Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Akcja · 4 godz. 7 min czytania

Święta Ciemność II

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

To naprawdę długo[dla niektórych] oczekiwana kontynuacja części pierwszej.

II Wszyscy Poświęceni

ROZDZIAŁ 1 NASYUO

-Wzięłaś kanapki? -Tak mamo. Mam wszystko. -Czyżby? –odrzekła Hitori Sewanaki opierając się o drzwi kuchenne i trzymając w ręku jakąś książkę w niebieskiej, twardej oprawie. -Och! Dzięki mamo! Szesnastoletnia dziewczyna podbiegła do rodzicielki, wzięła od niej książkę i pocałowała w policzek. -Nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła! -Lepiej nie wiedzieć. Nufine wybiegła z domu nakładając słuchawki discmana na uszy. Nacisnęła na klawisz i w jej najbliższym otoczeniu rozległa się muzyka amerykańskiej grupy Linkin Park. Dziewczyna podrygując do rytmu skierowała się w stronę przystanku autobusowego. Nie czekała długo. Już po trzech minutach podjechał autobus linii L4. Podróż przez cztery przystanki przebiegła jak zwykle sprawnie. Fukuoka dopiero budziła się ze snu, więc ulice nie były jeszcze zbyt zatłoczone. Jak zwykle. Liceum dla dziewcząt w Fukuoce mieściło się w niewielkim budynku pokrytym kremowym tynkiem. -Cześć dziewczyny! –krzyknęła Nufine widząc swe koleżanki stojące na dziedzińcu. Wszystkie miały na sobie koszulki z członkami Linkin Park. -Masz wszystko Nufine? Dziewczyna powtórzyła swoją domową odpowiedź na to pytanie. -Dobra. Chodźmy do pana Shimozu! Trzy koleżanki potwierdziły to skinieniami głową i dziewczęta ruszyły. Profesor Shimozu, uczący geografii młody chłopak stał przy biało –niebieskim autokarze nadzorując wkładanie do luków bagażowych różnych toreb. Na widok małej grupki uśmiechnął się zawadiacko. -Dzień dobry panie Shimozu! –rzuciły chórkiem nastolatki. -Dzień dobry dziewczyny. Jesteście gotowe? Niczego nie zapomniałyście? -Mam nadzieję, że nie… -odrzekła Nufine. Powiał lekki wietrzyk, który zafalował długimi, prostymi włosami Nufine Sewanaki. Słońce, co chwila chowające się za chmurami nieśmiało oświetliło jej czarne włosy, powodując ich rozbłysk na wszystkie strony. -OK. Wsiadajcie i zajmijcie sobie najlepsze miejsca! -Oczywiście –usłyszał w odpowiedzi. W środku panował wesoły rozgardiasz, wszyscy chodzili tu i tam szukając swoich zagubionych rzeczy, lub ulubionych miejsc. Cztery przyjaciółki zajęły miejsca zaraz za stanowiskami nauczycielskimi. Po kwadransie wycieczka ruszyła. -Nareszcie jest ta wycieczka! –rzekła Nufine. -Tak… i nie ma testu z rachowania! –odparła uradowana Murakami Isi, jej najlepsza przyjaciółka. -Ciekawe ile nam zajmie podróż… -Nifune obserwowała przez okno uciekające szybko miasto. Po pół godzinie, zupełnie opuścili miasto wyjeżdżając pomiędzy pola i lasy. Gdy Murakami rzekła, że jest zmęczona i że się chyba zdrzemnie, Nifune włączyła ponownie swój odtwarzacz płyt CD i sama również zamknęła oczy. Obudził ją jakiś lekki wstrząs; wyjrzała przez okno i zobaczyła, że autokar jedzie po jakiejś wyboistej, kamienistej drodze. Dookoła był tylko las. Pięć minut później pan Shimozu wstał. Nufine spojrzała na niego. Na jego seksowną twarz, szyję, ciało ukryte zazdrośnie pod sportową koszulą. Podkochiwała się w nim od początku szkoły, bowiem pan profesor Shimozu uczył ją już w podstawówce. I chyba wiedział o uczuciach dziewczyny. Ale ona miała to gdzieś. Czasem tylko się wstydliwie rumieniła gdy jej nauczyciel robił jakąś aluzję do ich stosunków, zamierzenie czy nie, to było bez znaczenia dla hormonów Nufine Sewanaki. Mężczyzna nastoletnich marzeń w rękę chwycił mikrofon i powiedział wesoło: -Jak wiecie, jedziemy na górę Oita. Jesteśmy już około w połowie drogi, więc chyba czas na opowieść nauczyciela… -uśmiechnął się jeszcze szerzej. -W miejscowości Izumo zachodnim wybrzeżu wyspy Honshu, w lesie gigantycznych cedrów, stoi kryta strzechą drewniana chałupa. Nie byle, jaka to chałupa, już same rozmiary zdumiewają: wysoka jest ona na 24 metry! Ale to jeszcze nic, kiedyś ta chata była podobno kilkakrotnie wyższa. W ciągu historii była ona kilkakrotnie rozbierana i budowana na nowo, za każdym razem nowa wersja była mniejsza od poprzedniej. W czasach Heian miała ona podobno 48 metrów wysokości, a przed epoką Heian sięgała prawie stu metrów! Tak w każdym razie głosi tradycja. Mieszkańca chaty nie widać, podobnie jak jego domeny, jest nim, bowiem okuninushi, władca niewidzialnego świata wysp japońskich. Raz do roku zwołuje on wszystkie bóstwa do siebie, więc rozmiary domostwa nie powinny nikogo dziwić. Goście zjeżdżają się na niewidzialnych rumakach, dla których zbudowano specjalne święte stajnie. Na lekcji pokazywałem wam zdjęcie, ale to nie to samo, co zobaczyć ją na żywo! Powrót bez zmian: dzisiaj późnym wieczorem. Mam nadzieję, że wzięłyście wszystko, o co prosiłem na spotkaniu przedwycieczkowym… Dziewczyny popatrzyły na siebie i swoje bagaże. „Chyba mam wszystko…” –pomyślała Nufine i otworzyła książkę, o której zabraniu musiała przypomnieć jej matka. Była to „Ania z Zielonego Wzgórza”. Zakładkę stanowił stary bilet kinowy, jeszcze na „Titanica”. Nagle z hibernacji przebudziła się Murakami. Przetarła oczy, wyjęła z plecaka butelkę jakiegoś ciemnego płynu, który po prostu musiał być coca –colą i wypiła spory łyk. Wtedy jakby sobie o czymś przypomniała i spojrzała pytająco na przyjaciółkę, lecz ta tylko się uśmiechnęła i pokręciła głową. Murakami wzruszyła ramionami i schowała napój z powrotem do torby. -Wybacz, że ci przeszkadzam, ale… -Ale co? -Eee… nie wiesz gdzie jesteśmy? -No… ja też się przespałam trochę, ale sądzę, że w połowie drogi. Mniej więcej. Shimi tak powiedział… -Aha. Dzięki. Ciepło się zrobiło. -Uhm. Na samej górze będzie jeszcze gorzej… -Trudno. Chcesz kanapkę? -A z czym masz? -Poczekaj… z szynką. To chyba jakaś wołowina… Nufine się skrzywiła z obrzydzeniem. -No tak! Zapomniałam! Wybacz. Wyleciał mi z głowy ten twój wegetarianizm! -Spokojnie. Bez paniki! Po pierwsze to nic się nie stało, po drugie to mam swoje kanapki. Bez grama mięsa… Obie zaśmiały się z niewypowiedzianego dowcipu. Wtem rozbrzmiał dzwonek komórki. Jakaś debilna melodyjka, przekształcona na monofoniczny dzwonek. Był to aparat Nufine. -Tak? Słucham. O! Część Tamade! Fajnie, że dzwonisz! Co u mnie? W drodze ku wielkiej przygodzie! –odparła przekornie. –Jutro już będę w domu. Może wyskoczymy na lody? Co? Dlaczego? Egzamin? W sierpniu? O czym ty mówisz? Jak nie chcesz to… aha… egzamin ze szkoły językowej… francuski… no tak! Wybacz! Zapomniałam! O której on jest? O trzeciej prawda? To może się spotkamy po nim? No! To jesteśmy umówieni! Pa! Też cię kocham! Pa skarbie! Wyłączyła telefon. W tym momencie autobus zatrzymał się gwałtownie. Co jest?! Co się dzieje?! –krzyki tego rodzaju zaległy w autokarze. Przystojny profesor ponownie się podniósł. -Spokojnie! Jakiś samochód zatrzymał się przed nami! Może potrzebują jakiejś pomocy! Drzwi z autokaru rozsunęły się cicho. Do środka wszedł młody mężczyzna o czarnych włosach. Stanął na środku autobusu, dokładnie pomiędzy kierowcą a nauczycielem. Rozejrzał się czujnie, zlustrował wszystkich bystrymi oczami i uśmiechnął się. Nufine zobaczyła przez szybę, że przy drzwiach stoi jeszcze ktoś. -W czym mogę pomóc? –zapytał Shimi. Ten w odpowiedzi wyciągnął z kieszeni coś czarnego i błyskawicznie przystawił mu prosto do czoła. Jak na zwolnionym filmie Nufine rozpoznała w przedmiocie pistolet. Shimozu chyba także to skonstatował, lecz wiele mu to nie dało, ponieważ w tej samej sekundzie przybysz nacisnął spust i głuchy trzask poprzedził eksplozję głowy nauczyciela. Nufine Sewanaki wrzasnęła bezgłośnie kiedy całą jej twarz, ubranie, fotel, szybę w ułamku sekundy zalała krwawa masa. Zastygła w panicznym bezruchu. Nawet nie poczuła jak kawałek roztrzaskanej szyby[kula przeszła na wylot] upadł jej na ramię. Ciało z niemiłym szelestem zsunęło się na fotel, a potem na podłogę. Wtedy rozległ się drugi i trzeci strzał. Ciało żony profesora nienaturalnie wcisnęło się pomiędzy fotel a szybę, a zwłoki kierowcy zastrzelonego przez tego z zewnątrz opadło na kierownicę. To bez wątpienia była jedna z tych chwil, kiedy człowiek czuje, że zmieniło się wszystko. Że nic nie będzie takie samo. Shimozu, wielka miłość Nufine nie żyje, a już to wystarcza na załamanie się świata szesnastoletniej dziewczyny. A świadomość, że możliwym jest, iż zaraz dołączy do swego ukochanego w zaświatach wcale nie pomaga. Pewnie dlatego, że Nufine porzuciła całą swą wiarę w jednej zaledwie sekundzie. Tej w której mózg Shimozu rozpadł się na tysiąc kawałków. Jakie to dziwne. Tymczasem bezlitosny zabójca opuścił dymiącą jeszcze broń i ponownie spojrzał na dziewczyny z letniego obozu przygód, na co dzień chodzących prawie w tym samym składzie do pierwszej klasy liceum. Nagle autokar wyminęły dwie zabudowane furgonetki czarnego koloru i stanęły obok samochodu zabójców. -Dobra dziewczyny. Czas na zmianę lokalu…

