Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

muzyka · 14 min czytania

Świetnie się urządziłeś

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

„Nie mam czasu dziś pójść na koncert Juyi Wok”, pisała Natalie, „Nie widzę tego koncertu w kalendarzu w sylabusie tych zajęć, jaki otrzymałam od pana w sierpniu. Czy moja nieobecność wpłynie na moją końcową ocenę? W środy mam spotkania biblijne, gdzie planujemy działalność misyjną na campusie. Let me know”.

Profesor Waclaw Kwasnicki nie wiedział co odpisać. Był to dla pianistów ważny dzień. Światowej sławy pianistka Yuja Wang wystąpić miała dziś wieczorem na campusie uniwersytetu stanowego wschodniej Alabamy w Marysville. Smutne, że studentka fortepianu Natalie nie wiedziała, kim była Yuja Wang, nie znała nawet tego nazwiska i wykręcała się z koncertu, jak mogła. Odpisał Natalie, że absolutnie, „no worries, enjoy your Bible meeting”.

Kwasnicki przyszedł właśnie do pracy. Środy w tym semestrze zawsze były długie, a dziś wieczorem był jeszcze koncert. Miał dziś w planie cztery godziny lekcji ze studentami, dwie lekcje prywatne i spotkanie rady pedagogicznej. Najdłuższy dzień tygodnia.

Pierwsza lekcja to Eric, student kompozycji. Zafascynowany jazzem, świetnie improwizujący, Eric na fortepianie grał ciężko i głośno. Zwłaszcza te biedne akordy w lewej ręce łupał jakby młotem jakimś czy kilofem. Czytał za to świetnie nuty, grał wszystko. Na lekcję przyniósł dziś Nokturn cis-moll Chopina. Profesor Kwasnicki całą godzinę tłumaczył, pokazywał, wyjaśniał, że w muzyce Chopina lewa ręka powinna być delikatna i utrzymana w tle. Próbowali też grać bardziej ekspresyjnie prawą ręką, ale Eric ucha ani do Chopina, ani do piękna dźwięku po prostu nie miał. Fortepian w jego rozumieniu to był instrument klawiszowy, na którym lewa ręka gra akordy a prawa ręka improwizuje. I rzeczywiście, gdy bawił się fortepianem jazzowo, naprawdę świetnie mu to wychodziło. Profesor Kwasnicki marzył o tym, by pewnego dnia Eric zainteresował się bardziej ekspresyjnością i delikatnością muzyki, podczas gdy Eric chciał się po prostu cieszyć żywiołowością i energią samego grania. Wykształcony w europejskich konserwatoriach Kwasnicki cierpiał do bólu słuchając Erica, ale nic mu innego nie pozostało jak tylko zachęcać go do dalszej pracy i głębszego wsłuchiwania się w jakość dźwięku.

Choć Eric ucha do fortepianu nie miał, ale nut się na lekcję zawsze nauczył, czego nie można było powiedzieć o następnym studencie, Matthew, który dukał preludium i fugę gis moll Bacha nie znając nut, palcowania i poszczególnych głosów. Po prostu był bezwstydnym leniem. Profesor Kwasnicki zapytał go czy wie co to jest polifonia. „Coś chyba było na ten temat na historii muzyki” powiedział Matthew, „ale nie pamiętam, już zapomniałem”. Zapytany o barok, przyznał, że owszem było chyba coś na ten temat na zajęciach, ale też już nie pamięta. Kwasnicki musiał mu wszystko wyjaśniać od początku, ale zauważył, że to po prostu nudziło ziewającego Matthew, który zerkał co chwilę na zawieszony na ścianie zegar. Resztę lekcji spędzili nad ćwiczeniem poszczególnych głosów i nad palcowaniem. Matthew grał bowiem za każdym razem innymi, totalnie przypadkowymi palcami. Gdy Matthew już miał wychodzić z gabinetu, przebudził się nagle i zapytał, czy zamiast Bacha nie lepiej by było, by może zaczął grać coś innego. Na przykład, ostatnio słyszał na zajęciach z historii muzyki świetny utwór pod tytułem „Katalog ptaków”, ale nie pamięta nazwiska kompozytora. Bardzo chciałby to grać. W drzwiach stała już Melissa, profesor Kwasnicki nie wiedział co powiedzieć Matthew, spędzili bowiem całą godzinę i ostatnie trzy tygodnie, ćwicząc razem Bacha. Najprawdopodobniej Matthew miał na myśli Olivera Messiaena, który był definitywnie dla niego za trudny, przecież nawet dwustronicowe preludium Bacha było dla niego za trudne. „Napiszę ci email” powiedział Wacław z wyrazem ubolewania na twarzy. „I jak tu teraz wyperswadować temu leniuchowi Messiaena?” pomyślał Waclaw.

