Akcja · 3 godz. 14 min czytania
Święta Ciemność
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 5
Ten tekst już się pojawił na tej stronie, tyle, ze pod innym tytułem i został całkiem nieźle oceniony, jednak zarzucono mi kilka błędów. Oto wersja poprawiona i o nowym tytule.
I AGAPE - MIŁOŚĆ DOSKONAŁA
PROLOG
Było gorąco. Cholernie gorąco. Ale co z tego? To było normalne o tej porze roku, ponieważ tak było, co roku. Ale za każdym razem mnie to wkurza. Stoimy(razem z Qu i Johnym Pingiem –dwójką braci; Johny ma na imię jakoś inaczej, ale chce być jak jego idol –John Travolta, dlatego każe tak do siebie mówić; obu znam od pięciu lat i nawet nie znam prawdziwego imienia jednego z nich) pod klubem i czekamy na frajerów. Jest grubo po północy, ale ulica pełna jest takich jak ja i bracia Ping, oraz takich bogatych frajerów pokroju tych, na których czekamy. Przyjechali do Hong –Kongu by się zabawić, pójść na dziewczynki, lub do kasyna. Przy sobie noszą niewiele gotówki, większość forsy jest w kartach bankomatowych. Ale znowu, ja tam nie jestem jakimś super –złodziejem, nie liczę na wiele. Zresztą pan Hong, zleca też inne prace, więc nie śmiem narzekać. Na przykład tydzień temu poszliśmy do małego nielegalnego(oczywiście) burdelu. Właściciel jakoś zapomniał oddać pożyczone pieniądze, a pan Hong tego nie lubi. Miałem jednak szczęście –wystarczył zwykły zestaw, czyli „jedynie” odpiłowanie małego palca u ręki, by poznać szyfr sejfu. Na szczęście. Nie lubię męczyć człowieka odcinaniem mu wszystkich palców; tacy też się zdarzają –kochają pieniądze nad życie. Głupi idioci. A tak uległy pan Fu podał szyfr prawie od razu i miał dzięki temu spokój, pan Hong także był zadowolony i oszczędził biedaka, ale i szubrawcę w jednym. Dzisiejsza robota polegała tylko na zwykłej kradzieży. „Frajerzy” mieli jakąś cenną figurkę, czy coś takiego. Pan Hong był pewien, że dziś będą mieć figurkę w kieszeni, więc łatwo pójdzie. Cholera! Już druga, a ich nie ma! O, idą! -Qu, Johny ruszajcie się! Idą! –podniecony zbudziłem kolegów. Było ich dwóch, właściwie dwoje. Facet, w czarnym przewiewnym płaszczu, był całkiem wysoki, kobieta miała krótką kurtkę z jeansu i sięgała swemu towarzyszowi nieco ponad ramię. Wyszli z klubu, rozejrzeli się czujnie i odeszli w stronę portu. Ruszyliśmy za nimi, w odległości około dwudziestu kroków, w tłumie ledwie ich widzieliśmy. -Cholera, a jeżeli oni idą do hotelu? Wtedy koniec –odezwał się Johny. -Nie pieprz! –skarciłem go. Jednak Johny nie pieprzył, co jeśli idą do hotelu? Postanowiłem, że w najgorszym wypadku skroimy ich w holu hotelu. Hotele w tej części miasta były skromne i małe. Zrobimy, co do nas należy i cześć. Powiedziałem o tym reszcie, zgodzili się ze mną. Jak zawsze. Szliśmy za nimi jeszcze przez około 10 minut, kiedy tamci nagle skręcili w jakąś ciemną uliczkę. Nie wierzę, wymarzona sytuacja! Także skręciliśmy i zobaczyliśmy ich i zarys jakiegoś czarnego samochodu, jakiejś limuzyny. Oni stoją naprzeciw siebie, nie wiadomo, po co, chyba rozmawiają. Ale czy to ważne? Doszliśmy do nich i okrążyli skromnym murem. Ci się rozejrzeli po nas, ale nic nie zrobili. Nagle zobaczyłem, że oboje wyglądają jakoś obco. Nie byli biali, ale nie byli też czarni, tym bardziej nie żółci. To chyba hindusi. -Dawaj posążek! –warknął Johny, nie biorąc pod uwagę, że być może oni nie znają chińskiego. Milczenie, jakby potwierdzające moją teorię. -Dawaj! –tym razem Qu. Mężczyzna bez słowa kopnął Johnego w krocze, ten zgiął się w pół. Qu i ja natychmiast odskoczyliśmy do tyłu, kobietę pociągając ze sobą. Szybko wyjąłem z kieszeni nóż sprężynowy i przyłożyłem jej do gardła. Mężczyzna zdążył w tym czasie zmiażdżyć ciężkim butem twarz Johnemu, który leżał teraz na plecach, na wpół w mroku. Nie widzę twarzy, ale mniejsza z tym. Ryknąłem do faceta: -Stój kurwa, bo potnę ją! -Nic mnie to nie obchodzi – wymówił te słowa doskonałym chińskim. Zrobił krok w naszym kierunku, potem następny. My zaczęliśmy się cofać, groźby nie zrobiły wrażenia na hindusie. W końcu natrafiliśmy na zderzak auta, zatrzymaliśmy się, on nie. Przycisnąłem nóż mocniej do jej skóry. Prawie ją przeciąłem. -Stój! Bo ona zginie! Przecież to niemożliwe! Co się dzieje? Facet był już o dwa kroki od nas i nie zamierzał przystopować. -Jak chcesz! Pociągnąłem rękę, natychmiast poczułem na palcach ciepły płyn –krew. Przeciąłem jej gardło od ucha do ucha, puściłem zwłoki, które opadły bezwładnie na ziemię. To był błąd! Hindus skoczył, chwycił mój nóż i wyrwał mi go z ręki, w tej samej sekundzie przejechał mi po gardle. Poczułem potworny ból, zimno i ciepło jednocześnie, zmrużyłem oczy, mój oprawca rzucił mnie na bok, upadłem bokiem. Chwyciłem się za szyję, po ręce ponownie spłynęła krew, tym razem moja. Była ciepła, prawie gorąca. Zobaczyłem jak Qu ze swoim nożem rzuca się na frajera, ten jednak robi unik i wbija biednemu Qu nóż gdzieś koło łopatki, nie widzę dokładnie. Chłopak pada na twarz, nagle z ziemi wyrosła ta kobieta, gardło zalane krwią, w ręku jakiś sztylet, Qu podnosi się na rękach, kobieta kopie go jednak w plecy i ten znów pada. Jak to możliwe? Ona była martwa! Nagle przelatuje mi przez myśl: Qu zaraz zginie. I rzeczywiście, baba wbiła mu ten swój sztylet prosto w kark. Chyba słyszałem chrupot kości. Ja też zginę! Muszę jakoś uciec! Teraz! Podniosłem się, jednak znów upadłem. Zdążyłem tylko ujrzeć pełno krwi dookoła mnie. Chyba cała jest moja. Nie ucieknę, za dużo krwi straciłem! Nagle jakoś uspokoiła mnie myśl, że umrę, pogodziłem się z tym. Nie wiedzieć czemu, nadal myślałem trzeźwo. Zobaczyłem jak hindus nachyla się nad Johnym. Znowu ten dźwięk, jak przy Qu, jakby gruchot kości. Podniósł się. Zobaczyłem zarys noża wystający z czoła Johnego. Zostałem sam. Dwa potwory zwróciły głowy do mnie. Podeszli. Kobieta znowu miała swoją broń. -Nie bój się, już koniec –powiedziała do mnie aksamitnym głosem, niemal anielskim. Zamachnęła się w moim kierunku, poczułem uderzenie w głowę.
* 1 *
-Co powinniśmy zrobić? Opróżnić klub z ludzi? -Nie, to nic nie da… W dodatku możemy wypuścić potencjalnego zabójcę… -Przecież zabójca pewno już wyszedł. -Wiem, ale ten klub jest znany, nawet za bardzo… -Więc? -Wszędzie są kamery. Poza tym pokojem. Taśmy z nagraniami, mają być na moim biurku jeszcze tej nocy. -Oczywiście. -Idź. Zanim podmienią kasety… -Tak. Hugh Thornton skinął głową i opuścił pomieszczenie. Akira Miyazaki westchnął i odwrócił wzrok od zwłok siedzących w skórzanym fotelu. Ofiara, czyli Huan –Oemi –Sano, znany na cały Hong Kong przemysłowiec i handlarz, na stare lata zajął się prowadzeniem ekskluzywnego klubu. Zginął od dwóch cięć szyi –ktoś poderżnął mu gardło dwoma nożami. Milioner zginął we własnym biurze, dźwiękoszczelnym luksusowym gabinecie. Miyazaki jako doświadczony śledczy policji Hong Kongu widział wiele, toteż widok rozpłatanej ludzkiej szyi nie zrobił na nim wrażenia. Podobnie jak na jego partnerze lub tylko pomocniku –Angliku Hugh Thorntonie. Chłopak ledwie skończył dwadzieścia pięć lat, a był już odczulony jak stary wyjadacz. Miyazaki spojrzał na rozłożystą palmę stojącą obok biurka denata: piękna, zdrowa roślina z jednym czerwonym liściem. Co?! Detektyw podszedł do masywnej donicy i przyjrzał się anomalii. Na liściu była krew! Ale to nie wszystko; można było też zauważyć jakieś tajemnicze odgniecenia –jakieś tajemnicze kółka i linie! -Posterunkowy Puo! Pan pozwoli tutaj. Zaciekawiony policjant podszedł do przełożonego. -Tak panie podkomendancie Miyazaki? -Widzicie ten liść? Jest na nim krew i jakieś ślady. Zrobić dokładne zdjęcia, od liścia zrobić odlew gipsowy, a potem całą roślinę do mojego oddziału. Tylko mi nie spierdolcie tego odlewu! Delikatnie i sumiennie! -Tak panie podkomendancie! Niczego nie spierdolimy! Miyazaki zawiesił na chwilę wzrok na posterunkowym i lekko się uśmiechnął. Do pokoju wrócił sierżant Thornton i natychmiast zwrócił swe bystre, błękitne oczy na szefa. -Masz te kasety? -spytał Miyazaki. -Tak. Zaufany człowiek pojechał z nimi na komendę. -Dobrze. Anglik spojrzał na liście palmy. -Czy to jest krew? –zapytał zatrzymując wzrok na dwukolorowym liściu. -A cóż by innego? –ryknął podkomisarz. –Sądzę, że morderca wytarł broń w te liście. Wskazał nieszczęsną palmę. -Trzeba zrobić listę pracowników, dowiedzieć się czy ktoś spisuje gości pana Sano, bo nie sądzę żeby można było tu tak po prostu wejść. -Już o to pytałem… Ma ją sekretarka denata. -Dobrze. Przepytamy ją… Trzeba będzie jednak zamknąć klub, a pracowników zebrać w kupę. -Ale nie podejrzewa pan nikogo z pracowników? -Nie. Zdecydowanie nie. To był ktoś z zewnątrz. Może nawet płatny zabójca. Hugh spojrzał na zwłoki. Oczy były wciąż otwarte, patrzyły beznamiętnie w sufit. -Czas na konwersacje! –rzekł Miyazaki. Opuścili pokój. Drzwi z gabinetu pana Sano prowadziły na wyłożony czerwoną wykładziną korytarz, z którego można było poobserwować salę. Salę, która była wypełniona po brzegi młodymi Chińczykami. Na korytarzu stało czterech policjantów. Podkomisarz wydał rozporządzenia, po czym dwaj policjanci zbiegli na dół. Po około kwadransie ogłupiająca muzyka ucichła, a po kolejnych pięciu minutach sala opustoszała. -No. Teraz pracownicy. Ilu ich jest? -Dwadzieścia osiem osób, ale dwóch ochroniarzy gdzieś zniknęło. Miyazaki skinął głową. -Sprowadź ich do głównej sali, zaginionych znajdź. Po chwili na parkiecie znajdowało się trzydzieści osób, dwadzieścia osiem z nich siedziało. Starszy policjant mówił, młody tylko czasem coś wtrącał. -…więc, wiemy już, że nie wszystkie obecne tu osoby mają wstęp na tamten korytarz –policjant wskazał głową ww. obiekt. –Więc proszę o opuszczenie sali przez osoby niemające związku… Nasi ludzie przeprowadzają z państwem rozmowy w innym terminie. Gdy po chwili salę opuściło jedenaście osób, Miyazaki kontynuował: Podstawowe pytanie: czy ktoś z państwa widziało lub słyszało coś dziwnego tego wieczora? -Słyszało? To żart? Mam słyszeć coś poza łomotem rzędu 100dB? -No tak –detektyw uśmiechnął się. –Proszę wybaczyć głupotę. A co z obserwacjami? Po zebranych przeszedł szmer. W końcu po chwili jeden z zebranych zabrał głos: -Mógłby Pan sprecyzować; o co chodzi? To jest w końcu klub nocny, ludzie dziwni to standard… -Chodzi o kogoś z jakimiś dziwnymi przedmiotami –np. dwoma kordzikami? Ponownie szmer. Thornton szepnął coś detektywowi do ucha. -Nie, raczej nie… -przebiegło po zebranych. -A czy ktoś widział dwóch ochroniarzy stojących bezpośrednio przy drzwiach gabinetu pana Sano, po północy do teraz? Po kolei proszę. Pięć pierwszych osób odpowiedziało przecząco, ale: -Było przed drugą, jak przechodziłem obok to stali przed drzwiami, ale jak wracałem(byłem w toalecie na końcu korytarza) to już nie… -Rozumiem. Reszta albo nic nie widziała, albo widzieli zaginionych, ale potem nie, lub ostatecznie nie widzieli ich przed drzwiami w ogóle tego wieczora. Pozwoliło to ustalić dokładny czas zgonu. -Dziękuję państwu. Pozostaniemy w kontakcie. Posterunkowi podadzą wszystkie informacje. Pani Aono dziękuję za listę gości denata –stary Japończyk uśmiechnął się do sekretarki. –Panią proszę o pozostanie na terenie klubu. Miyazaki i Thornton bezzwłocznie ruszyli na „czerwony” korytarz. Jeden z funkcjonariuszy poprowadził śledczych do przedostatnich w korytarzu drzwi. -Co tam jest? -Schowek na miotły; mały magazyn –odpowiedział jakiś młody policjant. Otworzono drzwi. W środku leżały dwa ciała; oba w granatowych garniturach i białych koszulach z krawatem. Ochroniarze. Obaj mieli niewielkie rany na skroniach. Miyazaki przełknął ślinę. Thornton uniósł brwi. Podkomisarz rzekł spokojnie: -Potrójne morderstwo z premedytacją… Ładnie.
