Thriller · 26 min czytania
ŚWIATŁO
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
1. Dzisiaj znowu go spotkałem. Stał na przystanku tramwajowym. Jak każdy, ale ja wiem, że stał dla mnie. Zawsze tam stoi. I przysięgam – nie wiem co bym zrobił gdyby kiedyś go zabrakło. Przypomina mi wujka Franka, którego nie widziałem całe wieki. Wujek przychodził do nas od czasu do czasu dając mi prezenty na urodziny i święta. Miał pucołowatą twarz i czerwone policzki - na pewno nie wydawał dużo na przebranie świętego Mikołaja. Całkiem jak ten facet pod daszkiem. Kiedy podjechał tramwaj szybko zapakowałem się do środka. -Festiwal szarości – pomyślałem. O 6:15 świat wydaje się wymięty jakby był już kiedyś zjedzony. To się zmieni z pierwszym światłem dnia. Żadna nocna burza nie wydaje się straszna rankiem. Droga do pracy zajęła mi pół godziny. Wszedłem do gmachu Chemicomu, wsunąłem do aparatu kartę czasu pracy i po zapisaniu mojego wejścia udałem się do windy. Dział informatyki znajduje się na szóstym piętrze budynku. Zrobiłem sobie mocną kawę i usiadłem do komputera. Około czternastej spojrzałem jeszcze czy nie pojawiły się jakieś nowe wiadomości. Była jedna, adresowana do admina (znaczy – do mnie). Brak adresu i nazwy nadawcy – tylko jedno zdanie – bez wstępów i pozdrowień: „broń się sam...”. -Znowu jakiś hacker z podstawówki bawi się w Mitnicka – pomyślałem. Mimo wszystko zrobiłem notatkę o podejrzanej wiadomości. Przed trzecią po południu spakowałem teczkę i zadzwoniłem do Zuzanny. -Cześć kochanie, spotkamy się dzisiaj trochę później. Muszę coś załatwić. -Ale mieliśmy dzisiaj iść do Beaty. Przyjedź po mnie przed szóstą – była trochę zaniepokojona. -Tak, tak. Postaram się. -Stało się coś ? -Nie nic. Opowiem ci w domu. – Pa. Wyszedłem z pracy i wsiadłem to taksówki. -Gwarna. Szybko.
2. -Jak mogłeś mi to zrobić ? – Zuzanna była w jednym ze swych stanów niestabilności, które zawsze prowadziły do długich kłótni. Patrzałem na nią zdziwiony, bo za nic nie mogłem sobie przypomnieć cóż takiego się stało. -Nie patrz na mnie tym cielęcym wzrokiem. Możesz chyba wytłumaczyć, czemu siedziałam przez trzy godziny jak idiotka w oczekiwaniu Pana Zapominalskiego ? – Oni przecież uszykowali kolację i pewnie zastanawiali się, czemu ich tak wrednie wystawiliśmy. Kiedy krzyczała jej piersi falowały miarowo. Czasem potrząsała ręką, co wzmacniało ten niesamowity efekt. Gdybym był choć troszkę mniej uczuciowy to wprawiałbym ją w złość celowo po to tylko, żeby kontemplować ten podniecający widok. -To nie byliśmy u Beaty ? – naprawdę nie robiłem sobie żartów. – Dałbym sobie nogę uciąć, że byliśmy wczoraj razem – pomyślałem. Zdaje się, że teraz cholernie bym kulał.