Melissa przyniosła na lekcję preludium Debussy’ego „Sztuczne ognie”. Miała poważne problemy z odczytaniem niektórych skomplikowanych rytmów. Liczyli i stukali rytmy razem w stół. Melissa nigdy nie lubiła profesora Kwasnickiego, czuła się bardzo nieswojo słuchając jego polskiego akcentu. Niczego nie rozumiała i wszystko, co mówił musiał powtarzać co najmniej trzy razy. Na dodatek, Melissa bała się przebywać sama z obcym mężczyzną w gabinecie. Waclaw obchodził ją z daleka i siedział zazwyczaj w najdalszym kącie gabinetu, by nie czuła się zagrożona. Nie pomagało, że wszyscy przecież wiedzieli, że Waclaw zamiast żony ma męża i raczej nieprawdopodobne jest, by nagle rzucił się na jakąś kobietę. Melissa bardzo opornie stosowała się do wskazówek profesora, po prostu nie ufała jego radom. Gdy wyszła w gabinetu, Waclaw odetchnął z ulgą. Jakie to dziwne, że każdy student miał jakby inną „wagę”, niektórzy potrafili go w ciągu godziny zajęć naprawdę wymęczyć, a inni byli leciutcy jak piórko.

W czasie lunchu, który spędzał w swoim gabinecie spojrzał w email. Wiceprezydent do Spraw Efektywności Akademickiej rozesłał ankietę co do konieczności zmiany nazwy senatu. Były przeróżne opcje, np. „Senat Uniwersytetu” albo „Senat Społeczności Akademickiej”. Ponieważ nie miało to najmniejszego znaczenia Wacław wybrał po prostu pierwszą nazwę z brzegu. Następna wiadomość była poświęcona wyborom do senatu, na liście kandydatów było sześćset osób, z których Wacław znał może kilkanaście. Każdego roku miał inną filozofię głosowania. Czasem głosował na znajomych, czasem na pierwsze dwadzieścia osób, czasem dla zabawy tylko na obcokrajowców, a czasem tylko na osoby których nie lubił i chciał, by były bardzo zajęte w pracy głupimi spotkaniami senatu. Nikt nigdy nie ogłaszał wyników tych wyborów, było to znów bez żadnego znaczenia. Senat miał na uniwersytecie rolę „doradczą”, a więc na przykład rozsyłał ankiety do wszystkich profesorów, by sprawdzić jak się wszyscy na campusie czują i jak można to poprawić. Po otrzymaniu wyników ankiety senat miał spotkania, podczas których o tych wynikach gorliwie dyskutowano. Swe konkluzje przekazywano rektorowi. Tak było co roku i nie miało to dla nikogo najmniejszego znaczenia.

Był też w skrzynce odbiorczej email od Alice, studentki fortepianu drugiego roku. Alice przeczytała w sylabusie, że należy ćwiczyć cztery godziny dziennie, ale wczoraj zapomniała spojrzeć na zegarek i poćwiczyła pięć godzin. „Zdaję sobie sprawę, że daje mi to nieuczciwą przewagę nad innymi studentami fortepianu. W jaki sposób mogę nadrobić to nadużycie? Jest mi okropnie przykro. To naprawdę zdarzyło się przez kompletny przypadek”, lamentowała Alice. Przez całe życie, jako uczeń i student Kwasnicki ćwiczył na fortepianie co najmniej sześć…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Świetnie się urządziłeś — czytnik · opowiadania