* 2 *
Wyciągnął swój ciemno czerwony język i delikatnie, ale łapczywie położył na jej szyi. Zrobił zdecydowany ruch i zlizał płat niemożliwie gorącej krwi. -Uważaj, bo się sparzysz. -Nie ma obawy. Znowu liznął. Mięśnie całego ciała drgały, podniecone. Akmitsara sięgnęła ręką w kierunku krocza Mohandasa i wyczuła potężną erekcję. Uśmiechnęła się lekko i pogładziła ręką genitalia swego towarzysza życia. -Mmm… Mężczyzna wyczuł wysublimowaną pieszczotę nawet przez skórzane spodnie, nie przestawał zlizywać krwi z szyi ukochanej. -Co z nim? –wskazała zwłoki z małym nożem w czole. -Nie żyje. Nie męczyłem go. -Słusznie… Nie lubię bez potrzeby katować niewinnych ludzi. -Masz słuszność. Skończył lizać. Szyja wyglądała jak po solidnym prysznicu. -Chodźmy –rzekła spokojnie. -Otwórz bagażnik. Akmitsara posłusznie uniosła wieko bagażnika majestatycznego, czarnego Rolls –Royce Silver Searph, środek był jak skrzynia; wszystkie ścianki obłożone metalowymi płytkami. Odsunęła się robiąc miejsce Mohamandasowi, ten wrzucił zwłoki Johnego Pinga do środka i zamknął bagażnik. Akmitsara uklękła przy ciele Takeshiego i wytarła swój kord o jego lekką kurtkę z materiału. Mohandas wsiadł do auta, zaraz po nim zrobiła to Akmitsara. Silnik potężnie warknął i samochód wycofał się z uliczki, znikając w ciemności. Hotel „Beautiful West” stylizowany był na XIX wieczną Europę i prezentował najwyższy komfort. Obsługa gotowa na każde życzenie, przygotowana była również na wielkie napiwki. I to w różnych walutach, nieważne czy były to funty angielskie, dolary amerykańskie. Wszechobecne kantory wymieniały bezużyteczne bogactwa z zagranicy na bezcenne dolary hongkongskie. Do podziemnego parkingu powoli wsunęła się czarna limuzyna i zaparkowała na zarezerwowanym miejscu. Ze środka wysiadły dwie osoby: kobieta średniego wzrostu o uderzającej urodzie hinduskiej. Czarne długie włosy zdawały się opadać do samej ziemi, choć tak naprawdę sięgały „tylko” do pasa. Oczy o nieskończonej głębi w kolorze zimnego błękitu z domieszką, co dziwne, czerwieni tylko spojrzały na portiera Xi’ana przelotnie, ale to wystarczyłoby dwudziesto dwuletni chłopak nieomal zmarł na zawał. Mężczyzna także mógł się wyróżniać z tłumu: wysoki, szczupły z inteligentną twarzą. Czujny wzrok tylko się po Xi’anie prześlizgnął. Czarne, modnie obcięte włosy zaczesane do tyłu i w bok. Długi skórzany płaszcz sięgał prawie do ziemi. Bogaci hindusi na wakacjach. Mężczyzna wyjął z tylnego siedzenia jakąś czarną walizkę, zamknęli auto i poszli do windy. Była 6:10. Hong Kong witał nowy dzień. Mohandas Ali Jinnah delikatnie położył walizkę na komodzie i otworzył; w środku spoczywały dwa plastikowe pojemniki o pojemności 2,5 litra każdy. W pojemnikach znajdowała się oczywiście krew i ten widok stworzył na poważnej twarzy Mohandasa lekki uśmiech. Nagle zaskrzypiały drzwi łazienki, to Akmitsara opuściła okafelkowane wnętrze. Była naga, jej skóra jaśniała w świetle dnia. Powoli podchodząc do Mohandasa wodziła palcem po lewej piersi. Uśmiechała się figlarnie. Hindus zamknął walizkę jednym ruchem, drugim zrzucił z siebie płaszcz. Noże schowane w kieszeniach lekko zastukały o podłogę. Wyciągnął rękę i przejechał po jej szyi, ona wydała nęcący pomruk. -Jeszcze parę godzin i będzie jak nowa –rzucił. -Wiem. Przycisnęła swoje wargi do jego. Pocałunek -długi, namiętny przekazywał sobą całe uczucie jakie Akmitsara obdarowała Mohandasa dokładnie siedemset czterdzieści sześć lat temu. Objęła go swymi długimi rękami, włożyła paznokcie pośród jego włosy i zmierzwiła je z przyjemnością. Przycisnęła swoje znakomicie wyrzeźbione ciało do niego i pocałowała jeszcze dwa razy. Ręce przeniosła na jego spodnie, rozpinając zamek. Ściągnęła mu te spodnie i zaczęła pieścić go tak jak tylko kobieta może. Mężczyzna westchnął z rozkoszy, kobieta patrzyła mu prosto w oczy przez cały czas. Spokojnie, bez jakiegokolwiek pośpiechu gładziła palcem jego fallusa pozostającego w niesamowitej erekcji od 10 minut. Mohandas tymczasem kreślił palcem linię jej obfitego, naturalnego biustu. Po chwili Mohandas został ograbiony ze wszelkich partii garderoby; czarna koszula poleciała na podłogę. Wziął Akmitsarę na ręce i rzucili się oboje na łóżko. Wreszcie wszedł w nią; oboje wykonywali miarowe ruchy, w przód i w tył. Byli w transie, dźwięki ciała charakteryzujące ich ekstazę łączyły się w jeden jęk upojenia. Na skórę wystąpiły maleńkie krople potu, odbijały światło słońca, które jakby też chciało się przyłączyć do orgii tych którzy śmierć mają za nic, którzy razem z planetą i kosmosem mają prawo obserwować przemijanie, narodziny materii, a potem jej śmierć. Magiczne refleksy światła strzelały po luksusowym pokoju. Gdy skończyli, słońce jakby nieco zawiedzione zaszło za chmurę, ich samych rzucając w wygodne objęcia Morfeusza. Godzinę później Xi’an obrócił się i zobaczył czerwone ferrari 456 które z impetem wjechało na parking. „No tak. Pan Mifune wraca z zabawy. Pewnie znów pijany.” –pomyślał Xi’an na widok młodego japończyka. Spokojnie odprowadził wzrokiem pędzące coupe. Nagle jednak stało się coś nieoczekiwanego: ferrari wypadło z zakrętu i wjechało w tył czarnego Rollsa. -O kurwa! –ryknął Xi’an na ten widok. Pobiegł na miejsce, spojrzał na wgięty do wewnątrz zderzak czarnej limuzyny. Nagle klapa bagażnika lekko się otworzyła i wypłynęło spod niej coś, co wyglądało jak ludzka ręka…
Część 22 / 5
* 3 *
Hugh Thornton kroczył dziarskim krokiem jasnym korytarzem. Zmierzał do szerokich drzwi wahadłowych, za którymi mieściła się kraina śmierci. Kostnica. Policjant przybył po raport od patologa dotyczący trzech ofiar wczorajszej nocy. Dr. Hakata stał przy jednym z katafalków i badał wraz z asystentem ciało jakiegoś mężczyzny. Lekarz spostrzegł przybycie młodszego sierżanta i gestem pokazał, że zaraz przyjdzie. Hugh nasunął gumową maseczkę na twarz i spojrzał w sufit. Lekarz podszedł po około dziesięciu minutach. -Witam doktorze Hakata! -Witam, witam. Patolog głośno westchnął. -Wszystko w porządku? –spytał zaniepokojony Anglik. -Prawie. Pół nocy siedzę w tej trupiarni i kroję dla pana ludzi… Podeszli do metalowej, lśniącej szafy, z której za naciśnięciem na magiczny przycisk wyjechała platforma ze zwłokami na pokładzie. Hakata nie tracił czasu na ogródki; jednym ruchem ściągnął płachtę ze zwłok. -Oto pan Sano. Ciekawy przypadek… Thornton już chciał zapytać, czemu, ale lekarz ubiegł pytanie odpowiedzią: -Gardło podcięte dwoma ostrzami jednocześnie. Profesjonalne cięcie. Śmierć niemal natychmiastowa. Pewnie zawodowiec. Najciekawsza jest jednak jego broń: dwa(sądząc po ranach) małe miecze, pewnie kordziki. Kształt ostrza mnie dziwi… Był taki: Hakata zafalował palcem nad raną. -Pofalowane ostrze? –nie mógł uwierzyć sierżant. -A, czemu nie? Jeżeli to był zawodowiec, to macie punkt zaczepienia: broń na zamówienie. -A pozostali dwaj? -Mały nożyk. Około pięciu centymetrów. Ale ostry jak diabli! Wysunęły się dwie inne platformy. -Pewne pchniecie w skroń. Natychmiastowa śmierć. Mało krwi… -Korytarz był pełny ludzi… Nie mogli zrobić takiej jatki jak w środku… Doktor tylko skinął wesoło głową. -Mam jednak coś jeszcze… -To znaczy? –spytał zaintrygowany. Kolejne dwie platformy ukazały przykryte płachtą zwłoki. I tym razem Hakata ściągnął białe prześcieradło. Oczom Thorntona ukazał się widok raczej okropny: Pierwsze zwłoki wyglądały normalnie, jakby denat dostał zawału, ale Hakata zwołał dwóch sanitariuszy by ci przewrócili ciało na twarz. Wtedy policjant zobaczył –szeroka rana idealnie na karku i mała rana na prawej łopatce. -Niezłe ostrze zrobiło tę ranę… Możliwe, że to samo, co, przy Sano. -A to? –Hugh wskazał małą ranę. –To może być ten nożyk od ochroniarzy? -Nie. Nacięcie jest tutaj większe. Typowy nóż sprężynowy. Nawet znaleźli go na miejscu zbrodni. Pewnie był jego… -Kto mieczem wojuje… -szepnął do siebie Hugh. -A teraz pan Yuoy… Gardło podcięte małym nożem, przypuszczalnie tym sprężynowym… Krew poszła do analizy. Wyniki za parę godzin. Jeżeli będą dwa rodzaje krwi to mamy dwie ofiary jednej broni. -A głowa? –słuszne pytanie; rozpłatana na pół ludzka głowa wzbudza zainteresowanie. -Znowu pofalowana rana… Mocny cios, rozłupał mu czaszkę w sekundę… -Dobrze, ale kto to jest? -Dwóch rzezimieszków. Miejscowi złodzieje. Przynajmniej według aspirant sztabowego Huu –Si… -On prowadzi sprawę? -Tak. I on ma wszystkie papiery. -Mówił pan komuś o swoich podejrzeniach? -Poza panem nie no, bo i komu? Hugh Thornton uśmiechnął się pod nosem; nie od dzisiaj wiedział, że cieszy się zaufaniem doświadczonego patologa. -Mam coś nowego! –krzyknął od progu Anglik wchodząc do gabinetu zajmowanego przez niego i podkomisarza Miyzazakiego. -Czyli? Miyazaki od kilkudziesięciu minut oglądał nagranie z klubu. -Najprawdopodobniej poprzedniej nocy z ręki naszego mistrza miecza zginęły jeszcze dwie inne osoby… -Kto? Kiedy? Gdzie? -Kto? Dwóch złodziei, Qu Ping i Takeshi Yuoy. Kiedy? Wczoraj pomiędzy 2 a 3 w nocy. Gdzie? W małej uliczce koło hurtowni rybnej Harrisona. Mniej więcej dziesięć minut drogi od klubu Sano… -Kto prowadzi śledztwo? -Aspirant sztabowy Huu –Si. -Skąd podejrzenie że to był jeden i ten sam sprawca? -Hakata to zasugerował. Broń się zgadza… -A więc do Huu Si. Potem powiem ci co ja mam. Aspirant sztabowy Huu –Si był typowym Chińczykiem; niewysoki, krępy, z bystrymi oczami strzelającymi zawsze wszędzie tylko nie na rozmówcę. Miyazaki szybko wytłuścił sprawę i współpraca została nawiązana. W pokoju siedziały cztery osoby na pierwszej naradzie w sprawie seryjnego zabójcy. Brali w niej udział: podkomisarz Akira Miyazaki, sierżant Hugh Thornton, aspirant sztabowy Lee –Huu –Si oraz jego partner sierżant Chow –Kan. -Oto co mamy: w przeciągu półtorej godziny –od 01:30 do 3:00 dwie osoby zamordowały w bestialski sposób pięć osób –zaczął Miyazaki. -Przepraszam, ale potencjalnie ofiar jest sześć… -wtrącił nieśmiało sierżant Kan. -Sześć? -Na miejscu znaleźliśmy dwie osoby w kałużach własnej krwi, oraz dwa metry obok ślady krwi kogoś trzeciego. Na potwierdzenie swojej teorii Kan rzucił na biurko zdjęcia. Widok jak z jakiegoś horroru albo z rodzinnego albumu Kuby Rozpruwacza. -Więc zabili tych dwóch, trzeciego porwali? Po co? -Tego nie wiemy. Za to chyba już wiemy(ale nie na pewno) kim była potencjalna trzecia ofiara… -No? -Jeden z denatów Qu Ping, miał brata Lo Johnego Pinga. Ponoć zawsze pracowali razem. -Skąd wiecie? Si zrobił urażoną minę. -Jest po 7. My pracujemy od 6. Popytaliśmy w obyczajówce, i mamy to co mamy. -Aha. Rozumiem. -Poza tym wiemy, że zabójca… -…zabójcy… –poprawił aspiranta sztabowego podkomisarz. -Dlaczego zabójcy? -O tym za chwilę. Tymczasem proszę kontynuować. -A więc, zabójcy odjechali z miejsca zbrodni samochodem. -Są na to świadkowie? -Nie. Mamy krew. Po prostu z martwego pana Qu Pinga krew wylewała się w każdym kierunku… Za jego plecami natrafiła na przeszkodę –oponę. Dosyć szybko krew choć trochę przyschła, i w ten sposób mamy ślad opony. -A tak w ogóle są jacyś świadkowie? Aspirant sztabowy pokręcił głową. -Na razie nie stwierdzono. O co chodzi z zabójcami? -Cóż, dysponuję kasetami z nagranymi wydarzeniami tej nocy w klubie. Kamera jednak nie zarejestrowała żadnego z zabójstw, ale pozwoliła ustalić wygląd morderców. A było ich dwóch –kobieta i mężczyzna. Możliwe że hindusi. Zapraszam do naszego biura. Obejrzeli kluczową kasetę. Si i Kan mieli jednak wątpliwości: -A skąd ma pan pewność że to oni zabili? -Mam zeznanie sekretarki pana Sano. Notowała ona wszystkich gości denata. Robi to przy schodach na korytarz obsługi, tam właśnie zginęli dwaj ochroniarze. Każdy, kto tam wchodzi musi się wpisać. Wpuszczeni zostają dopiero po słownym pozwoleniu pana Sano. Sekretarka po prostu dzwoniła do szefa. -No dobrze, ale jak tak, to po co zabijali ochroniarzy? To było chyba najbardziej ryzykowne? -No właśnie, sam tego nie rozumiem… Może na początku ich wpuścił, ale potem z jakichś przyczyn przekazał ochroniarzom informację by ich nie przepuścili? -Ale… -po raz pierwszy w rozmowie głos zabrał Anglik. –Czy denat będąc w takiej sytuacji siedziałby spokojnie w fotelu? -To jest do odkrycia. -Albo i nie –dodał posępnie Kan. -Teraz broń; według doktora Hakaty klinga była lekko pofalowana, długość nie do określenia. Zabójca wytarł ponadto swoją broń w liście palmy stojącej w gabinecie ofiary. Dzięki temu wiemy też że, miecz jest jakoś ozdobiony, ma jakieś znaczki. Roślina stoi tutaj –Miyazaki wskazał ręką na palmę zdobiącą wnętrze tego biura od ubiegłej nocy. -Dobra, podsumujmy. Dnia 25 maja br. Dwóch podejrzanych wchodzi do klubu „Ambrosia” należącego do Huana –Oemi –Sana. Do „księgi gości” wpisują się jako Kangra i Bahpur Mandalayan i jest to ostatni wpis tej nocy. Wchodzą bez problemów, widzi ich sekretarka, ale później z niewyjaśnionych(na razie) przyczyn mordują swe dwie pierwsze ofiary tej nocy. Profesjonalne skrytobójstwo, ciała zostają ukryte w niezamkniętym na klucz, schowku na miotły. Następnie wchodzą do gabinetu pana Sano i zabijają go. Nie wiadomo czy rozmawiali czy nie. Może była to zwykła egzekucja. Jednak pozycja denata sugerowałaby raczej pierwszą wersję. Morderca wyciera krew z broni za pomocą liści palmy. Następnie opuszczają lokal i zmierzają do prawdopodobnie swojego samochodu , w okolice hurtowni Harrisona. Tam ścierają się z dwójką, lub trójką miejscowych złodziei. Bezlitośnie ich mordują po czym znowu wycierają klingę miecza w, tym razem, kurtkę Takeshiego Yuoy, wsiadają do samochodu i znikają. Zapomniałem o czymś? –Hugh skończył swój wywód. -Mamy na szczęście parę punktów zaczepienia: broń, opona no i oczywiście wygląd. -My bierzemy oponę i spróbujemy coś ruszyć z samymi hindusami. Może zrobić listę hindusów przybyłych z Indii w ostatnim, powiedzmy kwartale? -A jeżeli przyjechali np. z Rosji? Lista musiałaby obejmować hindusów z całego świata. To będą tysiące osób… My tak czy inaczej poszukamy broni, wydaje się być unikalna. Aha, i jeszcze jedna rzecz: jako że wy chyba lepiej orientujecie się w miejscowym półświatku może popytajcie o brata Pinga… Thornton i ja pokręcimy się wokół interesów Sano. -Na pewno coś znajdziecie. To był podejrzany typ, miał konszachty z mafią… -Wiem. A więc rozpoczynamy operację „Nożownicy z Hong Kongu”!
