Fantastyka · 40 min czytania
Świt Nowej Ery
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Rozbłysk. Znowu rozbłysk. Mark 7 ocknął się przerażony. W jego głowie jeszcze wszystko huczało. Upłynęła długa chwila, kiedy w końcu zdołał otworzyć oczy. Była noc, prawdopodobnie kilka godzin przed świtem. Dało się to ocenić tym lepiej, że niebo było w dużo mniejszym stopniu zasłonięte toksycznymi chmurami, niż to widywał dotąd nad Big City. Widok tej rozświetlonej ulicy i spacerujących tu i ówdzie ludzi był dla niego czymś obcym. Budynki i wszystko inne wyglądało jednak znajomo. Najbardziej w tym krajobrazie brakowało potężnej wieży TriTechu - nie, żeby było mu jej brak. Ale najwidoczniej dobrze trafił. Tak musiało wyglądać Big City dziewięćdziesiąt lat temu, w dziwnych, dawnych czasach kiedy nazywano je jeszcze Big Apple, albo po staroświecku Nowym Jorkiem. Pamiętał, że "młotki" wpadły do laboratorium dokładnie w chwili, kiedy profesor włączał sekwencję. Zagięcie nastąpiło, zanim zdążyli unieruchomić maszynerię. Potem pamiętał już tylko rozbłyski, i koszmarny ból głowy. Młotki musiały dopaść profesora, zapewne go zabili lub zabrali do Wieży. Mimo to, akcja powiodła się. Mark 7 znalazł się tutaj. Pytanie tylko, "kiedy" było to "tutaj". Mark szczelniej otulił się płaszczem i, jeszcze na chwiejnych nogach, ostrożnie wyszedł na ulicę. Po jakimś czasie udało mu się dotrzeć do czegoś, co według opisu profesora musiało być stoiskiem z gazetami. Nigdy nie widział czegoś podobnego. Gazety i książki wyszły przecież z użycia przed rokiem 2040. Zdolność czytania nie była konieczna, wiadomości nie odbierało się inaczej jak przez psycho-chipy. Mark umiał jednak czytać, przynajmniej cyfry i proste słowa. Wpatrzył się w jedną z gazet o tytule wydrukowanym tak dziwną czcionką, że nawet z większymi zdolnościami czytania nie odcyfrowałby jej - i poszukał czegoś, co mogłoby być datą jej wydania. Dzisiejszą datą. W końcu doszukał się. "7 marca 2010" - brzmiał napis. Siódmy marca 2010! A więc udało się. Dzięki Bogu, udało się! Aż dziw, że ta machina profesora zadziałała. Ale to on był w końcu specjalistą. Mark 7 był jedynie dzikusem. I to jednym z najlepszych, dlatego to jemu powierzono tę misję. Ruch Oporu wybrał go, bo był dosyć silny, aby przeżyć skok w czasie. I teraz miał do wykonania zadanie. Był marzec 2010, jeszcze długo przed katastrofą nazwaną przez TriTech Świtem Nowej Ery. On, Mark 7, musiał jej zapobiec. Należało nie dopuścić do tego, aby człowiek zwany Kapłanem rozpoczął pracę nad swoim wynalazkiem. Najprościej byłoby go zabić, ale według Ruchu niemoralne byłoby karać go za zbrodnię, której jeszcze nie popełnił. Mark nie miał więc broni, ponoć zresztą i tak przestałaby działać po wylądowaniu tutaj. Nie miał też szans samemu znaleźć Kapłana, musiał więc znaleźć kogoś, kto rządził w tym czasie krajem, i opowiedzieć mu o wszystkim, tak aby zabronił Kapłanowi kontynuować pracę nad psycho-chipem. Jeśli chip nigdy nie powstanie, świat będzie ocalony. To on miał go ocalić. Tylko jak dostać się do kogoś rządzącego krajem? Ruch posiadał jedynie strzępy informacji. Mark pamiętał tylko kilka nazw i obrazów, które miały mu pomóc w odszukaniu władcy. Błąkał się po ulicach, ani na chwilę nie przestając rozglądać się panicznie we wszystkie strony. Prędzej