Było cicho. Tak cicho, że powietrze wypychane z płuc wydawało się być w pełni słyszalnym. Dwaj mężczyźni stali w milczeniu patrząc na nieruchomą kobietę na obszernym łożu. Wyglądało to jak scena z jakiegoś skansenu, lub muzeum figur woskowych. -W jej organizmie istnieją silne środki przeciwbólowe… -odezwała się nagle jedna z figur, na co druga postać skinęło lekko głową. -Wiem, ale… -Zachowaj spokój Mohandasie. Jestem w stanie sobie wyobrazić, co przemierza twój mózg. Zmieńmy otoczenie przez wyjście na zewnątrz, tam coś ci pokażę. Ruszyli, więc w kierunku światła, które znajdowało się na końcu długiego pomieszczenia. Ledwie słyszalny szmer oznajmił otwarcie się szklanych, idealnie czystych drzwi, prowadzących na taras. Mohandas poczuł na twarzy powiew prawdziwie ożywczego wiatru. Spojrzał przed siebie. Zobaczył falującą wodę. Woda ta była wszędzie. Otaczała go ze wszystkich stron. Biegła aż pod horyzont, a zapewne i dalej. Mężczyzna słyszał, jak fale rozbijają się o skały, które niewzruszenie istniały około pięćdziesiąt metrów niżej. Podszedł do drewnianej, brązowej barierki i spojrzał na dół. Zastygł tak patrząc w przepaść zastanawiając się nad rzeczami bliżej nieokreślonymi. Z zamyśleń wyrwał go spokojny potężny baryton jego rozmówcy. -Wystarczy jedno słowo, a Vivient ukoi ją… -Dobrze, panie Kaifeng. A poza tym, to on i tak musi to zrobić. Nie tylko jej. Hindus spojrzał na mężczyznę stojącego naprzeciw. Był to wysoki, chudy mężczyzna, spowity niesamowicie zwiewną, białą szatę uszytą chyba z batystu. Była to właściwie półprzezroczysta peleryna, jedyna część garderoby Kaifenga, przypominająca nieco całun. Mocny wiatr przywierał materiał do ciała mężczyzny ukazując jego imponującą muskulaturę. Na głowie powiewały długie, czarne włosy, raz po raz chłostając maskę, ukrywającą twarz Kaifenga. Sama maska także była ciekawym obiektem; ceramiczna, wenecka, posiadająca własną duszę. Okalały ją cztery patyki, wystające ku górze. Usta –ceramiczne, zaciśnięte wargi pomalowane były jakby szminką na krwawą czerwień. Cała maska pomalowana była adekwatnie do szaty, lecz z wąskich szparek, z których błyszczały błękitne, niemal lodowate, bez cienia uczucia lustrujące świat oczy, wydawały się płynąć najprawdziwsze łzy, oraz tak samo wiarygodna krew. Wystarczyło się jednak bliżej przyjrzeć, by dostrzec, iż rzekome „łzy” są tak naprawdę perfekcyjnie wkomponowanymi malutkimi diamencikami. Krew była jednak autentyczna. Należała do poprzedniego właściciela maski, który żywota dokonał z ręki właśnie Kaifenga, w Wenecji, blisko dwa wieki temu. -Mam też prośbę… -rzekł, do Mohandasa. -Jaką? -Nie używaj wobec mnie słów jak „pan”. Uważam cię za przyjaciela, a nie za sługę pokornego. To jest dokładnie powód, wobec którego uważam, iż możemy konwersować jako przyjaciele. Hinduski książę uśmiechnął się, lecz w duchu opluł sztuczność zamaskowanego ekshibicjonisty. „Nie byłeś tak szlachetny, gdy kazałeś nam zabijać dla twoich interesów. Teraz, gdy już uczyniliśmy to, czego oczekiwałeś, jesteś miły…, ale wystarczy, że dopełnisz umowy. I odejdziesz z mojego życia!” –pomyślał mściwie. -Burza nadciąga nad nasze ograniczone czerepy! –wykrzyknął nagle zamaskowany mężczyzna. Mohandas skinął głową i spojrzał na czarne chmury majestatycznie sunące nad krainę wampirów. Nagle na tarasie pojawił się jeszcze ktoś. Był to Vivient, wezwany chyba telepatycznie przez Kaifenga. Mohandas widział go po raz pierwszy w życiu, choć od tego człowieka zależało całe przyszłe życie jego i Akmitsary. Był średniego wzrostu, lecz nieco niższy od Mohandasa, wyposażony w gęstą, brązową brodę, opadającą aż do ramion. Jego nieco wyłupiaste oczy były ciemnozielone, co szczerze Mohandasa zdziwiło. Niebieskie oczy może nie były znakiem rozpoznawczym wampira, ale ich brak na pewno oznaczał, że dana osoba krwiopijcą nie jest. Postanowił zapytać o to lekarza, jak tylko będą sami. Poza tym, Vivient nie wyróżniał się niczym szczególnym, chociaż Mohandas inaczej wyobrażał sobie człowieka, który posiadł moc kontrolowania śmierci. -Vivient… widzisz przed swoimi oczyma Mohandasa Ali –Jinnah. Po twarzy brodacza nie przebiegł choćby mały spazm zaskoczenia, co spowodowało, że Kaifeng porzucił zapoznawczą gadkę i natychmiast przeszedł do rzeczy. -Akmitsara potrzebuje twojej pomocy. Masz niewiele czasu… -rzekł Mohandas swoim arystokratycznym głosem. -Tak. Wiem o tym. -Zaczynaj, więc swe dzieło! Vivient odszedł bez słowa. Zapewne czynić swe dzieło. Komnata lub po prostu pokój, jaki właściciel wyspy przeznaczył dla małżeństwa Jinnah stanowiło obszerne pomieszczenie z podłogą i ścianami wyłożonymi drewnem wiśni. Takież same były meble; potężny regał wyłożony książkami, niewielki stół o nieco dziwnym kształcie z czterema krzesłami dostawionymi do jego nieregularnych boków. Dywan zajmujący ¾ powierzchni podłogi, zdawał się być tysiącem splecionych ze sobą węży, choć były to tylko wyszyte na tkaninie ich wizerunki. Dokładnie nad jego środkiem wisiał wielki, drewniany żyrandol. Potężne i lekkie jednocześnie łoże stało przy wielkim oknie wychodzącym na zatokę, w której znajdował się port wyspy Nasyuo. Mohandas podszedł do tego okna i delikatnie musnął palcami szybę. Popatrzył na dość spory jacht właśnie wpływający do zatoki. Podszedł do szafy, otworzył ją i zobaczył, że jest wypakowana damskimi wystawnymi strojami. Uśmiechnął się lekko mimo woli i podszedł do drugiej szafy. Tam znalazł moc najróżniejszych garniturów. Wybrał czerwony, dobrał do niego resztę dodatków i wyszedł z pokoju. Zamierzał znaleźć Vivienta. Poszedł, więc do pokoju z wyjściem na taras, w którym leżała jeszcze trzydzieści minut temu. Sprawnie pokonał trzy piętra dzielące jego pokój od pomieszczenia z tarasem, lecz nie znalazł tam żony. Lekarza też nie. Wyszedł na korytarz i natknął się na sługę najwyraźniej. -Gdzie jest Vivient i moja żona? –zapytał pozbywając się ogródek i uprzejmości. -Pan Vivient? Zapewne jest w swojej pracowni. -A gdzie jest ta pracownia? Chłopak spłonął rumieńcem zawstydzenia. -Przepraszam! Pracownia pana Vivienta jest cztery poziomy niżej. Proponuję windę… Mohandas skinął głową. -Przyjmujecie tu napiwki? -Nie –odrzekł krótko i zgodnie z prawdą sługa. Mohandas zmierzył go przenikliwym spojrzeniem, po czym rzucił „dziękuję” i odszedł. Pracownia Vivienta mieściła się ku zdziwieniu hindusa za drewnianymi drzwiami, takimi samymi jak w jego pokoju. Spodziewał się metalu, albo, chociaż sterylnego plastiku. Na tychże drzwiach wyrzeźbiona była maska, bardzo podobna, do tej, którą miał na sobie Kaifeng. Zapukał w solidne wrota i nie czekając na odpowiedź wszedł do środka. Wygląd gabinetu już go nie zdziwił, chociaż powinien. Głównie, dlatego, że nie wyglądał jak gabinet lekarski. -Pan Jinnah! –usłyszał hindus, lecz nie zlokalizował mówiącego. -Witam! Przyszedłem z dwóch przyczyn… -A, jakie to przyczyny? Mohandas spojrzał w stronę głosu i nagle zobaczył Vivienta wychodzącego z szafy. Mohandas doszedł do wniosku, że ochrzczenie doktora mianem „dziwaka” było i jest dobrym określeniem. -Jedną z tych rzeczy jest na pewno Akmitsara, ale druga… może chce pan zapytać o moje oczy? Hindus oniemiał. Przez parę sekund wpatrywał się jak zaczarowany w brodatego mężczyznę. -Niech pan pójdzie za mną. Potem zajmiemy się oczami… -dodał uśmiechając się figlarnie. Mohandas wszedł, więc za nim do szafy, okazało się jednak, że jest to tylko wejście do prawdziwego laboratorium. To właśnie ono okazało się być największą[jak na razie] niespodzianką przygotowaną przez Vivienta. Pomieszczenie miało chyba z pięć pięter wysokości o kształcie idealnego półkola o wielkiej powierzchni, piętnastokrotnie przewyższająca apartamenty gościnne. Wejście było nieco z boku, wprowadzało przybysza w sam środek najwyraźniej jakiegoś archiwum, rzędów drewnianych regałów z pozasuwanymi szufladami. Wysokie ściany ginęły w mroku, utrzymując na barkach pełno dobudowanych balkoników, drabin, mostów, które zawsze prowadziły do jednego: niezliczonej ilości książek. Annały wyjątkowo zróżnicowanej treści pokrywały około ¾ całych ścian. Mohandas spojrzał na szerokie lampy zwieszające się niby na pajęczynach z sufitu. Powiódł wzrokiem ku górze, źródle kabli. Znikały jednak w ciemnościach. Nagle Mohandas musiał zmrużyć oczy, gdy mrok nagle zmienił się w oślepiającą jasność. Ale tylko na ułamek sekundy. Potem znowu na górze laboratorium królował mrok. -Co to było? –zapytał zdziwiony. -Błyskawica –odpowiedział spokojnie Vivient, po czym pociągnął jakąś czerwoną dźwignię. Rozległo się dziwne rzężenie, które szybko przeszło w szum. Nagle sklepienie pracowni rozjarzyło się bardzo jasnym światłem. Wtedy Mohandas ujrzał laboratorium w pełnej krasie i jednocześnie zrozumiał; dach budynku był zbudowany z hartowanego zapewne szkła, natomiast kable z lamp pociągnięte były do dwóch szerokich, metalowych belek, wiszących w poprzek pomieszczenia. Zobaczył też krople wody rozbijające się z coraz większą częstotliwością o dach królestwa Vivienta. -Niesamowite! –ocenił zduszonym głosem indyjski książę. Lekarz skromnie przemilczał tę uwagę i poprowadził towarzysza pomiędzy różnymi szafami i biurkami ku prawdopodobnie łóżku Akmitsary. Mohandas bez trudu dotrzymywał kroku szybkiemu brodaczowi, rozglądając się po fascynującym miejscu, w jakim się znalazł. Spojrzał w lewo i nieomal krzyknął. Na metalowej półce stało pięć wielkich słojów wypełnionych czymś, co było… ludźmi? -Panie Vivient… -zatrzymał się przy słojach. –Co to jest? -Homunkulusy… -odparł doktor jakby Mohandas zapytał o ziemniaki. -Homunkulusy?! Przecież to niemożliwe! –hindus przyległ do słoików i łapczywie dziurawił je wzrokiem. -Dlaczego niemożliwe? Bardzo możliwe, trzeba mieć tylko odpowiednie narzędzia… -A-ale one są martwe, prawda? Vivient uśmiechnął się. -Powiedziałbym, że po czterystu latach też byłby pan martwy, ale wiem, że tak nie jest… bardzo ciekawe… Ale fakt. One nie żyją. I tak żyły długo jak na siebie… -Czterysta lat? A pan ile ma lat, jeżeli wolno zapytać? Znowu się uśmiechnął. -Cieszę się, że pan o to zapytał. Przy okazji wyjaśnimy też problem moich oczu… Więc, nie jestem wampirem, nie jestem też nieśmiertelny, chociaż można by rzec, iż staram się o to od wieków…Jestem w prostej linii potomkiem twórcy tych małych potworków. Jestem więc alchemikiem… Ale zacznijmy od początku. Mój pra, pra i tak dalej dziad, był francuskim hrabią, mieszkającym w Szwajcarii, jednak od spotkania w latach 50 XVI wieku Theophrastusa Paracelsusa, wielkiego pioniera w dziedzinach panu na pewno świetnie znanych, sam również połknął bakcyla. Od tego czasu cały swój majątek przeznaczał na badania alchemiczne. Poszukiwał słynnego kamienia filozoficznego, ale nie tylko. Po spotkaniu z dwoma dość znanymi poszukiwaczami kamienia, księcia Johanna Ferdinanda Kufsteina oraz ojca Geloniego, rozpoczął nowe badania. W oparciu o przepis Paracelsusa, dotyczący tworzenia małych istot, zwanych właśnie homunkulusami, sami wyhodowali w swoich laboratoriach dziesięć takich stworów. Każdy z nich dostał swoje własne imię, takie jak „Król” czy „Serafin”. Trzymano je w takich słojach, gdyż powietrze było dla nich zgubne. Wiele osób wie, co się stało z jedną z dziesiątki tych istot. Nieostrożność jednego z badaczy strąciła ze stołu słój z tą właśnie istotą, podobno był to „Mnich”, słój roztrzaskał się o kamienną posadzkę i stworek zginął. Pochowano go w ogrodzie w rezydencji należącej do Kufsteina. Zaraz potem trzech alchemików poróżnił jakiś temat i rozeszli się w gniewie. Mój przodek zabrał ze sobą do Wiednia pozostałe dziewięć słojów. Potem zaginęły na wiele lat, czego nie można powiedzieć o alchemicznych zapędach mojej rodziny... Słoje odnalazł je dopiero mój dziad, który w tym czasie miał swoje laboratorium w Paryżu. Po jego śmierci, wszystko co miał mój dziadek, trafiło do mojego ojca, razem ze spadkiem. Mój ojciec zmarł gdy miałem dwanaście lat. Zaopiekował się mną właśnie Kaifeng… To było w 1962 roku. Zaopiekował się mną… Gdy dorosłem, dał mi to wszystko –Vivient ogarnął swoje królestwo ręką. –A ja od początku wiem, skąd pochodzi jego dobroć. Nagle Vivient zamilkł. Mohandas stał wstrząśnięty tym, co usłyszał. Wydawało się, że lekarz pragnął to komuś opowiedzieć już od dawna, lecz z jakichś przyczyn nie mógł. -Bardzo ci dziękuję za taką wylewność… -Mohandas na potwierdzenie swoich słów położył Francuzowi rękę na ramieniu. -No tak… przepraszam… -speszył się Vivient. -Nie! Nic się nie stało. To naprawdę była bardzo ciekawa opowieść. Jesteś więc alchemikiem… Powiedziałeś też, że wiesz skąd się bierze jego dobroć… Co miałeś na myśli? -To jest bez znaczenia –odparł lekarz niespodziewanie szorstkim głosem. Mohandas zmierzył go przenikliwym spojrzeniem. -A co z kamieniem? Kamieniem filozofów? Vivient spojrzał w bok. Znowu. -Nic. On nie istnieje. To fantazja… -Fantazja? W tych słoikach leżą sztucznie wyhodowane karły, wszyscy dookoła ciebie to wampiry, a ty mi mówisz, że kamień to fantazja?! -Nie każda legenda musi być prawdziwa! -Ale ta jest! Obaj o tym wiemy! Vivient już otworzył usta by jakoś zripostować, lecz zamiast tego obaj mężczyźni usłyszeli słaby, damski głos. -M- Mohandas? -Tak kochanie! –odparł Mohandas i rzucił się biegiem pomiędzy sprzęty w laboratorium ku łożu żony. Vivient pobiegł jego śladem. -Gdzie ja jestem? Co to za miejsce? Mohandas chwycił ją za rękę i odrzekł: -Jesteśmy na wyspie Kaifenga. A to laboratorium Vivienta… -Kaifeng?! Vivient?! –Akmitsara szeroko otworzyła dotychczas zmrużone oczy. -Tak. Kaifeng nam pomógł… po tej jatce w Hong Kongu. -Pomógł? -Odnieśliśmy tam takie rany, że uznano nas za zmarłych. Pochowaliby nas żywcem! Ludzie Kaifenga uwolnili nas i przywieźli tutaj. Wzrok Mohandasa powędrował ku kroplówce podpiętej do lewego przegubu Akmitsary. -Specjalne płyny wzmacniające –wyjaśnił Vivient, w odpowiedzi na pytające spojrzenie hindusa. -Specjalne? -Wyjątkowo –uciął wesoło Francuz.

Niewielka fala zwiastująca sztorm, poniosła jacht Angelina II wprost na pomost, dzięki czemu łódź lekko dobiła do brzegu. Marynarze szybko rzucili cumy na pomost i po chwili statek był już bezpiecznie przywiązany do solidnych pali wbitych w dno zatoki. Z wnętrza statku wyłonił się młody japończyk, Wisare Hakata. -Witam szefie! –rzucił do mężczyzny w białej masce stojącego na pomoście. -Czyżbym się spodziewać miał, iż nie wywiązałeś się z powierzonego ci w ważnej sprawie zadania czy może pogratulować sukcesu niczym szlachetnemu wojownikowi? Wisare uśmiechnął się. Był to jadowity, wredny uśmiech. -Nie pamiętam już, ile misji mi pan powierzył, ale tą dzisiejszą trzeba wręcz zaliczyć do udanych! Są w ładowni. -Absolutnie ekspedite! Japończyk uśmiechnął się po raz drugi, choć nie miał pojęcia co właśnie usłyszał. -Naciesz moje oczy ich fenomenalnie rewelacyjnymi twarzami! -Wyprowadźcie je! –krzyknął Wisare do środka jachtu. Po chwili się odsunął a na jego miejscu pojawiła się piękna, nastoletnia dziewczyna o japońskich rysach. Za nią następna i następna. Kaifeng musiał się wycofać na nadbrzeże, gdzie dziewczyny zostały ustawione w równym rzędzie. Wszystkie stały z rękami i nogami skrępowanymi aksamitnym „powrozem”. Połowa jeszcze mrużyła oczy od piekącego słońca, które jednak co chwilę chowało się za ciemnymi chmurami. Kaifeng krążył między nimi dokładnie się im przypatrując. Wreszcie po paru minutach takiej prezentacji rzekł: -Są wprost tipes topes… Ale jest ich zbyt wiele… Trzydzieści cztery dziewki… pozbądź się reszty. -Których panie? -Bez znaczenia jest to dla mnie. Wszystkie wydają się być z tej samej gliny ulepione przez stwórcę… Niech pan Vivient zajmie się bezwartościowymi… Wisare skinął głową i z błyszczącym nożem myśliwskim zbliżył się do dziewcząt, które zareagowały piskiem. Zignorował to i zdecydowanym cięciem odłączył cztery dziewczyny od jej koleżanek, po czym poprowadził je w stronę jednego z przybrzeżnych budynków. Towarzyszyło mu jeszcze dwóch osiłków. -Te zaprowadźcie do skrzydła wschodniego –rzekł Kaifeng do jednego z pozostałych na nabrzeżu ludzi i odszedł spokojnie. -Zaraz! –rozległo się za plecami Kaifenga. Strażnik podniósł rękę na krzyczącą dziewczynę, lecz w tym samym momencie chwycił się za lewe oko i skamlając z bólu osunął się na ziemię. Kaifeng opuścił rękę i podszedł do rannego. -Zapomniałeś o rozkazie moim… Złamałeś go… Wyciągnął mu z oka mały nożyk, po czym szybko wbił mu go w serce. Gdy mężczyzna skonał, wyciągnął broń, strzepnął z niej krew i włożył nóż z powrotem w swoją maskę. Cztery patyki okazały się być małymi, śmiercionośnymi nożykami. -Niech i jego ciało spocznie u pana Vivienta. Dopilnujcie też, aby pan Jinnah nie zobaczył widoku tego… -Oczywiście panie Kaifeng! Kaifeng wstał i nie zaszczycając dziewcząt spojrzeniem odszedł. Nufine nie miała odwagi krzyknąć po raz drugi. Milczała.

Dwie godziny później burza wciąż szalała nad wyspą Nasyuo, bombardując szklany dach pracowni francuskiego alchemika ciężkimi kroplami. -Sądzę, że pani Akmitsara może już przebywać w waszym apartamencie… -Tak? –ucieszył się Mohandas. –Chodźmy więc! -Ale tę kroplówkę proszę wziąć ze sobą… -Dobrze, oczywiście! Akmitsara, półprzytomna wstała z łóżka i przy pomocy męża opuściła laboratorium nie rozglądając się na boki. Gdy byli już przy wejściu Mohandas obrzucił wzrokiem jeszcze raz to niesamowite pomieszczenie. Nagle zobaczył coś co wyglądało jak niewielka szklarnia. W środku stał stół, szyby były wzmacniane, a zaraz obok budki stało coś co było chyba prądnicą, do której podłączone były specjalne lampy, skierowane na wnętrze szklarni. -Co to za szklarnia? -Moje hobby. Egipskie hieroglify… Tam jest bardzo stara tablica pochodząca z czasów pierwszych faraonów. -O! Musisz mi ją kiedyś pokazać –rzekł Mohandas czujnie przypatrując się szklanemu domowi. -Tak. Koniecznie… Po tych słowach Vivient pociągnął za dźwignię i wszelkie oświetlenie laboratorium zgasło, pozostawiając tylko ciemność i zapach swoich gości.

