Fantasy · 52 min czytania
Świt dla Dzieci Zmierzchu (Smocze dziedzictwo X)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Słońce stało już wysoko na niebie, gdy jego świetliste promienie minęły jedną z ostrych grani i usiadły na ciemnej twarzy śpiącego pod wzgórzem mężczyzny. Samotny, słaniający się na nogach wybraniec Idara Denno po przekroczeniu bramy musiał w końcu poddać się senności. Pokolenia Dzieci Zmierzchu czekały na wyzwolenie od wieków, kilka godzin nie zrobiłoby im już różnicy. Nie pomogło powietrze Ko Nai'lei, usuwające z ciała znużenie, Inoshikete już zbyt długo był na nogach. Dodatkowo wyczerpał go nadmiar wrażeń i kiedy w końcu pozostał sam pośród szarych szczytów Dhai-kun, niemal osunął się na ziemię bez życia. Podmuchy porannego wiatru, szarpiące jego grzywkę i długie włosy, z których gdzieś podczas dnia zsunął się rzemyk, utrzymujący węzeł na karku, również nie dały rady obudzić Akubiiru. Dopiero, gdy ostre, wiosenne słońce zamrugało mu na twarzy, uniósł powieki. Przez chwilę jeszcze nie pamiętał o czekającym go wyzwaniu, beztroski moment półsnu napawał się po prostu ciepłym tchnieniem wiosny na policzkach. Przetarł dłonią oczy i wówczas światło zamigotało w metalicznie lśniących okruchach zdobiących jego nadgarstek. Nether, łańcuszek od Sei'ru, podarunek od chłopca, który tak bardzo wierzył w powodzenie misji jego życia. Inoshi wstał, przeciągnął się i wbił wzrok w niebo w poszukiwaniu smoków. W tej chwili, stojąc na górskiej przełęczy drobny jak ziarnko piasku wobec otaczającej go potęgi przyrody, zatęsknił za Akaire. Chciałby mieć przy sobie przynajmniej jego, nieważne, że wierzchowiec był smokiem, jaszczurem jak Daikar, którego Inoshi miał zgładzić. Idara Denno tęsknił w tej chwili za jakimkolwiek przyjacielem. Smoki tymczasem czuły chyba jakiś mający nadejść przełom, ponad jego głową różnokolorowe jaszczury zataczały mniejsze i większe koła, przysłaniając co jakiś czas światło słońca. Zatem pozostało mu przyzwać któregoś i nakazać wskazanie drogi ku największemu przekleństwu Dhai-kun. Jednak te stwory nie żyły na co dzień wśród Idara Denno, nie można nimi było komenderować jak szkolonymi wierzchowcami w Stinas Teresse. Inoshikete przysiadł na kawałku wygrzanej słonecznymi promieniami skały, skrzyżował dla wygody długie nogi i zaczął oczyszczać umysł ze zbędnych myśli, aby skupić się na wpłynięciu na jaszczury ponad górskimi szczytami. Łatwiej powiedzieć niż zrobić... Obrazy z Ko Nai'lei, twarze Dzieci Świtu o spokojnych źrenicach i miękkich uśmiechach, przepełnione nadzieją i niepokojem oczy Kayuu w chwili, gdy przekraczał bramę w Teers Haen, wreszcie nieprzerwanie brzmiący w uszach, pełen rozpaczy krzyk Raiki - wszystkie wspomnienia wypełniły teraz jego głowę. Ledwie odsunął od siebie jakąś natrętną myśl, jej miejsce zajmowała kolejna, jeszcze bardziej natarczywa, zazwyczaj bardziej bolesna. W końcu pozwolił przepłynąć wszystkim obrazom i dźwiękom, usunął je na bok, niemal wyłączył odczuwanie cierpienia i tęsknoty. Nie teraz! To nie chwila na rozpamiętywanie przeszłości! W tym momencie musi walczyć o przyszłość! W końcu chyba się udało, jaszczury ponad nim musiały poddać się jego woli. Łuskoskrzydłe, metalicznie