czy później zginie, to było pewne. Nie wiedział, czy profesorowi udało się usunąć dane z komputera, zanim wpadł w ręce młotków, i czy TriTech dowiedział się, w jaką epokę Mark został wysłany. Ale dowiedzą się w ten, czy inny sposób i wyślą paru młotków za nim z dokładnością co do sekundy. Jego śmierć była tylko kwestią czasu. Musiał więc pośpieszyć się i wypełnić misję. Nie mógł pozwolić, aby śmierć jego, i zapewne profesora oraz wielu innych z Ruchu, poszła na darmo. Nie będzie to z pewnością łatwe. Miasto wyglądało przecież zupełnie inaczej niż w jego czasach, a i tak nie znał Big City zbyt dobrze. Kluczył po ulicach już dość długo, tylko patrzeć było wschodu słońca. Dokuczało mu zimno i głód, myślał jednak tylko o misji. Wreszcie zobaczył coś, co napełniło go nadzieją. Był to napis na tabliczce w murze, który głosił "Pentagon". Mark 7 poczuł radość w sercu. Pentagon! To była jedna z tych nazw, których nauczył go Ruch! Nieodparcie łączyła się z władcą tego kraju. Aby do niego dotrzeć, trzeba tylko rozejrzeć się w pobliżu. I Mark 7, rozglądając się i badając przez kilka minut teren, znalazł to, czego szukał. Był to ogromny dom - mniejszy jednak niż wieżowce, i dużo od nich ładniejszy. Nie prosty blok, lecz ozdobny i skomplikowany; z dziwną kopułką i kolumnami, cały jakby z białego kamienia. Mark 7 wiedział, że takie domy budowało się dawno, przed Nową Erą. Budowla miała też wielki ogród czy też park, i basen, a cała otoczona była wysokim płotem z żelaznych prętów. Tak, to na pewno była odpowiednia siedziba dla władcy. Mark musiał się spieszyć. Plusy mogą tu być lada chwila. Płot nie stanowił dla niego specjalnej przeszkody; wszyscy Dzicy musieli być silni i sprawni fizycznie, aby móc przeżyć. Szybko i zwinnie wspiął się na płot, zeskoczył i pędem pobiegł w stronę domu. W oknach było ciemno, paliły się tylko lampy na zewnątrz. Mark usłyszał jednak czyjeś krzyki i szczekanie psów. Znał psy, Dzicy oswajali je przecież i uzywali do polowań, czasem też zjadali... Zahamował i pozwolił się zatrzymać strażnikom, którzy wraz z psami pojawili się pod domem. - Ręce do góry! Na ziemię! Kim jesteś i czego chcesz? - przekrzykiwali się wzajemnie, świecąc mu w twarz latarkami. Język którego używali trochę się różnił od mowy używanej w jego czasach, ale Mark rozumiał go. - Zaprowadźcie mnie... do waszego... pana - wyartykułował. - Co?! - widocznie nie rozumieli go. - Wasz władca! - zawołał już pewniej - Muszę się widzieć z waszym władcą! Z władcą tego domu! To bardzo ważne! Strażnicy patrzeli po sobie, zdziwieni. Jeden z nich zrobił znak kółkiem na skroni. Mark nie rozumiał tego gestu, ale nieprzyjemnie skojarzył mu sie z psycho-chipami. - To bardzo ważne! - powtarzał - Muszę się z nim zobaczyć. To bardzo ważne! W tym momencie z okna wyjrzał jakiś starszy, siwy człowiek w okularach i posłuchawszy chwilę tego, co się działo, zawołał: - Wprowadźcie go do środka! No, na szczęście sam władca był inteligentniejszy od tych pachołków. Oni byli chyba tak samo głupi jak młotki. Chyba słudzy władców nie zmieniali się, niezależnie od epoki. Gdy prowadzili go do wnętrza budynku, Mark zastanawiał się przez chwilę, czy gdyby młotki nie dopadli profesora i jego urządzeń, maszynę czasu można by wykorzystać do tego, aby przenosić się w rozmaite epoki i przypatrywać