ROZDZIAŁ 2 ZAKAZANE KRYPTY

Nagrzane, wielkie opony pisnęły cicho uderzając o popękany asfalt na płycie lotniska Salsette w Bombaju. Gdy po paru minutach pasażerowie mogli już opuścić maszynę, tłum oczekujący na swoich bliskich poruszył się niespokojnie. Pojawiły się tabliczki z nazwiskami pasażerów. Tylko jedna jedyna osoba w tym gronie nie miała takiej tabliczki. Była to młoda dziewczyna o pięknej twarzy, otoczoną przez burzę ciemnych, kręconych włosów. Oczy miała wprost ogromne, głębokie o brązowym kolorze; drobne ciało okrywane było przez lekką sukienkę w kwiaty. Na szyi połyskiwał wisiorek przedstawiający małego, srebrnego kotka. Długie, chude palce skrzyżowane skromnie na podołku. Stała tam sama wlepiając wzrok w drzwi terminalu, które się zresztą po chwili otworzyły ukazując korytarz pełen ludzi trzymających w rękach bagaż podręczny. Byli tam Anglicy, Chińczycy, Japończycy oraz parę innych narodowości, lecz te wymienione przeważały. Po kolei unosili ręce w geście zadowolenia ze spotkania się z bliskimi. Inni szybko umykali w bok, samotni, bez rodzin chcąc jak najszybciej uciec od tego całego zgiełku. Z tłumu wyłonili się także dwaj mężczyźni, o różnym wzroście, kolorze skóry, strojach… Dzieliło ich wszystko, ale byli najlepszymi przyjaciółmi; byli to Akira Miyazaki i Hugh Thornton. Thornton, z racji swego wzrostu szybko przestrzelił tłum, w poszukiwaniu oczekujących na nich osoby. Szybko ją dojrzał, po czym razem doszli do niej. -Arasinha Padżunhe jak sądzę? –zapytał Miyazaki. -Zgadza się. A panowie to zapewne podkomisarz Akira Miyazaki –skłoniła się w stronę japończyka. –Oraz sierżant Hugh Thornton –zwróciła swą piękną twarz ku drugiemu mężczyźnie. –Jak minął lot? -Szybko. Trwał tylko dwie godziny –odrzekł uprzejmie Thornton. -To dobrze –podsumowała dziewczyna. Ruszyli po torby. Okazało się, że obaj policjanci mają zaledwie po jednej torbie podróżnej. Szybko się pozbierali i ruszyli ku wyjściu z lotniska. -Ma pani samochód czy bierzemy taksówkę? -Mam wóz. -Znakomicie! –rzucił Miyazaki. -Ja bym się tak nie cieszyła… -powiedziała ponuro Arasinha. -Dlaczego? W tym momencie wyszli na ulicę. Ulicę pełną ludzi, zwierząt, gorącego powietrza i samochodów. Thornton poczuł jakiś smród. Miyazaki podszedł do stojących w korku samochodów i spojrzał w obie strony jak dziecko chcące przejść na drugą stronę. Sznur aut wydawał się nie mieć końca z obu stron. -Świetnie –mruknął ironicznie do siebie. -Za mną! –usłyszał za plecami. –Mój samochód stoi przy następnej przecznicy! I lepiej proszę uważać na złodziei! Po pięciu minutach przepychania się przez tłum trójka policjantów doszła do czerwonego, trochę poobtłukiwanego peugeota 205. Miyazaki oraz torby zajęły tylną kanapę, podczas gdy Thornton dołączył do siadającej za kierownicą policjantki. Ruszyli. Arasinha wykorzystywała wąskie uliczki, które nie były tak zapełnione samochodami jak główne drogi. Zdaniem Anglika niektóre z tych skrótów były nawet zbyt wąskie na pomieszczenie samochodu, czego dowodem stała się kolejna rysa na lekko już pogiętym zderzaku. -Heh. Teraz przynajmniej wiem, czemu ten samochód jest, jaki jest… -zagaił Thornton. Arasinha obdarzyła go chłodnym spojrzeniem i jeszcze bardziej docisnęła pedał gazu. -Cóż. Tu w Indiach nie mamy takich funduszy jak w Hong Kongu… -Dostała pani nasze zdjęcia tak? Dlatego nas pani od razu poznała na lotnisku? -Podobnie jak panowie mieli moje zdjęcie… Thornton delikatnie zmienił temat. Bez wyraźnego powodu. -Młodo pani wygląda jak na inspektora… -Powiedzmy, że się dorobiłam tego stopnia i mam go zasłużenie. -OK –przytaknął Thornton, choć odniósł niemiłe wrażenie, że młoda, atrakcyjna policjantka go nie lubi. -Można wiedzieć, dlaczego pani tak pędzi? –zapytał Miyazaki wychylając się z tylnej kanapy, żeby zagłuszyć silnik. -Musimy zdążyć na prom na wyspę Bombaj. Miyazaki zmarszczył brwi. Dziewczyna zobaczyła to w lusterku i wyjaśniła: -Bombaj leży na dwóch wyspach. Salsette i Bombaj. Kiedyś było tych wysp więcej, ale teraz są tylko dwie. Żeby dostać się do właściwego Bombaju, musimy zdążyć na prom przez Bassein Creek –powiedziała podniesionym głosem. -Dobrze, teraz rozumiem. W Hong Kongu też to mamy… Mam jeszcze jedno pytanie: -Jakie? -Zawsze jest pani taka wkurwiona czy tylko dzisiaj? Thornton który obserwował cały czas Arasinhe, zauważył że prawie się uśmiechnęła. -Tylko dzisiaj –odparła. Miyazaki opadł z powrotem na oparcie kanapy, gdy samochód ostro ściął zakręt. -A można wiedzieć czemu? –spytał Thornton ostrożnym tonem. -Można. Mój szef każąc mi po was pojechać, wyciągnął mnie z urodzin… -Ale chyba nie pani urodzin? -Nie. Od bratanka –rzekła Arasinha, a w jej tonie wyczuwało się irytację wobec tego rozkazu przełożonych. -Gdzie jest ta impreza? Na której wyspie? -Tutaj. Na Salsette. Pewnie dlatego kazali mi po was pojechać… -A ile pani opuściła już tej zabawy? -Co? Nie wiem… z godzinę… Thornton odwrócił się do podkomisarza i spojrzał na niego błagalnie. Ten po chwili skinął głową uśmiechając się lekko. -Niech się pani zatrzyma –rzekł uradowany Anglik. -Po co? –;;zapytała szorstko hinduska nie zwalniając ani trochę. -Pojedźmy na te urodziny! –zaproponował Hugh wesoło. –Pani nie straci zabawy, a my poznamy trochę prawdziwego indyjskiego życia! -To niemożliwe. Co panowie będą robić w czasie imprezy? Nie śmiem was zapraszać do środka, a na zewnątrz się panowie pogubią. Thornton szarpnął za kierownicę, na co Arasinha zareagowała odruchowym hamowaniem. Peugeot skręcił z piskiem opon i zatrzymał się na wysokim krawężniku. Miyazaki ponownie wychylił głowę do przodu. -Ale nam to naprawdę nie będzie przeszkadzać, a wiem, że pani na tym zależy… -Owszem, zależy. To urodziny mojego ulubionego bratanka… Ale wtedy złamię rozkaz. -Nikt się o niczym nie dowie –zapewnił Thornton. Arasinha przymknęła na chwilę oczy, po czym wycofała do najbliższego skrzyżowania i skręciła w lewo. -Czemu panowie to robią? -Bo nie chcemy, aby nasza współpraca przebiegała bezosobowo, ze względu na osobiste uprzedzenia… -wyjaśnił niezbyt zręcznie Miyazaki. Po dziesięciu minutach przedzierania się przez wąskie uliczki Bombaju, policjantka zatrzymała swoje małe czerwone auto przy jednej z kamienic, niewyróżniającej się niczym spośród wielu innych stojących przy tej, czy innej ulicy w tej dzielnicy. -Moja siostra mieszka na drugim piętrze –wyjaśniła hinduska. -Bez urazy, ale rzeczy weźmiemy ze sobą… -rzekł Miyazaki rozglądając się niepewnie po ulicy. -Jakiej urazy?! Sama miałam wam to doradzić! Sprawnie wdrapali się na drugie piętro, korzystając z nieco rozklekotanej klatki schodowej. Arasinha zapukała do ciemnobrązowych drzwi zza których dochodziły odgłosy jakiejś imprezy. Drzwi szybko się uchyliły i pojawiła się w nich twarz młodego hindusa, mniej więcej w wieku Arasinhy. -Arasinha? Co ty tu robisz? –zapytał mówiąc językiem gudźarati. -Udało mi się wrócić. Nie cieszysz się? –odrzekła Arasinha w tym samym języku. -Co za głupie pytanie! Ale sądziliśmy, ze jesteś w pracy! -Byłam, ale udało mi się wyrwać wcześniej! Mogę wejść? -Ależ wchodź! Dziewczyna skorzystała z zaproszenia i przestąpiła próg mieszkania. Dwaj policjanci pozostali na klatce schodowej. Nie minęły dwie sekundy, a w drzwiach pojawiła się uśmiechnięta twarz policjantki. -Proszę wejść! Nie bać się! Moja rodzina to nie kanibale! –powiedziała z powrotem przechodząc na angielski. Weszli więc. Zobaczyli nieco wąski przedpokój, w którym stali już Arasinha i młody mężczyzna oraz przez który nagle przebiegło dwoje dzieci. -Proszę! To jest mój brat Pherien, a to są moi koledzy z pracy, Akira Miyazaki i Hugh Thornton. Mężczyźni podali sobie ręce. -Bardzo mi miło –rzekł spokojnym głosem Pherien, gdy jego siostra ustawiała bagaże przy ścianie. –Teraz rozumiem, dlaczego Arasinha musiała wyjść, a teraz czemu udało jej się wrócić. Skazała panów na towarzystwo naszej rodziny… Chyba panów nie lubi… -Jeżeli już, to sami się na to skazaliśmy –odparł Miyazaki. Wtedy do przedpokoju wparowała jakaś pulchna kobieta z włosami spiętymi w ciasny kok. Na widok policjantów wybałuszyła oczy. -Kim oni są?! –ryknęła znowu w języku gudźarati. –Znowu przyprowadziłaś tu jakiś gachów?! Ile razy ci mówiłam?! Żadnych twoich mężczyzn w moim domu! -Ależ matko! To są ludzie z którymi pracuję! Nie sypiam z nimi! Kobieta spojrzała jeszcze raz na dwóch partnerów, którzy jak ogłupiali przysłuchiwali się tej wymianie zdań. Nie rozumieli ani słowa. -W policji indyjskiej nie pracują obcokrajowcy! –zagrzmiała widoczna seniorka rodu. -Pracują, pracują. Poza tym to… a zresztą… Arasinha gestem ręki przywołała do siebie Thorntona i Miyazakiego i dokonała prezentacji. Potem dwaj policjanci poznali jeszcze siostrę, ojca, dwie ciocie i dwóch wujów oraz około pięcioro bliżej nieokreślonych dzieci. -Wie pani co? My się chyba jednak wybierzemy na spacer… Pani matka chyba nie życzy sobie naszej obecności tutaj, czemu trudno się dziwić… -Nie! Jej chodziło o coś innego. Myślała, że jesteście… a zresztą… Po prostu proszę zostać. Proszę o to. -No dobrze… to my się rozlokujemy gdzieś tutaj… -Ależ proszę zasiąść z nami przy stole! Miyazakiemu przeleciał przez głowę obraz całej rodziny Padżunhe spożywającej obiad i ich, nie rozumiejąc ani słowa z ich skomplikowanego dialektu. -Nie. Bardzo dziękujemy, ale my tutaj z boku… Młoda policjantka chyba czytała w myślach japończyka, bo dała spokój. Dwaj policjanci dostali kawę i usiedli przy niewielkim stoliku w kuchni, podczas gdy za ścianą rozbrzmiewały dźwięki świętowania. Thornton otworzył swoją torbę i wyjął małe, zielone pudełko. -Zapomniałem ci pokazać, co kupiłem na lotnisku w Hong Kongu! –powiedział uradowany podając japończykowi tajemniczy przedmiot. -Co to jest? Zegarek? –Miyazaki zmarszczył brwi. -Tak! To Roamer Stingray! Dałem za niego… Jednak nie dokończył, bo w tym momencie do kuchni wpadła pani Padżunhe i utkwiła wzrok w zegarku Anglika. Zaraz za nią wpadł Pherien. Kobieta zaczęła coś mówić, na co mężczyzna próbował ją uciszyć i wyprowadzić z kuchni. -O, co jej chodzi? –zapytał Thornton. -Nadszedł czas wręczania podarków. Przyszła zobaczyć czy coś panowie przynieśliście… Przepraszam za nią –dodał pospiesznie. Na twarzach policjantów odmalowało się głębokie jak Bajkał zmieszanie. -Ależ nie przejmujcie się nią! To wypadek. Chyba za dużo wypiła… -Może nie. Proszę dać chłopcu ten zegarek. -Co? Nie ma mowy! –krzyknął Pherien patrząc na srebrny czasomierz. -Dlaczego? Czy to jakaś zniewaga? –Thornton spojrzał na Miyazakiego jakby ten znał odpowiedź na wszystkie pytania. -Nie, nie. Tylko po prostu wyobrażam sobie wartość tego zegarka, a panowie jesteście tu przypadkiem. Nie pozwolę na to, żeby przez tak głupią sytuację stracił pan tak wartościową rzecz! -Ale ja chcę mu dać ten zegarek! -Pan nie rozumie! –seniorka rodu nie rozumiejąc ani słowa, wróciła do salonu. –Pan nie zna tej dzielnicy! –kontynuował hindus. –Da mu pan to teraz, on to zacznie nosić, jutro go okradną i być może pobiją. Po co to robić? To trudno jest zrozumieć komuś zza granicy, ale taka jest prawda. Anglik spuścił wzrok. -Ile lat ma pański bratanek? –spytał nagle dotąd milczący Miyazaki. -Kończy 14, dlaczego pan pyta? -Czy mógłby wziąć to? –ponownie spytał, trzymając w ręku lśniący szwajcarski scyzoryk. Thornton i Pherien Padżunhe wybałuszyli na to oczy. -N –nóż? –wybełkotał hindus. -Scyzoryk. Przyda mu się. Będzie w sam raz. W razie kłopotów obroni się nim, a chłopcy w jego wieku uwielbiają takie zabawki –wyrecytował Miyazaki tonem akwizytora. -To prawda. Ale jest jeden warunek… Japończyk zrobił zachęcającą minę. -…sam mu pan to da. -Ale… -Koniec rozmowy! -Dobrze. Ale pan będzie tłumaczył, bo ja nie znam hinduskiego. Pherien uśmiechnął się. -Nie ma sprawy! Więc Miyazaki razem z towarzyszącym mu Thorntonem i Pherienem poszedł do salonu i wręczył prezent małemu. Od tej chwili nie mieli już wyboru; musieli siedzieć z całą rodziną. Ale nie żałowali tego ani trochę. Dowiedzieli się na przykład, że Pherien jest znanym reżyserem filmowym, a matka solenizanta jest z zawodu lekarką –okulistką. Bardzo szybko minęło te pięć godzin, kiedy to przyjęcie urodzinowe dobiegło końca, a Arasinha znowu ścinała kolejne zakręty w drodze na prom. Specjalnie nic nie piła, żeby ona i jej pasażerowie przeżyli tę i tak szaleńczą podróż. Dzięki nadejściu nocy, temperatura w mieście się nieco obniżyła, a ruch na ulicach się nieco przerzedził. -Ile mamy czasu? –zapytał Thornton po raz kolejny zmuszony przekrzykiwać mały samochodzik. -A która godzina? Anglik spojrzał na swojego Roamera i odparł: -Za dziesięć dwunasta! -No to mamy dziesięć minut! I to do ostatniego promu! -A ile jeszcze drogi przed nami? Arasinha w odpowiedzi docisnęła pedał gazu do oporu.

* * *

Mosiężny klucz szczęknął w zamku, po czym zniknął w lewej kieszeni marynarki Miyazakiego. -Cześć Hugh –powiedział na widok swojego partnera wychodzącego z drzwi obok. -Witam –odrzekł Anglik przygaszonym głosem. -Marnie wyglądasz… Ale kawa postawi cię na nogi! -Kawa? Dobrze, ale na komisariacie. Chodźmy tam od razu. Miyazaki natychmiast się zgodził; uwielbiał pracę, a wszelkie przerwy w niej uważał za zbędne, nawet jeżeli jego organizm mówił inaczej. Zauważył jednak jakiś dziwny grymas na twarzy partnera. Coś jakby… smutek? -Mogę o coś spytać? -Proszę pytać a nie pytać o pozwolenie na to. -W porządku. Co cię trapi? Anglik zrobił urażoną i zdziwioną minę. Sztucznie, czego Miyazaki nie omieszkał odnotować w pamięci. -O co ci chodzi? -No… -sam nie wiedział. –O twoje samopoczucie… Ciężko to określić. -Źle spałem. To wszystko –uciął Thornton. -Jasne. Ale jeżeli okaże się, że to coś innego, to chętnie cię wysłucham. Spojrzeli po sobie. Gdyby mieli po paręnaście lat, na pewno wybuchliby gromkim śmiechem. Ale obaj byli już dorosłymi mężczyznami i na ich twarzach nie odmalował się choćby najcieńszy uśmiech. Czyżby nie umieli się już śmiać? Używać, wprowadzać we własne życie szczerego śmiechu? Pięć minut później obaj stali przy automacie z kawą. Japończyk popijał z papierowego kubka kawę mocną i czarną jak opony samochodowe i obserwował salę komisariatu, u której wrót właśnie stali; była pełna ludzi, w przeważającej części policjantów, wszyscy biegali z jakimiś wydrukami w rękach lub siedzieli przy komputerowych monitorach. Wyglądało to trochę jak biuro giełdowe, a nie jak komisariat policji. -Wreszcie! –prawie krzyknął Thornton i upił wielki łyk swojej irlandzkiej kawy. -Czy w tym nie ma alkoholu? –zapytał Miyazaki krzywiąc się lekko na widok jasnej piany pokrywającej powierzchnię kubka. -Oczywiście, że nie! –oburzył się Anglik. –Wypij łyk i sam się przekonaj! Podkomisarz obrzucił przyjaciela nieufnym spojrzeniem, ale wziął od niego kubek i upił trochę. -Trochę bez smaku… -Rzeczywiście. Powietrze pozbawione jest smaku… -odparł sarkastycznie wielbiciel irlandzkiej kawy, za co został obdarzony morderczym spojrzeniem przełożonego. -Dobra. Przekonajmy się… Pociągnął wielki łyk z kubka. Jego usta samowolnie wykręciły się w nie opisywalnym grymasie. -Smakuje? –zapytał Thornton i uśmiechnął się. Pierwszy raz tego dnia. -Bardzo. Jest wyjątkowa –odrzekł Miyazaki zjadliwym tonem. -Przepraszam. Inni też potrzebują kawy! –rozległ się za nimi kobiecy, lekko śpiewny głos. -Dzień dobry Arasinho Padżunhe… -Dzień dobry. Rozumiem, że w Hong Kongu dzień również zaczyna się od kubka gorącej kawy? –zapytała figlarnym tonem. -To łączy wszystkich policjantów na ziemi –wyszczerzył zęby Anglik. -Możliwe. Dobra. Bierzmy się do roboty… Po tych słowach ruszyła na salę, a dwaj policjanci za nią. Atrakcyjna dziewczyna minęła jednak zawalone papierami biurka i skierowała się do jakichś ciemnoszarych drzwi. -Co tam jest? -Nasza praca. Przecież nie możemy robić tego tutaj! To jest delikatny temat. Pchnęła drzwi. Oczom zaskoczonych mężczyzn ukazały się niewielkie schody prowadzące na dół, do kolejnych drzwi, które wyglądały jednak solidniej od poprzednich. -Ekstra –skomentował Thornton. Arasinhe puściła tę uwagę mimo uszu i podeszła do drzwi. Wtedy w jej ręce błysnął zielony kartonik przypominający kartę płatniczą. Policjantka jednym ruchem przejechała kartą przez czarny czytnik i jednym palcem wpisała sześciocyfrowy kod zaraz nad czytnikiem. Urządzenie bzyknęło cicho i klawisze podświetliły się na zielono, a drzwi lekko się uchyliły. -Zapraszam do niewidzialnego królestwa! Przekroczyli próg i znaleźli się w niedługim korytarzu ze szklanymi szybami, które okazały się być lustrami. -Ciekawe. -Imponujące! –dodał Anglik. Arasinhe nadal stała przed nimi, tyłem do nich, lecz w odbiciu zwierciadła zobaczyli lekki rumieniec na jej twarzy. -Bez samochwalstwa, ale sama to zaprojektowałam… Obaj mężczyźni wytrzeszczyli oczy. -Miałam kiedyś zapędy architektoniczne… -wyjaśniała dziewczyna coraz bardziej się rumieniąc. Stała teraz przodem do pary policjantów, ci rozejrzeli się wokół siebie, jakby chcąc szybko znaleźć coś interesującego w tafli luster. -Naprawdę ciekawa koncepcja… -szepnął Miyazaki. -Dziękuję… -odparła policjantka wlepiając wzrok w podłogę. -Mam pytanie… -powiedział Thornton. -Tak? -Czy dzięki temu awansowała pani na inspektora? –zapytał niewinnym tonem. Nagle w delikatnych oczach Arasinhe pojawiły się prawdziwe błyskawice zmrożone po chwili przez nieprzenikniony lód. -Mój gabinet jest na końcu korytarza –rzekła mechanicznym, ostrym tonem i ruszyła do właściwych drzwi. -Jeżeli tak ci na niej zależy to takie teksty raczej ci nie pomogą… -Raczej? -Na pewno. Aha i to są lustra weneckie, więc uważaj na to, co mówisz. Okazało się, że czarne linie na powierzchni lustra dzielące je na wiele mniejszych, są drzwiami, bądź zarysami okien albo ścian. Samo biuro hinduski było jasne i interesujące, ale całkowicie bezosobowe i pozbawione ciepła. -Proszę usiąść –rzekła Arasinha wskazując dwa krzesła przed własnym biurkiem. Gdy posłusznie usiedli, ona sama również usiadła i przekręciła swój monitor tak, aby wszyscy widzieli jego obraz, przedstawiający jakieś pełne cyfr tabele. -Co to jest? –zapytał Thornton. -Konta, przelewy, wpłaty, wypłaty… -Konta państwa Jinnah? –ponownie zapytał Thornton. -Tak. A po cóż by nam były inne? Anglik zrobił speszoną minę. -Ale proszę nam to wytłumaczyć. Co prawda nie jesteśmy głupi, ale sprawy bankowe są poza naszymi kompetencjami… -rzekł Thornton, jakby chcąc naprawić gafę sprzed chwili. -Tylko pościgi i strzelaniny? –odrzekła policjantka patrząc mu prosto w oczy. -Jeszcze uwodzenie świadków płci pięknej… Miyazaki uśmiechnął się w duchu. Czyżby Thornton znalazł wreszcie kobietę swojego życia? Przez kolejne dziesięć minut Arasinhe mówiła bez przerwy, za to dwaj policjanci bez przerwy milczeli słuchając objaśnień nowej partnerki. Gdy wreszcie skończyła, Miyazaki nie mogąc zamknąć szeroko otwartych ze zdziwienia oczu zapytał: -Zaraz… Czy nie ma błędu w tych obliczeniach? -Nie. Są to dane sprawdzone. -Czyli majątek Jinnahów wynosi dwadzieścia dwa miliardy sześćset dwadzieścia pięć milionów dolarów amerykańskich? Arasinhe spojrzała na monitor. -W zaokrągleniu tak. -O kurwa. -Owszem, całkiem pokaźna suma. W dodatku wciąż się powiększa… Ich firmy dobrze prosperują. Miyazaki spojrzał na Thorntona. Ten zrobił to samo. -Musimy skontaktować się z Hong Kongiem… Teraz –nieomal wyszeptał Anglik.