{i} Światło wpada przez wszystkie szczeliny. Mrok nie ma już szans – polegnie pocięty przez cieniutkie ostrza promieni. Szarość coraz mniejsza, teraz wszystko widać, później razi - aż w końcu wybuch supernowej – zwycięstwo światła. Biel i fotony odbijające się od wszystkiego. {/i}
-Przepraszam, nie czułem się dobrze – powiedziałem. -Ale chyba jest telefon ? – nic jej nie zatrzyma, kiedy się rozpędzi. – Gdzie byłeś ? -Tak, przepraszam. Gdzie byłem ? – powtórzyłem jej pytanie. Nie czekała na odpowiedź. Trzasnęła drzwiami. -Kupię jutro kwiaty, pójdziemy do kina. Będzie dobrze. Zastanawiałem się też, co właściwie robiłem wczoraj przez cały dzień. Ostatnie, co pamiętam, to odbieranie poczty w Chemicomie. Słowo daję – nigdy wcześnie nie przytrafiały mi się takie rzeczy. Muszę się wyspać – to powinno pomóc. Wstałem o trzynastej. Mały budzik w kształcie kota Garfielda piszczał już niemiłosiernie, kiedy udało mi się go trafić. Przez pół godziny stałem pod ciepłym prysznicem obserwując strużki gorąca oplatające moje ciało i uciekające gdzieś w kłębowisko rur pode mną. Ubrałem bieliznę, moje ulubione dżinsy (czy nie są już zbyt wytarte żeby zakładać je do pracy ?) bawełniany, blado-żółty T-shirt i brązową koszulę z napisem „I love NY”. Szukałem jeszcze kurtki – na zewnątrz nie było już zbyt ciepło – późny wrzesień w Polsce bywa bardzo chłodny. Otwarłem następną szafę i zatopiłem się w zaspie ubrań. To leżało na samym dnie. Z początku wyglądało jak miotła albo wiosło. Nie mam łódki, a mieszkanie czyszczę odkurzaczem. Sięgnąłem więc do środka. Okazało się trochę ciężkie, ale wytargałem je z szafy. Futerał na instrument. Czarny, zwykły futerał. Kiedy otworzyłem pokrywę ujrzałem nowy, lśniący i groźny karabin. Nie znam się na broni – nigdy nie byłem we wojsku, więc mogę tylko powiedzieć, że wyglądał jak snajperski. Składana metalowa kolba, długa lufa i luneta – celownik optyczny. W środku znalazło się też pudełko nabojów. Siedziałem przy tym jak osłupiały. Czułem mrowienie w nogach i szum w głowie. Skąd w mojej szafie taka rzecz ? Pierwsza myśl, że ktoś tu był. Może jakiś dawny znajomy Zuzanny, albo może ona sama. Nie – w jaki sposób – kobieta z karabinem ? Na pewno by go nie uniosła. To niemożliwe. ALE SKĄD SIĘ TU WZIĄŁ ? Ktoś go podrzucił. Albo Zuza wzięła na przechowanie – to głupia cipa. Już widziałem policję, która przychodzi z nakazem rewizji i wyciąga to cholerstwo z szafy. I co ? Co ja im powiem ?
3. Tym razem wróciłem z pracy bardzo szybko. Było już późno. Zuzanna siedziała w domu i czekała na mnie. W trochę lepszym nastroju. Tak myślę. Starałem się nawet nie patrzeć na szafę. A Zuza nic – żadnego zdenerwowania, oprócz zwykłej miny po nazwą „wiedz, że to ty jesteś ten zły”. -Nie było ci zimno ? - zapytała. Faktycznie poszedłem do pracy bez kurtki. -Nie mogłem nic znaleźć – odparłem. -Jak zwykle. Jest w tej szafie na korytarzu - skierowała się do mojego domowego arsenału. -Nie ! Chyba już wiem gdzie jest – zatrzymałem ją w pół drogi. -Tam trzeba posprzątać – dodała. Muszę chyba wynieść to żelastwo i zakopać albo co. Może pójdę na policję ? Nie na policję nie. Zupełnie nie wiedziałem, co z tym zrobić.
{i} Kula - z początku mała - zaczęła rosnąć w miarę zbliżania się do celu. Im była bliżej tym szybciej iskierki grające w niej w bilard zaczęły wyskakiwać na zewnątrz tracąc bezpowrotnie szanse na zwycięstwo. Kula rosła i zaczęła drgać nie mogąc utrzymać błyskającego roju. Kiedy była bardzo blisko – eksplodowała. Wszystkie z bractwa iskierkowego domu wyskoczyły na wolność zapalając wszystko dookoła. Stała się jasność. {/i}
Część 22 / 2
-Jutro pójdziemy do kina- zaproponowałem. -W niedzielę ? – zdziwiła się. -Może pojedziemy za miasto. Mówili, że będzie ładnie. -Jutro jest sobota dziecino. -Niedziela. Dzisiaj jest sobota, Panie Mądry. -Włącz telewizor i sprawdź – zaproponowałem. -Sam włącz. Ja wiem, że jest sobota. Poczłapałem do odbiornika. Nie mogłem znaleźć pilota. Trafiłem na jakiś program informacyjny. Była sobota wieczorem. Straciłem ze swego życia następne 24 godziny.