się głupocie ludzkiej na przestrzeni dziejów. Teraz jednak musiał skupić się na misji. Mężczyzna czekał na niego w pięknie umeblowanym pokoju z kryształowym żyrandolem. Mark w życiu nie widział jeszcze takiego wnętrza. Poproszono go, aby usiadł i napił się wody. - Czy pan jest władcą? - spytał prosto z mostu. Mężczyzna zastanowił się sekundę, po czym odpowiedział łagodnym głosem: - Tak, jestem władcą, drogi chłopcze. Dlaczego chciałeś się ze mną zobaczyć? - Dzięki Bogu! Więc mogę wykonać swoją misję. Muszę panu wszystko opowiedzieć. To bardzo ważne... - Po kolei, chłopcze, po kolei. Usiądź i opowiedz mi wszystko. Jak się nazywasz? - Mark. A pan? - Możesz mówić do mnie King. King! Właśnie takim lub podobnym słowem określano kiedyś władców! Teraz Mark 7 był już pewny! Szczęśliwy, już bez protestów usiadł. - Co za szczęście, że pana znalazłem! Musi mnie pan wysłuchać. Od tego zależy los całej ludzkości. Musi go pan powstrzymać! Musi pan powstrzymać Kapłana. - Kogo? Mów, proszę, słucham. Mark musiał opowiedzieć temu nieznajomemu wszystko, czego nauczyli go ludzie Ruchu Oporu. Mówił trochę chaotycznie, ale władca musiał mu uwierzyć, inaczej wszystko przepadnie. Postanowił zacząć od samego początku... - Nazywam się Mark, a właściwie powinienem się nazywać Marek Markiewicz, bo tak podobno brzmiało nazwisko mojej rodziny. Ale w naszych czasach nazwisk nie używają już ani Cywilizowani, ani Dzicy. Każdy ma imię i numer, zależny od tego, ile ludzi o takim imieniu już jest w mieście. Ja jestem Mark 7 i pochodzę z War City. - War City? - powtórzył władca - Jakieś miasto wojny? - No, kiedyś podobno nazywano je pełną nazwą Warsaw albo też Warszawa, ale w naszych czasach wszystkie miasta określa się nowymi, skróconymi nazwami. Podobnie np. Lon City kiedyś nazywało się Londyn, a Mad City - Madryd. Tak samo jest z LA City, Chic City... - Znowu powiedziałeś "w naszych czasach" - przerwał z wyraźnym zainteresowaniem władca - W jakich? Chcesz powiedzieć, że nie pochodzisz z tej epoki? - Urodziłem się 8 maja 2066 w War City, a w dniu, w którym wysłano mnie w misję, był 3 czerwca 2086 roku, albo: 76 rok Nowej Ery. Przywódca zamyślił się na chwilę. - Aha - powiedział w końcu - Rozumiem. Mów dalej. - Wiedziałem, że pan zrozumie. Musi pan zrozumieć! Od tego zależy los wszystkich ludzi - rzekł zadowolony Mark - No więc, niech pan słucha... Mężczyzna słuchał, a wysłannik z przyszłości toczył swoją dziwną, wtłoczoną mu do głowy przez Ruch, opowieść... - Wszystko zaczęło się ponad 70 lat temu...czyli właśnie teraz, w roku 2010. Ten człowiek... nikt nie wie, jak się nazywał, to ściśle tajne, później zawsze nazywano go Kapłanem - no więc, Kapłan zaczął pracę dla TriTechu właśnie w 2010 roku. - Dla kogo? - TriTech... Wtedy nazywał się jeszcze inaczej. W roku 2010 Kapłan, nie wiadomo dokładnie w jakich dniach, stworzył i przedstawił im wstępny projekt psycho-chipa. - Czego?... - Psycho-chip. Ten wynalazek zmienił oblicze całego rodzaju ludzkiego. Mała elektroniczna płytka, którą wszczepia się w mózg, przez skroń. Zawierała w sobie nowego rodzaju przetwornik, który odbierał sygnały elektryczne mózgu i przełożyć na ciągi cyfr, na język zrozumiały dla komputera! I proces przetwarzania działał w obie strony. - To znaczy... - To znaczy, że cała zawartość mózgu ludzkiego