-Co?! Już wiecie? -Tutejsza policja obserwuje ich interesy od dłuższego czasu. Są na bieżąco. -To mnie przerasta. Thornton, niech pan poczeka. Zaraz do pana oddzwoni przewodniczący Suil. -W porządku. -A, co z identyfikacją? -Nic panie kapitanie. Brak postępów. -Dobrze. Pozostajemy w kontakcie. Dobra robota Thornton. -Dziękuję panie kapitanie. -Dobra, czekaj na telefon. -Dobrze. Do widzenia. Po trzech minutach Thornton znowu trzymał telefon przy uchu. -Dzień dobry. Czy to jest bezpieczna linia? -Tak sądzę. -Niech będzie. Tu Suil. Zaoizuihang mówił, że zrobiliście postępy… -Znamy wysokość majątku małżeństwa Jinnah. -Tak szybko?! -Tak –Thornton postanowił przemilczeć wkład indyjskiej policji. -Świetnie! Czy to pewna wiadomość? -Sprawdzona. -Świetnie! A więc jaka to kwota? Thornton powiedział, jednak Suil nie wydawał się zaskoczony. -To dobra wiadomość. Naprawdę dobra Thornton. Musicie przejąć tę forsę. Już tworzymy wam konta w różnych bankach, na całym świecie. -No dobrze, ale nie wiem czy to jest takie proste… -Spokojnie. Mam zaufanych ludzi w Indiach… -Aha… Rozumiem –odparł Thornton spokojnym tonem, jednak jego myśli już powędrowały do Arasinhe. Można by pomyśleć, że ostatnio myśli o niej zbyt często, ale tym razem była to myśl całkowicie służbowa; czy Arasinhe jest agentką Suila? -Dobra Thornton. Informuj mnie o postępach. A Zaoizuihanga możesz przy tych raportach pominąć… A, właśnie! Zapomniałbym! Pozyskaliśmy nowe informacje. Według pewnego pracownika Banku Indyjskiego, większa część pieniędzy Jinnahów, znajduje się właśnie w ich banku. Reszta znajduje się w pozostałych bankach na całym świecie, w tym w Szwajcarii. Wedle jego słów, wszelkie operacje na tym koncie są zablokowane. Do modyfikacji, uprawniony jest tylko jeden komputer na świecie, zawierający odpowiednie hasła dostępu. -Pałac Jinnahów? -Dokładnie. Dlatego polecicie tam i zdobędziecie te kody. I to jak najszybciej. -Co?! Mamy włamać się do pilnie strzeżonego budynku?! Bądźmy szczerzy -jesteśmy z podkomisarzem naprawdę dobrymi glinami, ale złodziejskimi amatorami! -Poradzicie sobie. Na razie przynajmniej się rozejrzyjcie… -Dlaczego nie może pan posłać tam odpowiednich specjalistów? Na pewno kogoś by pan znalazł! Po drugiej stronie zapanowało milczenie. -Dlaczego?! -powtórzył Anglik. Tym razem odpowiedział mu szybko pikający sygnał.

-Dlaczego lecimy helikopterem? –zapytał Miyazaki -Bo jest najszybciej. Samolot nie wchodzi w grę, stacja kolejowa też jest zbyt oddalona, a samochód… po prostu bezsens. Ale wciąż uważam, że cała ta akcja jest bezprawiem –powiedział Arasinha. -To jest część naszej misji. Poza tym, to pani nie musi z nami lecieć –odparł Miyazaki. -Nie muszę, ale chcę. Ta wasza sprawa jest bardzo intrygująca. -Intrygująca? Skoro pani tak mówi… Ile będziemy lecieć? –spytał japończyk obrzucając śmigłowiec nieufnym spojrzeniem. -Najwyżej trzy godziny, ale pilot będzie wiedział lepiej. -Istotnie. Doszedł do nich Thornton. Podszedł, spojrzał szybko na Akirę Miyazakiego i wyrzekł: -Będziemy musieli porozmawiać. Później. -Dobrze. Lećmy już, lepiej mieć to za sobą. W helikopterze był takim hałas, że darowali sobie wszelkie rozmowy i zajęli się obserwowaniem Bombaju z góry. Maszyna bezlitośnie rozdmuchiwała wszelkie chmury różnych substancji unoszące się nad miastem. Lot trwał nieco ponad trzy godziny i przebiegał ponad zaludnionym miastem, które z czasem zmieniło się małe miasta, potem we wsi i lasy. Wreszcie spoceni, zmęczeni podróżnicy dostrzegli niewielkie miasto otoczone zewsząd puszczą, która z tego punktu widzenia przypominała naturalne mury obronne w zielonym kolorze. Maszyna skierowała się do jednego z budynków, który z mniejszej odległości okazał się być szpitalem miejskim. Pilot wylądował na dachu szpitalu; na lądowisku dla śmigłowców ratowniczych. Policjanci szybko chwycili swoje torby, Thornton wziął torbę od Arasinhe i wyskoczyli na dach szpitala, zaraz później maszyna ponownie wzbiła się w powietrze i po paru minutach zniknęła im z oczu. -Wyląduje na polach za miastem –wyjaśniła Arasinha. Weszli do środka; w wejściu już czekał na nich sanitariusz najwyraźniej powiadomiony o całej sprawie. Szybko przeszli przez zatłoczony szpital, zauważając jednocześnie bardzo wysoki poziom nowoczesności. -Zapewne Jinnahowie pokryli koszty budowy tego szpitala… -rzekł Miyazaki przepychając się przez tłum małych dzieci przebywających tu najwyraźniej na badaniach kontrolnych. -Ten i inne w całym kraju. Państwo Jinnah to jedni z największych filantropów w Indiach. Od wielu lat pomagają biednym… Obaj mężczyźni specjalnie nie patrzyli w tej chwili na młodą policjantkę. Jakoś nie mieli ochoty jej mówić, że te dwie niezwykle szanowane osoby prawie na pewno są lub raczej były bezlitosnymi zabójcami. Bajeczka, jaka z przymusu została opowiedziana pannie Padżunhe mówiąca, że Miyazaki i Thornton po dokonaniu tych zniszczeń w Hong Kongu zostali niejako karnie wysłani do Bombaju w celu wyjaśnienia pewnych „problemów” związanych z dużą dotacją dla miasta była dość wiarygodna; cała policja Hong Kongu została zobowiązana do ewentualnego krycia obu policjantów na wypadek jakiegoś telefonu z indyjskiej policji. Po wyjściu ze szpitala znaleźli się nieopodal niewielkiego rynku, przy którym stał między innymi niewielki hotel „Kurma”; tam zamierzali się zatrzymać. -Co to znaczy Kurma? –zapytał Miyazaki. -Żółw –odrzekł Thornton wchodząc w słowo Arasinhe. Podkomisarz spojrzał na partnera zdziwiony. -Czytałem słowniczek w samolocie –powiedział szybko Anglik. Zajęli trzy pokoje znajdujące się na jednym piętrze. -Dobra. Proponuję zacząć jutro, dzisiaj, choć trochę odpocząć –rzekł Miyazaki stojąc pod drzwiami do własnego pokoju. Thornton skinął głową i wszedł do swojego pokoju. Arasinhe podeszła do japończyka. -Myślałam, że bardzo panu tu spieszno… -I owszem, ale ta podróż była męcząca. Poza tym uważam, że to jest bardzo ładne miasto, i możemy zostać tu dzień dłużej. Chyba, że to dla pani kłopot… -Nie, nie! Wszystko w porządku, pewnie ma pan rację… Miyazaki uśmiechnął się i nacisnął klamkę własnych drzwi, Arasinha chwyciła go jednak za ramię. -Mogę o coś zapytać? -Zawsze –odparł, ale mimowolnie zmarszczył brwi. -Czy sądzi pan, że pan Thornton również jest tak zmęczony, że wieczorem nigdzie go nie wyciągnę? Miyazaki tylko wielką siłą woli powstrzymał się od uśmiechu. -Och. Ciężko powiedzieć, musi pani sama sprawdzić. -Sama? O nie! Mam swoją dumę! -On też –odrzekł japończyk i wszedł do pokoju zamykając za sobą drzwi.

-Słuchaj, ona może pracować bezpośrednio dla Suila! Być jego agentką albo coś w tym stylu… Ale to i tak nie wszystko! Thornton opowiedział partnerowi rozmowę z przełożonym. Miyazaki spojrzał w okno. Nie minął jeszcze kwadrans od jego rozmowy z Arasinhe, a on już stał w pokoju Thorntona uzgadniając wieczorny plan włamania. -To by wyjaśniało parę spraw… -powiedział mgliście. -Na przykład? -Na przykład na lotnisku, gdy ty rozmawiałeś z Suilem, ona się tłumaczyła, dlaczego koniecznie chce z nami lecieć… -Ale przecież nie mogła wtedy wiedzieć, że jedziemy do Jinnaharl po coś jeszcze… -Mówisz o tym, że poza udowodnieniu morderstwa ‘wielkim filantropom’, zamierzamy ich też okraść? -Tak, ale w twoich cynicznych ustach brzmi to jeszcze gorzej. -Czyli Arasinhe może pracować dla Suila. Może też być agentką w służbie kogoś, kto wie to co Suil i też ma ochotę na tę forsę… -Może też być ostatnią sprawiedliwą policjantką w międzynarodowym gronie, nieświadomą niczego dziewczyną. -Byłoby miło, czyż nie -Miyazaki uśmiechnął się ponuro. -Byłoby. -Wiesz mam dla ciebie jeszcze jedną wiadomość, ale nie wiem czy ona ma w ogóle jakieś znaczenie w tej sytuacji… -Mów, o co chodzi. -Pierdoła, chociaż teraz… Zaraz po twoim wejściu do pokoju, ona zapytała, czy dasz się dzisiaj gdzieś wyciągnąć… Twarz Thorntona rozjaśniła się i po sekundzie zgasła ponownie. -Ale przecież dzisiaj… -Otóż to. -Porozmawiam z nią. Teraz -powiedział Thornton i opuścił pokój.

Miasto Jinnaharl, choć w pełni indyjskie, wydawało się mieć klimat europy. Taksówkarz niespiesznie mijał ludzi niosących jakieś flagi i sztandary, wokół rozbrzmiewała muzyka ludowa. -Jakiś festiwal czy co? –zastanawiał się Miyazaki patrząc przez okno na okryte nocą czyste niebo rozświetlane co chwilę sztucznymi ogniami. Nagle kierowca odwrócił się i ku zdziwieniu dwóch policjantów okazał się być Anglikiem, co Thornton natychmiast rozpoznał. Młody taksiarz uśmiechając się powiedział: -To jest Miesiąc Wyzwolenia. -Co? Co to jest? Kierowca jeszcze zwolnił, zanosiło się na dłuższą opowieść. -Dokładnie siedemset czterdzieści cztery lata temu Mohandas Ali –Jinnah, książę prowincji Jinnaharl zbuntował się przeciwko afgańskim najeźdźcom i zorganizował rewolucję, małą wojnę domową, którą rozpoczął krucjatę ku nowym Indiom. Zjednoczonych wobec wroga. To właśnie jego podobizny są na tych transparentach. Od tego czasu, co rok ludzie świętują to wydarzenie z paroma małymi przerwami. Thornton spojrzał na najbliższy sztandar i poczuł, że za chwilę coś rozsadzi go od wewnątrz. Zmrużył oczy z niedowierzania po czym krzyknął: -Niech pan natychmiast się zatrzyma i poczeka! Pojazd posłusznie się zatrzymał, a Thornton wyskoczył z niego jakby oparzony. Podbiegł do jednego z licznych straganów szybko kupił małą flagę z wizerunkiem bohatera narodowego, wrócił do samochodu i taksówka znów ruszyła. -O co ci chodziło? Po co ci to?! -Na pamiątkę –odparł Anglik lecz rzucił Miyazakiemu ostrzegawcze spojrzenie. Dalej jechali już w milczeniu. Gdy dojechali do celu, czyli do wejścia do pałacu Jinnahów, taksówkarz dostał suty napiwek za opowieść, dwaj policjanci wtopili się w tłum ludzi stojący przed bramą i odczekali chwilę. Potem niepozornie przeszli na drugą stronę drogi, całkowicie opustoszałą i zniknęli w mroku zarośli. Następnie w dół delikatnego zbocza, po drodze mijając jakiegoś rowerzystę i za mur pałacu. -Jeszcze kilkanaście metrów… -szepnął Miyazaki patrząc w świetle fajerwerków na jakąś dużą kartkę, która okazała się być mapą, a właściwie to planem pałacu Jinnahów, przefaksowaną przez Suila. Szli jeszcze chwilę, aż Miyazaki zatrzymał się i odskoczył od muru wprost w zarośla. Thornton zrobił to samo i obaj poczuli, że stoją w jakimś błocie, a także zobaczyli przed sobą nienaturalnie równą ścianę roślin. Anglik chwycił parę soczystych pnączy i pociągnął. Ich oczom ukazała się zardzewiała, ale wciąż potężna krata. Thornton oczyścił całą kratę i okazało się, że stoją u wylotu szerokiej rury o średnicy 150 centymetrów. -Teoretycznie w tym starym systemie kanalizacji nie ma alarmu -rzekł Miyazaki. -Akira, muszę ci coś powiedzieć… -szepnął Thornton piłując już górne uchwyty kraty. -To nie jest najlepsza pora… -Ale to jest wyjątkowo ważne. -Dobra, to mów. To ma związek z tą flagą? -Nierozerwalny. -Więc? -Nasz zabójca to Mohandas Ali –Jinnah. Ten z flagi. Miyazaki w ogóle się nie przejął, nad ich głowami rozległ się huk wystrzału, zielona gwiazda rozświetliła niebo i zniknęła. -Co jest? Nie rusza cię to? -Hugh, to jest niemożliwe. Ale nasz zabójca to jego przodek, mogą być podobni… -Ale oni są identyczni! –ryknął Thornton. –Widziałem te zwłoki w kostnicy! Miałem czas żeby się przyjrzeć, jestem pewien! -To może mi wyjaśnij jak to możliwe, co? -Tego jeszcze nie wiem… Miyazaki milczał. Minęło około pięciu minut, gdy krata chwiała się delikatnie. -Dobra. Poczekajmy na eksplozję… Dokładnie w tej samej chwili na niebie pojawiło się złote J, czemu towarzyszył wielki huk. Thornton skoczył na kratę wystawiając do przodu bark i wpadł do rury razem z kratą. -Dobra robota Hugh –pochwalił Miyazaki po czym sam wszedł do środka rury. -No i rzeczywiście nie ma alarmu… -Trochę tu brudno –skonstatował Anglik zrzucając ręką śmierdzący szlam pokrywający jego ortalionową kurtkę sportową. -Dobra, chodźmy dalej. Uważnie stawiaj kroki –syknął cicho Miyazaki. Przeszli około stu metrów planując każdy krok. Panowała cisza, słychać było tylko ich zdyszane lekko oddechy i kroki. Nagle coś chrupnęło, Thornton spojrzał pod nogi i w świetle latarki ujrzał powstającą sieć pęknięć w rurze pod nim. Anglik nie zdążył nawet westchnąć, gdy runął w dół. Miyazaki instynktownie skoczył do tyłu, lecz jego partner zniknął w ciemnościach, tylko na chwilę rozświetlone przez niewielką latarkę. Miyazaki z rozpędu poślizgnął się i upadł w nieprzyjemny szlam i krzyknął: -Thornton! Hugh, jesteś tam? Wszystko w porządku? W odpowiedzi usłyszał przeciągłe „o kurwa” i uśmiechnął się. Ale tylko na chwilę. Znów usłyszał chrupanie i poczuł, że za sekundę dołączy do partnera. Osunął się w dół, lecz nawet nie zdążył nabrać wysokości, gdy był już na ziemi. Wylądował na podkurczonych nogach czując jedynie lekki ból stawów. Rozejrzał się szybko dookoła. Zobaczył niewielką salę z kamiennym sklepieniem. Sala była oświetlona promieniami księżyca wpadającymi jakby przez okno w suficie. Na ziemi stały dwie skrzynie, skąpane w świetle. Ale gdzie jest Thornton? -Thornton? Gdzie jesteś? -Tutaj… Miyazaki ujrzał rękę wystawioną z jednej ze skrzyń. Jako, że stał zaraz przy niej podszedł i zobaczył Anglika leżącego w środku. -To jest grobowiec… -usłyszał japończyk. Po chwili sierżant wygrzebał się z pułapki i stanął obok Miyazakiego. -Tak… Istotnie… -wyszeptał podkomisarz wodząc palcem po bocznej ścianie grobu, po jakiś wyrytych na niej napisach. Thornton kucnął obok i zdecydowanie dmuchnął w zakurzony kamień. -O miłosierny Jezusie… -O co chodzi Thornton? -To jest grobowiec Mohandasa Ali –Jinnaha… Miyazaki wytrzeszczył oczy. Nagle usłyszeli coś. Miarowe stukanie, gdzieś nad nimi. Stukanie jakby zwielokrotnione przez echo…

-Czy ja dobrze rozumiem? Chcesz ze mną wieczorem wyjść, ale nawet o to nie poprosisz, bo jesteś zbyt zmęczony? Thornton spuścił głowę; dopiero, gdy usłyszał to od innej osoby niż on sam, zrozumiał, jaki ten plan jest beznadziejny, ale teraz nie było odwrotu, trzeba było brnąć dalej. -Tak to wygląda… -Był u ciebie podkomisarz Miyazaki? Było to pytanie najmniej przez Thorntona spodziewane, ale szybko uformował sobie odpowiedź: -Nie. -Aha. Czyli tak po prostu pomyślałeś sobie, że mnie zaprosisz na przykład do kina, a ja się zgodzę, tyle, że ty i tak nie pójdziesz? -Eee… Chciałem cię gdzieś zaprosić już w Bombaju, ale nie było czasu… -A teraz jest?! -Nie było rozmowy –uciął Anglik i wyszedł. -W takim razie idę sama. Miesiąc Wyzwolenia jest tylko raz w roku, więc skoro już tu jestem… A więc prawie sześć godzin później Arasinha ubrana w zwiewną sukienkę w kwiaty, bardzo podobną do tej, którą miała na sobie podczas pierwszego spotkania z policjantami, przechadzała się pomiędzy kolorowymi straganami i wdychała świeże, czyste powietrze obserwując ludzi. W pewnym momencie zobaczyła, że z jej hotelu wychodzi dwóch facetów; jeden niski, ale szczupły japończyk, drugi wyższy, może przystojniejszy Anglik. -Miyazaki i Thornton? Dwaj mężczyźni skierowali się do taksówki i odjechali. Arasinha odprowadzała ich wzrokiem dopóki pojazd nie zniknął w tłumie. Wtedy poczuła jakieś dziwne podniecenie. Rozejrzała się dokoła i zobaczyła starego hindusa siedzącego na ławce i najwyraźniej odpoczywającego. Obok stał chyba tak samo jak właściciel stary rower. -Dzień dobry… Mam do pana taką małą prośbę… -zagadnęła po hindusku. -A o co chodzi? –zapytał wyciągając drewnianą fajkę. -O pana rower… Muszę go kupić lub wynająć. Na dzisiejszy wieczór. -Ile pani daje? -No… -Arasinha spojrzała do swojej torebki zastanawiając się ile jest warta tajemnicza wyprawa dwóch policjantów. -20 rupii? Hindus uśmiechnął się z fajką w zębach. -30 i ma go pani na całą noc. Mnie się i tak nie przyda… Dziewczyna lekko westchnęła, wyciągnęła żądaną sumę i podała ją palaczowi. Rower był zwinniejszy niż samochód, toteż Arasinha nie martwiła się o zgubienie taksówki jadącej w nieznanym kierunku. Po paru minutach zobaczyła ją. Ku jej zdziwieniu samochód stał w miejscu. Wtedy z tłumu wyłonił się Thornton i wskoczył do środka, a taksiarz ruszył. Jechali tak z piętnaście minut. Gdy opuścili już zapełnione ludźmi centrum miasta, taksówka znacznie przyspieszyła, ale hinduska się o to nie martwiła; ta droga prowadziła tylko w jedno miejsce. Dojechała do murów pałacu Jinnaharl i zobaczyła tłum ludzi tłoczący się przed wejściem. Zobaczyła jednak również coś innego: dwie postacie zmierzające jakby do miasta, ukrywające się w cieniu drzew. Znalazła ich. Co chwila się oglądając przejechała jeszcze trochę, aż dotarła pod samo wejście do pałacu. Postacie zniknęły za murem; więc i ona tam pojechała. Rower zostawiła w krzakach. Szła wydeptaną ścieżką wzdłuż ściany, nagle ślady zniknęły, ale po prawej stronie ujrzała „dziurę” w krzakach. Poszła tam, zsunęła się lekko na dół i znalazła się przed szeroką rurą. Ze środka dobiegał odgłos jakby kroków, więc Arasinha już widziała co zrobi: cicho weszła do kanału. Nagle usłyszała jakiś stłumiony krzyk, zobaczyła jakieś świetlne refleksy, po czym jeszcze jakiś głos, trzask i cisza. Poszła więc dalej, starając się, aby jej kroki brzmiały jak najciszej, chociaż średnio jej to wychodziło. Odruchowo chwyciła za broń -A jeśli to nie są dwaj policjanci tylko złodzieje? -Ale nie chwyciła za żadną kolbę bo jej tam po prostu nie było. Cholera –pomyślała, ale poszła dalej. Nagle zobaczyła przed sobą światło bijące z ziemi i czyjeś głosy, poznała właścicieli. Nagle głosy ucichły, a ona nachyliła się nad wyrwą i spojrzała w dół. Zobaczyła dwóch mężczyzn stojących w półmroku z wyciągniętymi do przodu rękami. Bez wątpienia do niej celowali.