lśniące potwory przestały zataczać kręgi i poczęły kierować się ponad jedną z widocznych w oddali grani. Zatem tam musiało kryć się legowisko Daikara, władcy smoków w Alderze. Czy tylko smoków? Inoshi nie chciał myśleć, że sam również w jakiś sposób podlega jaszczurowi. Nie miał co liczyć na dostanie się do celu na grzbiecie któregoś z gadów - to nie Akaire i nie wierzchowce ze Stinas Teresse, nauczone nosić Idara Denno w siodłach pomiędzy swymi skrzydłami. Inoshikete zwrócił się w stronę, gdzie, jak sądził, odnajdzie swoje przeznaczenie, i podjął wędrówkę. Słońce ogrzewało teraz jego plecy, Piorun Pradawnych w pochwie u pasa ocierał się lekko o jego biodro. Cokolwiek miało się stać - jego zadaniem jest teraz dotrzeć na odległą przełęcz.
Tymczasem Kayuu, Raika, Sai i Chii przemierzali niebo na grzbiecie Akaire, zmęczonego podróżą, lecz nieustannie dążącego do miejsca, które uważał za dom. Kapłanka po nocnym odpoczynku starała się nawiązać jakiś kontakt z wojowniczką, umyła jej dłonie, nadal poplamione krwią brata, poprawiła rozdartą w czasie walki skórzaną bluzę i palcami przeczesała splątane pasma jasnych włosów. Raika poddawała się tym zabiegom z obojętnością, patrzyła już jednak przytomniej i przynajmniej monosylabami odpowiadała na zadawane pytania. Kayuu uznała, że póki nie dotrą do Stinas Teresse, taki postęp wystarczy, i nie naciskała więcej. Z radością przywitała z kolei ostrożne i pełne rezerwy pytanie Chii o możliwość lotu do Dhai-kun. Sai w istocie był czarodziejem i to wcale nie ze względu na swoje umiejętności wpływania na rzeczywistość! Kayuu nie potrzebowła wiedzieć, jakim cudem przekonał małą Avreżkę, jeszcze kilka godzin temu próbującą zabić ich wszystkich, do udziału w ich przygodzie. Wystarczyło, że Chii przestała być zakładniczką, leciała z nimi dalej z własnej woli. - On - Avreżka uparcie nie używała imienia Saia. Wyjaśniając swoje powody tylko skinęła w kierunku maga. - opowiedział mi pewną historię. Chcę zobaczyć na własne oczy ten kamień, który skazał Wilka na śmierć. - Chętnie powitam cię zatem w Stinas Teresse - kapłanka z szacunkiem skłoniła głowę przed przedstawicielką dawnej rasy. Choć nie należała do ich sprzymierzeńców, jej zdolności z pewnością zasługiwały na uznanie. - Swoją drogą niesamowite, jak wielu różnych gości mamy tam w ostatnich czasach. - Jeśli on - znowu zwróciła na chwilę głowę w kierunku Saia. - mówił prawdę, to już wkrótce Dzieci Zmierzchu będą mogły opuścić góry. Wówczas będziecie spotykać wszystkie nacje Aldery. - Miejmy taką nadzieję - Kayuu ponad koronami drzew spojrzała na mgiełkę, zasnuwającą widoczne już na horyzoncie, dalekie szczyty Dhai-kun. - Teraz wszystko jest w rękach mojego brata. Oby sprzyjało mu szczęście.
Inoshi tymczasem przez cały dzień pokonywał kolejne wzniesienia, pnąc się coraz wyżej w, zdawałoby się, niedostępne rejony gór. Niemal z każdym krokiem stawało się zimniej, a coraz bardziej rozrzedzone powietrze utrudniało marsz, jakby nie chcąc wypełnić płuc do końca. Inoshikete jednak nie należał do słabych, ani ciałem, ani charakterem. Szedł wytrwale, co jakiś czas przystając dla wyrównania oddechu i uspokojenia kołatającego z wysiłku serca. Szedł dla wolności własnej, siostry i