* 4 *
Wszędzie martwe ciała. W powietrzu unosi się jeszcze odór śmierci. Nie widać gruntu –za dużo ciał. Leżą dosłownie w każdym miejscu. Zwłoki odważnych żołnierzy, poszarpane, pokłute, podziurawione. I krew która z tych wszystkich ran wypływa. Nawadnia glebę, wnika w nią. Staje się jej integralną częścią. Grymasy na niemożliwie wygiętych twarzach wojowników, sztandary ociekające z wszechobecnej krwi, chcą powiewać na wietrze, ale nie mogą –są zbyt mokre. Rozgląda się. Zauważa go. Jego okrutnie zmasakrowane zwłoki, przebite wieloma strzałami. Większość jeszcze płonie. Przystaje i patrzy na to jak ciało jej ukochanego spala się. Dookoła jest cicho. Już nikt nie jęczy z bólu, nikt nie wzywa towarzyszy. Już nie. Akmitsara spojrzała na oblicze ukochanego; w pierwszej chwili odwróciła wzrok, ale spojrzała znów. Dolna szczękę coś urwało; język był dziwnie poszarpany. Oczy, te oczy w których zatracała się zawsze gdy tylko w nie spojrzała, choć na krótką chwilę, były teraz bez życia, martwe jak wszystko inne na tej łące. Jej miłość spalała się tak szybko, jak szybko spalał się trup syna władcy, jej ukochanego. „Niech Durga przyjmie go do swojej świty”. Dobrze wiedziała że gdzieś tu spoczywa także ciało jej ojca –nadwornego kata, tudzież kowala. On też zginął. Zginął na darmo. Bitwa przegrana. Królestwo zdobyte. Ziemia splądrowana. Nie ma już nic. Po co więc żyć? Skoro odpowiedź najwyraźniej nie istnieje, to można zrobić tylko jedno. Podniosła jakiś sztylet, wyjęła go z zaciśniętej dłoni jakiegoś żołnierza. Chwyciła pewną ręką. Odwróciła klingę do siebie, westchnęła i pociągnęła ostrze ku sobie. Pisnęła cicho gdy zimne, oblepione oślizłą krwią przeszyło najpierw jej błękitną suknię z jedwabiu, a potem delikatną skórę. Broń bezlitośnie przebijała ścięgna, żyły… W końcu weszła w serce i zadała śmierć. Przynajmniej powinna… -I co? Już? –spytała demona śmierci. -Nie. To nie jest tak proste… -usłyszała głos dobiegający gdzieś z oddali. -Dlaczego? Odebrałeś mi wszystko. Pragnę śmierci! -Ale jej teraz nie dostaniesz. Głos rozchodził się po jej głowie. Brzmiał niezwykle. Metalicznie. Pozbawiony wszelkich uczuć. -Jak mogę umrzeć? –spytała zrezygnowana. -Zapomnij o śmierci… Żyj. Jesteś wybrana. Wyjęła sztylet z własnego ciała. Ale nie sama. Z pomocą kogoś innego… Głosu? Usłyszała tętent konia. Ale zaraz. To nie jest jeden koń. Więcej. Dużo więcej. Tysiące. „Może to armia przeciwnika? Wrócili i znajdą sposób by mnie zabić!” Ale to nie jest nieprzyjaciel. To wojska króla Jinnah. Spieszyły z pomocą wojskom Jawarlaha, ale spóźnili się. Pozostaje im tylko pochować przyjaciół i modlić się o ich dusze u Wisznu. Z konia zszedł książę prowincji Jinnaharl -Mohandas, podchodzi do biednej dziewczyny i przytula ją. Odciąga od zmasakrowanych rodaków. Spojrzenie jego dziwnie błękitnych oczu spoczywa na ranie na piersi. Ona jednak kręci głową mówiąc że chce umrzeć. Książę wraca z nią do swego pałacu. Piękna, symetryczna budowla z białego marmuru. Pałac Jawarlaha był podobny, teraz jest pewnie plądrowany przez pozbawionych honoru Afgańczyków, plemię bezlitosne, mordercze. W chwili obecnej Akmitsara nienawidziła swego życia, które jednego dnia straciło wszelki blask, ale równie, lub nawet bardziej nienawidziła złodziei kolorów jej życia –Afgańczyków. -Wiem, że to dla Ciebie cios, ale wykorzystaj dar czasu… Chociaż spróbuj zapomnieć. Tylko o tyle cię proszę. -Jak możesz? Nie zapomnę tego dnia. Nie chcę tego. Książę Jawarlah, miłość mego życia zginął! -Jawarlah? Miłością twego życia? Nie sądzę… Po tych słowach książę opuścił nową komnatę Akmitsary i nie wrócił przez cały następny rok. Pozostawił ją samą ze swoimi demonami. Miał jednak rację. Po roku niedoszła królowa prowincji Jhawar zrozumiała: pokochała księcia Jinnaha. Chociaż go nie spotykała. Ten także ją kochał. Od zawsze. Ślub był huczny i wystawny. Kości księcia Jawarlaha bielały pod ziemią, podczas gdy Akmitsara cieszyła się z własnego szczęścia. Po roku pożycia małżeńskiego zaczęła się dziwnie zachowywać. Krzyczała bez widocznego powodu, uciekała przed czymś czasem potrafiła godzinami patrzeć na ścianę. Oczywiście nie uszło to uwadze jej męża, który od razu wiedział o co chodzi i w czym tkwi problem. Jednak nikomu sekretu nie zdradził, za to w mieście pojawiło się tajemnicze zwierzę porywające ludzi. Od czasu pojawienia się potwora samopoczucie księżniczki wyraźnie się poprawiło. Nikt nie mógł zrozumieć o co chodzi. Pewnego wieczora gdy księżniczka odpoczywała w łóżku przyszedł do niej książę: -Chciałbym, abyś o czymś wiedziała… -O czym mężu? -Pragnę zestarzeć się z tobą… -Tak się stanie! –odparła wesoło. W jej duszy ponownie zagościło szczęście. -Nie stanie się. -Czemuż to?! Zamierzasz odejść? Mnie o to posądzasz? -Sprawa jest innej natury… My nie umrzemy. Podobnie ze starością… -Ale dlaczego? Co ty mówisz? -Nie jestem w stanie ci tego wyjaśnić, bo sam tego nie rozumiem… Wiem tylko że lekarstwem na twoją niedawną chorobę jest ludzka krew… -Co? Nie wierzę! -To prawda. Ja jestem tym potworem z wioski… Zabijałem by uzyskać krew dla Ciebie. -Nie… Nie! W sąsiednim pokoju rozległ się płacz dziecka. -Och, to Mohandas II –rzekł książę i poszedł do drugiej komnaty. -Co z nim? –spytała Akmitsara. -Nic. Zmoczył się tylko. Mohandas wezwał sługi do pomocy. Sam wrócił do żony. -Skończymy tę rozmowę kiedy indziej… A póki co prosiłbym, aby nikt się o niej nie dowiedział. -Dobrze –odparła zaszokowana. Następnego dnia Akmitsara przechadzała się po ogrodach pałacowych i zastanawiała się. Rozmyślała. „Mój mąż jest bestią, kocham potwora”, ale były też i inne myśli; przypomniała sobie głos jaki słyszała na pobojowisku. Nie pojmowała tego. To ją przerastało. Postanowiła pojechać domu jej ojca. Do pałacu króla Jawarlaha. Może tam odnajdzie głos, lub odwrotnie? Tak czy inaczej musi się tam znaleźć. Chciała jak najszybciej powiedzieć o tym Mohandasowi. Choć pojedzie sama, to jednak król powinien wiedzieć. W tym momencie zza zakrętu wyszedł Mohandas. -Co tu robisz? –spytała. –Przecież miałeś być na zebraniu rady Jinnaharl! -Odwołano zebranie. -To nawet lepiej. Muszę o czymś ci powiedzieć. Król zmarszczył brwi. -Mów prędko. -Muszę pojechać do Jhawar. -Po co? -Poszukać siebie. Król zmierzył królową czujnym badawczym spojrzeniem, jakby chciał zajrzeć do jej duszy. -Dobrze, ale ja jadę z tobą. Powiedział to takim głosem, że Akmitsara zrozumiała, że jego obecność jest jej niezbędna. -Kocham cię. Nad życie –rzekł z przekonaniem król i wpatrzył się w te tajemnicze błękitne oczy.
Te same oczy wpatrywały się w lazurowy sufit apartamentu numer 68, gdy nagle wpadł do niego Mohandas w szarym garniturze i rzucił tylko: -Policja! Zbieraj się! Są w budynku! -Jak? –spytała księżniczka zakładając jeansy i skórzaną kurtkę. -Znaleźli tego trupa w bagażniku! Mohandas biegał po pokoju i zbierał rzeczy, wrzucając niektóre z nich do obszernej torby. W tym momencie ktoś zapukał do drzwi. -Okno! –szepnął hindus i porwał walizkę z krwią. Otworzyli drzwi na balkon i po chwili znaleźli się na zewnątrz. Rozejrzeli się. -Tamten balkon! –osądziła Akmitsara. Rzeczy przerzucili przez poręcze. Teraz jeszcze oni powinni się tam znaleźć. Od wolności dzieliło ich trzy metry. No i sześć pięter w dół. -No dobra. Skoczyli. Najpierw on. Potem ona. Pochwycił ją i już byli u celu. Stamtąd na następny balkon. Na szczęście budynek był okrągły. Na czwartym balkonie zatrzymali się i weszli do środka. Niestety przez szybę. Mohandas wybił ją torbą i już byli wewnątrz. Pokój był zajęty, a teraz pusty. Właściciele pewnie poszli do restauracji na śniadanie. Indyjskiemu małżeństwu też zaburczało w brzuchu. Schodami na pierwsze piętro i skok przez okno. Wylądowali na krzewach rosnących przy wejściu do hotelu. Usłyszeli syreny policyjne, zobaczyli czarne porsche carreree stojącego przy drzwiach. Portier akurat wziął od właściciela kluczyki i zamierzał zawieźć auto na parking, ale państwo Jinnah mieli inne plany…
* 5 *
Pani Ping była przysadzistą kobietą, o poważnej, niewzruszonej twarzy i włosami spiętymi w niewielki kok. Gdy tylko dowiedziała się, że goście są z policji zażądała pokazania odznak. Po prezentacji łaskawie wpuściła ich do środka. Mieszkanie było skromnie urządzone, ale niczego w nim nie brakowało –przynajmniej na pierwszy rzut oka. Ale to było bez znaczenia. Zapytali o obu braci, doskonale wiedząc, że jeden z nich leży w chłodni z dziurą zamiast karku, a drugi najprawdopodobniej trafił w ręce bestii, które zamordowały cztery inne osoby tego samego wieczora. Oczywiście matka nie miała pojęcia gdzie są jej pociechy i policjanci zrezygnowani zbierali się już do wyjścia, gdy do pokoju weszła drobna dziewczyna o ładnej twarzy i ciekawym spojrzeniu. -Mogę z panami porozmawiać? -Oczywiście, ale… -Odprowadzę panów. Gdy doszli do drzwi, a stara kobieta została w salonie dziewczynka wypaliła: -Obaj pracują dla pana Honga. Wczoraj poszli na zlecenie, ale jeszcze nie wrócili. Mama nic o tym nie wie, ale bez ich pomocy chyba umarlibyśmy wszyscy z głodu… Dwaj detektywi zdziwili się taką wylewnością dziewczyny, ale w końcu była ich siostrą. Jednak obaj zdecydowali, że do chwili znalezienia Lo, żywego czy martwego, nikt nie zasługuje na prawdę. „Nawet wcielenie piękności z czarnymi lśniącymi włosami i nienaganną figurę” –pomyślał Kan. -Gdzie go znajdziemy? -Ma biuro w lombardzie Danxian… Wiecie jak iść? -Trafimy. Dziękujemy. Jak tylko się czegoś dowiemy to… -sierżant Kan stracił wątek, bo przypadkowo napotkał jej spojrzenie. –To zadzwonimy, albo… -Skontaktujemy się –uciął ostro Si. -Do widzenia. Niech was Bóg niebieski prowadzi. Policjanci zmarszczyli czoła. Chrześcijanka w wersji chińskiej? Ciekawe. Po tej krótkiej rozmowie detektywi zwrócili swoje kroki oczywiście do lombardu pana Honga. Jak się okazało pan Hong miał biuro na tyłach lombardu; było małe, duszne i nieprzyjazne. Natomiast sam Hong nieco policjantów zdziwił: niski, lat około czterdziestu, ale garnitur, mający udawać drogą kreację od Armaniego, był rozsadzony w ramionach. Mały mafioso miał wysoki, piskliwy głos. -O co chodzi? –zapytał z pogardą w głosie. -Jesteśmy z policji Hong Kongu –tu pokazali odznaki. –Szukamy Lo Johnego Pinga. Wiemy że pracował dla pana i wczoraj poszedł na zlecenie, dotąd nie wrócił. -I czego chcecie ode mnie? –jego głos brzmiał spokojnie, ale sama jego intonacja była niczym panikującej amerykańskiej blondynki. -Proszę opowiedzieć nam o tym zleceniu i odpowiedzieć na parę pytań. Prosiłbym o szczerość, nie zależy nam teraz na wykrywaniu pańskich występków. Mamy inny cel… -Ciekawe jaki… -Nie istotne. -A jak nie opowiem? -To pański falset będzie miał jeszcze jedną przyczynę! Hong uniósł brew. -A jakiś nakaz sądowy? -Mam nawet dwa: jeden –porywczy, żywiołowy Kan pokazał swoją pięść. –I drugi –odsunął połę marynarki by pokazać swą przydziałowy rewolwer. -Rozumiem… -Gangster położył ręce na kolanach. –Ale panowie, co powiedziecie na to?! –Podniósł ręce; miał w nich dwie czterdziestki czwórki, które błyskawicznie wycelował w policjantów. -Szybki jest… -mruknął zbity z tropu Kan. -Nie da się zaprzeczyć –rzekł milczący dotąd Si. Lufy trzymał około trzydziestu centymetrów od piersi partnerów. Kamizelki jakie na sobie mieli nie zdadzą egzaminu … -Zrobimy tak. Wy wyjdziecie i zapomnicie o Johnym Pingu i o moich przyjaciółkach… -lekko kiwnął rewolwerami. Kan lekko przekrzywił głowę w lewo. -A może pan odłoży broń i porozmawiamy jak ludzie i nikt nie ucierpi? Agresor pokręcił głową. -Szkoda. Był pan kiedyś w areszcie w centrum? -Owszem. -Podobało się? -Ani trochę. -Słusznie, jest paskudnie… -Wiem –Hong lekko się uśmiechnął. –Ale po co mi to mówisz? Policjant zamilkł. -Jak się ruszymy to nas zabijesz? -Jeżeli ten ruch to będzie wycofanie się pod drzwi, to nie. -A więc nas zabijesz. O ile zdążysz… -Jesteś cholernie popieprzony. -Wiem. Dobra, dość tej jałowej gadki. To jak Lee? Kończymy? -Raczej tak, po co tracić czas… -OK. Kan kopnął Honga w nogę którą bezczelnie rozciągnął pod biurkiem, Si rozsunął mu ręce, tak że kule wpadły w dwie przeciwległe ściany. Sierżant natychmiast wyjął z kabury swój pistolet i wycelował w drzwi, w których po sekundzie pojawił się ochroniarz, którego policjanci mijali we właściwym lombardzie. W ręku miał półautomatyczne uzi. -Wypieprzaj –rzucił Kan do nowo przybyłego. -Tak, lepiej idź. Tylko rozmawiamy… -rozległ się pisk przyjaciela dwóch rewolwerów. Ochroniarz skinął głową i wyszedł. -Możesz to wziąć? –spytał Hong myśląc o lufie włożonej mu do ucha przez aspiranta sztabowego. -Zaciągnij kurki i połóż broń na biurku. Potem ręce na kark –zagrzmiał metaliczny głos doświadczonego policjanta. Po wykonaniu rozkazów Hong został skuty przez sierżanta. -Co teraz? –spytał nieco roztrzęsiony. -Jak to, co? Na komendę, do aresztu. Utrudnianie prowadzenia śledztwa, napaść na oficerów policji i najlepsze –próba zabójstwa. Potem coś wymyślimy, i to tak, żebyś posiedział z dziesięć lat… Na oko dziesięć, może uda się wyciągnąć więcej… -Dobra, dobra. Zapłacę wam, powiem wszystko, a wy mnie puścicie? -Ile dajesz? -Po dwa tysiące na głowę. -Tylko? Słabo cenisz wolność. -Po pięć tysięcy? -Daj dziesięć na głowę i opowieść, to osiągniesz spokój. -Dziesięć?! -To jest twój wybór… -Kurwa mać… Dwadzieścia kawałków… Kurwa. -Jak będzie? –zapytał Chow. -Dobra, ale niech was szlag… -Uważaj. Wciąż w Ciebie celuję… Nie schodząc z celownika Si, Hong podszedł do sejfu, wklepał szyfr i po chwili położył dwadzieścia tysięcy dolarów hongkongskich na biurku. -Nie masz jakiejś torby? -Zan! –zawołał bogacz. –Przynieś mi jakąś reklamówkę, walizkę czy coś takiego –powiedział, gdy do pokoju ponownie wtoczył się ochroniarz. Po upływie mniej więcej dwóch minut, pliki banknotów spoczywały już w plastikowej reklamówce. Wtedy Si usiadł na fotelu Honga, podczas gdy on sam spoczął na uprzednim miejscu Kana. Siedział naprzeciw aspiranta sztabowego. Kan zaś oparł się o ścianę obok drzwi i przymknął oczy. -Zaczynaj –rzekł spokojnie Si.