Nakierowali broń wprost na otwór, a ich palce czule gładziły zimne, metalowe spusty. -Zaraz! To ja! Arasinha Padżunhe! –usłyszeli. -Jesteś sama? –zapytał Thornton. Z podniecenia grobem nie pamiętał ile kroków usłyszał. -Taa… Usłyszeli znajomy trzask i zobaczyli ludzką postać wsuwającą się gwałtownie do sali i zawisnęła na rękach trzymając się niepewnej krawędzi rury. Thornton schował broń do kabury i podskoczył pod nią wyciągając ręce. -Opuść się! -Dobrze. Ale w tym momencie urwał się kolejny kawałek przerdzewiałego metalu i Arasinha opadła wprost w ramiona Thorntona. Gdy wylądowała na ziemi wyglądało to tak, jakby ją obejmował… -Heh. Nasza pierwsza randka… w grobowcu starego hindusa! –rzekł Thornton z uśmiechem. Policjantka spojrzała na niego dziwnie i uniosła brwi po czym wyrwała się z uścisku. Miyazaki schował broń i spojrzał nieufnie na Arasinhe. -Musimy sobie parę rzeczy wyjaśnić… -rzekł spokojnym głosem. -O tak –odparła dziewczyna. -Co pani tu robi? Czyje rozkazy pani wypełnia? Dlaczego pani z nami poleciała? -Dlaczego mnie panowie okłamali? Co jest pańskim prawdziwym zadaniem? Co panowie tu robią? Ta wymiana pytań co najmniej zbiła z tropu Miyazakiego, który nie przywykł do takiego zachowania. -Najpierw ty odpowiedz –powiedział Thornton do hinduski, a Miyazaki mimowolnie szukał okazji, kiedy to oboje zaczęli być na „ty”. Arasinha obrzuciła Anglika chłodnym spojrzeniem i zaczęła mówić. -Jestem tu, ponieważ zobaczyłam panów jak wychodzicie z hotelu i wsiadacie to taksówki. Chciałam zobaczyć, co was skłoniło do opuszczenia hotelu, choć byliście tacy zmęczeni… Moim przełożonym jest Mohammad Mabur, szef policji w Bombaju. A poleciałam z wami dlatego, bo szczerze mówiąc to kazał mi zrobić mój szef… Miyazaki i Thornton spojrzeli po sobie. -Teraz wy –rzuciła wyzywającym tonem. -Dobrze. Jesteśmy tutaj, ponieważ szukamy zabójców z Hong Kongu… A raczej potwierdzenia ich tożsamości. -I co? Myślicie, że to ktoś z ich służby? Trochę dziwne, ale możliwe. -Okłamaliśmy panią –mówił Miyazaki jakby Arasinha w ogóle się nie odezwała. – Ponieważ pani nie ufamy. -O! Jest pan bezpośredni… Ale dlaczego mi nie ufacie? -Czy pani przełożony prosił o relacjonowanie naszych poczynań tutaj? -Tak. Taki nadzór. -Co pani mówi nazwisko Suil? –zapytał Thornton patrząc indagowanej prosto w oczy. -Nie znam takiego nazwiska –odpowiedziała wolno. -Mylimy się i mamy rację jednocześnie –rzekł Thornton do Miyazakiego. -No dobra –japończyk zwrócił się do hinduski. –Rozwiązujemy niezwykle dziwną i ciekawą zagadkę kryminalną. Może nam pani pomóc, albo przeszkodzić. Szukamy potwierdzenia faktu, że zabójcami z Hong Kongu są pan i pani Jinnah. -Co?! To niemożliwe! -Nie może pani wyjawić tej informacji nikomu. Zwłaszcza przełożonemu! -A –ale dlaczego? -W wyniku ciągu różnych zdarzeń trafiliśmy pod skrzydła najwyższych urzędników policji Hong Kongu, którzy wysłali nas tutaj. Pani szef także z nimi współpracuje. Gra toczy się o setki milionów dolarów. Cała sprawa jest wyjątkowo delikatna, stąd ta cała konspiracja. Niech pani wybaczy nieskładność tej wypowiedzi ale sami nie wiemy wiele więcej. -O matko…Ale po której stronie wy stoicie? -Po własnej. Jeszcze o tym pomówimy, ale to nie jest czas ani miejsce… -Aha. Fajnie. Właśnie. Gdzie jesteśmy? -To chyba jest krypta z grobami Mohandasa Ali –Jinnah i jego małżonki… -Akmitsary! Niesamowite! Więc to jest jednak prawda! -Prawda? -Po prostu według takiej opowieści, prawie legendy, każde pokolenie z rodu Jinnah jest chowane w krypcie pod pałacem. Po pochówku grobowiec zostaje zapieczętowany na wieki! -Czyli takich krypt jest więcej? -Znacznie więcej! Są ich dziesiątki! -A więc mamy wielkie szczęście! Muszę zweryfikować moją teorię! –rzucił Thornton. -Jaką teorię? -Ten narwaniec myśli, że tymi zabójcami są właśnie spoczywający tutaj Mohandas i jego żona… -Co do żony to nic nie mówiłem, ale księcia jestem pewien! Cała trójka podeszła do uszkodzonego grobu. Arasinha zajęła się oglądaniem nagrobka, Thornton próbował przesunąć popękaną płytę nagrobną. -Akira, pomóż mi, bo sam nie dam rady! -Cholera jasna Hugh, czy ty wiesz co robisz? Bezcześcisz grób bohatera narodowego i to w jego własne święto! Thornton zerknął na kucającą u jego stóp policjantkę i odparł: -Trudno. Nawet się nie dowiedzą… Arasinhe, odsuń się z łaski swojej… Dziewczyna posłusznie wstała i wytrzeszczyła oczy na widok czynności wykonywanej przez policjantów. -Co wy robicie?! -Bawimy się w Indianę Jonesa! Arasinha zamilkła, ale jej twarz wyrażała ostateczne zrezygnowanie. -Słuchaj, skoro nie ruszają tego od setek lat, to to nie zrobi różnicy… Nie odezwała się. Po prostu stała z tyłu i patrzyła. Pokrywa drgnęła lekko. Po paru mocnych pchnięciach i głośnym sapaniu, wieko grobu zsunęło się w bok i z głuchym łomotem opadła na ziemię rozbijając się na kilka kawałków. Zajrzeli do środka. Zobaczyli pożółkły szkielet ludzki w nienaruszonym stanie. -Niemożliwe! –prawie krzyknął Miyazaki. -O co chodzi? –spytała Arasinha. -No… Ten szkielet… powinien być zniszczony, prawda? -Te grobowce są bardzo dokładnie zrobione. Prawie hermetyczne. Niesamowicie powstrzymują rozkład… -powiedział Arasinha tonem znawcy. –Dziwne jest raczej to, że ten grobowiec zawiera te ciała… W moim kraju, w tamtych czasach, władcy nie byli tak chowani, tylko spalani na stosach pogrzebowych. To chyba jedyny ród w całych Indiach, który jest tak grzebany… Thornton wpatrywał się w szkielet. Wodził wzrokiem po wszystkich kościach, zafascynowany. Wtem jego wzrok wpadł na ręce rzekomego władcy… -Co?! Te zwłoki nie mają kości przedramienia! –krzyknął. -Co z tego? –zapytał Miyazaki także patrząc na wybrakowaną kończynę. -No… -Anglik speszył się. Właśnie znalazł dowód na to, że w kostnicy w Hong Kongu leżały zwłoki inne od tych, które teraz miał przed oczyma. Nagle uderzyła go oczywistość tego faktu, ale nie zamierzał się przyznawać do błędu. –To trochę dziwne, prawda? Ta brakująca kość… -No nie wiem czy takie dziwne… -zagadnęła Arasinha. –W tamtych czasach braki w układzie kostnym były powszechne… -Mam pytanie –rzekł Miyazaki, ucieleśniając myśli Thorntona. –Skąd pani o tym wszystkim wie? -No… Przed wstąpieniem do akademii policyjnej, studiowałam historię Indii. Przez dwa lata. Potem to rzuciłam… Obaj zmierzyli ją zdziwionym spojrzeniem. Zastanawiali się, ile jeszcze się dowiedzą o tej pięknej dziewczynie… -Cóż Thornton… chyba jednak myliłeś się. Walczyliśmy z obecnym pokoleniem rodu Jinnah. Anglik przyznał mu rację, choć w głębi ducha uważał, że jednak ma rację. Nadal sądził, że zabójcą z Hong Kongu jest osoba, która powinna spoczywać w tym grobie. Ale obecnie pewien był tylko jednego: że ta myśl nie da mu spokoju, aż do końca sprawy, albo dłużej. -No dobrze… Teraz radziłbym wydostać się stąd –powiedział Miyazaki. -Tak… co za niesamowite zjawisko! –krzyknęła Arasinha. –Jakim cudem to światło księżyca tu dociera? Cała trójka spojrzała na sklepienie komnaty; rzeczywiście z trzech punktów w suficie biło jasne światło. -Nie mam pojęcia, ale dowiemy się tego jutro, kiedy porozmawiamy z mieszkańcami tego pałacu… -Dobra, chodźmy stąd. -Jak? -Tak samo jak przyszliśmy. Przez rurę. Ja podsadzę najpierw ciebie, potem Akirę i sam wejdę z waszą pomocą. Plan udał się dopiero za drugim podejściem, ponieważ za pierwszym, Miyazaki spadł razem z kolejnym kawałkiem skorodowanej rury, z powrotem do grobowca. Wreszcie cała trójka znalazła się na drodze do wyjścia. -Teraz musimy dostać się do miasteczka… -rzekł Miyazaki wychodząc na powietrze. -Mam rower… -Trzyosobowy? -Lepiej zawołać taksówkę… Wyszli na ulicę. Przed nimi nadal stał tłum fanów Jinnahów, ale taksówki nie było w zasięgu kilometra. -Proponuję spacer… -rzekł Miyazaki. -Może pan weźmie mój rower? Miyazaki spojrzał na policjantkę i siłą woli powstrzymał swoje usta od wygięcia się w figlarnym uśmiechu. -No dobrze… -powiedział tylko, wyciągając rower z krzaków. Japończyk wsiadł na niego i skierował w stronę miasta. -Zobaczymy się w hotelu… Jutro –dodał mrugając do przyjaciela. -Jeszcze zobaczymy –odparł Anglik i już patrzył na szybko znikający w mroku cień podkomisarza, po czym sam ruszył w dół drogi ciągnąc za przegub zmęczoną dziewczynę, patrząc na jej oświetloną księżycowym blaskiem twarz i zastanawiając się, jak hinduski reagują na pocałunek na pierwszej „randce”…

ROZDZIAŁ 3 DROGA DO JHAWAR

Mędrzec powstał. Wraz za nim zrobił to cały tłum, znajdujący się za nim. Słońce, które wzeszło przed niespełna godziną, ogrzewało wilgotną po deszczu ziemię. Starzec przemówił: -Modlitwa zakończona –powiedział, bo mówił to codziennie; po każdej modlitwie ogłaszał jej zakończenie, choć ludzie sami wiedzieli, kiedy następował koniec. –Podziękowaliśmy Pardżanji za zesłanie deszczu, oraz kolejny raz poprosiliśmy bogów o pomoc w sprawie najeźdźców, tym razem jednak głęboko wierzę, iż znajdzie się w Madrasie ktoś, kto dostąpi błogosławieństwa Śiwy i stanie na drodze plugawym afganom! Po tych słowach ludzie rozeszli się. Przy skromnej świątyni ku czci Wisznu pozostało tylko troje osób. -Przyszedł czas na nasze odejście… Składamy na twe ramiona tysiąckrotne „dzięki”. Pamiętaj szlachetny Bhutto, Wisznu nie zapomina takich uczynków. Ja również wierzę, że Śiwa sprowadzi tu kogoś, kto zniszczy wroga, dając mu godziwą zapłatę za jego czyny. Jestem tego pewien. Starzec spojrzał na niego dziwnie, ale nie wyrzekł w tym temacie już ani słowa. -Idźcie, więc, i niech światło bogów opala wasze skóry wędrowcy. Strzeżcie się złego… Mohandas uśmiechnął się, skinął głową i odszedł. Tyoie ruszyła bez zwłoki za nim. -Mogę o coś zapytać? –odezwała się po kwadransie od opuszczenia wioski. -Droga Tyoie… Zawsze pytaj! Nie lękaj się mnie. Spróbuj, chociaż uważać mnie za swojego przyjaciela, a nie tylko za władcę twojego domu… Dziewka spuściła wzrok, spłoniona. Nie wiedziała, co na to odpowiedzieć, więc milczała. Ciszę ponownie zakłócił Mohandas: -Czyżbyś miała do mnie pytanie, czy mnie słuch mami? –zapytał z uśmiechem. -No tak… Miałam pytanie, ale nie ośmielę się go zadać… -Czy widziałaś mnie już w gniewie? -Nie, nie na własne oczy… -A, więc przysięgam ci, na wszystko, co ważne w moim życiu, nie chcesz mnie w tym stanie zobaczyć… Więc nie denerwuj mnie w ten podstępny sposób, tylko wyjaw za czym twoje myśli ganiają. -No… dobrze. Zastanawiałam się tylko, czy kiedy mówił pan do tego mędrca, że jest pan pewien, że znajdzie się wybawca Indii, to mówił pan poważnie, czy tylko rozpalał nadzieję w sercu starca? Książę spojrzał na nią z góry. Tyoie pochwyciła to spojrzenie i skarciła się w duchu za popełniony błąd. Tymczasem, gdy Mohandas odezwał się, jego głos był spokojny jak zawsze. -Jedno i drugie. Rozpalałem nadzieję w jego sercu, ale nie bez powodu. Zaraz po powrocie z tej wyprawy, zamierzam rozpocząć walkę z afganami. Zrobię wszystko co mogę by ich wypędzić z naszej ziemi. -Nawet za cenę życia? Mężczyzna milczał. Służąca opatrznie to zrozumiała. Pomyślała, że książę nie myśli o tym w takich kategoriach, nawet przez krótką sekundę zobaczyła w nim tchórza. Tymczasem prawda była taka, że nie odezwał się, ponieważ nie miał nic do powiedzenia w kwestii swojego życia. Był nieśmiertelny, zdążył się o tym przekonać już kilkakrotnie, więc nie martwił się o własne życie, lecz o wiernych towarzyszy broni. Oni nie dostąpili boskiej miłości, nie wiedzą co to znaczy być nieśmiertelnym i być tego świadomym. Dopiero ta podróż uzmysłowiła mu, że jego dotychczasowe życie przy jego zdolnościach jest żałośnie tchórzliwie i głupie. Ale teraz to się zmieni. Poprowadzi ludzi do zwycięstwa, sprawi, że zaciągnięte kredyty zostaną spłacone. I wytrwa w postanowieniu. -Czy lęka się pan śmierci? –zapytała nagle dziewczyna. -Co?! Czy ja się boję śmierci? Tyoie pokiwała głową. -Nie –odrzekł pewnym siebie głosem. Nie można bać się czegoś, czego nie jest się w stanie doświadczyć, nawet gorąco się o to starając. Chyba. –A ty? -Ja? –rzuciła bez zastanowienia, zaskoczona tym szczerym zainteresowaniem ze strony monarchy. -Tak ty Tyoie. Czyżbyś traciła zmysły i widziała tu inne osoby? –zapytał przekornie. -Och! Ja… Ja się jej nie boję, ale tylko w jednym przypadku… -W jednym przypadku? -Tak. Jeżeli miałaby nastąpić w ramionach mojego ukochanego… Gdyby nie dobre wychowanie wpajane Mohandasowi od urodzenia, z pewnością parsknąłby teraz śmiechem. -Ciekawe… -wyrzekł tylko. -Tak, ale śmierć nie wybiera… -dodała smutno. -Mylisz się dziewczyno. Śmiercią władają bogowie, a oni potrafią i lubią dokonywać wyborów… -sam jestem tego przykładem, chciał dodać, ale zrezygnował. -…Więc nie martw się na zapas. Nie ma takiej potrzeby. Ale… czy ja znam tego człowieka? Twojego ukochanego? -Eee… Tak. Znasz go panie. -A więc służy na mym dworze? -Można tak powiedzieć. Jest też pańskim przyjacielem, tak przynajmniej uważam… -O! Więc któż to jest? Nie zwlekaj! Powiedz! -Towarzyszy nam w tej podróży… -Sharma?! Bogowie lubią figle… Czy on o tym wie? -Tak. Pragnę zawsze być u jego boku. Dlatego tak nalegałam na księżną Akmitsarę, bym mogła wyruszyć z wami. Jak tylko dowiedziałam się, że on idzie. -Biedny człek. Z pewnością jest podenerwowany… -Dlaczego? Czy mówi pan o naszym rozdzieleniu? -Nie. Nie tylko. Raczej o tym, że wyruszyłaś z nami… To niebezpieczna podróż, o czym miałaś już okazję się przekonać, więc wątpię, żeby Sharma był rad z takiej sytuacji… -Nie rozumiem… -On się boi o ciebie! Z pewnością. Mam tylko nadzieję, że on ufa mi, choć w połowie tak jak, ja jemu… Służka zrobiła zdziwioną minę. -Och, dziewczyno! Chodzi mi o to, że ja się nie boję o los mojej żony, bo on jest z nią i mam nadzieję, że on także nie lęka się o ciebie ufając mojej opiece… -Na pewno! Władca spojrzał na nią życzliwie. Na jej twarzy wystąpił rumieniec. -A nie boi się pan tych zwierząt? Mędrzec mówił przecież, że w nocy zniknął jeden z mieszkańców wioski… To na pewno tygrysy… Mohandas odwrócił wzrok. -Zapewniam cię, że to nie były tygrysy… Inne zwierzę… -Jakie? -Nieważne. Powiedzmy, że jesteś tu bezpieczna… -Jak daleko celu jesteśmy? -Nie wiem dokładnie. Jeszcze około dwóch dni drogi. Na pewno zboczyliśmy z kursu, więc trochę potrwa powrót na niego… Kroczyli, więc dalej. Słońce zdążyło już znacząco zmienić swą pozycję, gdy usłyszeli tętent kopyt. -Schowaj się –syknął do służącej Mohandas. Wskoczyli w krzaki. Po upływie ledwie sekundy zza zakrętu wypadli dwaj jeźdźcy. Mohandas po krótkim namyśle rozpoznał w nich hindusów, więc wyskoczył na drogę i stanął przed nimi. Konie zatrzymały się gwałtownie wzbudzając tumany kurzu. -Odejdź z drogi głupcze! –rzucił jeden z nich. -Wpierw chcę usłyszeć, co się dzieje! Czemu uciekacie?! -Goni nas oddział afganów! Zobaczyliśmy dym, liczymy, że w wiosce odnajdziemy schronienie i pomoc! Mohandas szybko pomyślał o biednych mieszkańcach wioski; na pewno sobie nie poradzą z tłumem afganów. -Tchórze! Sprowadzacie śmierć na mieszkańców wioski! -Więc, co mamy robić?! -WALCZYĆ! –ryknął Mohandas. Jeźdźcy obejrzeli się za siebie. Znacznie potężniejszy hałas przypominający zbliżające się gromy, zwiastował nadejście wroga. -A ty? Co zamierzasz? Chcesz z nimi walczyć?! -Dokładnie tak! -Głupiec –skomentował ten drugi i razem popędzili przed siebie mijając Mohandasa. Ten nawet się za nimi nie obejrzał; chwycił za rękojeść swojego ciężkiego, potężnego miecza i wyciągnął zdecydowanym ruchem. Stal błysnęła w słońcu. Wlepił wzrok w zakole drogi, jakieś dwadzieścia metrów przed nim. -Tyoie! Biegnij przed siebie w las! Bez zwłoki! Dziewczyna, patrząca przez liście na rozwój wydarzeń, spojrzała teraz w lewo i zobaczyła jakieś cienie przebiegające za krzakami na zakręcie, potem spojrzała na swego pana; stał z rozstawionymi nogami ściskając mocno swój oręż. -No już! Idź! –krzyknął nie odrywając wzroku od miejsca w którym za chwilę pojawią się afganie. Zaczęła biec, nie słysząc niczego poza narastającym dźwięku koni. Mohandas upewniwszy się, że dziewczyna jest bezpieczna jeszcze mocniej zacisnął palce na mieczu i ruszył przed siebie. Rozpędzał się z każdym centymetrem i po chwili już pędził jak wiatr, wprost na czerniejącą przed nim chmurę kurzu i afganów. Tymczasem Tyoie uciekająca przez las poprzez tętent kopyt usłyszała jeszcze coś; coś, co mogło być tylko męskim wrzaskiem, jakimś okrzykiem bojowym. Tyoie zatrzymała się i odwróciła w kierunku walki. Przez gęste krzaki nie widziała wiele. Mogła tylko czekać. Więc czekała.