setek Dzieci Zmierzchu w Stinas Teresse oraz ocalałych z Teers Haen. Nie miał pojęcia, ilu z pobratymców przeżyło walkę ze strażą królewską, mógł tylko mieć nadzieję, że przynajmniej kilkoro powróci do domu. I dla tych kilkorga, którzy rzucili swoje życie na szalę, warto się postarać. Zawsze stawiał dobro przyjaciół na pierwszym miejscu. Wszak dawno temu postanowił poświęcić dla bliskich życie, więc intencje nie mogły pozostać niejasne. Jednocześnie, o ironio! to właśnie to oddanie innym przygniatało teraz jego serce. Nie mógł zapomnieć, że za niego oddał życie ktoś inny, ukochany brat Raiki. W jakiś sposób, naprzeciw logice, Inoshi czuł się winny, że żyje. To nie zimno i nie nieznośnie ciężki oddech najbardziej utrudniał mu marsz. Każdy krok utrwalał w pamięci, i tak już wyryty w jego sercu na zawsze, obraz zapłakanej dziewczyny na zimnej posadzce przed rozświetloną bramą. Wojowniczka z pół-krwi Idara Denno w ostatnich miesiącach stała mu się tak droga, że bez wahania oddałby wszystko za jej szczęście. Tymczasem, jego życie kosztowało ją utratę marzenia i celu, do którego tak długo zmierzała. Czy coś takiego da się kiedykolwiek wybaczyć? Inoshi szedł ku siedlisku Daikara wytrwale, lecz z pochyloną, z pożerającego jego wnętrze bólu, głową. Gdy wszedł wreszcie na szeroką przełęcz, wieczór zdążył już przyoblec nieboskłon w gwiaździstą szatę. Zielonkawa twarz Ubry wychynęła znad szczytów, z drugiej strony zaś wznosił się chłodny Iber. Kosmiczne rodzeństwo miało po raz kolejny spotkać się tej nocy wpół drogi na niebie. Inoshi zaklął cicho, potknąwszy się o wystającą krawędź skalną. Oto wybraniec Dzieci Zmierzchu, rzucony na kolana przez kamień na drodze! Wojownik oparł dłonie na zimnych podłożu i wziął kilka głębokich oddechów. Rozrzedzone powietrze nie pozwalało zaczerpnąć tchu, mimo chłodu twarz Inoshikete spływała potem. Wyczerpany, oparł czoło o jeden z kamyków, zamknął oczy, by w końcu uspokoić niemal histeryczne bicie serca. - Zatem jesteś wreszcie, istoto z nizin - głos otaczający go ze wszystkich stron, odbijający się echem od płaskich, nagich skał, praktycznie wstrzymał jego oddech. Dżwięki przypominały głuchy charkot z dna głębokiej studni, słowa były jednak całkowicie zrozumiałe. Inoshi, zapominając o zmęczeniu, poderwał głowę w poszukiwaniu źródła głosu. Nie musiał szukać daleko. Na polanie przed nim lądował właśnie smok, Inoshi bez pudła poznawał charakterystyczne dla wszystkich tych jaszczurów trzepotanie skrzydeł po spotkaniu z ziemią. Wierzchowce ze Stinas Teresse tak samo chwytały równowagę po lądowaniu - szeroko rozkładały łuskowane skrzydła, zamiatając nimi powietrze przed sobą, zanim nie opadły w końcu na drobne, przednie łapy. Tu jednak kończyły się podobieństwa do stworów, które Idara Denno zwykli uważać niemal za zwierzątka domowe. Bo co to był za smok! Akaire zdawał się duży, ludziom, którzy widzieli go po raz pierwszy wręcz ogromny, tymczasem w kłębie mierzył nie więcej niż dwa rosłe konie. Ten zaś... ten potwór rozmiarami dorównywał sporemu budynkowi. Największy Khun sięgałby mu zaledwie do stawu kolanowego w potężnej tylnej nodze. Stoczyć walkę z tym kolosem? Mądrości przodków, wszak to najpewniejsza śmierć! Inoshi nie pozwolił