Hugh Thornton trzymał słuchawkę pomiędzy uchem swoim, a uchem przełożonego –Akiry Miyzazakiego. W napięciu wbili spojrzenia w jeden punkt –radioodbiornik policyjny. -Cholera. Minęli SOGO przy Hennessy Road. Tam jest pełno ludzi… Wolę nawet nie myśleć –Anglik pokręcił głową. -Zapewne ich nie złapią. -Cholera, ona ma broń! –dobiegł histeryczny wrzask ze słuchawki. Następnie w asyście grzmotów i trzasków rozległo się coś jakby eksplozja, po czym sygnał urwał się. -Kto tam jeszcze jest? –spytał Miyazaki oficera dyżurnego. -Zaraz… -policjant zajrzał do grubego zeszytu. –Wezwanie do zwłok w bagażniku… Hotel Beautiful West… Sierżant Luohe z trzema posterunkowymi i ekipą patologa. Dwa radiowozy, numery 25A030 i 66A721, ale ktoś doszedł. -Który odpadł? -Chyba 66A721… Sierżant Luohe jest w tym drugim. -Cholera, nie można by wysłać śmigłowca? -Ja nie decyduję panie podkomendancie… Miyazaki powiedział coś po japońsku, niewątpliwie przeklął. Thornton wcisnął przycisk i powiedział: -25A030, odbiór! Tu centrala. Odbiór. -Tu 25A030. Zgłaszam się. Odbiór! -Co się stało? Odbiór. -Ten sukinsyn ma broń! Rzucił granat! Prosto w ten drugi radiowóz! -Przyjąłem. Kto jeszcze uczestniczy w pościgu? -Nikt. Były jeszcze dwie inne jednostki, ale wpadły w tych płonących! Jesteśmy tylko my. -Dobra, gdzie dokładnie jesteście? Zrobimy blokadę. -Cały czas po Hennessy Road, zmierzamy do Yee Woo Street. Odbiór. -Przyjąłem. Spróbujemy wam pomóc! -Przyjąłem. Mam nadzieję! Bez odbioru. Sierżant odłożył słuchawkę na stół. -Do komisarza? –zapytał oficer dyżurny. -Nie. Za mało czasu. Zorganizuj blokadę na początku Yee Woo Street, z mojego pełnomocnictwa. -Ale pan nie ma upoważnienia! -Nie pierdol Huaian! Biorę to na siebie! -Ale… -Blokada! Cała szerokość drogi! Przejście z Hennessy Road do Yee Woo Street. Kolczatka i gotowość na przystąpienie do pościgu w razie ominięcia przez podejrzanych blokady! My też tam jedziemy. Chodź Thornton. Anglik porwał z krzesła marynarkę i detektywi opuścili komendę. Dwu i pół litrowy silnik nowego modelu forda mondeo ryczał pod maską, gdy Miyazaki przecinał kolejne skrzyżowania. Syrena umieszczona na dachu niewiele pomagała, ale zawsze coś. Thornton, choć znał już styl jazdy szefa na wylot, trzymał się kurczowo uchwytu na drzwiach. -Nareszcie Hennessy! –krzyknął uradowany podkomisarz. Miyazaki ostro zahamował i rozejrzał się dookoła. -Co jest? Gdzie pościg? Gdzie syreny? Strzały? -Może dotarli już do Yee? -Może. Mondeo ruszył w stronę wielkiej ulicy handlowej. Jednak po chwili musiał się zatrzymać z powodu korka. -Co do…? Detektywi nie tracili czasu. Wysiedli z auta i poszli pomiędzy samochodami do przodu. Po paru minutach takiego chodu zobaczyli radiowóz o numerze 25A030 którego przód był boleśnie wbity w taksówkę. -Jasna cholera! –rzucił Thornton i podbiegł do wozu. Przebił się przez tłum gapiów i dopadł do drzwi. Pod butami zazgrzytało mu szkło z szyb. Zobaczył dwóch policjantów: jednego mundurowego, i jednego w cywilu, na siedzeniu pasażera. Obaj wisieli bezwładnie na pasach. Mundurowy spoczywał na kierownicy. Hugh rozszerzył ze zdziwienia oczy; nie mógł uwierzyć, sam nie wiedział dlaczego. -Zobacz co z taksówką! –dobiegł go głos szefa. -W porządku! Pusta! –odkrzyknął. Miyazaki już wzywał przez komórkę karetkę. Po dwudziestu minutach ranni leżeli już na lekarskich noszach, gdy nagle zadzwonił telefon Miyzazakiego. -Podkomisarz Miyazaki, słucham. Tak… Co? Dobrze. Tak szybko jak się tylko da panie komendancie Zaoizuihang. Tak. Do widzenia. W odpowiedzi na pytające spojrzenie partnera Akira wyjaśnił: -Mamy się natychmiast stawić u komendanta Zaoizunhanga. -Mam złe przeczucia… -Ja też –Miyazaki otarł pot z czoła. –Cholernie gorący dzień na zebranie od góry…
Część 33 / 5
* 6 *
Ciemne fale złożone z tylko i wyłącznie z brudnej zatoki Star Ferry, uderzały miarowo o brzeg. Mohandas wrzucił folię z hamburgera do wody. -Opowiedz mi wszystko jeszcze raz. Mohandas rzucił żonie zdenerwowane spojrzenie. -Dobra, ale nadal nie wiem, po co… Obudziłem się i przypomniałem sobie o torbie ze sprzętem. Ubrałem się i zszedłem na dół. Schodami, na rozbudzenie… Otwieram drzwi na parking, widzę pełno policji, zobaczyłem też otwarty bagażnik… Resztę sobie dopowiedziałem, słusznie z resztą –Akmitsara kiwnęła z aprobatą głową. –Znasz resztę… Mam nadzieję, że tamci policjanci przeżyją… Bo jak nie to policja całego Hong Kongu będzie się mścić… -…a to utrudni nam życie… -Dotychczas to były tylko morderstwa, jeżeli jednak zginął policjant to będzie morderstwo policjanta. Lekki wiatr poruszył ich włosy. -Chyba powinniśmy zadzwonić do Kaifenga… -nieśmiało zaproponowała Akmitsara. -Co to da? Tylko się wkurzy… Nie, sami sobie poradzimy. -Chodź, przejdźmy się… Wzięła męża pod rękę, ten skinął głową. Cargo Handling Basin na szczęście nie było zapełnione ludźmi, i tylko czasem mijali biegaczy, lub po prostu zwykłych spacerowiczów. W ten piątkowy poranek jak w każdy inny Central District, po drugiej stronie kanału, tętniło życiem, podobnie jak i inne dzielnice miasta, tylko Aberdeen miało jeszcze względny spokój. Wyjące syreny policyjne ginęły w gwarze metropolii. Woda szumiała delikatnie. -Co powinniśmy zrobić? –Mohandas zadał pytanie otwierające rozważania o planach na najbliższy czas. -Mamy jeszcze dwa cele, zanim wyjedziemy z miasta. -Nie zapominaj o „automatycznym krwioobiegu” –przypomniał Mohandas. -No tak… Gdzie on jest? -Był w rollsie… -…tak jak zwłoki tego złodzieja… -…więc pewnie policja zgarnęła go na posterunek… -Mówisz o zwłokach, czy o automacie? -O obu. Akmitsara skinęła głową. -Tylko teraz… Nadszedł czas cierpliwości dla Akmitsary –jej mąż wpadł w zadumę, a to oznacza że wymyśla jakiś plan. Potrzebował spokoju i względnej ciszy. Przystanęli na kamienistym brzegu, nieopodal cumowały, luksusowe jachty bajecznie bogatych obcokrajowców, do których państwo Jinnah mimo wszystko się zaliczali. Spokojne fale rytmicznie podnosiły i opuszczały przeważnie pokryte białym lakierem łodzie. Jacht państwa Jinnah także był biały i wielki, nazwę „Jawarlah” wybrała oczywiście Akmitsara, i to wraz z ogromnymi sprzeciwami Mohandasa. Tak czy inaczej „Jawarlah” czekał teraz w porcie w Cittagong na powrót swych właścicieli. Oczywiście nie był zaniedbywany; specjalnie wynajęta i przeszkolona służba codziennie „obchodziła” statek w poszukiwaniu jakiś usterek. Tymczasem Akmitsara wzięła do ręki kilka drobnych kamyków i po kolei rzucała w wodę. Uspokoiła się. Chociaż czy można użyć określenia „uspokojenie” kiedy dana osoba nawet się nie zdenerwowała? Po prostu Akmitsara była na tyle długo na tym świecie, że nie potrafiła się zdenerwować czymś tak banalnym jak ucieczka przed policją. Mimo to dziewczyna potrzebowała równowagi i podobnie jak jej mąż w tej akurat chwili –czystości umysłu. „Oby ta czystość nie była ograniczona tylko dla Mohandasa” –pomyślała i puściła poczwórną kaczkę trzema kamieniami naraz. Hinduska spojrzała na męża, choć doskonale wiedziała co ujrzy: twarz zastygła w skupieniu, ale niezdradzająca żadnych myśli, czy w ogóle jakiś uczuć, prawa dłoń zaciśnięta na brodzie, podtrzymywana przez druga rękę i błękitne oczy ukryte pod powiekami jasno brązowego koloru. Mohandas stał przy tym nieruchomo, czasem Akmitsarze wydawało się że jej mąż zaraz zacznie lewitować, choć wiedziała że to nie jest możliwe. Sama Akmitsara zawsze w takich chwilach kierowała swoje myśli do spraw przyziemnych, o których jej dalekowzroczny mąż często zapominał w swoich złożonych planach. Minęło jeszcze pięć minut. Mohandas otworzył nagle oczy i rzekł zdecydowanie: -Automat jest nam nieodzownie potrzebny, więc pójdziemy do mojego znajomego –Adama. Jeżeli on zawiedzie, to po prostu pójdziemy na komendę i odbierzemy co nasze… Co do zleceń, to raczej pozbawioną sensu będzie decyzja o zawieszeniu działań. Zwłaszcza w naszej sytuacji… -Adam to ten Amerykanin? Jak niby chcesz wejść na komendę policji i wyjść? W końcu ścigają nas za zabicie sześciu osób i poranienie(albo też zabicie) czterech policjantów. Dalsze zabijanie też będzie zasadniczo utrudnione… Mohandas uśmiechnął się. Pesymizm żony śmieszył go dosłownie od wieków. -A co? Ryzyko się znudziło? Co do zabójstwa Sano mogliśmy zastosować jakieś środki ostrożności, ale ty nie chciałaś… A co do komendy to mam pomysł. Ale to jest wyjście awaryjne na wypadek jakby Adam zawiódł. -Dobrze. Zrobimy jak chcesz –uśmiechnęła się. –Może zaryzykujemy śniadanie w jakiejś knajpie w SoHo? -Zgłodniałaś i chcesz iść do najmodniejszej części miasta jeśli chodzi o jedzenie? -Dokładnie. Boisz się? –uniosła zawadiacko brwi.