4. -Pan Tarczewski – usłyszałem głos pielęgniarki. Wstałem i wszedłem do pokoju. Pachniało środkami odkażającymi, bandażami i spirytusem. Sam zapach mógł postawić na nogi. Lekarzem był starszy pan. Cały przód czaszki miał goły jak u niemowlaka. Doktor poprawił okulary w cienkich drucianych oprawkach i wskazał mi zapraszająco miejsce na krześle przed biurkiem. Wyjaśniłem mu, że tracę pamięć. Opisałem jak całe popołudnie jeździłem gdzieś po mieście (w kieszeni miałem cały stos biletów tramwajowych i kwity z taksówki) a następnego dnia nie pamiętałem. O grzmiącym kiju, który spał cicho na dnie mojej szafy na kurtki nie wspomniałem ani słowa. Wyleczy mnie – a wtedy coś z nim zrobię. Resztę dnia spędziłem na oddawaniu krwi, moczu (to dość łatwe), prześwietleniach i takich tam zaklęciach nowoczesnych szamanów. Wymyśliłem sobie sposób kontroli czy czas nie uciekł mi (ciekawe co ja wtedy robię ?) bezwiednie. Spoglądałem na zegarek starając się zapamiętać godzinę, która minęła (a może to coś przyjemnego i tracę te miłe wspomnienia ?). Jeżeli następna nie miała luki w numeracji to znaczy, że byłem świadomy (a jeżeli zabiłem kogoś ?). Następnego dnia rano sprawdziłem szybko datę w telewizorze. Zadzwoniłem do Chemicomu z informacją, że jestem na zwolnieniu lekarskim i po wyjściu z domu kupiłem dzisiejszą gazetę. Data się zgadzała. Chwilami wydawało mi się, że przesadzam, że popadam w paranoję (może to był sen ?), ale nie – karabin w szafie to chyba dostateczny powód do zmartwienia. Wyniki lekarskie były podobne do wzorca zdrowego człowieka, gdyby taki wzorzec opublikowano, to ja różniłbym się tylko gorszym wzrokiem. Mocz za to miałem wspaniały. Jak na mocz oczywiście. Druga wizyta była u psychiatry. Stwierdził, że nic mi nie jest, ale zapisze leki poprawiające pamięć. Mam też pojawić się w przyszłym tygodniu i zdać relację ile pamiętam z tego. Strasznie to śmieszne.
5. Prochy chyba podziałały. Czułem się pobudzony i trochę za świeży jak na 5:50 rano. Branie lekarstw z reguły uspokaja. Mnie też uspokoiło – wiadomo – jesteś w dobrych rękach. Lekarz mnie widział i zbadał, potem drugi – przekonali się, że będę żył i nie całkiem ze mną źle skoro nawet kazali mi iść do pracy. Ziemia parowała. Ulice pokryte gdzieniegdzie kałużami wyglądały jak plamy wątrobowe na skórze spoconego olbrzyma. Słońce dopiero przedzierało się na powierzchnię a powietrze mieszało się z mgłą. Zimno przenikało przez co cieńsze kurtki przypominając, że niedługo przyjdzie jeszcze większy śnieżny brat i przytuli wszystkich stałocieplnych do swej lodowej piersi. Ale taka jest kolej rzeczy i świadomość tego kręgu pozwala znosić szpilki mrozu z godnością. Na przystanku nie było dużo ludzi. Człowiek o twarzy wujka Franka stał tam także – jak zwykle.