sobie jednak na zwątpienie. Tyle przeżył, jego najbliżsi ponieśli tyle wyrzeczeń i tyle wycierpieli... nadszedł w końcu czas wypełnienia i jego zadania! Sięgnął po miecz z netheru, wyszarpnął oręż z pochwy u pasa i podpierając się klingą, uniósł się na nogi, by stanąć naprzeciw monstrualnemu wrogowi. Smok jednak nie wyglądał na przejętego. Szczerze mówiąc, o ile to możliwe, w jego oczach zamigotała jakby iskierka szyderstwa. Inoshi uniósł oręż i zamachnął się kilkakrotnie, bardziej chcąc dodać sobie animuszu, niż z chęci zaatakowania potwora. Miecz wspaniale leżał w jego dłoni i miękko przecinał powietrze, czego można było się spodziewać po prastarej broni z minerału Niilei. - Schowaj ten nożyk, przybyszu - grzmiący głos rozległ się ponownie i Inoshikete uświadomił sobie, że Daikar wcale nie wypowiada słów. Wszechobecność dźwięku także była ułudą - zdanie po prostu nagle powstało w jego głowie, nigdy nie wybrzmiało jako coś słyszalnego. Zatem jaszczur posługiwał się telepatią, jakby wkładał własne myśli prosto w umysł rozmówcy. To niebezpieczne! Być może smok potrafi także czytać w jego mózgu! Odtąd Inoshi musiał panować nie tylko nad tym, co potwór mógł zobaczyć, nie tylko nad ruchami czy słowami, ale przede wszystkim nad własnymi myślami. Jak walczyć z kimś takim? - Schowaj miecz, Idara Denno - polecenie raz jeszcze pojawiło się w jego głowie, brzmiąc niczym grzmot przetaczający się przez skalne urwiska. - Co masz zamiar z nim zrobić? Nawet, gdyby twój atak miał sens, odpowiedz sobie sam na pytanie - czy potrafiłbyś wymierzyć we mnie oręż? Inoshikete mimowolnie poddał się woli smoka i zastanowił się przez chwilę. Rzeczywiście, mimo pragnienia wyzwolenia swoich braci i sióstr, poczuł, że nie może skrzywdzić jaszczura, stojącego przed nim. Coś głęboko w zakamarkach jego duszy buntowało się przeciw walce, nie pozwalając mu unieść miecza do ciosu. Oszołomiony tym odkryciem, postąpił o krok w tył. - No właśnie - Daikar przymknął na moment czarne jak węgle oczy, westchnął ciężko i pochylił łeb nad przednimi łapami, jakby miał zamiar położyć się na skalnym podłożu. Czy jednak rzeczywiście był w stanie odczytać myśli, czy po prostu wyciągnął oczywiste wnioski z zachowania Inoshi'ego, tego Idara Denno nadal nie wiedział. Dla pewności rozstawił nogi i na powrót uniósł ostrze, gotów do obrony w razie ataku bestii. Smok prychnął w powietrze, jakby znudzony i rozczarowany. Czy to możliwe jednak, by w źrenicach zabłysł ogienek żalu? - Podejdź, Dziecię Zmierzchu, które tak niewiele rozumiesz - tym razem legł na kamieniach, kładąc ogromny, zielony łeb na przednich łapach, niczym zmęczony pies, który wrócił do domu i wiernymi oczami ściga ruchy pana. - Podejdź, usiądź, odpocznij po swej wędrówce. Przecież słyszę, jakim wysiłkiem jest dla ciebie oddychanie w tak wysokich partiach gór. Inoshi zdawał sobie sprawę z tego, że powietrze świszcze mu w nozdrzach przy każdym oddechu, ale zwrócenie na to uwagi to było już za wiele ze strony smoka! - Jestem tu, by cię zabić - odezwał się w końcu do poczwary, postanawiając, że stanie do walki z uniesioną głową. Na cóż było się ukrywać? - Dlaczego niby miałbyś martwić się o moją wygodę? - By mnie zabić - Daikar powtórzył