* 7 *
- Panie komendancie Zaoizuihang, podkomisarz Miyazaki i sierżant Thornton do pana –zagrzmiał oficjalny głos dochodzący z interkomu. -Niech wejdą. Solidne, mahoniowe drzwi otworzyły się i stanęli w nich dwaj mężczyźni: najpierw wszedł Miyazaki; typowy japończyk: wzrost przeciętny, raczej niski, niegdyś kruczoczarne włosy, teraz z racji wieku przyprószone już siwizną. Bystre brązowe oczy były głęboko osadzone i zawsze spokojnie lustrowały sytuację. Ręce nieodzownie w kieszeniach, szarego prochowca. Tak właściwie to podkomisarz Miyazaki wyglądał jak skośnooki Columbo. Brakowało tylko cygara. Co się zaś tyczy Thorntona, to patrząc na niego nasuwały się skojarzenia z jego rodzinną Anglią –z zielonymi polami, tajemnicami i niesamowitą indywidualnością; tak jakby Thornton samym spojrzeniem uruchamiał odtwarzacz z filmem o Wyspach Brytyjskich. Także wygląd przypominał o niedawnej, angielskiej władności w Hong Kongu. Brązowe, lekko pokręcone włosy, opadające na czoło, ale niezasłaniające zimnych błękitnych oczu, które zawsze bez cienia strachu tkwiły w oczach rozmówcy szanownego pana Thorntona. Był on wysokim młodzieńcem, ponoć mierzył ponad 180cm. Na twarzy, inteligencja toczyła niekończący się bój z typowo brytyjską tępotą. Mimo to, według informacji Zaoizuihanga sierżant nie miał problemów z dziewczynami. Była to jedna z najniezwyklejszej par policjantów w całym Hong Kongu. Komendant odruchowo oblizał wargi i zaczął: -Co mają mi panowie do powiedzenia? -W, jakiej sprawie? –odpowiedział pytaniem Miyazaki i wyciągnął ręce z kieszeni. -Morderstwa w sumie chyba sześciu osób… Nie pomyliłem się? -Nie, w istocie chodzi o sześć ofiar. -Tak… Ale, wy dostaliście zabójstwo Sano? Ci złodzieje to inna sprawa. -Muszę niestety zaprzeczyć… Podejrzewamy jednego i tego samego sprawcę. -Dlatego nawiązaliście współpracę z aspirantem sztabowym Si i sierżantem Kanem? -Tak. Starszy mężczyzna kiwnął głową i najwyraźniej się zamyślił. Policjanci czekali w milczeniu. -Więc? –nie wytrzymał Miyazaki. Thornton uśmiechnął się w myślach; jego szef słynął z bezczelności. Zaoizuihang nic nie odpowiedział, ale spojrzał w akta. -Dobra. Teraz macie OFICJALNE zezwolenie na współpracę z Si i Kanem. Macie priorytet. Teraz jedźcie do „Beautiful West” i zobaczcie jak jest… Miyazaki. Jeszcze coś… Staniesz przed komisją karną. Oficer dyżurny Huaian wniósł oskarżenie przeciwko tobie. -O, co? –spytał z niedowierzaniem i ironią podkomisarz. -Podobno groziłeś mu… Chodzi o przekroczenie kompetencji… Miyazaki otworzył usta by zaoponować, lecz zwierzchnik uciszył go gestem ręki. -Jeszcze nie wiem, czy zebranie komisji nastąpi przed czy po zamknięciu sprawy. Możecie odejść. Partnerzy skinęli głowami i wyszli z gabinetu. Gdy jechali windą Miyazaki był spokojny, jeżeli wykluczyć podniecenie sprawą. Oskarżenie oficera i wiążące się z tym konsekwencje najwyraźniej nie wzruszyły doświadczonym policjantem. Do hotelu „Beautiful West” jechali na sygnale, obaj milczeli. Ciszę postanowił przerwać Anglik: -Oni uciekli przez Huaiana… -rzekł ostrożnym tonem. -Nie musisz mi o tym przypominać! –warknął Miyazaki znad kierownicy. -Ale komisja oddali zarzuty… Na pewno… -Słuchaj Hugh. Zrozum. Szukamy seryjnych zabójców, więc chyba oczywiste jest, że gówno mnie obchodzi to oskarżenie?! Sierżant nie znalazł riposty na słowa podkomisarza, i zamilkł. -Dobra. Sorry za to –powiedział japończyk jak tylko jego oddech wrócił do normy. –Po prostu czasem przerasta mnie to wszystko. Sprawa nie jest prosta, a jeszcze ten dupek… -Oczywiście. Rozumiem. Miyazaki spojrzał na partnera badawczo, jakby chciał zajrzeć do jego duszy. Nie wypowiedzieli ani słowa aż do samego hotelu. Wjechali do parkingu podziemnego. Cały sektor francuski został zamknięty i otoczony policyjną taśmą. Na miejscu stały teraz dwa radiowozy i wciąż samochód patologa. Miyazaki zatrzymał samochód i wysiadł w towarzystwie Thorntona. Podkomisarz skinął głową funkcjonariuszowi, który podniósł taśmę dla śledczych. Po całym parkingu kręciło się pełno gapiów, policję wspomagała ochrona hotelu. -OK. Jak to wygląda? -Sucho –odparł Hakata słynący z czarnego humoru. -Co? Lekarz bez słowa podniósł czarną płachtę przykrywającą zwłoki w bagażniku. Oczom zebranych ukazał się człowiek, a właściwie jego strzęp. Spod małej ciemnej plamki na czole na policjantów zerkały martwe oczy. Skóra na całym ciele była niewiarygodnie pomarszczona. Nawet Miyazaki się skrzywił. Hugh tylko przymknął oczy. -Ciekawy przypadek… -rzekł Hakata, gdy uznał, że policjanci zachwycili się już zwłokami. –Prawie całkowita utrata krwi… -Ale pewnie nie to było przyczyną śmierci? –spytał Thornton. -Ma pan rację, panie młodszy sierżancie. Zginął wskutek ciosu w czoło. Mały nóż, silny cios. Przebił czaszkę i zatrzymał się w mózgu. -A te uszkodzenia twarzy? –teraz Miyazaki włączył się do rozmowy. -Nie wiem, ale podejrzewam pobicie. Spójrzcie na szyję. Miyazaki i Thornton posłusznie wlepili wzrok w szyję denata. -Widzicie? Ta rana to chyba jakieś szerokie nakłucie… Takie same są na tętnicach ramieniowych, udowych i sercu. Odciągnięto około 90% krwi. Ale to jest tak na oko –dodał wesoły patolog. -I… I tej krwi nie było nigdzie tutaj? –Miyazaki omiótł ręką limuzynę. -Nie. Tylko trochę w bagażniku, ale to raczej z tych ran twarzy… -Boże. Po co robić coś takiego? -Ha ha! –zaśmiał się doktor; najwyraźniej miał niezłą zabawą ze zniesmaczonym podkomisarzem. -Nie to jest najlepsze! Proszę za mną… -Podeszli do bocznych drzwi, Hakata otworzył je pewnym ruchem i pokazał czarną torbę sportową z niedopiętym zamkiem. -No i? -Proszę zajrzeć do środka… -zachęcił patolog. Hugh zajrzał do środka i odetchnął z ulgą. Spodziewał się ludzkich flaków, a zobaczył urządzenie wielkości ekspresu do kawy, całe pokryte jakąś kleistą mazią. -Co to jest? –zapytał wszechwiedzącego lekarza. -Nie wiem, ale jest całe umazane krwią. -Wiedziałem –mruknął Anglik. -Więc, skoro panowie już obejrzeli wszystko, to może wyjmiemy urządzenie i zbadamy je bliżej? -Dobrze. Hugh… -Miyazaki pokazał głową samochód. -Już, panie podkomisarzu. Po chwili ich oczom ukazał się tajemniczy sprzęt, bez żadnych oznaczeń, cały w krwi. -Hmm… Wygląda na jakiś tłok pneumatyczny… -A tyłu gwint jakby do słoika… -To jest chyba ta igła! –wykrzyknął Hakata i przyłożył urządzenie do szyi Johnego Pinga. –Pasuje! -A więc jest to taki odciągacz płynów? –zasugerował Miyazaki z niedowierzaniem. -Konkretnie krwi –uzupełnił Thornton. -Co jest kurwa, jakieś pierdolone wampiry? Thornton i Hakata wzruszyli ramionami. Nagle oślepił ich jakiś błysk. Odwrócili się i zobaczyli jakiegoś dziennikarzo –podobnego Chińczyka za aparatem w rękach. -Zabrać mu ten film! –ryknął Miyazaki do najbliżej stojącego funkcjonariusza. -A wolność słowa? –spytał opryskliwie reporter gdy wyszarpywano mu drogocenny film. -Wyemigrował do Ameryki! -Jeszcze się policzymy! –krzyknął dziennikarz na odchodnym. -Podaj mnie do sądu, albo lepiej do komisji policyjnej! Za przekroczenie kompetencji! Jednak się poruszył tym oskarżeniem… -pomyślał Anglik. -Dobra… Urządzenie do mnie do biura, poszukać słoika i zabezpieczyć ślady. Po wydaniu rozporządzenia Miyazaki ruszył do apartamentu numer 68. Nie znaleźli tam jednak niczego godnego uwagi, poza wyjątkowo długim włosie damskim(teoretycznie). Wszędzie leżały porozrzucane ubrania, na toaletce w łazience Thornton znalazł skąpą damską bieliznę koloru czarnego. Miyazaki wszystko objął blokadą brzmiącą: dowód w sprawie. Thornton oczywiście musiał zostawić znalezisko. Miyazaki wyszedł na taras i rozejrzał się w obie strony. Podszedł do barierki po lewej stronie i spojrzał przed siebie. Zmarszczył brwi. Silny podmuch wiatru zawiał mu prosto w twarz, ale nie zmąciło to rozmyślań podkomisarza Miyazakiego. -Wampiry kurwa…
* 8 *
Mohandas wpatrywał się w menu restauracji „Little Venice”. Ostatecznie wziął minestrone z opiekanymi plastrami sera.. Do popicia zamówił butelkę(włoskiego oczywiście) wina pod nazwą „Cabernet Sauvignon” –rocznik 1978. Spojrzał na Akmitsarę, która odpłaciła mu tym samym. Ona sama jadła zawsze to samo, co mąż, albo Mohandas jadł to samo, co żona. Tym razem wybór należał do mężczyzny. -Miło tu… -zagaiła Akmitsara. Istotnie, „miło” było najodpowiedniejszym określeniem tego miejsca. „Mała Wenecja” była niewielką, ale bardzo przez to nastrojową knajpą w SoHo. Oczywiście była urządzona w stylu włoskim, ze wszystkimi sugestywnymi fragmentami średniowiecznego miasta wiernie odwzorowanymi włącznie. Ściana naprzeciw wejścia przedstawiała imponujący obraz nasuwający skojarzenia z „Canale Grande” pędzla Giovanniego Antonia Canal, znanego barokowego malarza znanego bardziej jako „Canaletto”. Pod tą ścianą stała scena, przeznaczona najwyraźniej dla romantycznej orkiestry przygrywającą zakochanym, która była oczywiście pusta w chwili obecnej. Na każdym z drewnianych, skromnych stolików stała świeca, większość była wypalona do połowy, jednak podobnie jak orkiestra, świece miały wolne; przynajmniej do wieczora. Pomimo tego, najciekawszy element wnętrza stanowiła wenecka gondola spoczywająca obok sceny, jeszcze z „Grand Canale” w tle. Nic nie wskazywało na oryginalność wodnej taksówki, ale też nic jej nie zaprzeczało. Ciemne kandelabry musiały ustąpić miejsca światłu słonecznemu, ale bez wątpienia wracały do łask po zachodzie rywala. W skrócie państwo Jinnah odniosło wrażenie, że restauracja pokazuje się w całej okazałości tylko w porze kolacji. Obsługa składała się z samych Chińczyków, ale nieszczęśnicy nadrabiali strojem: nienagannym, włoskim mundurem kelnerskim z XIXw. -Tak, masz rację. Jest miło –rzekł Mohandas. -Szkoda, że nie jemy tu kolacji… -westchnęła Akmitsara. Mohandas rzucił jej tylko znaczące spojrzenie. Po chwili uśmiechnięty kelner podał przystawki. -Za chwilę podam zamówienie –powiedział łamanym angielskim. -Dobrze, dziękujemy –odparła Akmitsara posyłając chłopakowi zniewalający uśmiech, pod którym niewątpliwie ugięły się pod nim kolana. Kelner skinął głową i odszedł. -Musisz to robić? –zapytał z przekąsem Mohandas. -Co? –niewinne, łagodzące pytanie. -Te uśmiechy… Wiesz, że masz jakiś dar, pozwalający ci uwieść każdego faceta w pięć sekund. -To nie jest dar –rzuciła Akmitsara urażona –nienawidziła jak ktoś mieszał boga do jej wrodzonego wdzięku. -Tak czy inaczej… Wiele twoich uśmiechów nie jest potrzebnych… -Tak? W takim razie, mogę się do Ciebie nie uśmiechać… Może to poprawi sytuację? -Nie do końca o to mi chodziło… -Wiem –ucięła z uśmiechem zarezerwowanym tylko dla Mohandasa. Po paru minutach pojawił się kelner z bukową tacą posiłków. -Dziękujemy –Mohandas obszedł się bez uśmiechu. Zupa składająca się z różnorodnych warzyw wyglądała, co najmniej dziwnie, ale zapach był bez zarzutu. -Bono Apetito –rzucił kelner z miażdżącym akcentem i wrócił do kuchni. Posiłek był niejako połączeniem śniadania i lunchu, ale cóż innego można jeść parę minut przed południem? Jedli niespiesznie, delektując się każdą łyżką. Restauracja była prawie pusta, tylko paru biznesmenów siedziało przy dwóch stolikach i żywo rozmawiali na temat giełdy. Nagle cichą, włoską melodię brutalnie zagłuszył nachalny dzwonek telefonu komórkowego. Mohandas spokojnie położył łyżkę obok talerza i sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyjął zgrabną, małą komórkę –najnowszy model samsunga. -O, co chodzi Wilson? –rzucił do słuchawki. Akmitsara zmarszczyła brwi, również odłożyła łyżkę i utkwiła wzrok w małym, srebrnym urządzeniu. -Co? Jakaś wiadomość? List? Jaki nadawca? Nie wiesz? Jakieś dziwne litery? Poczekaj chwilę –zasłonił słuchawkę ręką i powiedział do żony: -To pewnie zaproszenie od Kaifenga. Tak, już jestem –zwrócił się z powrotem do swego sługi. –Wyślij to pocztą ekspresową, tutaj do Hong Kongu. Gdzie dokładnie? –spojrzał pytająco na żonę. –Do hotelu „Wao –Lien”. Tak, na nazwisko Chaudhuri. -Mamy mało czasu… -powiedziała Akmitsara, gdy mąż zakończył rozmowę. -Owszem, ale czy to tylko nie podkręca zabawy? –zapytał z udawaną jowialnością. -Tak, jasne. Wrócili do jedzenia. Gdy skończyli, Mohandas spłukał zupę winem i powiedział: -Mamy mało czasu, ale jeszcze mniej paszportów… -Ile dokładnie? -Dwa komplety. Państwo Chaudhuri i państwo Hanumannt. -Cholera. Akmitsara wypiła kieliszek wina jednym haustem, przymknęła oczy i rozciągnęła się wygodnie na oparciu drewnianego krzesła. Wsłuchała się w cichą muzykę z głośników. -Chodźmy –rzekł Mohandas do małżonki. –Mamy jeszcze sporo rzeczy do zrobienia. -Dobrze. Hindus kiwnął głową. -Rachunek poproszę! –krzyknął do kelnera. Ten przybył szybko i podał cenę, nieco przekraczającą 200HK$. Mohandas wyjął z portfela 300HK$ i podał kelnerowi. -Reszty nie trzeba. -Dziękuję panu! Wyszli na zatłoczoną ulicę i natychmiast skonstatowali, że „Little Venice” była wyposażona w klimatyzację. Para hindusów zgrabnie prześlizgiwała się pomiędzy ludźmi z całego świata, złożonymi z turystów, biznesmenów, rodowitych mieszkańców, czy po prostu poszukiwaczy lepszego życia. Wszystkie zgromadzone tu języki składały się na wyjątkowo ciekawy zgiełk uliczny. Po chwili doszli do targu na Gage Street. Jak najszybciej mogli, opuścili to potworne ruchliwe miejsce i skierowali swe kroki do „Wao –Lien”. Spokojny, niewielki hotel położony był na uboczu, w bocznej odnodze Gage Street. Mieścił się w ponad stuletniej czteropiętrowej „kamienicy”. Dyrektor hotelu nie próbował importować ze świata atrakcji i styli, ponieważ wywodził się z przekonania, że jak ktoś przyjeżdża do Hong Kongu, to po to by poznać orient, a nie poruszać się po imitacji świata, od którego próbują uciec poprzez wakacje. Na pozór skromny hotelik, tak naprawdę niemalże ociekał luksusem i przepychem. Ceny na miarę komfortu poważnie zawężała krąg potencjalnych klientów. Przyczyn łatwo się domyślić. -Apartament królewski jest obecnie wolny? –zapytała Akmitsara posuwając złotą kartę kredytową w stronę recepcjonisty –podstarzałego, ale bez wątpienia doświadczonego człowieka. -Owszem szanowni państwo. Słaby ruch pomyślał Mohandas, gdy recepcjonista nawet nie spojrzał na listę gości i zajmowanych pokoi przy odpowiedzi na pytanie. -W takim razie my go zajmiemy. -Ależ oczywiście… -na twarz recepcjonisty wpełzł najwyraźniej dawno niewidziany uśmiech. –Czy mogę prosić o jakiś dowód tożsamości? Chaudhuri Nirad? Dziękuję. Po paru minutach boy hotelowy zaprowadził „państwo Chaudhuri” do pokoju; niewiarygodnie ozdobionemu apartamentowi, który w pełni zasługiwał na swoją nazwę. Był to chyba jedyny w całym hotelu pokój stylizowany na coś zza granicy. Wystrój udawał chyba jakąś komnatę francuskiego Wersalu, ściany aż uginały się pod ciężarem ozdób wszelkiego rodzaju. -Dziękujemy ci –rzekła Akmitsara wręczając chłopcu banknot dziesięciodolarowy. Ledwie drzwi się zamknęły, Mohandas otworzył wszystkie okna i po kolei z nich wyglądał. Akmitsara pokręciła głową. -Myślisz, że w ciągu roku zdemontowali gargulce? –spytała ironicznie. -Lepiej sprawdzić –odparł spokojnie Mohandas i wychylił głowę za ostatnie okno. –Są. Akmitsara przemilczała to. -W porządku. Teraz do Adama? –spytał. -Może za godzinę? –odpowiedziała rozpinając guziki swej czarnej, skórzanej kurtki, która stanowiła jedyne okrycie górnej części jej ciała. Mohandasowi zapłonęły w oczach ogniki pożądania, gdy ujrzał piersi małżonki powoli wypełzające spod kurtki. -Tak. Zdecydowanie później… -rzekł, po czym podszedł do Akmitsary i ściągnął jej kurtkę z ramion.