mogła zostać odczytana przez komputer i zmieniana za jego pomocą. - Chcesz powiedzieć, że dzięki tej płytce można było programować ludzkie mózgi? - Zaraz do tego dojdziemy. TriTech bardzo szybko zrozumiał, co Kapłan mu zaoferował, więc od razu zatrudnił go i przejął wszelkie prawa. Pierwsze psycho-chipy ukazały się na rynku w grudniu 2012, najpierw jako forma rozrywki. Nosiły handlową nazwę Trix. Z początku mogły tylko przekazywać dane bezpośrednio do ośrodków mózgu odbierających bodźce zmysłowe, to było najłatwiejsze do zrealizowania. Pierwsi klienci nie wszczepiali ich jeszcze do mózgu, używali specjalnych aparatów przystawianych do skroni. Podłączając się do komputerowej sieci TrixNet, odbierali wrażenia wzrokowe, słuchowe i wszystkich innych zmysłów własnym mózgiem – uczestnictwo w grach, filmach lub specjalnych programach niczym nie różniło się od rzeczywistości. Już po kilku miesiącach psycho-chipy stały się najpopularniejszą formą rozrywki w historii. Wymarzona odtrutka na codzienność, lepsza od telewizji, rzeczywistości wirtualnej i narkotyków razem wziętych. - Marzenie każdego potentata rozrywki - uśmiechnął się władca - Mów, mów dalej - ponaglił szybko, na widok podejrzliwej miny rozmówcy. - Tak... Tymczasem Kapłan i inni naukowcy doskonalili proces tłumaczenia psychiki na liczby, w czasie żmudnych badań kojarzyli konkretne cyfrowe dane z konkretnymi myślami, cechami osobowości, emocjami. Po paru latach prac byli w stanie zrobić z ludzkim mózgiem prawie wszystko. Czy wyobraża pan sobie? Wszczepiając sobie ten nowy typ psycho-chipa można było dowolnie edytować zawartość swojego mózgu, dodając do niej lub usuwając, co się żywnie podoba. Choroby psychiczne i nerwowe, stresy, złe wspomnienia z dzieciństwa - wystarczy zmienić fragment kodu, aby się ich pozbyć. Wszczepiane psycho-chipy stosowali początkowo głównie psychiatrzy dla swoich pacjentów, ale później szerokie masy same zaczęły je kupować. Moda na psycho-chipy weszła w nową fazę. W specjalnych punktach ludziom wmontowywano psycho-chipy, a licencjonowani psycho-programiści zmieniali zawartość mózgu klientów wedle potrzeby. Wkrótce ruszyła też sprzedaż płyt z danymi dla psycho-chipów, czyli płyt ‘leczących’ konkretne problemy... Ten okres był epoką stresów, depresji, przemocy i wszelkich problemów, a psycho-chip stanowił rozwiązanie wszystkich. Alkohol, narkomania, nadmierna agresja, zboczenia seksualne - można je było wyleczyć na zawsze. Można było poprawić czyjeś zdolności koncentracji, uczenia, wykasować kłopotliwe fobie i lęki z dzieciństwa, pozbyć się koszmarnych snów. Psychiatrzy powoli stali się zbędni, a po nich więzienia - notorycznemu mordercy wystarczyło wszczepić płytkę, aby stał się praworządnym i zadowolonym z życia człowiekiem. Później to samo stało się ze szkołami - wszystkie niezbędne wiadomości można było wpisać bezpośrednio do swojej pamięci. Nauczyciele decydowali o tym, jakie informacje warto zachować, a jakie lepiej usunąć. Trixy zapewniały cudowne sny i wspomnienia wspaniałych chwil, które nigdy wprawdzie nie miały miejsca. Płyty z zestawami wspomnień były hitem sprzedaży w roku 2020... - No, no... To ci dopiero wynalazek - władca był wyraźnie zdziwiony - Więzienia zbędne... i psychiatrzy... kto by pomyślał... - Tak, w roku 2020 noszenie psycho-chipa