* * *

Podniosła twarz od wody i wlepiła w nią wzrok. Czekała aż powierzchnia wyrówna się, uspokoi. Mikroskopijne jeziorko, kałuża właściwie powstała po ostatniej burzy; od rzeki była odcięta paroma masywnymi kamieniami. Po upływie paru chwil woda znowu przybrała postać nieruchomej tafli, więc Akmitsara zaczęła przyglądać się odbiciu własnej twarzy; ujrzała twarz szczęśliwą, ale zmęczoną, targaną różnymi emocjami. Zachwiała się lekko i poczuła, że w oczach szklą jej się łzy. Pokręciła głową, jakby zaprzeczała temu, że płacze. Jednak nie przyniosło to spodziewanego efektu –łzy płynęły z tą samą częstotliwością, lub nawet częściej. Gdzieś za sobą usłyszała zduszony jęk, odwróciła się mimowolnie by znaleźć źródło jęków, lecz nikogo nie zauważyła. A jęk był okropny: jakby ktoś śpiewając pieśni rozpaczał jednocześnie nad stratą kogoś bliskiego, lub z bólu. Wtem Akmitsara zobaczyła skaczącego po kamieniach mężczyznę. Sharmę. I zrozumiała, że osobą, która tak przeraźliwie jęczy jest ona sama. Ale dlaczego łka? Tego jeszcze nie wiedziała. Wiedziała tylko, że musi przestać. Teraz. Ale i tym razem jej ciało nie okazało posłuszeństwa umysłowi. -Pani! Co się stało? –zapytał dramatycznie Sharma, gdy już do niej dotarł. Ona jednak nie odpowiedziała. Jedynym dźwiękiem, jaki wydawała był teraz ten jęk. Sharma omiótł jej ciało wzrokiem w poszukiwaniu jakichś ran, lecz niczego nie znalazł, więc począł wpatrywać się w księżniczkę bezradnie napinając wszystkie mięśnie z bezsilności. Akmitsara prawie nic nie widziała poprzez kryształowe łzy zwilżające jej twarz. Siłą zmusiła siebie samą by odwrócić się z powrotem do malutkiego jeziorka, z którego sama przed chwilą piła. Spojrzała w zmąconą jej ręką wodę, ale właściwie jej nie widziała, raczej wiedziała, że tam jest, toteż rzuciła się twarzą do ożywczej, zimnej wody; zanurzyła całe oblicze czując na skórze lodowatą falę rozkoszy. Jęki ucichły. Minęły dwie sekundy w wodnym świecie, po czym została z niego brutalnie wyciągnięta. To Sharma sam teraz bliski łez chwycił ją za ramiona i pociągnął do siebie. Była na powietrzu. Znowu. Poczuła na twarzy lekki wiatr i spojrzała na rwącą zaledwie dwa metry od niej rzekę. Jęki ucichły, łzy zlały się z lodowatą wodą i zniknęły. Odwróciła się do przerażonego wojownika i spojrzała mu w oczy. Zobaczyła strach i niemoc, zalegające także na całej twarzy. -Spokojnie Sharma… Już jest dobrze –rzekła spokojnym głosem, głownie po to by uspokoić przyjaciela. -Ale…, co się…? -Każdy ma jakieś demony, z którymi się musi uporać. Moje mnie czasem dopadają, ale teraz odeszły… -Demony? Jakie demony? -Moje myśli. Często są przerażające. Bardzo się martwię o Mohandasa i o królestwo, które przez swój egoizm pozbawiłam władcy. Wychwalaj bogów, żeś wolny jest od takich zmor! Sharma zamilkł. Nie miał pojęcia, co powinien powiedzieć. Wiedział, ze zła odpowiedź na to wyznanie może kosztować go życie po powrocie. Tymczasem Akmitsara zastanawiała się, czy przed chwilę okłamała wiernego sługę czy powiedziała mu prawdę. Czy to te myśli wymusiły u niej taki stan? Sharma nadal milczał, więc Akmitsara powiedziała spokojnym głosem: -Lepiej ruszajmy… Daleko jeszcze? Wojownik odpowiedział dopiero po chwili, jakby nadal wstrząśnięty minionymi wydarzeniami. -Jesteśmy już blisko celu. Do zmroku powinniśmy być na miejscu… Twarz księżniczki rozjaśniła się w promiennym uśmiechu. -Mam nadzieję, ze tam spotkamy księcia! Rzeczywiście, bardzo chciała go spotkać. Powiedzieć mu o swoich małych atakach, poprosić o radę. I co ważniejsze wreszcie go zobaczyć, móc całować i ściskać. Pomimo wątpliwości, jakie targały nią przed podróżą, co do jej męża, to jednak zdążyła się już przekonać, że daje mu swą miłość i wierność w każdej sytuacji i sprawie. -Więc chodźmy –rzekł Sharma, obrzucił kobietę jeszcze jednym wystraszonym spojrzeniem i ruszył, wiedząc, że Akmitsara podąża tuż za nim. Szli nieprzerwanie przez następne trzy godziny. Tak jak poprzednio łzy i woda spływały po twarzy księżniczki, tak teraz czuła, niezliczone krople potu na całym ciele. Włosy kleiły jej się do ciała, podobnie jak poobdzierana szata zaczepiająca się, co chwilę o różne patyki. -Chwileczkę… -wyszeptała zmęczonym głosem Akmitsara. Czuła na ciele gorące promienie słońca. -No… dobrze. Chyba powinniśmy odpocząć –odrzekł Sharma patrząc na słońce. Nagle wojownik usłyszał za plecami dziwny szelest, odwrócił się i zobaczył coś, czego się nigdy nie spodziewał: Akmitsara wiła się po ziemi jak ranne zwierzę, a po chwili zaczęła wyć, dokładnie tak, jak parę godzin wcześniej. Sharmę sparaliżował strach, ale już po chwili powziął odpowiednie, przynajmniej jego zdaniem działania; wyjął zza pazuchy bukłak z wodą, jednym skokiem znalazł się przy niej i wylał na nią całą zawartość pojemnika. Liczył, że skoro poprzednim razem sama wsadziła sobie głowę pod wodę, to teraz też jej to pomoże. Ale chyba nie pomogło. -Pani? Lepiej się pani czuje? –zapytał zduszonym strachem głosem. Na te słowa księżniczka przestała wić się w konwulsjach i spojrzała na niego, a było to spojrzenie tak drapieżnie przeszywające, ze Sharma poczuł się jakby został przebity dwoma ciężkimi mieczami. Akmitsara podniosła się i podeszła do wojownika. -T –teraz już wiem, czego potrzebuję… Byłam ślepa –powiedziała załamującym się, ale brzmiącym coraz pewniej głosem. -Tak? –zapytał przerażony Sharma. -Wybacz mi. Tylko o to cię proszę –wyszeptała patrząc mu w oczy. Po tych słowach szybkim ruchem sięgnęła mu za pas i chwyciła niewielki nożyk, służący do krojenia jedzenia i skrytobójstwa. Właściciel tylko zmarszczył brwi. Kobieta kolejnym, jeszcze szybszym ruchem przejechała mu po przedramieniu, rozcinając żyły. Sharma chciał coś powiedzieć, ale z jego ust nie wyszło żadne słowo. -Wybacz mi –powtórzyła Akmitsara, po czym przywarła ustami do powstałej rany i zaczęła łapczywie wysysać krew. Sharma powoli tracił świadomość.

Obraz powoli wyostrzał się. Było ciemno. Słyszał za sobą szum wody, lecz jej nie widział. Podniósł się nie bez oporu i rozejrzał dookoła. Nagle ją spostrzegł; stała jakieś dwa metry od niego, na niewielkiej skale, zaraz nad brzegiem Khattak. Jasne światło księżyca przenikało liście roślin, jakby tylko po to, by Akmitsara mogła kąpać się w jego poświacie. Nie patrzyła na niego, lecz na gwiazdy i jakby na coś czekała. Nie wiedział jednak, na co może czekać. Nagle przypomniał sobie, co się stało wcześniej, zanim zasnął. Szli spokojnie do Jhawar, gdy nagle poczuł się bardzo zmęczony i poprosił księżniczkę o niewielki postój. Zasnął, a spać musiał długo; teraz słońce ustąpiło miejsca księżycowi, a oni byli wciąż w tym samym miejscu. Miał dziwny sen: pani Akmitsara rzuciła się na niego i zaczęła pić krew z rany, którą sama mu zadała. Niedorzeczny sen. Wtedy jego ręka mimowolnie, podświadomie powędrowała ku przedramieniu. Wyczuł tam niewielki opatrunek z jakiegoś znanego mu materiału. Wtem zrozumiał: to nie był sen! Spojrzał przerażony na księżniczkę i rzucił się ku własnemu mieczowi, który leżał zaraz obok. Zacisnął palce na rękojeści, lecz było to wszystko na co było obecnie stać wielkiego wojownika. Nie miał siły podnieść oręża! Spojrzał na kobietę i natychmiast cofnął wzrok, gdyż zobaczył, ze ona sama mu się przygląda! Stała z założonymi z tyłu rękami i spokojnie sondowała go spojrzeniem. -Połóż się z powrotem. Potrzebujesz odpoczynku –rzekła aksamitnym głosem. -Ale… -nie mógł, i nie chciał zachować milczenia. -Wszystko ci wyjaśnię, musisz tylko leżeć spokojnie… Po szybkim przeliczeniu swoich szans Sharma opadł z powrotem na swoje uprzednie miejsce. Przymknął oczy, przyniosło mu to niespodziewaną ulgę, lecz natychmiast je otworzył, lękając się czynów Akmitsary. -Bądź spokojny, nic ci już z mojej strony nie grozi… Przykucnęła obok niego, była na wyciągnięcie ręki. Sharma nie był pewien czy gdyby był w pełni sił czy by jej nie udusił. Strach nie obejmuje nienawiści. On ją tworzy. -Jest wiele rzeczy, które musze ci wyjaśnić… po pierwsze, jestem vetala , po drugie, książę Mohandas także nim jest. Jednak nie jesteśmy żadnymi potworami –chyba…, przemknęło jej przez głowę, lecz szybko odegnała tę myśl. –To jest przypadłość, choroba… nie do zwalczenia. Mówiąc, Akmitsara specjalnie nie patrzyła na Sharmę. Nie wiedziała, co wyraża jego spojrzenie, ale wolała tego teraz nie wiedzieć. Woli skończyć opowieść. -Nie wiem, dlaczego, ale tracimy zmysły, gdy tylko łakniemy krwi, ale jej nie dostajemy… Naprawdę, liczę, że wybaczysz mi ten napad. To było lepsze wyjście –urwała. Czuła, że opowieść wymyka jej się z rąk. Czas na jego reakcję. Tymczasem Sharma nie wiedział, co o tym sądzić. Vetala? Słyszał opowieści o tych stworzeniach, ale nigdy w nie tak do końca nie wierzył. On także nie patrzył na księżniczkę. Co chwila na nią zerkał, ale generalnie, to wpatrywał się w pobliski krzak. Gdy po raz kolejny na nią spojrzał, ujrzał jej wyciągniętą dłoń, twarz i wpatrujące się w niego oczy. -Odebrałam ci tylko tyle krwi, ile musiałam –powiedziała cicho tonem jakby sobie to dopiero, co przypomniała, choć rzeczywiście tak było. -Słyszałem o Vetalach, ale oni nie są tacy, jak ty pani... Akmitsara milczała, zmieszana. Nie miała na to odpowiedzi. -Mam prośbę… -rzekł nieśmiałym tonem Sharma, na co Akmitsara skinęła głową. -Co tylko zechcesz. Skarby, przywileje… -Nie –przerwał jej szorstko. –Chciałbym wyruszyć do Jhawar rano… -O! Oczywiście! Mówiłam, że musisz odpocząć. Ja też mam prośbę… Co?! Czego ona jeszcze ode mnie chce?! Wyssała mi krew z żył, a teraz jeszcze ma prośby?! Niech Wisznu da mi siłę. -Zachowaj milczenie. O naszej rozmowie możesz powiedzieć tylko Mohandasowi. On chętnie z tobą porozmawia, na pewno. Odpowie na dręczące twą duszę pytania… -Oczywiście pani! –zgodził się Sharma, uznając, że akurat ta prośba jest sensowna. Niedługo potem zmorzył go sen. Nie widział, więc, jak Akmitsara bawi się jego małym nożem.

* * *

Najpierw zimno stali przeszywającej mu ramię. Zaraz potem kurz, bezlitośnie wgryzający się w oczy. Wreszcie upadek i kopyta uderzające ciało jak kamienie. Ale jeden z nich spadł. Dołączył do niego na ziemi. Mohandas szybko poderwał się z ziemi ignorując dojmujący ból pochodzący prawie z całego ciała, skoczył ku klęczącemu dwa metry za nim rannego afgana, zamachnął się mieczem i jednym płynnym ruchem przeciął szyję biedaka. Chlusnęła gorąca fala krwi i ciało bezwładnie opadło na bok. Krople krwi opadły na zielone liście. Żołnierz, leżąc w agonii i czekając już tylko na śmierć bulgotał dziwnie. Pewnie chciał coś powiedzieć, ale skoro gardło było rozpłatane na dwoje, to pozostało mu umrzeć w milczeniu. Jednak Mohandas tego nie słyszał. Nie słyszał niczego poza wrzeszczącą w jego umyśle furią. Ściskając ociekający krwią miecz pechowca dosiadł jego porzuconego konia i popędził za resztą oddziału. Nie minęły jednak dwie minuty takiego cwału, gdy książę usłyszał jakieś krzyki. Zaraz za zakrętem… przyspieszył jeszcze konia i po chwili zobaczył: cały oddział afganów miotał się bezsilnie na całej szerokości drogi, wymachując mieczami i krzycząc w obcym języku. Co chwila któryś spadał z konia i dopiero po chwili Mohandas dostrzegł świszczące pomiędzy nimi strzały. Uśmiechnął się mściwie, uniósł miecz do góry i ruszył prosto w tłum. -Swój! -ryknął uradowany i wparował pomiędzy przerażonych afganów. Szybko ściął dwóch najbliższych zrzucając ich z koni, spojrzał na prawo i zobaczył coś, czego wolałby nie widzieć. Jeden z żołnierzy zeskoczył z konia, wbiegł w krzaki, po czym wrócił z jakimś mężczyzną z łukiem. Przewrócił go na ziemię i bezlitośnie wbił mu ostrze swojego miecza w czaszkę. Cicho łupnęło i jeden z łuczników zginął. Mohandas kipiąc z wściekłości wyskoczył ze swojego konia, przeskoczył po paru tłoczących się na małej powierzchni i skoczył ku oprawcy łucznika. Tak mocno, jak mógł wbił mu miecz płasko w bark, na co ten wrzasnął krótko. Sekundę później Mohandas chwycił miecz afgana za klingę, wyrwał ze sparaliżowanej ręki i wbił w serce od boku. Gdy po kolejnej sekundzie żołnierz wyzionął ducha, Mohandas wyciągnął z jego ciała oba ostrza i skoczył ku następnym przeciwnikom, mordując ich bez litości. Konie zaczęły uciekać, czym wzbudziły kolejny obłok kurzu. Mohandas niemal na ślepo zadawał ciosy, co chwila natrafiając na jakiś cel. Nie wiedział czy jego ofiary były już ranne, czy jeszcze nie, ale to nie miało żadnego znaczenia. Żadnego. Minęło parę długich minut. Krzyki ucichły, kurz opadł odsłaniając potworny obraz; cała droga zasłana była martwymi afganami. Krew zalewała kamienistą drogę jak sok stół. Ci, którzy na swoje nieszczęście jeszcze żyli, zostali szybko dobici przez Mohandasa oraz drugiego łucznika, który ujawnił się wychodząc z krzaków. -Więc jednak postanowiliście walczyć… -Tak –odrzekł krótko hindus i podszedł do martwego przyjaciela. Mohandas ruszył za nim. -To smutne, że Jama zdecydował o zabraniu go do swej krainy… -Takie było przeznaczenie. Pochylili się nad zwłokami. Hindus odwrócił towarzysza na plecy, tak by ujrzeć jego twarz. Widok nie był przyjemny. -Szubrawcy. Zapłacili za to –dodał Mohandas z ponurą satysfakcją. -Trzeba go pochować. A ich –machnął ręką na wszechobecne trupy najeźdźców. –powrzucamy w krzaki. Niech Jakszowie się nimi zajmą. Zaczęli wrzucać zwłoki w krzaki, na boki. Ciało postanowili przetransportować do wioski i tam godnie pogrzebać. -Tyoie! –wykrzyknął nagle Mohandas. -Co? -Tyoie, moja służka… Kazałem jej zostać w krzakach! Muszę ją znaleźć! -Poczekam tutaj… Mohandas skinął z powagą głową, wsiadł na konia i odjechał.