* 9 *
Kroki głucho odbijały się po korytarzu. Szybkie, zdecydowane kroki dwóch osób. Męska ręka szarpnęła klamkę jednych z drzwi w tym korytarzu. Drzwi szybko uległy, i postacie błyskawicznie wsunęły się do środka. -O! Aspirant sztabowy Si i sierżant Kan! –rzucił Miyazaki podnosząc wzrok znad jakiś dokumentów. -Tak. Mamy nowe informacje! -Ciekawe… My też. Nowo przybyli zajęli miejsca zgodnie z gestem ręki Miyazakiego. Thornton przysunął się ze swojego biurka do stołu szefa. -W porządku. Może sam zacznę naradę –powiedział podkomisarz oficjalnym, niemal kpiącym tonem. Reszta na znak aprobaty skinęła głową. -Mamy pozwolenie z góry na współpracę. Niech panowie pamiętają, że dotychczas była to nie bardzo legalna kooperacja… Ale dość o tych urzędowych pierdołach! Proszę mówić. -No dobrze… -zaczął Si. –Wiemy, że trzecią ofiarą był na pewno Li Ping –tu aspirant sztabowy zrobił pauzę oczekując reakcji przełożonego, ten jednak nawet nie drgnął, jeśli nie liczyć dziwnego, niewytłumaczalnego grymasu, który wypełzł niespodziewanie na twarz Miyazakiego. –Wiemy również, jaki związek z mordercami mieli ci złodzieje… Wszyscy trzej pracowali dla niejakiego Honga –mamy go w naszej kartotece. Zlecał im drobne kradzieże, napady, wymuszenia… Wczoraj w klubie „Dragon” Hong dostał cynk od pewnego człowieka, że w nocy w klubie „Ambrosia” będą dwie osoby, wysocy obcokrajowcy. Według cynku osoby te miały mieć w posiadaniu jakąś skradzioną figurkę Buddy… Nasi bohaterowie mieli po prostu okraść złodziei, zostali przez nich zaskoczeni i… Johny Ping się nie odzywał do szefa od wczorajszego wieczora. Hong dał nam numer kontaktowy do tego faceta od figurki. To się nie trzyma kupy, ale powinniśmy go sprawdzić. Co do opony, to zamierzamy przeszukać katalogi w sieci. Skończyłem. -Dobrze –rzekł Miyazaki. –Oto nasze informacje: znaleźliśmy zwłoki Johnego Pinga, a raczej to, co z nich zostało. Pańska opona należy do Rolls –Royce Silver Searph który stoi na naszym parkingu w Causeway Bay. Podczas pościgu rany odniosło czterech policjantów, zabójcy jednak uciekli. Dokładniej jest tutaj –Miyazaki podał Si szarą teczkę z raportem z zajścia. –Nie wiemy jeszcze co z nimi. Zaraz jedziemy do szpitala. Poza tym, z ciała pana Pinga odpuszczono zdecydowaną większość krwi i wyniesiono w nieznanym kierunku… -Przepraszam –wtrącił Kan. –Gdzie to wszystko było? -Zabójcy zatrzymali się w hotelu „Beautiful West”, pościg zakończył się na Yee Woo Street. Mamy zeznanie świadka który potwierdził, że osoby z klubu i hotelowego parkingu są tymi samymi. Nazwisko pod jakim się wpisali do księgi gości to „Kabir”, ale stawiam mój interes, że jest fałszywe. Szczerze mówiąc pojawiła się teoria, że mamy do czynienia z jakąś sektą wampirystyczną. Wnioski: szukamy niebezpiecznych morderców, którzy najwyraźniej szukają krwi. Samochód sprowadzony był z Anglii, ale zarejestrowany jest na Indyjski Instytut Oceanologiczny. Sprawdzimy nazwiska pod którymi się ujawniali, ale to raczej gówno da. Gość od figurki jest istotny, ale mam paskudne przeczucie, że to też jest ślepa uliczka. -Więc? –spytał niepewnie aspirant sztabowy Si. -Powinniście jeszcze coś zobaczyć… -rzekł Miyazaki, zręcznie unikając odpowiedzi. Podkomisarz podniósł się i podszedł do ciężkiej metalowej szafy. Otworzył drzwi i wyciągnął ze środka owe dziwne urządzenie znalezione w torbie na tylnym siedzeniu limuzyny. -A, co to jest? –zapytał szczerze zdziwiony Kan otwierając szerzej oczy. -Powód naszych podejrzeń o wampiry –odrzekł spokojnie Hugh. -Ale? -Nie wiemy, co to jest, ale służy do wypompowywania płynów, pewnie zbudowano to specjalnie do poboru krwi. -O cholera –rzucił Si podnosząc delikatnie sprzęt. –Ale skąd wiecie, że służyło do krwi? -Bo było całe umazane tymże płynem –odpowiedział Miyazaki z lekką irytacją w głosie. -To jest coraz bardziej chore –powiedział Kan. Thornton posłał mu dziwny, angielski uśmiech. Aspirant sztabowy Si odłożył urządzenie i ponownie zapytał: -Co teraz podkomendancie Miyazaki? Japończyk ściągnął wargi. -Proszę dalej drążyć koło tych złodziei. Odnaleźć tego zleceniodawcę, tego od figurki. -A pan i pan Thornton? Miyazaki rzucił mu karcące spojrzenie przypominające o tym, że podkomisarz nie musi tłumaczyć się zwykłemu aspirantowi sztabowemu ze swoich planów. Mimo to odpowiedział: -Pojedziemy do szpitala. Obejrzymy chłopców i… -nie dokończył. -Oczywiście. -W porządku. Ruszajmy. Wszyscy opuścili pokój numer 39.
Część 44 / 5
-Stan policjantów? Beznadziejny. Chyba nie chcecie zadawać im żadnych pytań? Miyazaki po raz drugi tego dnia ściągnął wargi i otaksował lekarza krytycznym spojrzeniem. Doktor habilitowany He Panshou był wysokim, chudym ordynatorem na oddziale urazowym szpitala centralnego na wyspie Hong Kong i zdecydowanie był świadom swej władzy w szpitalu. Miał zimne oczy zdające się zawsze pokazywać tylko jedno: wyższość nad każdym człowiekiem na ziemi. Biedny(ale tylko w przenośni) lekarz powoli tracił swe i tak już siwiejące włosy, a twarz pokrywały już dermatologiczne symbole czasu. Panshou nigdy nie był przystojnym mężczyzną, ale na palcu lśniła złota obrączka. Wyciągnął z dyżurki karty pacjentów i zaczął recytować: -Sierżant Luohe –wstrząs mózgu, uraz śledziony, funkcjonariusz Gazhou –uszkodzenie kręgosłupa i parę powierzchownych ran; paraliż od pasa w dół, funkcjonariusz Grant –poparzenia drugiego i trzeciego stopnia na górnej części ciała, urazy oczu, funkcjonariusz Kangh –przebite prawe płuco, pogruchotana prawa ręka. Lekarz uniósł brwi wymownie. -Gazhou i Grant są teraz na oddziale intensywnej terapii, Luohe na ojomie. Kangh jeszcze u nas, ale w najbliższym czasie przeniesiemy go na chirurgię. Musi przejść operację. -Ja pierdolę -powiedział wstrząśnięty Miyazaki. -Słusznie –odrzekł Panshou. Godzinę później do dwóch policjantów dotarła wiadomość o zgonie funkcjonariusza Granta.
* 10 *
Mohandas szarpnął klamkę. Drzwi okazały się być zamkniętymi. Hindus zajrzał przez małe okratowane okienko do środka. Pomieszczenie było puste, jeśli nie liczyć dziwnych przedmiotów gospodarstwa domowego porozstawianych po kątach. Nie widział jednak żadnych osób, najchętniej Adama. -Cholera! Chyba go nie ma… -Nie będziemy czekać –zadecydowała Akmitsara. -Wiem –zgodził się Mohandas i wyjął z kieszeni mały nożyk. -Ciekawe gdzie jest… -Nie wiem, mniejsza z tym. Wsadził ostrze noża w zamek solidnej kłódki i przez chwilę kręcił w skupieniu. Gdy kłódka ustąpiła Mohandas włożył wytrych w zamek na górze drzwi, ale po momencie grzebania zmarszczył brwi. -Co się stało? –zapytała Akmitsara. -Dziwne… -westchnął Mohandas i znowu nacisnął na klamkę. Drzwi ustąpiły. Weszli do środka. Natychmiast uderzył ich nieopisany odór, unoszący się w całym pomieszczeniu. -O nie –powiedziała Akmitsara zamykając drzwi za sobą. -Chodźmy na zaplecze… Gdy weszli zobaczyli niemal dokładnie to, czego się spodziewali: Adam Jones na krześle, a raczej był do niego przywiązany, głowa bezwładnie wisiała, jakby stary paser spuścił zawstydzony wzrok. W pomieszczeniu panował półmrok, ale nawet pomimo tego, Jinnahowie zobaczyli ciemną plamę na piersi handlarza. Mohandas podszedł bliżej, klęknął przy i spojrzał z bliska na starego przyjaciela. -Ciało już pęcznieje –oznajmił żonie. Chwycił za rozpinaną, niegdyś granatową koszulę z flaneli i rozciągnął zrywając większość guzików. Westchnął głośno. Na środku klatki piersiowej, w miejscu serca był tylko zaschnięta, czerwona papka. Trzy środkowe żebra były wycięte. Wzrok Mohandasa padł na niewielką wyrzynarkę do drewna, która leżała obok krzesła, była czerwona od ciemnej cieczy, oczywiście krwi. Skóra klatki piersiowej, jak się okazało odeszła razem z koszulą, do której była przylepiona. Hindus spojrzał niżej, na żołądek, który był poprzebijany trzema ciemnymi patykami. Chwycił jeden z nich i wyciągnął. Szybko odkrył, że jest to jedno z żeber ofiary. Położył kość na kolanach pasera i wstał. Akmitsara stała za nim i w milczeniu przyglądała się zmasakrowanym zwłokom. -Jak myślisz, w którym momencie zmarł? –spytał spokojnym, choć nieco załamującym się głosem. -Obawiam się, że dopiero, gdy ostrze rozpruło mu serce… Mohandas kiwnął głową. -Pewnie mafia, albo jakieś gangi… -rzekł cicho. -Możliwe –odparła Akmitsara i spojrzała na opryski krwi na podłodze. –Poszukajmy automatu… -Tak, szybko –zerwał jakieś prześcieradło ze starego telewizora marki Wilson i przykrył ciało. Blade światło wdzierało się do pokoju z trudnością, musiało pokonać brud na małych okienkach. Z prześcieradła zleciało pełno kurzu, który dołączył na krótką chwilę do smrodu wydzielanego przez ciało pana Jonesa. Państwo Jinnah rozejrzeli się dookoła. Zagracone regały tonęły w mroku. Przez kolejne dwie godziny bezskutecznie przetrząsali wnętrze. Zaglądali do wszystkich pudeł, kartonów i skrzynek. Były tam tylko telewizory, radia, mikrofalówki i inny sprzęt domowy. Zawiodło także szukanie wejścia do jakiejś piwnicy, gdzie Adam mógłby trzymać „tajny sprzęt”. -Niech to szlag! –rzuciła Akmitsara patrząc na męża. –Może ma takie rzeczy w mieszkaniu? -Jak tu byłem ostatnim razem, to wszystko było na sklepie… Ale sprawdzić nie zaszkodzi… Podszedł do zwłok i odsunął nieco zakurzony całun. Sięgnął do tylnej kieszeni, i wydobył niewielki portfel. -To niedaleko … Dobrze, bo mamy mało czasu… -Chodźmy. Piechotą przeszli te trzy przecznice dzielące sklep Adama od mieszkania właściciela. Skromne mieszkanie w jednym ze starych budynków w tej biednej dzielnicy miasta. Drzwi pokonane kopniakiem, i już Akmitsara i Mohandas byli wewnątrz. Ze względu na małą powierzchnię mieszkania, przeszukanie jej zajęło znacznie mniej czasu niż sklepu. Ale skutek był taki sam. -Świetnie. To co? Teraz na komendę? –spytała cynicznie Akmitsara. -Tak, ale jutro. -Dzisiaj się dowiemy, gdzie w ogóle jechać? -Otóż to, moja mądra żono.