{i} Tonę. Wpadam w ciemność. Wraz ze światłem straciłem powietrze. Żeby się wydostać trzeba pokonać grubą warstwę lodu, bólu i cierpienia. Niżej mrok. Nade mną biel. Uderzam z całej siły w taflę lodu. Cały impet wyhamowuje wszędobylska woda. To sojusznik dna. Jeszcze jeden, i znowu. Ostatni cios, na który mam siłę rozbija lód. Przez rozbite okno jeziora wydostaję się na wolność. Mam powietrze. Ale dla mnie bardziej liczy się jasność. Teraz jest ze mną. {/i}
Tramwaj zbliżał się swoim zwykły, powolnym rytmem a na jego boku coraz wyraźniej mogłem zobaczyć reklamę. Na niebieskim boku wagonu widniał napis: „Ćwiczenia rozluźniające,.. coś tam coś tam” przed wejściem do tramwaju spojrzałem jeszcze na nieznajomego, który wydawał mi się latarnią morską – gdyby kiedyś zmienił się nagle klimat i cały Poznań zalało morze to on – jestem przekonany – wdrapałby się na najwyższy budynek i stał tam wskazując którędy dojść do pracy. W środku jak zwykle śmierdziało trochę potem, skórzanymi kurtkami i naftaliną płaszczy wyciągniętych na zimę. Wagon rzucało podczas zakrętów. Poczułem mrowienie i lekki niepokój. –Czy tak działają nowoczesne medykamenty ? Miałem pamiętać co robię, a nie dostawać jakiejś zapaści i to w drodze do pracy. To nie fair. Ale nie upadłem, nie dostałem drgawek, tylko dziwnie niewyraźnie zaczął mi się jawić świat. Zmrużyłem oczy i wypatrywałem znajomych budynków. Mijaliśmy kolejne domy i sklepy, ale żadnego nie mogłem rozpoznać. Zachciało mi się pić - strasznie wyschło mi w gardle. Jakbym właśnie co wsiadł do kolejki zbierającej zabłąkanych wędrowców z Sahary. A ja czułem się tak, jakbym przeleżał w piaskach pół życia. Wysiadłem na pierwszym przystanku. Przeszedłem na drugą stronę ulicy i na najbliższym skrzyżowaniu skręciłem w lewo. Zupełnie nie wiedziałem gdzie idę, ale z drugiej strony nie wahałem się przed żadnym krokiem. Sklep spożywczy znalazłem prawie na końcu ulicy w miejscu gdzie nie dojeżdżają już tramwaje ani nie ma zbytniego ruchu. Szczerze mówiąc nie miałem pojęcia gdzie jestem. Drzwi sklepiku otwarłem z trudem. -Poproszę Coca-Colę. Jestem Sebastian Tarczewski. –Po co ja to mówię ? Może zaczęła się moja amnezja ? Ale przecież pamiętam co robiłem, wiem co robię teraz. Odbieram duże zawiniątko, płacę i wychodzę ze sklepu. Pragnienie odeszło tak samo szybko jak przyszło. Nic więcej nie pamiętam.
6. Świadomość wróciła taką samą mgłą na oczach i pochodem mrówek po krzyżu. Byłem w domu. Jak dobrze - stara kanapa i ten przesadnie wygodny fotel. Nagle zamarłem z przerażenia. -Chryste – cały rękaw miałem brązowy od zakrzepłej krwi. Plamy na spodniach i rozległe zacieki na rękach. Siedziałem tak naznaczony czyjąś krwią z zawiniątkiem kupionym w tym zawszonym sklepiku z żywnością (kto tam kupuje jedzenie ?). Nie wiedziałem co zrobić. Nie wiedziałem co się stało. Sprawdziłem czy sam nie mam jakiś ran, z których mogłaby wysączyć się krew, ale nie – byłem cały. Zdjąłem kurtkę i zakrwawioną koszulę. Wszedłem do łazienki i włożyłem ręce pod strumień ciepłej wody. Kawałki zakrzepłej cieczy odrywały się od skóry i wirując odchodziły razem z wodą. Cały się trząsłem. To już nie było śmieszne. Czyja to krew ? Może zwierzę ? A jeśli człowiek ? Jeśli w amoku zabiłem człowieka ? Lekarze potwierdzą, że nic mi nie dolegało. Przecież jestem poczytalny. Nie wyjdę z więzienia. Jeżeli coś komuś zrobiłem – to będę siedział jak nic. Najlepsze, że sam nadawałbym się na świadka w tej sprawie. Coś tam widziałem, coś wiem, ale to tylko poszlaki. Zdecydowałem się je usunąć.…