowy blok. Wiesz ile to pracy? Cichy pomruk niezadowolenia przetoczył się po tłumie. Młodzieniec, o ile to w ogóle możliwe, zaczerwienił się jeszcze bardziej. - Nie chciałem, przepraszam… - wystękał cicho, podnosząc przepraszający wzrok na skrzata przed sobą. - Słyszeliście?! Nie chciał… - powiedział ten, rozglądając się z kpiną dokoła. – Gdybyś zrobił to specjalnie dopiero miałbyś kłopoty! Tymczasem przez tłum dopchała się do niego starsza skrzatka z włosami spiętymi w kok. Jej okulary błyskały w świetle słońca. - Merkucjo, daj chłopcu spokój. Przecież nie zrobił tego specjalnie! Każdemu mogło się zdarzyć – powiedziała, spoglądając na niego z dezaprobatą. Merkucjo znów tylko fuknął i wskazał lewą ręką renifera bez rogów. - Ale Dalio, widziałaś kiedyś renifera bez {i}rogów{/i}?! Wiesz, co powiedzą renifery Mikołaja, gdy zobaczą taką rzeźbę lub jeśli co gorsza nie zobaczą żadnej? Renifer musi być! A ten idiota… - Merkucjo aż się zapowietrzył. Wziął kilka głębszych wdechów próbując się uspokoić. – A ten tu mówi, że nie chciał. I co ja mam zrobić?! Nie mamy czasu na wyrzeźbienie nowego! Rozejrzał się dokoła, spoglądając na zbiorowisko skrzatów zgromadzone wokół. - A wy nie macie co robić?! Za pięć dni gwiazdka! Do roboty, a nie stać i się gapić! - krzyknął. Tłum spojrzał na niego z oburzeniem, ale i pewną dozą zakłopotania. Po chwili wszyscy posłusznie rozeszli się do swoich zajęć i na placu została tylko grupa zajmująca się rzeźbami. Merkucjo podszedł do odłamanych rogów renifera i podniósł je niezdarnie. - I co? Co teraz? – spytał bezradnie. Dalia zamyśliła się. - A gdyby tak… Założyć mu czapkę? Merkucjo spojrzał na nią niepewnie. - Eee… Czapkę? Dalia uśmiechnęła się. - Pokażę ci. Figo, rzuć mi swoją czapkę! - zawołała do skrzata, rzeźbiącego akurat niewielki prezent. Ten, zdziwiony, posłusznie rzucił jej czerwoną czapkę z białym pomponem. Kobieta zręcznie złapała ją w locie. - Podstawcie tu drabinę - zarządziła, spoglądając ponaglająco na Merkucja i stojącego obok niego Romea. Obaj mężczyźni szybko chwycili leżącą obok drabinę i podstawili kobiecie. Ta prędko wdrapała się na nią i nałożyła głowie renifera czerwoną czapkę. Zgrabnie zeszła na ziemię i spojrzała krytycznie na swoje dzieło. - I jak? - Hm - mruknął Merkucjo. - Nie wiem. - Mnie tam się podoba – mruknął niepewnie Romeo. Merkucjo łypnął na niego ze złością. - Twoje zdanie najmniej mnie interesuje. Siedź cicho! To wszystko twoja wina! - Mnie też się podoba – rozległ się za nimi dziewczęcy, wesoły głos. Dalia odwróciła się z uśmiechem. Merkucjo obejrzał się z powątpiewaniem. Jego córka, Róża, stanęła obok, mierząc krytycznym wzrokiem czapkę. - Jeśli tylko każdej rzeźbie dodamy taki kolorowy akcent to czapka nie będzie się wyróżniać, a na pewno będzie ciekawiej - powiedziała Róża, odgarniając z ramion kosmyk długich blond włosów. Nad ramieniem ojca posłała Romeowi miły uśmiech. Chłopak odwzajemnił go z wdzięcznością, rumieniąc się lekko. - Doskonały pomysł, Różo! – zawołała z aprobatą Dalia. – Co ty na to, Merkucjo? – spytała, spoglądając na niego. Ten kiwnął głową. - Tak, wydaje mi się, że może to wyjść całkiem nieźle – powiedział z niepewnym uśmiechem do córki. – Ale ty… - spojrzał ze złością na Romea. – Znajdź sobie inne przedświąteczne zajęcie. Nie chcę, żeby znowu jakaś rzeźba przez ciebie ucierpiała - powiedział, po czym odwrócił się i zabrał za dalsze rzeźbienie renifera. Romeo stał chwilę z niezdecydowaną i zawiedzioną miną. Dalia spojrzała na niego ze współczuciem. - Myślę, że kubek gorącej czekolady z cynamonem dobrze ci zrobi - powiedziała, biorąc go pod ramię. – Chodźmy. Romeo, powłócząc nogami, pozwolił kobiecie poprowadzić się w stronę jednego z niewielkich domków.