jego słowa, wolno i z namysłem, jakby próbując ich smaku. W końcu machnął w powietrzu jedną z uzbrojonych w pazury przednich łap i na powrót położył głowę na kamieniach, przymykając oczy. - Biedne Dziecię Zmierzchu, tak bardzo cię oszukano! - Nie rozumiem - warknął Inoshikete, starając się wykrzesać z siebie dość złości, by przemóc wewnętrzny opór przeciw walce ze smokiem. Wszak musiał go zabić! - O tak, nie rozumiesz - jaszczur tymczasem jakby bawił się jego irytacją, czarne oczy, ledwie już widoczne w mroku nadchodzącej nocy, zdawały się niemal uśmiechać. - Nie rozumiesz więzi, jaką jesteśmy powiązani, nie rozumiesz, czym w odległych czasach było dla was tchnienie mojego oddechu. Dla garstki Istara Denno, słabych i skazanych na pewną zgubę wśród bezlitosnych szczytów Dhai-kun. Biedne Dziecię Zmierzchu, czy chcesz to zrozumieć? Inoshi tylko chwycił głębszy oddech. Jednak w miarę odpoczywania stawał się coraz słabszy, zamiast nabierać sił. Odetchnął znowu i opadł miękko na skały, opierając się na jednym kolanie, jakby składał smokowi hołd. Mimo złości, nie mógł się już unieść, podparł się jeszcze tylko dłonią. Nie wypuszczał jednak z garści świętego miecza z netheru. Ciągle miał nadzieję, że po chwili wrócą mu siły, niech tylko uspokoi się wreszcie szalone bicie serca i szybkie oddechy. To rozrzedzone górskie powietrze przyprawiało go o zawroty głowy! Na całe szczęście, Daikar przynajmniej nie kpił już z jego osłabienia. Widząc, jak Idara Denno osuwa się na ziemię, jaszczur przymknął oczy, by po chwili przenieść spokojny wzrok na wschodzące coraz wyżej księżyce. W zapadającym mroku jasne światło Ibera rysowało jego sylwetkę srebrną nitką i migotliwymi placami rozległych płaszczyzn. Smok zdawał się potężny, przedwieczny i... piękny. Tak, piękny w swym surowym ogromie, piękny prastarą potęgą początków Aldery. - Wiedziałem, że przyjdziesz, Dziecię Zmierzchu - pomruk gdzieś w zakamarkach umysłu wywołał u Inoshi'ego dreszcz przebiegający wzdłuż kręgosłupa. - Nie znam jednak twojego imienia. Ja jestem Daikar, zrodzony ze skał Dhai-kun u zarania dni Aldery. Zdradź mi swoje miano. Wojownik milczał przez chwilę, starając się uspokoić oddech na tyle, by wyrzec słowo i zastanawiając się zarazem, jaki cel ma potwór w tej pogawędce. Przecież mógłby, nie czekając, zabić go bez trudu jednym machnięciem łapy. - Inoshikete - powiedział wreszcie, a jego głos poniósł się dźwięcznie w dół urwiska, rozlewając się pod nimi falami, wzbudzając drgania każące osypywać się drobinkom piasku. - Inoshikete Akubiiru. - Zatem stało się, jak powiedziano. Idara Denno z Białej Krwi przybył, by zniszczyć zarzewie przekleństwa biednych Dzieci Zmierzchu! - nie wiedzieć czemu, smokowi wydało się to niezmiernie zabawne. Jeśli te jaszczury potrafią się w ogóle śmiać, to Daikar chyba właśnie parsknął śmiechem. - Inoshikete, tak? I pod tym imieniem pragniesz być zapamiętany jako pogromca bestii z gór? Inoshi nie odpowiedział, nie cofnął się, nie mrugnął nawet powieką, gdy nagle zirytowany smok pochylił się ku niemu, jakby zamierzał zaatakować. - A czy ciebie nigdy nikt nie nazwał bestią?! - myśl przeszyła jego umysł jak błyskawica, ciemną twarz owionął oddech pochylonego nad nim