Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 10 min czytania

Świt

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Człowiek sukcesu… Jakby nie patrzeć, bardzo popularne określenie. Zwłaszcza wśród ludzi bez wyrazu czy też charakteru. Ludzi, którzy w swym przeciętnym żywocie, tak naprawdę nic szczególnego osiągnąć nie zdołali, którzy są nikim. Są tego świadomi. Kryją swój wstyd, kryją swą zazdrość. Często podziwiając, czy nawet i wynosząc na piedestał swe przeciwieństwa. Głęboko je respektując. A mowa oczywiście o tych, którym owe określenie pasuje. Po cichu jednak, w zakamarkach własnych myśli, życzą im nie do końca fortunne rzeczy. Obgadują, gnoją, plotkują. Starają się odebrać im choćby część wspaniałości. Może przyswoić sobie? Żałosne…

Ale czymże jest ten cały ‘Człowiek Sukcesu’? Kogo owy tytuł dotyczy, kto może tak naprawdę się nim szczycić? Czy ten posiadający wielkie majątki, przekraczające pojęcie przeciętnego zjadacza chleba? A może ten obdarzony niemal nieograniczoną władzą, którego ludzie szanują i słuchają. Bądź ów, posiadający wspaniałą rodzinę, kochające dzieci oraz wierną małżonkę? Który jest tym całym ‘Człowiekiem Sukcesu’?

Cóż, osobiście przyznać muszę, iż miałem to wszystko. Majątek ponad każdą potrzebę czy zachciankę, władzę nad wielotysięczną listą pracowników mej firmy oraz oczywiście rodzinę. Rodzinę niczym z ‘amerykańskiego snu’. Cudowną, jedyną w swoim rodzaju, niezastąpioną… Tym samym, czy wymieniane już wielokrotnie wcześniej określenie mi pasuje? Czy można mnie takim nazwać? Heh, prawda jest taka, iż praktycznie byłem definicją tej frazy. Jak ja idealnie pasowałem do niej, tak ona całkowicie określała mnie. Można by pomyśleć, iż właśnie z myślą o mnie została stworzona… Myślisz, że zawsze tak było? Niby urodziłem się z czepkiem na głowie. Genetycznie odziedziczyłem charyzmę oraz nieprzeciętne umiejętności przywódcze jak i manipulacyjne? A wraz z nimi wygląd, urok, pracowitość oraz wielką ambicję? No i oczywiście, cechy te mogłem rozwijać w pełni, ponieważ wrodziłem się w bogatą familię, która już na samym starcie mogła zaoferować mi praktycznie wszystko? Prawda jest taka, że jednak ma przeszłość wyglądała trochę inaczej. W końcu, by stać się człowiekiem sukcesu, najpierw niestety trzeba być człowiekiem porażki… Zainteresowani?

Moja rodzina, ta z młodzieńczych lat. Cóż, nie należała do specjalnie kochających, bogatych czy tym bardziej szanowanych. Takie rodziny zwykło się określać mianem patologicznych. Ojciec pijak, matka również. I jedno i drugie bezrobotne, ssące łapczywie zasiłki od „hojnego” państwa. Niemal każdy grosz przeznaczając na kolejne promile. Co mi pozostało? Prawda jest taka, że ja jeszcze miałem stosunkowo łatwo. Mi pomagał starszy brat. To jego dawniejsze lata były dopiero trudne – jemu nie miał kto pomóc. I pewnie też dlatego, ponieważ nic go w tym miejscu nie trzymało, prócz jakiegoś wybzduranego poczucia obowiązku co do mojej osoby. Właśnie dlatego, gdy tylko osiągnąłem wystarczający wiek by móc samodzielnie o siebie zadbać. Wtedy zniknął, odszedł i nigdy nie wrócił. Zostałem sam, wkrótce wręcz dosłownie. Ponieważ moi jakże wspaniali rodzice, postanowili już długo nie plugawić tego świata - zaćpali się aż po zgon. Co za strata, trzeba żyć dalej. Trzeba iść do przodu. Nie poszedłem, zostałem na starych śmieciach. Pozostawionych mi z racji pokrewieństwa, niebawem ruszyłem ich śladem. Było jeszcze za wcześnie... Marna posadka, marna dziewczyna, marne życie upiększane dosyć często alkoholem czy narkotykami. Z początku lekkimi, potem twardymi. Gdy zabrakło na nie pieniędzy, musiałem rzucić alkoholizm. W końcu zaćpanie daje większą ‘radochę’. Takim sposobem doszedłem do tego momentu. Jeden z najgorszych dni w moim życiu. Rzucony przez marną dziewczynę, wylany z marnej roboty. Potrzebowałem naprawdę sporo, by życie wydało mi się choćby warte kolejnego oddechu. Widocznie za wiele, a przynajmniej jak dla mojego organizmu. Powieki stały się niewyobrażalnie ciężkie, oddech trudny do zaczerpnięcia. Sen to jedyne, do czego dążyłem. Ciemność to jedyny mój towarzysz. Koniec, to jedyna myśl, jaką potrafiłem wykrzesać. A szczerze mówiąc, to również jedyne, czego aktualnie pożądałem. Było tak blisko. Wydaje się, że na wyciągnięcie ręki. Aczkolwiek, jednak nieosiągalne. Czemu? Ktoś, a może i coś, nie pozwoliło mi do niego dojść. Do niego, oczywiście mówiąc o ‘Końcu’, żadnego światła na końcu tunelu nie było, to jest czysta bzdura. Mimo iż rwałem się pełnią sił, to ‘coś’ mnie trzymało, i nie zamierzało puścić. Przykre acz prawdziwe, nawet spokojnie spocząć nie było mi przeznaczone… Wtem głos, dochodzący tak znikąd jak i zewsząd. Przytłaczający,…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Świt — czytnik · opowiadania