~ * ~
Zapach świątecznych pierników i truskawkowej marmolady zmieszał się z mocnym zapachem ciemnej czekolady. Romeo niepewnie chwycił duży, biały kubek wypełniony parującym napojem. Dalia uśmiechnęła się do niego, sięgając do szafki po drugi kubek. Po chwili otworzyła piekarnik i wziąwszy do ręki ścierkę wyciągnęła z wnętrza blachę z gorącymi, parującymi ciasteczkami. Chłopak zerknął łakomie na pierniki w kształcie choinek, bombek i domków, ułożone w równych rzędach. Dalia szybkim ruchem położyła je na oknie, by wystygły. Uśmiechnęła się jednocześnie widząc tęskny wzrok Romea. - Jeśli chcesz jedno, w tamtym pudełku jest kilka – powiedziała z uśmiechem, mrugając do niego jednym okiem. Romeo sięgnął po niewielkie czerwone opakowanie ozdobione niebieską wstążką. - Dziękuję – powiedział po chwili z pełnymi ustami. – Nie tylko za czekoladę i ciastka, ale też… Wie pani, za uratowanie mi skóry przed Merkucjem – powiedział, krzywiąc się lekko na samo wspomnienie skrzata. Dalia uśmiechnęła się lekko, spoglądając na niego znad miski, w której mieszała ciasto na nowe wypieki. - Merkucjo to wszystko bardzo poważnie traktuje. Wygląd świątecznego rynku zależy w dużej mierze od niego, więc chce, żeby wszystko było idealnie – powiedziała, mieszając ciasto. – Złość niedługo mu przejdzie, nie martw się – dodała, uspokajająco. - Nie byłbym tego taki pewien – mruknął Romeo, upijając łyk czekolady. - Poza tym, to nie ja uratowałam ci skórę, tylko Róża – powiedziała po chwili z lekkim uśmiechem na twarzy. – Gdyby Merkucjo nie miał pomysłu jak to naprawić, na pewno nie puścił by cię tak wolno. Romeo na wspomnienie Róży zarumienił się lekko. - Tak, Róża jest wspaniała – westchnął. Dalia zerknęła na niego z uśmiechem. Cisza, przerywana tylko stukaniem łyżki o dno miski wypełniła kuchnię. - Mógłbyś podać mi tamten słoik? – Kobieta wskazała na niewielki słoiczek z marmoladą stojący na półce zawieszonej nad drzwiami. Romeo podniósł się niezdarnie, zahaczając jednocześnie stopą o jedno z krzeseł, na którym stała piramida ułożona z pudełek pełnych ciastek. Stos zachwiał się gwałtownie. - O nie! – jęknęła Dalia, obserwując chwiejące się pudełka. Romeo niezdarnie chwycił się komody przy drzwiach, próbując złapać równowagę. Niestety, tym samym ją również lekko przechylił, co spowodowało, że wazon ze świeżymi jodłowymi gałązkami stojący na jej szczycie zachwiał się i zleciał z hukiem na ziemię, rozbryzgując się po całej kuchni. Jeden z kawałków porcelany wpadł z brzękiem do miski Dalii. Dokładnie sekundę później stos pudełek z ciastkami również runął na ziemię, zaśmiecając podłogę jeszcze bardziej. Romeo, który już złapał równowagę spojrzał ze skruchą na skrzatkę i zrobione przez siebie pobojowisko. Dalia zbladła. - Chyba powinieneś już iść. Mam dużo roboty – powiedziała cicho, patrząc z przerażeniem na bałagan. – Miłego dnia!
~ * ~
Śnieg skrzypiał mu pod nogami, gdy pokonywał kolejne wąskie uliczki miasteczka. Romeo spoglądał na niewielkie domy po obu stronach drogi, na ich rozświetlone okna i przysypane śniegiem dachy. To tu, to tam można było dostrzec poprzez obrysowane szronem szyby jaśniejące światełkami choinki znajdujące się wewnątrz. Mimo, że atmosfera zbliżających się świąt wisiała w powietrzu, młody skrzat czuł się okropnie. Nasunął niebieską czapkę bardziej na uszy, otulił się szczelniej grubą kurtką i wcisnąwszy dłonie głęboko w kieszenie ruszył przed siebie. Nie miał pojęcia dlaczego wszystko czego się dotknął kończyło się niepowodzeniem. Właśnie zepsuł kolejne godziny czyjejś ciężkiej pracy. Dokładnie tak, jak popsuł całą serię lalek w fabryce, jak strzaskał pięć najlepszych kufli w barze Huberta w ciągu niespełna godziny i jak zepsuł poroże świątecznego renifera. Tak teraz rozwalił większość ciastek upieczonych przez Dalię na święta. Dlaczego musiał być taką…