stwora. - Czy nie przyszło ci do głowy, że tak jak i ty mogę być tylko niewolnikiem swej natury, potworem z przymusu? Wy, Dzieci Zmierzchu ze Stinas Teresse, nigdy nie próbowaliście znaleźć innego rozwiązania, niż tylko zabić Daikara! Jaszczur prychnął w powietrze i postąpił kilka kroków do tyłu. Już nie pochylał się nad Inoshim, przygniecionym nagle wątpliwościami. Czy to możliwe, żeby znaleźć jakieś inne wyjście z tej sytuacji? Coś, o czym pokolenia Idara Denno nigdy nie pomyślały? - Akubiiru, co? - jego mózg znowu zapełniły nici obcych myśli. - Pamiętam tę, która nosiła to nazwisko. Ametarai jako jedyna wzgardziła moją ochroną, nie chciała przyjąć siły, jaką wam ofiarowałem, części mojej duszy! Ametarai z Białej Krwi, rzeczywiści blada jak lilia na jeziorze, z pastelowo zielonymi oczami. Serce białej lilii też zawsze jest seledynowe... Inoshi zacisnął powieki w nagłym spaźmie wewnętrznego bólu. Zatem to prawda, szmaragdowy blask, który zapala się w szale w jego tęczówkach, jest pamiątką po przodkach. Ametarai też miała zielone oczy! - Ale tak jak ten kwiat była także słaba! - zagrzmiał smok. - Kwiaty umierają łatwo, i ona była nie dość silna, zbyt delikatna na ziemie Aldery. Śmierć słabych to krok ku potędze! A czy ty wiesz, Inoshikete Akubiiru, w jaki sposób twoja prababka pożegnała się ze światem? - głos Daikara zabrzmiał teraz jak nieprzyjemny syk w jego uszach. - Dzieci Zmierzchu ubrały to w piękną legendę. Jakoby przeczystej Ametarai serce pekło z żalu nad losem współbraci. Ale było inaczej, mój drogi pogromco. Twoja przodkini w swym tchórzostwie własnoręcznie odebrała sobie życie, przecinając żyły na nadgarstkach kawałkami zaostrzonej skały! Skonała w kałuży krwi pod tą krzewinką, którą zasadziła. Inoshi, pod wpływem pełnych złości słów Daikara, zrozumiał w końcu coś, nad czym przez wieki biedziły głowy najtęższe umysły Dzieci Zmierzchu. Oto musiał zaakceptować trudne do pojęcia, lecz jedyne możliwe wyjaśnienie zagadki rośliny, która żyła na przekór prawom przyrody, wśród niegościnnych skał Dhai-kun, praktycznie bez śladu gleby i nieodzownych pierwiastków. Ametarai, Zrodzona z Drzewa, umierając przekazała własnego ducha kolejnemu drzewu, pozostała w skarłowaciałej krzewinie, by wskazać Idara Denno drogę ku wyzwoleniu. Jakim potworem wydawał sie sobie teraz, gdy wspomniał na przekleństwa, którymi swego czasu obrzucał samotną roślinę! Nieszczęśliwe dziecko, któremu powiedziano, że dorasta tylko po to, by stracić życie w bratobójczej walce, wylało wszystkie żale na przodkinię, uderzając małymi piąstkami w korę drzewa. Dzisiejszy Inoshikete pochylił głowę jeszcze niżej nad zimnymi głazami. - Samobójczyni! - syczał tymczasem jaszczur, co jakiś czas machając skrzydłami. - Przez całe wieki Dzieci Zmierzchu czciły pamięć kogoś, kto nie miał odwagi dalej żyć! Tak słaba, tak żałosna... Samobójcy nie zasługują, by o nich pamiętać! A ty, Inoshikete z Białej Krwi, jesteś dumny ze swego pochodzenia? Wojownik milczał, nie musiał wszak zwierzać się smokowi ze swoich uczuć. Daikar raz jeszcze prychnął w powietrze, kilkakrotnie obrócił łeb i zapatrzył się w wyłaniającą się zza chmury tarczę Ubry. - Minęło wiele czasu, odkąd ktoś zapędził się tak wysoko w