było już powszechne. Brak trixa w mózgu był niemodny, a potem stał się bardzo uciążliwy, gdy większość spraw załatwiana była zdalnie przez sieć TrixNet. Psycho-chip zmienił oblicze cywilizacji. Tritech już wtedy ogłosił rok jego poowstania, 2010, Świtem Nowej Ery. Ale nie wspomniałem jeszcze o jednej ważnej sprawie... Do pełnego korzystania z psycho-chipów konieczne było zażywanie tritykainy - ten specjalny środek został wynaleziony już wcześniej przez TriTech, ale swe możliwości ujawnił dopiero po wynalezieniu chipów. Tritykaina stymulowała mózg i sprawiała, że chip stawał się bardziej "przyjazny dla użytkownika". Tylko zażycie tritykainy umożliwiało pełny, barwny i realny odbiór emisji i korzystanie z wszystkich dobrodziejstw trixów. Potem okazało się, że tri-kaina szybko uzależnia od siebie. Regularnemu użytkownikowi z psycho-chipem w mózgu po kilku tygodniach, bez zażywania tri-kainy, groziła depresja, a potem katatonia. Jakie były rezultaty? TriTech zbijał coraz większy i większy majątek, rozrastał się wchłaniając wszystkie ważniejsze korporacje. Moda, a potem konieczność używania trixów ogarnęła cały cywilizowany świat. Rozrastając się, korporacja zdobywała coraz większy wpływ na rządy w państwie. W roku 2021, po ogromnym krachu giełdowym złoto straciło znacznie na wartości; odtąd skarb USA miał pokrycie w tritykainie, która jedyna zachowywała zawsze swoją wartość. Wkrótce podobnie zaczęło się dziać w innych krajach. TriTech rozwinął już swoje macki na cały świat. - Moment... - odezwał się starszy człowiek - TriTech chciał rządzić światem, czy tak? Więc nie mógł po prostu przejąć kontroli nad chipami w głowach tych wszystkich ludzi i zrobić z nich swoich sługów? - Dobrze, że pan to zauważył. Już miałem do tego dojść. W 2025 TriTech, mając już dość znaczy wpływ na rządy, zaofiarował się zakończyć lokalny konflikt zbrojny, w jednym z państw w Afryce. Dzikie miejsce, gdzie tylko najbogatsi posiadali psycho-chipy. ONZ zdecydowało się na operację pokojową. Do walki wkroczyły specjalne oddziały TriTechu. Żołnierze mieli wszczepione w mózgi psycho-chipy nowego modelu, tak zwane trixy-plus. Był to pierwszy przypadek wykorzystania chipa w celach militarnych, na które sam Kapłan nie chciał się podobno zgodzić i chciał nawet odejść z TriTechu, ale było to już wtedy niemożliwe. Dość, że posiadacze Trixa Plus mieli mózgi wyczyszczone dokładnie do zera i napełnione od nowa programem. Nie przewidywał on niczego oprócz tropienia i eksterminowania celu, i oczywiście bezwzględnego posłuszeństwa. Dyrektywy nadrzędne zakodowowane były w samym chipie, prócz tego model Plus umożliwiał odbiór fal, którymi nadawane były rozkazy w nagłych przypadkach, nie przewidzianych przez program. Faceci z Plusami w głowach byli... - ... doskonałymi maszynami do zabijania - rzekł władca - Czy tak? - Dokładnie. Broń doskonała, rozumie pan. Bezwzględnie i skutecznie, "plusy" wyeliminowały wszystkich uczestników konfliktu. Ale w świecie, który nie był jeszcze wtedy całkowicie kontrolowany przez TriTech, wzbudziło to dyskusje. Protestowali humaniści, pacyfiści, obrońcy praw człowieka, a najdziwniejsze, że bronili praw nie tylko ofiar "plusów", ale także ich katów. Kontrowersje ogarnęły cały świat, później ktoś zrobił to straszne odkrycie: w wieży TriTechu znajdowało