Gdy wrócili do hotelu, Mohandas chwycił za komórkę i wykręcił numer policji. -Dzień dobry. Chciałem zgłosić zabójstwo. -Co? Jest pan świadkiem? -Nie. Ja tylko znalazłem ciało. -Kto to jest? Gdzie? -Adam Jones. Był paserem. Ciało leży w jego własnym sklepie. Podał adres i odłożył słuchawkę, zanim oficer zdążył zapytać o jego dane. Akmitsara włączyła telewizor i przeleciała po kanałach. Zatrzymała się na programie informacyjnym. -Mówią coś? –spytał Mohandas siadając obok żony na kanapie. „…Przed godziną zmarł funkcjonariusz James Grant, po odniesieniu ciężkich poparzeń w wyniku wykonywania swych obowiązków. W szpitalu leży w stanie ciężkim jeszcze trzech kolegów Granta, ich stan lekarze oceniają jako stabilny. Przypomnijmy: dzisiejszej nocy w dzielnicy portowej zginęło pięć osób, a szósta została uznana za zaginioną. Policja odnalazła morderców w hotelu „Beautiful West”, jednak przestępcy uciekli powodując niebezpieczny pościg samochodowy w którym ranni zostali czterej funkcjonariusze policji Hong Kongu. Jeden z nich zmarł. W hotelu policja znalazła zwłoki zaginionego –Li Pinga. –kamera pokazała wraki czterech radiowozów, radiowozów potem parking hotelu „Beautiful West”. –Rzecznik policji pan Lanxiou zapowiedział szybkie ujęcie sprawców i wymierzenie im najwyższego wymiaru kary. Spekulacje i wypowiedzi policjantów w sprawie „Rzeźników” dziś zaraz po wieczornym filmie o 22:30. Teraz przechodzimy do wiadomości ze świata…” -„Rzeźnicy”? –mruknął Mohandas wyciągając dwie, piętnasto strzałowe półautomatyczne pistolety marki desert eagle i kładąc je na stół. –Jeszcze zasłużymy na ten przydomek…
* 11 *
-Tak panie Miyazaki. Opis zgadza się z naszymi materiałami. Muzeum Historii Naturalnej ma w swoich zbiorach takie okazy. Pochodzą głównie z XIII wieku. -W porządku. Ciężko je dostać? -Oryginały –tak. Ale przecież można je wytopić u prawie każdego kowala… Wystarczy matryca. -Matryca? A gdzie można je znaleźć? -W muzeach, u prywatnych kolekcjonerów… -angielski hindusa przepełniony był ciężkim indyjskim akcentem. -Aha. Rozumiem –dodał zrezygnowanym głosem podkomisarz. Czuł, że trop mieczy nic nie da. –Dużo jest takich możliwości? -Nie jestem w stanie tego określić… Około parędziesięciu… Mówię o tych oficjalnych… -Rozumiem… Dziękuję za pomoc. W razie, czego będziemy w kontakcie… -Dobrze. Do widzenia. Rozłączyli się. -No i kolejny trop szlag trafił! –powiedział ze złością do młodszego sierżanta. -Zostały chyba tylko twarze… -No chyba tak. Samochód odpadł. Broń odpadła. To cholerne urządzenie nie jest w żaden sposób oznakowane. Nie ma numeru seryjnego, nazwy producenta, czy choćby miejsca produkcji… Nic. Mam jednak przeczucie, że oni są prywatnymi zabójcami. -Więc może Interpol… -To nam zostaje… Hugh szybko napisał wiadomość dla Interpolu i wysłał. -Za godzinę będziemy mieli odpowiedź –rzekł Anglik. -Dobrze. Mam nadzieję, że nie będziemy musieli czekać na kolejny ruch tej pary. Kolejne morderstwo… Przez następną godzinę policjanci czekali na odpowiedź agencji. Miyazaki przysnął, Thornton wyszedł do toalety. Nagle Miyazaki otworzył leniwie jedno oko, słysząc energiczne tarcie i szelest. -Jest! –ryknął rozbudzając się, gdy tylko zobaczył białą kartkę wysuwającą się z faksu. Poczekał, aż maszyna wydrukuje całość i łapczywie pożarł wzrokiem kartkę.
POUFNE Do rąk własnych podkomisarza policji Hong Kongu w wydziale zabójstw Akiry Miyazakiego: Po dogłębnym przeszukaniu naszej bazy danych niestety nie odnaleźliśmy obiektów nazwiskiem Mandżaro. Również rysopis nie dał rezultatów. Wysłaliśmy notatkę do różnych komórek agencji, odpowiedzi nadejdą za parę godzin. Bardzo mi przykro z powodu nie znalezienia przez moich ludzi interesujących pana osób. Z wyrazami szacunku Naczelnik Sekcji Przestępstw IV Stopnia w Międzynarodowej Agencji Interpol Jacques Vidae
Krótka notatka oczywiście nie poprawiła ani humoru Miyazakiego, ani jego sytuacji. Gdy parę minut później Thornton wszedł do gabinetu z samej miny szefa domyślił się treści wiadomości. -Chodźmy coś zjeść –rzucił. Podkomisarz nie zareagował. -No. Dalej, trzeba coś jeść! –naciskał Thornton. -Niech będzie –odrzekł po chwili Miyazaki. –Mam tylko nadzieję, że tamtym lepiej poszło. -Niestety wątpię. Japończyk westchnął ciężko.
Część 55 / 5
Prawie pięć godzin później telefon zadzwonił głośno wyrywając policjantów z rozmyślań o rozwiązaniach sprawy. -Tu Miyazaki. O co chodzi? -Panie podkomendancie, dostaliśmy anonimowy telefon. Według dzwoniącego dokonano nowego morderstwa w sprawie „Rzeźnicy”. -Niech to szlag –przeklął Miyazaki, ale wyraźnie ożywił się. –Gdzie? Kiedy dzwonił? -99 Queen Road Centre. To jest „The Centre”. A telefon był przed chwilą. Od razu do pana zadzwoniłem. -Słusznie. Ekipa gotowa? -Nie… Nikt jeszcze nie wydał poleceń… -No tak… Patolog –doktor Hakata. Poza tym jeszcze z dwie jednostki i zespół dowodowy. Niech już jadą na miejsce. -Oczywiście panie podkomendancie! Miyazaki odłożył słuchawkę. -Mamy nowe zabójstwo. W „The Centre”. -Świetnie –odparł sarkastycznie Hugh. -Co by nie było, jakiś postęp. Przynajmniej taką mam nadzieję… Zbliżała się 22, więc miasto zostało otulone kołdrą mroku. „The Centre” był wysokim na 73 piętra nowoczesnym wieżowcem w stylu New age. Prawie dziewięć tysięcy neonowych rurek zamontowanych na budynku rzeczywiście dawało wrażenie, że wieżowiec zmienia kolory. Niezależnie od pogody, lampki włączane są zawsze o 21:30 tak, więc w chwili przybycia na miejsce detektywów budowla już jaśniała. -Które to piętro? –zapytał Thornton zatrzymując rękę przy przyciskach windy. -64 –odparł podkomisarz. -Dobrze, że to nie był żart… -Obsługa sprawdziła. Oby nie zatarli ewentualnych śladów. Ultra nowoczesna winda szybko wyniosła policjantów na 64 piętro. Sprzątaczka zaprowadziła ich do biura numer 1213. W środku, na fotelu siedział(leżał?) nieco podstarzały mężczyzna w szarym garniturze. W ręku trzymał mały rewolwer. Wystarczył jedno spojrzenie na zwłoki by stwierdzić, że ofiara jest na liście morderstw zabójcy; szeroko rozpłatane gardło. -No tak –powiedział Miyazaki odsuwając się na bok, robiąc miejsce ekipie. Gdy już błysk policyjnego flesza zabłysnął po raz ostatni, Hakata podszedł do zwłok. -O! Pani Miyazaki, panie Thornton, coś nowego. Wskazywał na czerwoną plamkę na piersi delikwenta. -Postrzał? –zapytali jednocześnie Thornton i Miyazaki. -Tak. Na oko duży kaliber. Miyazaki zrobił jakby zawiedzioną minę –A jak to nie ten zabójca? –lecz po chwili się ponownie „rozpromienił”, gdy omiótł wzrokiem biurko. -To na pewno ten sam -rzekł i wskazał na stos dokumentów leżących na biurku. Pierwsza teczka była jakby zalana ciemnym płynem. -Tak. Znowu pofalowane ostrze, jedno pewne cięcie… -odezwał się patolog. Anglik spojrzał za okno, gdzie rozciągał się widok na malowniczy, cierpiący na bezsenność Hong Kong. Miyazaki przywołał do siebie jednego z funkcjonariuszy i wydał polecenia: -Dowiedzieć się, co to za firma. Lista pracowników, nawiązać kontakt z ochroną budynku i sprawdzić taśmy z kamer. W tym pokoju oczywiście żadnej nie ma… -mruknął do siebie Miyazaki patrząc na sufit i przyległości. –Spiszcie zeznania obsługi, dowiedzcie się czy trudno się dostać do jakiegokolwiek biura o tej porze. I szybko! Funkcjonariusz szybko wyszedł. -Z tej broni strzelano całkiem niedawno… -Hugh wskazał małą dziurę w ścianie przy drzwiach. -Czyżby próba obrony? -Może. Lekarz przypadkiem ruszył zwłoki, broń wypadła z ręki denata i głucho uderzyła w podłogę. -Cholera! Proszę uważać! –ryknął Miyazaki. -Przepraszam –odrzekł zmieszany wielbiciel martwych ludzi Thornton uklęknął; schylił się i chwycił srebrny rewolwer, zmarszczył brwi i sięgnął pod biurko skąd wyjął czarny, duży telefon komórkowy, który okazał się być włączonym na nadawanie aparatem walkie –talkie. -Ki diabeł? -Nie mam pojęcia… Pokaż –Miyazaki wyjął partnerowi nadajnik z ręki i obejrzał. -Dziwne… -Kto jest po drugiej stronie? Tu podkomisarz Miyazaki z policji Hong Kongu! Natychmiast zgłosić się! –przestawił aparat na odbiór, ale usłyszał tylko szum wiatru.
* 12 *
Czerwony jaguar XKR w wersji kabriolet żwawo mknął ulicami miasta. Mohandas pędził, zgrabnie wyprzedzając kolejne samochody –przeszkody na drodze; Akmitsara nie patrzyła na drogę, nie. Patrzyła w ciemniejące niebo. Następny ciepły dzień dobiegał końca, co jednak wcale nie oznaczało końca upałów. Oboje wiedzieli, co zrobią za parę chwil, ale rzecz jasna nie martwili się tym. -Jesteśmy na miejscu! –rzekł Mohandas uśmiechając się szczerze. -Tak… Nareszcie. Mohandas zgrabnie zakręcił kierownicą i stanął po drugiej stronie ulicy. -Jesteśmy blisko… -szepnął do żony. -Wiem. Coraz bliżej celu –odparła. Przeszli przez ulicę, fotokomórka otworzyła im drzwi, tak, że nawet nie musieli zwalniać kroku. Hal był przestronnym, nowoczesnym aż do bólu pomieszczeniem, z portiernią ustawioną naprzeciw wejścia, około 10 metrów przed nimi. Siedział tam jeden strażnik, poza nim i państwem Jinnah hol był pusty. -Dobry wieczór. Mamy się spotkać z panem Aiko Takeshimą. Może nam pan wskazać drogę? –Akmitsara na wszelki wypadek posłała strażnikowi połowicznie zniewalający uśmiech, który z resztą stosowała najczęściej w takich sytuacjach. -Umówieni? -Tak… Mohandas lekko ścisnął w kieszeni mały dyskretny nożyk –Szybka śmierć puka do drzwi… Otworzysz jej? -Proszę pojechać na 64 piętro. Pokój 1213. -Dziękujemy bardzo. Weszli do windy. Po paru sekundach z niej wyszli i skierowali swe kroki do biura numer 1213. Do pokoju wkroczyli bez pukania. -Witam pana, panie Takeshima… -Witam. W ręku trzymał niewielki rewolwer, który błyszczał w świetle lamp. Kiwnął nim lekko, jakby chciał go przedstawić. –Zabiliście Sano. Oczekiwałem was. -Świetnie –skwitował zupełnie nie zbity z tropu Mohandas. -To ułatwia sprawę. Wyjątkowo –dodała Akmitsara. -Mimo wszystko, nie mogę zrozumieć: dlaczego ktoś taki jak wy pracujecie jako pomagierzy dla takiego ścierwa jakim jest Kaifeng? Akmitsara spuściła wzrok. Mohandas uciął krótko: -Nie twoja rzecz. Martw się o siebie. -Martwię się. Dlatego teraz trzymam to –wskazał głową na rewolwer. –Ponoć jesteś szybki… Ale nie aż tak, prawda Mohandasie? -To jest bez znaczenia. Uwierz mi. -Bez znaczenia jest czy ci uwierzę czy nie… W porządku. Lubię was. Wyjdźcie stąd teraz i nigdy nie wracajcie w tym celu to zostaniemy przyjaciółmi. Ale jak nie… -głos japończyka przepełniony był pewnością siebie, wynikającą zapewne z faktu posiadania przez niego lśniącej broni. -Musisz zginąć Aiko. To nie jest decyzja którą możesz zakwestionować. Mohandas przytaknął na słowa żony. -Nie teraz. Takeshima nacisnął spust. Kula przeszyła ramię Mohandasa, przeszła na wylot i wbiła się w ścianę za nimi. Jednak ku przerażeniu i mimo wszystko zdziwieniu strzelca jego cel stał na nogach, jakby nigdy nic i nawet uśmiechał się lekko. Drugą różnicą było to, że teraz w ręku hindusa spoczywała srebrny, ciężki desert eagle z tłumikiem nakręconym na lufę. Takeshima nigdy nie należał do naiwnych i natychmiast pojął że kończy się jego egzystencja na ziemi. Mohandas spokojnie nacisnął na spust. Głuchy odgłos wystrzału rozszedł się po tłumiku degradując się do krótkiego pisku. Kula przebiła wątrobę z lewej strony, Takeshima tylko jęknął i mimowolnie naprężył mięśnie całego ciała. Wtedy Akmitsara wyjęła spod swej kurtki dwa kordy i zrobiła dwa kroki naprzód. Zamachnęła się i zdawało się z siłą dziecka wykonała w powietrzu znak x wbijając sztylety głęboko w szyję. Następnie pociągnęła i odebrała życie kolejnej osobie. Spojrzała na dokumenty zagracające biurko i bezceremonialnie otarła ociekające krwią sztylety w papierowe chusteczki formatu A-4 z wykresami giełdowymi. -Gotowe –rzekła do męża. -Wiem. Jeszcze jedna rzecz i idziemy… Wyjął z kieszeni czarny, plastikowy nadajnik walkie –talkie, włączył, ustawił na nadawanie i spokojnie wrzucił pod biurko. -Więc to kupowałeś w elektrycznym… -szepnęła Akmitsara. -To jest ten mój plan… Dobra, chodźmy. Wyszli zamykając za sobą drzwi. Zjechali na dół windą i przeszli obok strażnika, który wyglądał jakby chciał zapytać jak spotkanie, ale zabrakło mu odwagi. Oczywiście pytanie zostałoby skierowane do Akmitsary. Tak więc budynek opuścili bez przeszkód. Weszli do znajdującego się naprzeciw „The Centre” i wkroczyli do windy. Akmitsara nacisnęła na najwyższe piętro, stwierdzając przy okazji, że ta winda jest o stokroć mniej nowoczesna od tej z „The Centre”. Gdy dojechali na miejsce, odnaleźli wejście na dach. Było naturalnie zamknięte, ale Mohandas miał naturalnie swój uniwersalny, dwu funkcyjny wytrych. Można nim otworzyć szybko drzwi i jeszcze szybciej zabić człowieka. Gdy już znaleźli się na dachu, poczuli przyjemny wiatr, chłodzący lepiej niż każdy klimatyzator. Mohandas wyciągnął telefon komórkowy i po raz drugi tego dnia wykręcił numer policji. -Policja w Hong Kongu. Słucham –odezwał się po chwili zmęczony głos operatora. -Witam. Chciałbym zgłosić zabójstwo. Kolejna ofiara „Rzeźników”. Hindus mówił spokojnym, beznamiętnym głosem, zupełnie jakby mówił o nudnym filmie, na którym był w kinie, a nie o postrzelonych i pociętych zwłokach starego znajomego. -Co?! Proszę podać miejsce zbrodni. -99 Queen Road Centre. Budynek „The Centre” piętro 64. -Może pan podać nazwisko? -Niestety nie, ale dziękuję za wysłuchanie. Dobranoc. Hinduski książę wyłączył telefon. Po około dziesięciu minutach pod budynek zajechały dwa radiowozy, jedna karetka i jeden samochód cywilny z kogutem po stronie kierowcy. -To oni… -rzekł Mohandas stając na krawędzi. -Świetnie. Po kolejnych trzech minutach z głośnika walkie –talkie popłynął gwar paru głosów, ale wreszcie zostały już tylko trzy głosy. Państwo Jinnah wielokrotnie uśmiechali się słysząc teorie policjantów, czasem prawdziwe, czasem nie. Wreszcie z głośniczka popłynęło: -Kto jest po drugiej stronie? Tu podkomisarz Miyazaki z policji Hong Kongu! Natychmiast zgłosić się! -Możemy już iść –rzucił do żony. Szybko zeszli z dachu, wsiedli do wypożyczonego jaguara i odjechali. Na komendzie głównej byli po niecałych dziesięciu minutach. -Zaczekaj tu, proszę –hindus pocałował żonę i wysiadł. Jaguar stał prawie pod samym wejściem do budynku, więc Mohandas nie miał wiele do przejścia. Jego plan był prosty: poczekać na Miyazakiego w jego biurze, jak przyjdzie siłą zmusić do oddania automatu. Potem zabić i wyjść. Gdy wszedł na komendę, od razu skierował się do katedry oficera dyżurnego. Mimochodem spojrzał na zegarek: 22:06. -O, co chodzi? –spytał młody, zielony jeszcze bez wątpienia policjant. W budynku było dziwnie pusto. -Muszę pomówić z podkomisarzem Miyazaki… To sprawa życia lub śmierci. -To znaczy? -Ee… To jest zarazem sprawa poufna. Dotyczy tych „Rzeźników” Oficer podniósł brwi ze zdziwienia. -Ale… Podkomisarz Miyazaki jest teraz w terenie… -Poczekam w biurze… To już nie pierwszy raz tu jestem w tej sprawie… -Pokój 36. tym korytarzem –policjant wskazał ręką. -Dziękuję –odrzekł Mohandas. W korytarzu minął zaledwie jednego policjanta, ubranego po cywilnemu, tylko legitymacja przypięta do klapy marynarki świadczyła o przynależności osobnika do grona stróżów prawa. Podszedł do drzwi i pociągnął za klamkę, wiedząc, że drzwi są na pewno zamknięte. Te jednak ustąpiły. -O –zdziwił się hindus i wszedł do środka. -A pan, do kogo? –spytał sierżant Kan.