Dhai-kun, Inoshikete - podjął znowu, spokojnie i z pewną dozą melancholii, jakby poprzednie wzburzenie odpłynęło zeń bez śladu. - Ostatnimi byli Naikiri i Neida. Kuribiiru, o tak, Szkarłatna Krew to zupełnie coś innego niż Ametarai. Ta dwójka miała w sobie ogień, chcieli przeżyć i gotowi byli oddać za to wiele. Czy zdajesz sobie sprawę, jak ważną decyzję podjęli, stojąc w tym samym miejscu, w którym teraz odpoczywasz? A jednak potrafili poprosić o opiekę, o użyczenie odrobiny siły, potrzebnej do przetrwania. Smok rozpamiętywał dawne dzieje, wpatrzony w czarny atłas nocnego nieba. Chmury płynęły jasnymi smugami, zakrywając błyszczące konstelacje i przysłaniając czasem mijających się Ibera i Ubrę. Noc, pora spoczynku i melancholii, pora najgłębszych myśli, przepływała nad światem, wlewając w serca tych, którzy nie spali, na przemian trwogę, zadumę i nadzieję. - Naikiri, chłopak o oczach jak złoto i włosach niczym słoneczne promienie - Daikar przymknął oczy, przywołując obrazy sprzed wieków. - Neida, cała jak płonący ogień. Wciąż widzę, jak stoją przede mną z uniesionymi głowami i dumą w spojrzeniu. Gdyby nie ich decyzja, dawno skończyłby się wasz rozdział w historii Aldery, mój Inoshikete. Zaimponowała mi odwaga tej dwójki, ich determinacja w chęci dalszego życia. To dlatego dostali to, o co prosili. Udzieliłem im takiej pomocy, jakiej udzielić mogłem, uczyniłem ich serca zdolnymi do walki i nienawiści. To jedyny sposób, by przetrwać w naszym okrutnym świcie, czyż nie, Inoshikete z Białej Krwi? Inoshi nadal nie odzywał się, zatopiony w rozważaniach, całkiem już zdezorientowany. Cały plan, jego zadanie wydawało się nagle niepewne. Co właściwie miał zrobić na tej górskiej przełęczy? Jaką drogę obrać? Vanyar w Ko Nai'lei przestrzegał go przed popełnieniem pomyłki - co miał na myśli? A może i on, przywódca Dzieci Świtu na ziemiach Aldery, nie wiedział? Jak teraz nie zaprzepaścić szansy na wybawienie dla setek Idara Denno w Stinas Teresse? - Ale umiejętność walki to nie wszystko, co dostały ode mnie Dzieci Zmierzchu - ciągnął ogromny jaszczur, jakby nie zwracając wcale uwagi na rosnącą niepewność swego rozmówcy. - Smoki odznaczają się jeszcze jedną, głęboko zakorzenioną cechą. Otóż, Inoshikete, jesteśmy lojalne. Tu potwór spojrzał na klęczącego wojownika, długo przypatrywał się jego twarzy, zupełnie czarnej w ciemnościach nocy. - Idara Denno dostali ode mnie także tę lojalność względem współplemieńców. Dlatego nigdy nie podniesiesz ręki na inne Dziecko Zmierzchu. Dlatego nie zagrozi ci smok. Dlatego też nie jesteś zdolny mnie zaatakować. Pomyśl, czy kiedykolwiek słyszałeś o kłótni lub bójce w Stinas Teresse? Czy nie masz wierzchowca, którego uważałbyś za przyjaciela? Idara Denno i skrzydlate jaszczury są powiązane silniej, niż może ci się to wydawać, mój drogi. Dlatego ja również cię nie skrzywdzę. Jesteś mi jak syn, Inoshikete z Białej Krwi, choć przybyłeś tu, by mnie zabić. Inoshi'emu szumiało w głowie, nie wiedział już, czy z powodu wysokości, na jakiej przebywał, czy z powodu słów Daikara. Rzeczywiście, nie potrafił nawet wyobrazić sobie zaatakowania smoka, tak jak w istocie nie był zdolny unieść broni przeciw innemu Dziecku Zmierzchu. Nierozważny Sai, na