się centrum, w którym kontrolowano całą zawartość mózgów posiadaczy trixów. Na fali tych rozruchów, a także nie całkiem zakończonego jeszcze konfliktu, wybuchła Wielka Wojna. Historycy Ruchu nazwali ją potem Wojną Cywilizowanych, bo toczyła się właściwie pomiędzy TriTechem i posiadaczami chipów - których już wtedy nazywano Cywilizowanymi - a resztą świata. Należało zniszczyć nie wojska obcych państw, co tych z ich obywateli, którzy nie nosili w czaszkach trixów. Jeszcze w roku 2027 Senat, całkiem już kontrolowany przez korporację, stwierdził, że konsumpcja trixów i całego związanego z nimi przemysłu jest podporą państwa, a w grudniu 2029 roku uchwalono, że każdy obywatel zobowiązany jest do korzystania z trixa. Wkrótce podobne ustawy zatwierdziła Unia Europejska, Wielka Federacja Azji i inne państwa... - Jaka federacja?... - Azji. Dzięki pomocy TriTechu Chiny wchłonęły Wietnam i Koreę, a później utworzyły federację z Japonią, Indiami... Nieistotne. Wkrótce w całym cywilizowanym świecie uznawano, że obywatele nie korzystający z psycho-chipów są dla państwa zagrożeniem. Każdego takiego "niecywilizowanego" osobnika należało złapać i przymusowo wszczepić mu trixa, a w razie czynnego oporu - zlikwidować. Doprowadziło to w roku 2032 do wybuchu wojny. - To była wojna termojądrowa, tak? - spytał rozmówca Marka - Cały gatunek ludzki wyginął? - Nie, przecież już mówiłem... Chodziło tylko o wyniszczenie nie-cywilizowanych. Najpierw ataki atomowe o małym zasięgu, później broń chemiczna, biologiczna, oddziały "plusów" wyspecjalizowane w eliminowaniu niedobitków. Nad mniejszymi miastami, gdzie był pewien odsetek posiadaczy trixów, zamiast gazów bojowych potajemnie rozpylano w powietrzu gaz tristykainowy, specjalną kombinację, której wdychanie nie było niebezpieczne dla życia, ale po pewnym czasie kilku dniach uzależniało od siebie. Wszyscy mieszkańcy chcąc nie chcąc musieli stać się konsumentami tristykainy i psycho-chipów, aby przeżyć. Taki właśnie los spotkał War City i inne miasta w Unii... Natomiast wsie, osiedla biedoty, podmiejskie slumsy doszczętnie równano z ziemią. - Okropne - powiedział władca - Co było dalej? - Dalej następuje już pełna Nowa Era. Liczymy ją wprawdzie już od 2010, ale dopiero po Wielkiej Wojnie można mówić o pełnej władzy TriTechu nad światem. Kilka nielicznych krajów, które przed wojną zachowywały jeszcze niezależność i chroniły niecywilizowanych, zostało zmiażdżonych i wchłoniętych przez większe kraje rządzone przez korporację. Pozostały w ten sposób tylko cztery ogromne dystrykty: Stany Zjednoczonych Ameryk, Eurazja, Afryka i Australoceania. W każdym z nich władzę posiadał TriTech i jego miejscowe oddziały lub partnerzy. Wszystkie kontynenty zamieniły się po wojnie w pustynie usiane ogromnymi miastami. Cywilizowani mieszkali w nich, aczkolwiek nie wychodzili wcale na zewnątrz. Dzięki trixom i udoskonalonym sieciom komputerowym przestało to być potrzebne. Mogli wykonywać swoje prace biurowe, składać zamówienia na potrzebne artykuły i porozumiewać się ze sobą za pomocą własnych umysłów. Dzięki psycho-chipom włączonym w sieć mogli dotrzeć myślami w dowolne miejsce sieci, dowolne miejsce globu; porozumieć się z dowolnym innym umysłem. Czy może pan sobie wyobrazić? Tysiące miast, miliony ciasnych mieszkań, w każdym z