Wszystko ucichło, więc Tyoie uznała za stosowne wyjść z ukrycia i zlustrować sytuację. Gdy jej stopa dotknęła kamienistej powierzchni, zobaczyła przed sobą na drodze leżącego człowieka. -Pan Mohandas! Gdy podbiegła bliżej, wyczuła, że człowiek drży. Leżał tyłem, ale Tyoie wiedziała już, że nie jest to jej władca, tylko ewentualnie jakiś parszywy afgan. Uspokojona i zaniepokojona jednocześnie, podeszła do oblicza mężczyzny. Prawie wrzasnęła na ten widok. Głowa wisiała tylko na kręgosłupie i paru ścięgnach, dookoła było pełno krwi, afgan coś niezrozumiale bulgotał, oczy miał zamknięte. Zrobiło jej się go żal, lecz zaraz potem poczuła wielką odrazę do konającego przed nią człowieka. To jest jeden z tych, którzy są przyczyną cierpień Indii –pomyślała mściwie. Wtedy jej wzrok padł na miecz leżący na drodze, niedaleko wojownika. Podeszła do niego i podniosła. Obrzuciła szybkim spojrzeniem, ale wyciągnęła z tego tylko jeden wniosek: ta broń zdolna jest do zabicia. Wróciła na swoją poprzednią pozycję i znów spojrzała na twarz afgana. -Zabiję cię. Być może skrócę tylko twe cierpienia, być może przysporzę ci nowych. Zasługujesz na jedno i drugie. Giń –powiedziała zastanawiając się, czy on ją w ogóle słyszy. –Niech Jama przyjmie cię do siebie, choć jesteś plugawym poganem. Chwyciła rękojeść obiema rękami i uniosła nad głowę. Potem zmusiła się do popchnięcia klingi w stronę mężczyzny. Miecz opadł ciężko wprost na szyję afgana ciągnąc za sobą kobietę. Chrupnęło i bulgotnęło, Tyoie opadła na kolana wciąż trzymając miecz. Podniosła wzrok. Głowa ostatecznie odłączyła się od reszty ciała i lekko odwróciła, tak, że wyglądało jakby głowa patrzyła do wnętrza swego utraconego ciała. Puściła oręż, który opadł lekko na ziemię. Rozpoczęła modlitwę i zamknęła oczy. Poczuła, jak krew afgana delikatnie dobiła do jej złożonych na ziemi dłoni; była ciepła. Po paru minutach usłyszała tętent konia. Gwałtownie otworzyła oczy i rozejrzała się. Nie zobaczyła nikogo. Jednak odgłos się nasilał. Chwyciła miecz i wstała. Jeżeli to afganie, to zginie w walce, choć w głębi serca czuła, że niezwykle trudno jej będzie unieść ten miecz jeszcze raz. Cały czas patrzyła w obie strony. Wreszcie zobaczyła: jeździec zdążał do niej od strony wioski.

-Tyoie! Jesteś tu?! –krzyczy Mohandas. Puszcza jednak milczy. Jest potężna, widzi niesamowite rzeczy, lecz nigdy nikomu o nich nie mówi. Woli milczeć. Wreszcie ją zauważa. Stoi na środku drogi, trzyma miecz? Podjeżdża bliżej, zsiada z konia. Beznamiętnie spogląda na trupa i przenosi wzrok na zakrwawiony miecz w rękach dziewczyny. -Tyoie… Wszystko jest w porządku? -Tak. Jestem zdrowa. Zabiłam… dobiłam go… W jej oczach narodziło się zapytanie, które bystry Mohandas szybko wychwycił i bezbłędnie odczytał. -Nie popełniłaś błędu odbierając mu życie –rzekł stanowczo. –Zasłużył na to, jak każdy z jego rodu… Podszedł i objął ją ramieniem. -Musimy wrócić do wioski. -Dlaczego? -Musimy wyprawić pogrzeb. -Pogrzeb? Czyj? Tych afganów? Mohandas zaśmiał się zimno. -Nie. W potyczce z nimi zginął jeden z moich sprzymierzeńców. Zasługuje na godny pochówek. -Chodźmy więc. Mohandas skinął głową i odsunął się od niej. Potem chwycił ciało za szatę i zaniósł w krzaki. Jeszcze trochę krwi zalało jego ścieżkę. Wrócił do Tyoie, spojrzał na odciętą głowę afgana i niczym piłkę, kopnął ją w kierunku reszty. Tyoie nie skomentowała tego czyny, nie śmiała, ale widać było, że jej się nie podoba takie traktowanie zwłok. Żeby odwrócić myśli omiotła wzrokiem Mohandasa. Zobaczyła poszarpaną, zakrwawioną szatę, parę ran na odkrytych częściach ciała. -Potrzebne będą opatrunki… -rzekła dalej wodząc wzrokiem po jego wymęczonej sylwetce. -Dajmy na to –odrzekł z przekąsem książę.

Ciało płonęło, wszystko odbyło się według tradycji. Wokół stosu w milczeniu stali mieszkańcy wioski, i troje przybyszów. Przez ten czas jedynym dźwiękiem w wiosce był odgłos palącego się drewna. Gdy było po wszystkim i Bhutto zakończył ceremonię, Mohandas, już obmyty i opatrzony zagadnął łucznika: -Pomyliłem się, co do waszej oceny… Tysiąckrotnie za to przepraszam… Łucznik lekko skinął głową na znak aprobaty. -Nie znam jednak twego imienia… -Deivtn –odrzekł szybko wojownik. –A twoim imieniem jest…? -Panjhabti –skłamał Mohandas; wiedział, że obecność księcia w samym środku dżungli jest, co najmniej dziwna, jeśli nie niebezpieczna dla uczestników wyprawy, więc lepiej zataić pewne fakty. -Dokąd zmierzacie? -Do Jhawar. -Do miasta złodziei?! –zdziwił się Deivtn. -Tak. Właśnie tam –odrzekł sucho Mohandas, wiedząc, o co zaraz zapyta łucznik. Ten jednak tylko zmierzył go spojrzeniem i rzekł: -Chodź ze mną. Zobaczysz coś. -Co mam widzieć? Deivtn skierował się do tobołka ze swoimi rzeczami, po czym wyjął z niego łuk swego przyjaciela. -Oto jest łuk Aptjamana. Pragnę, abyś go wziął w dalszą drogę. -Przecież to należy do niego! Nadal! -Już nie. Aptjaman zginął, a nie chciałby, aby jego szlachetna broń wpadła w ręce jakiś wieśniaków. -I, dlatego dajesz go mnie? Łucznik skinął głową. Jego twarz nie znosiła sprzeciwu. -Dobrze. Przyjmę go i będę nim, tak jak Aptjaman szerzył przerażenie wśród parszywych afganów –powiedział książę wyciągając rękę, na którą Deivtn złożył po chwili potężny łuk. –Dziękuję. Deivtn po raz kolejny skinął głową i odszedł. -Zaraz. A ty? Czego poszukujesz? Deivtn odwrócił się i rzucił przez ramię: -Jestem kupcem. Podążam na południe. Mohandas dobrze wiedział, że Deivtn jest takim samym kupcem jak on, ale nie zaoponował. Łucznik podszedł do swojego konia, wsiadł na niego i rzekł na tyle głośno, by Mohandas go usłyszał: -Nasze drogi się rozchodzą, lecz wiem, iż spotkamy się jeszcze, a wtedy nasze prawdziwe natury ujawnią się. Po tych słowach odjechał w kierunku przeciwnym do „Miasta Złodziei”. Mohandas i Tyoie dosiedli swoich nowych wierzchowców i ruszyli do swego celu mając przeczucie, że są bliżej niż przypuszczali.

* * *

Sharma przez noc istotnie wypoczął. Przynajmniej na tyle, żeby tempo, jakie obrali rano nie okazało się być dla niego za szybkie. Tak, więc, szli dość szybko, bez problemu pokonując kilometry dzielące ich od Jhawar. Wreszcie, około godzinę po południu dotarli na zaniedbaną, zarośniętą pnączami drogę. -Brama wschodnia! –prawie krzyknęła Akmitsara nie mogąc powstrzymać podniecenia. Rzeczywiście –kroczyli ścieżką, prowadzącą to dość szerokiego przejścia w potężnym murze ginącym z obu stron w dżungli. -Musimy być ostrożni… -rzekł z rozmysłem Sharma rozglądając się po podniszczonym murze. Zwolnili, zdając się planować każdy krok. Sharma zacisnął palce na rękojeści swojego miecza, Akmitsara ściskała w rękach nóż myśliwski należący do wojownika. Przekroczyli granicę miasta. Było cicho i spokojnie, tylko wiatr lekko wprawiał w ruch liście wszechobecnych roślin, które niepostrzeżenie wdarły się na teren Jhawar dodając tym opuszczonym ruinom jeszcze większej aury tajemniczości. Przez pięć minut podążania w kierunku rynku(Akmitsara prowadziła) nie odezwali się ani jednym słowem, ale oboje wyczuwali w powietrzu coś niebezpiecznego. Coś, co choć zapewne odrażające, byłoby znakomitym zwieńczeniem tej niesamowitej wędrówki. Mijali ziające pustką budynki, co najmniej trzy razy w przeciągu minuty, oboje usłyszeli jakieś szelesty w krzakach, lecz nie zatrzymywali się ani na chwilę. -Dojdziemy do rynku, zajmiemy jakieś puste domostwo i tam poczekamy na Mohandasa –wyszeptała Akmitsara. -I na Tyoie –uzupełnił Sharma. Akmitsara kiwnęła głową. -Jesteśmy –rzekła uradowana księżniczka rozglądając się dookoła. -Jesteście –odparł jej jakiś gardłowy głos dochodzący gdzieś z tyłu. Akmitsara i Sharma szybko obrócili się by zobaczyć, z kim przyszło im egzystować w tym ponurym miejscu. Tą osobą okazał się mężczyzna, który próg młodości przekroczył jakiś czas temu. Był chudy i wysoki, plątanina czarnych włosów okalała mu całą twarz, która i tak była już porośnięta także czarną, rzadką brodą. Czujne zielone oczy spokojnie przechodziły od jednej broni do drugiej. Potem na dłuższą chwilę wpatrzył się w opatrunki na ciele Sharmy. Nagle z okolicznych budynków poczęli wychodzić kolejni mężczyźni; wszyscy uzbrojeni i potencjalnie niebezpieczni. Było ich około piętnastu. Podchodzili zaciskając krąg wokół dwojga przybyszy. -Miasto Złodziei… -szepnął Sharma rzucając groźne spojrzenia na każdego z osobna. -Czego chcecie? –ryknęła Akmitsara lekko załamującym się głosem. –Czego oczekujecie…? Ostatnie słowa utonęły jednak w zaskakująco głośnym pomruku, który przebiegł po zbójcach. -Co tu robicie? –zapytał brodacz. Akmitsara spojrzała mu prosto w oczy, lecz nic nie powiedziała. No, bo cóż miała powiedzieć, skoro sama nie zna odpowiedzi na to pytanie? -My… my… -wyjąkała. Brodacz uniósł brwi i machnął ręką. Jeden z jego sługusów uniósł łuk i naprężył cięciwę. -Nie! Zaraz! -Lepiej, żebyście mieli przy sobie jakieś kosztowności… Przynajmniej byście nie umarli na próżno… -powiedział brodacz spokojnym głosem, na co reszta zbójników ryknęła pijackim śmiechem. -To koniec –rzekł Sharma i uniósł lekko miecz. –Zginiemy, ale z honorem. Łucznik strzelił, strzała przejechała Sharmie po ramieniu, ale tylko, dlatego, że w porę zrobił unik. -Proszę trzymać się za mną –rzucił Sharma, choć nie miało to sensu, bo napastnicy i tak byli dokoła. Paru z nich naprężało swoje łuki, inni wyciągali na światło dzienne miecze i topory. -Dobrze! Wyjawię cel naszej podróży! –prawie pisnęła Akmitsara. Brodacz uniósł ponownie rękę i mały oddział złodziei zatrzymał się. -Mów prędko, i obyś nie kłamała w żywe oczy! -Jestem wysłannikiem księcia Mohandasa. To jest mój ochroniarz. -Mohandasa?! –zapytał brodacz, a w jego głosie można było wyczuć pogardę. –Tego zdrajcę?! –splunął gniewnie na ziemię. W Akmitsarze nagle wezbrał wielki gniew, a po drżeniu Sharmy wyczuła, że z nim było podobnie. -Dlaczego zdrajcy?! -Kiedy afganie zabijali naszych rodaków, to gdzie on wtedy był?! Nie przybył na rozpaczliwe wezwanie! W beznadziejny sposób zginęło większość mężów Jhawar! Akmitsara wzdrygnęła się. Istotnie, wojska Mohandasa nie stawiły się na bitwę. Armia Jhawar została obrócona w pył. W tym jej ojciec i narzeczony. Ta bitwa nieodwracalnie zmieniła jej życie, choć ona sam jeszcze o tym nie wie. Przynajmniej nie do końca. -Teraz jest inaczej. Książę pragnie naprawić swoje… błędy –rzekł Sharma. -To jest nieodwracalne! Nie da się zmienić przeszłości! -Ale da się kształtować przyszłość –rozległ się władczy głos. -Kto się ośmiela? –zapytał ogłupiałym głosem brodacz. -Ja się ośmielam! Mohandas Ali –Jinnah! Tym razem pomruk, który jak fala wody przeszła po zebranych był dwa razy głośniejszy niż poprzednio. -Co? Przecież to niemożliwe! –ryknął brodacz patrząc na dach jednego z wyższych budynków, na którym stał Mohandas. -A to, dlaczego Hawantumie? -Niesamowite! Podszywasz się pod zdrajcę Indii! -Zabiję uzurpatora! –krzyknął ten z łuczników, który wcześniej ranił Sharmę. I zanim ktokolwiek zdążył zareagować, napiął łuk i wystrzelił. Strzała szybowała wprost na Mohandasa, lecz ten tylko wyciągnął miecz i machnął przed sobą. Strzała roztrzaskała się na kawałki o klingę jego oręża. -Musicie mnie wysłuchać! –powiedział Mohandas tym samym władczym tonem, co przed chwilą. -Czy musimy? O nie! Nie musimy was słuchać, ale możemy zabić… -Akurat to jest niemożliwe. Dobra. Zróbmy tak: najpierw mnie wysłuchacie, potem zrobicie według własnego uznania. Hawantum przez chwilę trawił tę propozycję. -Niech będzie. Zejdź tutaj. Mohandas posłusznie zszedł z dachu i dołączył do zbójników. -Teraz pójdziemy do naszego domu –zarządził Hawantum. Szli przez chwilę w ciasnej eskorcie. Akmitsara i Mohandas wciąż byli oddzieleni od siebie paroma wojownikami. Po około kwadransie doszli do pałacu królewskiego i weszli do środka. -Zajęliście pałac? –zapytała z pogardą księżniczka, która była bliżej brodacza. -A, czemu nie? –wycedził przez zęby Hawantum. Akmitsara mogła zaoponować na wiele sposobów, lecz żaden nie był w tej chwili odpowiedni, więc milczała. Gdy weszli do Sali głównej, wysokiego pomieszczenia, imponującymi rozmiarami i przepychem(teraz jednak zostało mu już tylko imponowanie rozmiarem), Akmitsara zauważyła różne kształty na brudnej posadzce. Ludzkie ciała? Potem usłyszała jakieś piski, płacze, rozmowy? -Co to za dźwięki? –zapytała cicho. -Pochodnie! –ryknął Hawantum nie odwracając się. Do Sali z różnych stron zaczęły napływać ludzkie kształty, każdy z płonącą pochodnią w ręku. Po chwili pomieszczenie rozświetliło się migocącym światłem, które oświetliło także te tajemnicze kształty na ziemi. Okazało się, że są to ludzie, konkretnie kobiety z dziećmi i mężczyźni, najwyraźniej niezdolni do walki. -Och! To, to… -Jest żałosne –dokończył za nią Hawantum. -No… -pisnęła Akmitsara, choć „żałosne” było najlepiej oddającym sytuację określeniem. -To są warunki, w jakich przyszło nam żyć. Bród i nędza. Podziękuj swemu księciu. Prędko przeszli przez salę główną i wstąpili do sali tronowej, która także nie wyglądała lepiej od głównej. -Tutaj porozmawiamy. Hawantum rozsiadł się na obszernym, starym fotelu, pozostałym wskazał potężne siedziska, lub po prostu grunt, bez wątpienia zimny kamień. Akmitsara usiadła zaraz obok Sharmy, lecz Mohandas był wciąż od nich odizolowany i pilnowany przez około dziesięciu mężczyzn, jakby Hawantum bał się, że książę mu ucieknie. -Dobrze panie! Niezależnie od tego, czy jesteś tym, za kogo się podajesz czy nie, to mów szybko! Wykup swoje życie! -Nie tylko moje –odrzekł książę patrząc w kierunku żony i przyjaciela. Brodacz skinął głową i wpatrzył się w Mohandasa, więc ten zaczął mówić. -Najlepiej zacznę od mojej rzekomej zdrady. Posłaniec, który do mnie dotarł, rzekł, że bitwa rozgrywa się w innym miejscu! Nieco bardziej na zachód. Wyruszyłem niezwłocznie, wysyłając przed siebie zwiadowców. Jeden z nich znalazł się bardzo blisko rzeczywistej bitwy i tak szybko, jak tylko mógł, zameldował mi o tym. Biedak padł z wycieńczenia, lecz ja i moje wojsko już wiedzieliśmy, co robić. Przybyliśmy jednak za późno… -zakończył posępnie. Twarz Hawantuma pozostała niewzruszona, a zimne spojrzenie ani trochę nie stopniało. Nikt w Sali nie był pewien czy opowieść Mohandasa jest prawdziwa, pomijając jego samego. -A czy wykryłeś, chociaż tego zdrajcę? –zapytał Hawantum powściągliwym głosem. -Tak. Został osądzony za zdradę narodu, śmierć wszystkich żołnierzy Jhawar, bluźnienie przeciw bogom. -I? -Został stracony. Zabiliśmy go –powiedział Mohandas głosem zdziwionym oczywistością odpowiedzi. -Mów dalej –mruknął Hawantum. Mohandas potaknął i znów otworzył usta na dłuższą chwilę. -Przybyłem tu, ponieważ postanowiłem zaraz po powrocie do Jinnaharl zebrać siły i zaatakować Afgańczyków. Wojna została już wypowiedziana. Zamierzam zebrać wszystkie niepodległe jeszcze wrogu prowincje i pokonać dzielące nas wszystkich granice, zjednoczyć się przeciw wspólnemu wrogowi! –zakończył tryumfalnie. –Was proszę o pomoc… -Idiota i głupiec. Mohandas uniósł lekko brew i bezwiednie naprężył mięśnie całego ciała. -Dlaczego tak mówisz? Hawantum popatrzył na niego z góry, lecz Mohandas ani myślał ugiąć się pod takim spojrzeniem, sam dysponował o wiele lepszym. -Nie uda ci się zjednoczyć nawet czterech królestw, a afganie rozniosą te marne wojska na strzępy, sam pewnie zginiesz już w pierwszej bitwie. I jeszcze chcesz skazać na śmierć tych niedobitków, którzy cudem przeżyli najazd tej zarazy. Ginąć za kraj i przekonania –zawsze. Ale bezmyślnie otwierać bramy do dalszego podboju kraju dla afganów to zakrawa na zdradę i współpracę z wrogiem! –Hawantum mówił coraz głośniej, aż zaczął krzyczeć, a słowa wypowiadał z niesamowitym rosnącym entuzjazmem, jakby bogowie go natchnęli do tej mowy. –Cóż, żal mi tylko twojego ludu, któremu nakażesz walkę. Oni zginą na daremnie. Mohandas posłał mu lodowate spojrzenie, ale słowa brodacza kołatały mu się po głowie. A jeżeli złodziei ma rację? -Nikogo nie będę zmuszać. Pójdą za mną tylko ci, którzy chcą z własnego serca walczyć o Madras. Wszystkim ochotnikom przedstawię sytuację. Kto będzie chciał odejść, ten odejdzie. A ja pójdę walczyć z wrogiem. Nawet, jeżeli za moimi plecami nie będzie nikogo. Teraz nas wypuść. Daj swobodę –rzekł Mohandas metalicznym, matowym głosem, nieznoszącym sprzeciwu. Tymczasem Hawantum nie ruszając się z miejsca, obserwował księcia, jakby nie uwierzył w ani jedno jego słowo i teraz sondował Mohandasa w poszukiwaniu prawdy. -Dobrze. Idź wolny, ale oni –wskazał na Akmitsarę i Sharmę. –Zostają tutaj. -To nie wchodzi w grę. -A to, czemu? Mohandas jednak milczał. Rozluźnił już mięśnie całego ciała i czekał. -Mohandasie! Zezwoliłem ci na dalsze życie! Odejdź, więc w pokoju i nie wracaj nigdy! Oni to inna sprawa! -Byłeś mi przyjacielem i druhem przez długie lata. Ale jeżeli nie ustąpisz, zginiesz –wyrzekł te słowa spokojnie i wolno, tak, by Hawantum mógł je w pełni przetrawić. Ale nie musiał. Wiedział z doświadczenia, że ten, którego Mohandas obdarza taką obietnicą zginie. Bo książę Jinnaharl nigdy nie rzuca słów na wiatr. -Powiedz mi, dlaczego ci kupcy są ci tak drodzy! -To moja żona i najlepszy przyjaciel. Hawantum na chwilę zaniemówił. ale wiedział już, że dostał wyzwanie przy swoich ludziach. Przystanie na warunki, Mohandasa równałyby się dyshonorowi. Przebiegł oczami po zgromadzonych wojownikach. -Nie rozumiesz? Zginiesz, jeżeli nie odejdziesz. -Czcigodny Hawantumie! –rozległ się krzyk gdzieś z mroku. -Tak?! -Wybacz zuchwałość, ale powinniśmy ich oswobodzić. Całą trójkę. -Dlaczegóż to? –zapytał brodacz, ale właściwie tylko na to czekał. -Nijak nie zawinili. A książę Mohandas dodatkowo ma szansę wyswobodzić Indie! Żołnierz zamilczał, a Hawantum niby rozważał propozycję. –Dobrze. Odejdźcie. Ale ja swojej zgody na udział w wojnie nie udzielam. Mohandas skinął głową. -Szanuję twą decyzję Hawantumie. Nie popieram jej, ale szanuję. Po tych słowach broń została zwrócona właścicielom, a oni sami opuścili salę, minęli główną salę i wyszli na oświetlony światłem słonecznym dziedziniec.