przykład, wielokrotnie zawdzięczał życie tylko temu, że pomiędzy rozwścieczonym Idara Denno a nim stawała Raika. Dlaczego zatem on, Dziecko Zmierzchu, został wybrany do zgładzenia Daikara? A może to jednak nie o śmierć potwora chodziło? - Jesteś tu, by wyzwolić swój ród, ale nie w taki sposób, jak myślisz - smok zdawał się znowu czytać w jego umyśle. - Jeśli źle wam w górach, możecie przecież opuścić Dhai-kun. Bez trudu zniszczycie oddziały ludzi i Avregów, które staną wam na drodze, a wkrótce inne rasy Aldery po prostu nauczą się, że nie warto wchodzić w drogę Idara Denno. Krzywisz się, pokojowo nastawiony potomku Ametarai - pysk smoka zdawał się przybierać grymas kpiącego uśmiechu. - Kiedy wreszcie zrozumiesz, że świat to nie miejsce dla miłych i uprzejmych? A może mogę przekonać cię w inny sposób? - uderzył w zupełnie odmienny ton. - Jako przedwieczna siła, zrodzony wraz z kontynentem, potrafię uczynić wszystko. Czy masz jakieś marzenia, Inoshikete z Białej Krwi? "Marzenia?" - Inoshi wzdrygnął się, chłodny dreszcz przebiegł mu w dół pleców. - "Ten potwór, siedzący na samym szczycie Dhai-kun, żyjący tu zupełnie sam, nie ma zapewne żadnych pragnień ani snów! Jak on może pytać o marzenia? On, który nie ma żadnej bliskiej istoty, któremu na niczym nie zależy! Co on może w ogóle wiedzieć o marzeniach?". Białowłosy wojownik pomyślał o dziesiątkach, setkach Dzieci Zmierzchu w Stinas Teresse, śniących o byciu wolnym od przekleństwa. Pomyślał o głębi ciepłych oczu Dzieci Świtu, których spotkał w ich pięknej Małej Niilei, Ko Nai'lei. A potem jego głowę znowu wypełnił świdrujący krzyk, odbijający się echem w małej komnacie w Teers Haen. Zacisnął oczy, starając się nie wypuścić spod powiek nagle napływających łez. Raika, Raika kołysząca w ramionach ciało jeszcze przed chwilą żywego brata, do którego spotkania dążyła przez pół życia. Rozlewająca się po szarej, zimnej posadzce karminowa czerwień krwi. Krzyk, na wszystkie świętości, pełen najgłębszej rozpaczy, rozdzierający krzyk! - Czy potrafisz wskrzesić umarłego? - spytał nagle, zaskakując samego siebie. Uniósł głowę ku smokowi, którego potężna postać odcinała się na tle nocnego nieba. - Wskrzesić umarłego? - powtórzył Daikar, unosząc w zdziwieniu szyję i łeb, zdobny w rogowy grzebień. - Zawrócić ducha z drogi w niebyt? Czyż tego nie potrafią także kapłani Idara Denno? To przecież żadne wyzwanie! - Kapłani Dzieci Zmierzchu umieją wezwać ducha, który opuścił ciało w wyniku wypadku - Inoshi brnął w wyjaśnienia. Miał jakąś szaloną nadzieję, że jaszczur ma większe umiejętności, choć logika temu przeczyła. - Mnie chodzi o zabitego w walce, zamordowanego celowo i z rozmysłem. - Ach! Zatem chcesz przywrócenia życia, które ktoś gwałtem wydarł z ciała - smok znowu zapatrzył się w pędzące po niebie chmury. Milczał długo, a Inoshi nie przerywał jego zamyślenia. Jednak spokój malujący się w źrenicach jaszczura, czasem tylko powolnym ruchem przysłanianych powiekami, kazał mu wierzyć, że Daikar potrafi przywołać Reino do życia. A może Akubiiru tylko szaleńczo pragnął w to uwierzyć? Mógłby zwrócić Raice ukochanego brata, zawrócić tory okrutnego losu, który skazał ją na cierpienie ponad ludzkie siły. Dzieci Zmierzchu