* 13 *
-Niech to szlag! Miyazaki nie będzie zadowolony! –rzucił aspirant sztabowy Si. -Nie nasza wina… -zaoponował Kan. -Jasne. Wjechali do parkingu podziemnego i zatrzymali się na swoim zarezerwowanym miejscu. Wyszli z podziemi na korytarz główny komendy. Elektroniczne casio należące do sierżanta piknęło cicho. -Już dziesiąta –rzekł automatycznie właściciel. Swoje kroki skierowali od razu do biura. Zdziwiły ich zamknięte drzwi, ale szybko otworzyli je własnym kluczem i już byli w środku. -Gdzie oni są? –spytał retorycznie Si. -Nie mam pojęcia… -Pójdę do dyżurki i sprawdzę -powiedział aspirant sztabowy, po czym wyszedł. W korytarzu minął tajemniczego faceta w drogim, ciemnym garniturze. Si spojrzał odruchowo na twarz mężczyzny i z rozbawieniem pomyślał: -Rysopis jak naszego podejrzanego… Phi! Przecież by tu nie przyszedł… Si zniknął za rogiem, nie widział, więc, że mężczyzna wchodzi do pokoju numer 36. -Pan, do kogo? –spytał Kan na widok przybysza. -Przysyła mnie podkomisarz Miyazaki. Jest na miejscu zbrodni, prosił o przywiezienie tego urządzenia. Chyba znalazł podobne i chce je porównać… -Aha… A jakieś pisemne pełnomocnictwo? –Kan uniósł podejrzliwie brew. -O! Właśnie, pan Miyazaki nic takiego nie dał, był bardzo zdenerwowany… -W porządku, ręce na ścianę, nogi szeroko! -Co? -Słyszał pan! Posłusznie stanął przy ścianie. Sierżant położył swą młodą rękę na jego ramieniu, drugą zaś zaczął obszukiwać kieszenie hindusa. -Niech będzie… Ale nie mam niestety czasu na takie pierdoły –rzekł spokojnie. -No to masz pecha –Kan wyczuł w prawej kieszeni ciężki pistolet. W tym momencie mężczyzna szybko włożył rękę do kieszeni, chwycił nóż i odskoczył od ściany wbijając niedoświadczonego policjanta w biurko przy którym przed chwilą siedział. Zablokował go prawą ręką, lewą przyłożył nóż do gardła chłopaka. -Gdzie jest automat? -Pierdol się! Wbił mu krótkie ostrze pod skórę. -Aach! –jęknął Kan. -Mów, bo przerobię cię na zwycięzcę w konkursie na najszerszy uśmiech roku. -To przerabiaj zasrańcu! Pośmieję się trochę! Mohandas przeciągnął nożyk po centymetrze szyi policjanta. -I jak? Już śmiesznie, czy jeszcze nie? -Jeszcze nie. Nożownik spojrzał na spojrzał na zdjęcie stojące na biurku; na czas śledztwa Si i Kan przynieśli swoje rzeczy do biura podkomisarza; zdjęcie przedstawiało uśmiechniętą parę -kobietę, starszą od Kana i jego samego. W tle coś jakby palmy. Może Hawaje? –pomyślał Mohandas. -To może jak skończę z tobą, pójdę do twojego domu i pośmieję się z twoją żoną, dziewczyną, siostrą? -Tylko spróbuj skurwysynu! -Bo co? Nawiedzisz mnie zza grobu? Gadaj gdzie jest automat, to zostawię was w spokoju. Widać było, że sierżant Kan waha się przez chwilę. -Dobra! Dobra! Jest w tej pancernej szafie, tam –wskazał na sejf Miyazakiego stojący w rogu pokoju. -Jaki jest kod? -Nie wiem! To nie moja szafa! Słowo daję! -Chyba wiesz co się stanie, gdy szafa będzie pusta? Ale szef mógł przecież wyciągnąć maszynę –pomyślał w panice Kan. -Wiem –odrzekł. Napastnik podniósł go i rzucił na szafę. Okazało się jednak, że zamek w szafie to przeszłość. Teraz była to zwykła stalowa szafa, która stanęła teraz otworem przed Mohandasem. Gdzie jest Si? –rozmyślał gorączkowo Kan. Tymczasem hindus pociągnął za drzwi i uśmiechnął się. Wyjął urządzenie i wsadził je do czarnego worka, który miał chyba w kieszeni. -No jeszcze tylko jedna rzecz… -mruknął do siebie Mohandas i wbił policjantowi nóż w serce. Ten tylko westchnął cicho i osunął się na ziemię. Morderca wytarł nóż o rękaw taniej marynarki. -Tę dziewczynę ze zdjęcia zostawię w spokoju –rzekł Mohandas, zastanawiając się, czy mózg chłopaka odbiera jeszcze informacje z zewnątrz. Patrzył przez chwilę na ciało młodego policjanta. -Wybacz –rzucił na odchodnym. Wyszedł na korytarz i spokojnym, pewnym krokiem zmierzał do wyjścia. Na zakręcie korytarza spotkał tego samego gliniarza co poprzednio, minęli się. -Nie czeka pan dłużej? –spytał oficer. –O cholera zapomniałem o panu powiedzieć aspirantowi sztabowemu! Może jemu pan powie to co wie? On też pracuje nad tą sprawą… -Nie, jeszcze spotkam Miyazakiego. Dobranoc. -Dobranoc.
-Co!? –Miyazaki nie mógł uwierzyć własnym oczom i uszom. -Gdzie jest Si? –spytał Thornton. -W sanitarce. Bierze jakieś tabletki uspokajające –odrzekł funkcjonariusz. -Dobra. Chodźmy do biura –Anglik spojrzał pytająco na swojego szefa jakby czekając na pozwolenie. -Tak, trzeba pójść. Przekroczyli próg pokoju numer 36. Na podłodze przy szafie leżały kredowe zwłoki, drzwi szafy były lekko uchylone. -O nie! –rzucił Thornton i podszedł do drzwiczek. -Nie ma automatu –rzekł spokojnie podkomisarz patrząc na miejsce zgonu kolegi. -Tak… Skąd pan wiedział? -No, bo to jest jedyny powód, dla którego by tu przyszli… Kurwa mać! –krzyknął Miyazaki. Sierżant obrzucił spojrzeniem pomieszczenie. -Trzeba zawiadomić żonę… -powiedział spokojniej japończyk. -Spisać zeznania… -Ja pojadę do żony, ty zajmij się Si i spisz możliwie szybko zeznania. Polecenie było konkretne, ale Thornton wiedział, że w ciele szefa narodziła się już szaleńcza, rozrywająca chęć zemsty. Anglik widział już to u Miyazakiego. Był świadomy, że ta chęć jest niepowstrzymywalna. Jednak dopiero teraz, Hugh Thornton wiedział dokładnie co czuje szef. Wiedział, bo chęć zemsty oplotła także jego mózg.
* 14 *
Zakręciła kran z ciepłą wodą, spojrzała na zaparowane powierzchnie luster. Lekko osunęła się głębiej do wody. Poczekała, aż zmącona woda się uspokoi. Wtedy wytężyła słuch; nie usłyszała niczego, hotel Wao –Lien już zasnął. Mohandas zapewne stoi w oknie i rozmyśla… Tak samo czynił w przeszłości. Dalekiej przeszłości. Wiadomość o nagłym, przymusowym, ale tajemniczym mimo wszystko wyjeździe króla Mohandasa, ludność prowincji Jinnaharl przyjęła ze spokojem i pokorą. Wyprawa rodziny królewskiej nie wzburzyła przynajmniej zamieszek. Na czas nieobecności, Mohandas na swego zastępcę wyznaczył, oczywiście, swego prawego brata Siharttha, małżonkowie postanowili podróżować incognito, w strojach zwykłego mieszczaństwa. Do pomocy wzięli jedynie trzy osoby: służkę Tyoie, sługę Panjhabtiego i doświadczonego wojownika i świetnego przewodnika w jednym, czyli Sharmę. Ze stolicy wyruszyli o świcie, podawali się za niegroźnych podróżników z zachodu, gdy tylko zaczepiał ich jakiś patrol. -Nadal uważam, iż powinniśmy zataić te wyprawę przed ludem… -szepnął zaniepokojony Mohandas do żony, już pierwszej nocy. -Zasługują na szczerość –odrzekła mu. -Jeżeli to się rozniesie, to możliwe jest, że wróg zaatakuje Jawarlah! -Przecież masz z nimi idealne układy… -Ze zdradzieckimi afganami nikt nie ma idealnych stosunków! –zaoponował król. -Nie najechali nas –argumentowała Akmitsara. -Kosztem opuszczenia naszych przyjaciół w potrzebie i utraty pewnych terenów! Akmitsara doskonale rozumiała słowa męża. Po tym jak mieszkańcy prowincji Jhawar przegrali wojnę o swoje królestwo, okazało się, że ekspansja Afganistanu jest zbyt potężna. Wiele prowincji poszło na ugodę z najeźdźcami; w zamian za zachowanie autonomii, księstwa nie będą buntować się przeciwko agresorowi, ani pomagać walczącym. Mohandas zgodził się, ponieważ jego armia mogłaby ponieść taką samą klęskę jak Jhawar. Prowincje, które odrzuciły porozumienie prosiły Jinnaharl o pomoc w walce, próbując przekonać jednocześnie króla Mohandasa, że „niepodległość” oferowana przez afganów jest fałszywa i Jinnaharl jest pod stałą obserwacją. Mohandas mimo wszystko odmawiał, ale przygotowywał rewolucję. Wiedział, bowiem, że jego wojna i tak nadejdzie. -Dlaczego, więc, idziesz ze mną? –spytała Akmitsara. -Ponieważ moja obecność jest ci niestety niezbędna. Nie odpowiedziała na to. Nie potrafiła. -Mohandas II został w Jinnaharl… -rzekła po godzinie Akmitsara. -I dobrze… Tam będzie mu lepiej, uwierz moim słowom… Noc spędzili w jednej z mniejszych wiosek północ od stolicy. Rano wyruszyli w dalszą drogę, a cała uwaga Akmitsary, w dziwny sposób, skupiła się wokół pałacu Jhawar. Mohandas tego nie wiedział, ale było to spowodowane snem królowej. Dookoła było kompletnie ciemno, pustka, próżnia. Akmitsara stała w tej pustce i nijako wypełniała ją sobą. Wystarczyło wyciągnąć przed siebie rękę, by ta natychmiast zniknęła w czerni; zupełnie jakby to była gęsta mgła, tyle, że czarna… -pomyślała Akmitsara. Z sobie nawet nieznanych przyczyn zaczęła nagle biec, prosto przed siebie jakby chcąc udowodnić, że nic nie jest nieskończenie nieprzenikalne. Grunt, choć niewidoczny, był trochę zimny, podobnie jak powietrze wokół kobiety. Po chwili zatrzymała się, zatrzymała się, ponieważ usłyszała znów ten upiorny głos mówiący: Nie myśl o śmierci, żyj! Jesteś wybrana… -zawodził bez końca. Wiem, wiem o tym! Daj mi już spokój! –krzyczała zrozpaczona. I nagle, wtedy czerń znikała. Ustępowała miejsca widokami, które składały się na