Gdy już minęły powitania i pierwsze wyjaśnienia Akmitsara rzuciła: -Plugawiec! Sam obwołał się królem Jhawar! Taki nikczemnik! Boi się utraty niezasłużonego tronu! Pospolity złodziei! -Spokojnie Akmitsaro, pohamuj się –przygasił ją Mohandas. –Hawantum to szlachetny mąż. I nie obwołał się królem Jhawar, ale jedynie pałacu, a i w to wątpię. On po prostu zapewnia życie ocalałym. Spełnia bardzo trudne zadanie, ale radzi sobie. Poza tym dość szybko zapomniałaś o ludziach, którzy towarzyszyli ci w dzieciństwie… -skarcił ją. -Jak to? –księżniczka Jinnaharl zmarszczyła brwi. -Hawantum był dowódcą straży na dworze króla Jawarlaha. Na pewno go spotkałaś. Człowiek nie powinien zapominać o swoich korzeniach. Życie nas uczy, a zapominanie tej nauki to błąd –rzekł surowym tonem. –Dobrze. Musimy jeszcze odnaleźć Tyoie… -Tyoie?! –nie wytrzymał Sharma. –Ona tu jest? -Oczywiście, że tak. Myślałeś, że zostawię ją w dżungli na pastwę losu? –zapytał z uśmiechem. –O nie! Zbyt mało mu ufam. -No tak… ale myślałem, że ona… nie dożyła końca wyprawy… -Bo tak jest. Oczy wojownika rozszerzyły się ze strachu; Akmitsara spojrzała szybko na męża. -Wyprawa wszak nie dobiegła jeszcze końca… Nie mogę zagwarantować jej bezpieczeństwa. Najwyraźniej książę był w doskonałym humorze.

Tyoie znajdowała się w umówionym miejscu, w starym budynku bliżej murów obronnych niż centrum. Gdy zapadła noc, rozpalono ognisko jako, że jak zauważył Mohandas nad całym miastem unoszą się strużki dymu, więc nie wzbudzi to zbytnich podejrzeń. Mohandas wolał nie wpadać na Hawantuma raz jeszcze, bowiem ten dumny człowiek mógłby tym razem postąpić mniej rozważnie. Gdy[za pozwoleniem oczywiście] Sharma i Tyoie udali się do drugiej izby by w pełni nacieszyć się swoim towarzystwem, Mohandas tuląc do siebie żonę i wpatrując się w ogień rzekł: -Indie powstaną z martwych. Jednak martwią mnie słowa Hawantuma, że nie uda mi się zjednoczyć prowincji… -Nie przejmuj się zdaniem tego gbura. On ma cię za zdrajcę, choć… -urwała. -Już ci mówiłem, że on zasługuje na szacunek. Jest rozważnym człowiekiem. Nawet bardzo. W każdym razie bardziej niż ja. Ale kości zostały rzucone. Wypowiedziałem wojnę tym gnojom i teraz ich ruch. Nawet jeżeli Hawantum ma rację i powstanie upadnie, to uważam, że lepiej jest zginąć niż żyć pod ich władzą. Nie wiem jednak, czy towarzysze także podzielają to zdanie… Akmitsara milczała. Wtuliła się mocniej w tors męża, ale nic nie powiedziała, bo też nic do powiedzenia nie miała. Nie miała pojęcia jak męża pocieszyć, wspomóc. Więc milczała, choć wiedziała, że właśnie rozstrzygają się losy Indii. Nagle Mohandas zapytał zupełnie innym głosem, jakby na chwilę zapominając o troskach: -Czy wiesz już po co tu przybyliśmy? -Tak zrozumiałam to już podczas drogi. Ale teraz wiem, że jest jeszcze jedna rzecz… Muszę stąd coś zabrać… Z pracowni mego ojca. Ale jest coś, co muszę ci wyjawić… Coś innego. -Mów, więc, ale mam pewne podejrzenia… Akmitsara zmarszczyła brwi. -Jakie podejrzenia? Książę westchnął, lecz po chwili zaczął mówić, co mimowolnie przypomniało Akmitsarze o niedawnej rozmowie z Hawantumem. -Ukąsiłaś Sharmę, ale na szczęście zachował życie. Choroba znów nadeszła i mogłaś zrobić tylko to… Akmitsara wytrzeszczyła oczy. -Skąd wiesz?! -To było do przewidzenia –wzruszył ramionami. –Pamiętaj, kochanie, że jestem wampirem trochę dłużej. Jeżeli można to tak ująć… -dodał z uśmiechem. –Wiedziałem, że podróżujecie razem tylko we dwoje, oraz, że krew jest ci niezbędna… Zaniemówiła. On zamilkł. Powiedział, co miał powiedzieć, więc swoim zwyczajem zamknął usta. -Niezwykłe… Niezwykłe –powtórzyła zdziwiona, Akmitsara. –Mam do ciebie prośbę… Obiecałam Sharmie, że jak tylko się spotkamy, wyjaśnisz mu wszystko… -Oczywiście. To nieuniknione. Dobrze, że padło na Sharmę. Dzięki ci Wisznu –zwrócił się w stronę nieba.

Szli cicho. Tak cicho jak to tylko możliwe. Tylko we dwoje. Sharma pozostał w tymczasowej kryjówce pilnując Tyoie, a Mohandas i Akmitsara kierowali się do kuźni Bhagwana Akbara. Był to niewielki budynek dobudowany do tylnej części pałacu. Był tak zbudowany, że mieścił się prawie w podziemiach. Został tam wybudowany po tym, jak Akmitsara i książę Puśźis ogłosili swoje zaręczyny. Aby się do niego dostać, trzeba było minąć wiele patroli Hawantuma i przedrzeć się przez wiele ruin. Lecz wreszcie: -Jesteśmy! -Tak… Było tu cicho i spokojnie, miejsce było znacznie oddalone od najbliższego posterunku żołnierzy. Pomieszczenie okazało się być pełne pajęczyn[więc i pająków] i brudu. Najwyraźniej od upadku monarchii w Jhawar nie otwierano tego miejsca. W powietrzu unosił się zatęchły, natarczywy zapach kurzu, kamienna podłoga z niewyjaśnionych przyczyn trzeszczała przy każdym kroku. -To jest pod ziemią –szepnęła Akmitsara i spojrzała na zakurzoną ziemię w poszukiwaniu skrytki. -Wiesz dokładnie gdzie? Akmitsara spojrzała na ledwie widoczne w ścianie drzwi i mruknęła: -Tam. W drugiej pracowni. Szybko przesunęli się do drzwi, Mohandas obserwował wszystkie zgromadzone tu narzędzia należące do własnego teścia, człowieka, którego Mohandas nigdy nie poznał, a który był zarazem sprawcą śmierci wielkiej, zadziwiająco wielkiej liczby osób. Ale jako nadworny kat, Bhagwan musiał zabijać. Tworzyć własnej broni nie musiał, ale to robił, to było niejako jego hobby. Drzwi postawiły czynny opór parze królewskiej, więc Mohandas potraktował je kopniakiem. Ustąpiły. Drugie pomieszczenie, jeżeli to w ogóle możliwe było jeszcze bardziej zakurzone i zatęchłe. Drzwi były jedynym otworem w czterech kamiennych ścianach, lecz w środku była ciepło, jakby kuźnia, lub raczej magazyn Bhagwana były przewiewne jak słomkowy kapelusz. Ale nie były. Dziwne zjawisko. -Czego szukamy? –zapytał Mohandas rozglądając się z ciekawością po pomieszczeniu. -Czwartego kamienia od wejścia. Skrytki, o której wiedział tylko mój ojciec i ja. Podeszli, więc do kamiennej płyty, szybko usunęli kurz i Mohandas włożył w jedną ze szpar swój niewielki nóż i kamień. Ich oczom ukazała się niewielka skrytka, dół w ziemi wykopany, zawierający parę jakichś przedmiotów zawiniętych w szmaty. -To jest moje dziedzictwo… -szepnęła Akmitsara nie mogąc powstrzymać podniecenia. Wyjęła drżącą ręką obszerne zawiniątko, zawierające jak się okazało piękny sztylet. -Nie tego szukam… Sięgnęła do dziury i po raz drugi w jej ręku ukazała się szara szmata, ale tym razem po pomieszczeniu przebiegł cichy brzęk. -A co to jest? –spytał Mohandas. -Dwa kordy mego ojca. Wykuł je na miesiąc przed bitwą. Rzekł, że po jego śmierci mam je zabrać i użytkować zgodnie z przeznaczeniem… Książe uniósł brwi w geście zdziwienia. -Nie wiem jak to wyjaśnić… Mój ojciec miał jakby przeczucie, że zginie i chyba chodziło mu o to, żebym ja go pomściła… Nie jestem tego pewna, ani trochę. -Chyba nie próbujesz mi przekazać, że pragniesz walczyć u mego boku z afganami?! Akmitsara milczała wpatrując się w dwa błyszczące ostrza. Pofalowane, z wykutym na klindze napisie: Śmierć jest tylko początkiem, napisane w języku hindu. -To było motto mojego ojca –rzekła cicho Akmitsara podążając za wzrokiem męża. –Powtarzał to każdemu skazańcowi, zaraz przed wykonaniem wyroku. -Dawał im nadzieję –szepnął Mohandas. –Że choć giną teraz, to żeby się nie martwili, bo to tylko początek drogi… Księżniczka przytaknęła i uśmiechnęła się lekko. -Ta broń zostanie użyta zgodnie z wolą twego ojca –powiedział Mohandas nieświadomie przybierając swój władczy ton. –Ale dopiero w ostateczności –dodał. Księżniczka ponownie skinęła głową, lecz tym razem jej twarz nie ugościła uśmiechu, choćby nieśmiałego, pozostała poważna. Zrozumiała słowa męża. Wiedziała jednak, że to czas pokaże, czy się do nich zastosuje czy nie.

ROZDZIAŁ 4 TAM I GDZIE INDZIEJ

Radiowóz powoli sunął ulicą, siedzący w nim policjanci rozglądali się bacznie po okolicy. Lee Huu –Si obdarzył ich nieprzyjaznym spojrzeniem i poszedł dalej. W tej chwili na tej ulicy był tylko on i policjanci w radiowozie. W normalnych warunkach taki czujny patrol na ulicy tego spokojnego osiedla mieszkaniowego, na którym były same domki jednorodzinne średniej wielkości byłby anomalią, lecz w obecnych dniach nikt się im nie dziwił. Pomimo fantastycznej teorii, że Rzeźnikami z Hong Kongu są hindusi, i wyjechali już z miasta nie uspokoiła wszystkich. A już na pewno nie dowódców policji rejonowej, którzy wciąż wodzili po mieście podwojoną liczbę patroli. Tak jak tutaj. Huu –Si paroma krótkimi krokami pokonał kamienny chodnik w małym ogrodzie i stanął pod brązowymi drzwiami. Nacisnął przycisk dzwonka dwa razy i czekał. Po średnio długiej chwili drzwi otworzyła kobieta o siwych, niedługich włosach, powoli dobiegająca sześćdziesiątki. Była w czarnej spódnicy i ciemnej bluzce. Jej wzrok przebiegł od jasnych, niesznurowanych butów w kolorze khaki, jasnoszarego garnituru z czarnym krawatem do zasępionej, nieco pokrytej zmarszczkami twarzy, po czym wróciła do lewej ręki, w której przybysz trzymał opasłą, czarną torbę. Drugą rękę trzymał lekko spuszczoną, z kieszeni marynarki zwisały okulary przeciwsłoneczne. Nasunęło jej się jedno tylko skojarzenie, a przynajmniej powinno. -Jest pan akwizytorem? Nie wiem, co pan sprzedaje, ale… -Jestem byłym partnerem pani zmarłego zięcia –wszedł jej w słowo Huu –Si, domyślając się, kogo ma przed oczami. –Muszę zobaczyć się z pani córką. To jest niewymownie ważne. Matka Yuu Kan uniosła podejrzanie brwi, ale wzmianka o zmarłym zięciu najwyraźniej spełniła swą rolę. -Proszę wejść. Już ją wołam. Były policjant posłusznie przestąpił próg i znalazł się w niewielkim, skromnym przedpokoju, w którym tyle razy już bywał, ale zawsze w krańcowo odmiennym celu. -Może niech pan usiądzie –rzekła cofając się i nie spuszczając tajemniczej torby z oka. Cokolwiek sobie o niej pomyślała, na pewno przykuło to jej uwagę. Ale to czy pozna jej tajemnicę, zależy tylko od samej Yuu Kan. –Niech pan spocznie tutaj… na kanapie. Po tych słowach wyszła z pokoju, a on usiadł na wyznaczonym miejscu. Minęło parę minut i do pokoju weszła Yuu Kan. Była w granatowych ogrodniczkach umorusanych lekko ziemią. W lewej ręce trzymała parę brudnych rękawic roboczych. -Lee! –nieomal wykrzyknęła, tak jakby jej matka nic jej o gościu nie powiedziała. Może w istocie tak było. –Nie widziałam cię od pogrzebu… Chińczyk skinął głową. -Tak. Rzeczywiście, ale miałem wiele spraw na głowie… Kobieta spojrzała mu prosto w oczy. Nie widziała torby, która stała pod stolikiem. -Spraw… Z wiadomości wiem, że jeszcze ich nie złapaliście… -To prawda. Ale to nie jest już moja sprawa. -Jak to? Miyazaki cię odsunął? -Tak, ale to nie o to chodzi. Odszedłem z policji. -Dlaczego?! Dobre pytanie, pomyślał Huu –Si. -Przez tę sprawę wszystko się zmieniło –odrzekł. Co za niespodziewane odkrycie, pomyślała Yuu. -Mam już pewne plany, co do swego życia… -Plany? Mogę je poznać? -Yuu… Nie przyszedłem tu na spowiedź, ani żeby się wypłakać. Chodzi… Chodzi o coś innego. Nieznacznie uniósł torbę, by uświadomić jej istnienie swej rozmówczyni. -Co to jest? -Można to nazwać spadkiem. -Spadkiem?! -Tak. Spadkiem po Chowie. -O, czym ty mówisz?! -To są jego oszczędności. Zbierał te pieniądze przez całą służbę. To nie są żadne łapówki! –dodał zdecydowanym głosem. Nagle zdał sobie sprawę, że chyba popełnił wielki błąd przychodząc tu z tą forsą. -Posłuchaj. On odkładał na wasze wspólne życie! –nagle Huu –Si poczuł, ze grunt usuwa mu się spod nóg. Mogło to mieć jakiś związek z coraz cięższym spojrzeniu Yuu. -Ile tego jest? –zapytała po chwili milczenia. -Równe sto tysięcy dolarów Hong Koskich. -Sto tysięcy?! -Co do dolara. -I co? Tobie dawał te pieniądze?! -Nie! Były w banku. -Na koncie, do którego ty znałeś hasło?! Huu –Si zdziwił się, jakimi ścieżkami podąża umysł pięknej wdowy. Z drugiej strony wiedział, że wyjawienie gdzie te pieniądze były przetrzymywane pociągnie za sobą kolejne pytania. Coraz głębszy kanał. -Były w skrzynce depozytowej. -A, czemu nie na koncie? -Zbyt wysokie koszty… Przy wypłacie pieniędzy, bank bierze 15% -skłamał były policjant. Powody były inne. A były nimi pytania. Niewygodne jak za małe o trzy numery buty. -Ty też oszczędzałeś? –zapytała z przekąsem, a Chińczyk już wiedział, że nie kupiła jego historyjki. -Tak. Suma jest taka sama. To też było kłamstwem. On miał dziewięćdziesiąt dwa tysiące, a ona równe sto. Ale to nie miało żadnego znaczenia. Należą jej się. Milczeli chwilę. On nie wiedział, co powiedzieć, ona zastanawiała się, jakie pytanie tu teraz zadać. -Powiedz mi szczerze. Ale tak naprawdę szczerze. Bez cienia kłamstwa. I chociaż ja wiem, co powiesz, a ty wiesz jak zareaguję, to sądzę, że oboje potrzebujemy…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Święta Ciemność II — czytnik · opowiadania