Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Horror · 1 godz. 16 min czytania

SYBERYJSKI DEMON

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

SYBERYJSKI DEMON

Odkąd jej mąż Józef poszedł z wojskami napoleońskimi na wojnę z Rosją, dla Ani nastały ciężkie dni. Została na gospodarstwie praktycznie sama, z trzema nieletnimi synami – dwunastoletnim Sylwkiem, dziewięcioletnim Jankiem i zaledwie sześcioletnim Andrzejkiem. Wprawdzie chłopcy, a zwłaszcza najstarszy Sylwuś, starali się jak mogli, ale dzieci nie były w stanie zastąpić mocnego, będącego w kwiecie wieku mężczyzny. Był piękny, wiosenny dzień, gdy pięciu najsilniejszych mężczyzn ze Stajkowa wcielono do oddziałów polskich walczących wraz z Napoleonem, praktycznie nie pytając się ich o zgodę. Nie pomógł płacz dzieci i głośne protesty kobiet – chłopi wybrani przez ich pana, Stanisława Karpiela, właściciela wszystkich okolicznych ziem, pomaszerowali w siną dal, na głód i poniewierkę, zostawiając rodziny zdane na własne siły. Wiedziano o nich tylko tyle, iż wyruszyli w stronę wschodzącego słońca. Ania właśnie skończyła trzydziesty rok życia. Była dość wysoką, silną kobietą o dużych piersiach i długich, jasnych włosach. Jej śliczna twarz i radosny śmiech sprawiały, że nie jeden kawaler we wsi oglądał się za Józefową, gdy zobaczył ją na polu lub w obejściu, a i żonaci bacznie obserwowali ją w niedzielę na sumie, z trudem ukrywając przed połowicami swoje żądze. Jednak żaden, w strachu przed Józkiem, uchodzącym w Stajkowie za największego raptusa i zabijakę, nie ośmielił się zbliżyć do słomianej wdowy. Jednak samotność i ciężka praca sprawiły, że coraz rzadziej uśmiech gościł na ustach pięknej Anny. Minął rok i żaden z żołnierzy nie wrócił do rodzinnej wsi. Ania urabiała sobie ręce po łokcie, nie żaląc się nikomu i nie prosząc o pomoc. Czasami tylko późnym wieczorem wychodziła na rozstaje dróg i spoglądała na wschód, wypatrując oczy za swym ukochanym Józkiem. Dzieci coraz rzadziej wspominały ojca, aż w końcu przestały o niego wypytywać. Wielki Napoleon przegrał wojnę z Rosją i niedobitki jego wojsk jak ponure cienie przemknęły się ze wschodu na zachód. Żaden z mężczyzn powołanych ze Stajkowa nie wrócił w rodzinne strony. Aż nagle w pewien niedzielny ranek po wsi gruchnęła wieść, że przywieziono wozami trumny z Rosji i złożono je w malutkim, miejscowym kościółku. Ania pognała tam jak na skrzydłach, z sercem zmrożonym strachem i ledwo tlącą się nadzieją, że może Józka nie ma wśród zabitych. Za nią wymknął się najstarszy syn, Sylwek. Serce zabiło jej mocniej, gdy na posadzce z sosnowych desek ujrzała cztery trumny z otwartymi wiekami. Nie pięć, tylko cztery! A więc jeden z mężczyzn powołanych ze wsi może być jeszcze wśród żywych. Odepchnęła ciżbę kłębiącą się przy marach i rozgorączkowanym wzrokiem omiotła twarze poległych. Nie było wśród nich jej Józka! Nie było! Minął kolejny ciężki rok. Ania codziennie modliła się o szczęśliwy powrót męża i żeby było jak ongiś. Nie było jak dawniej, a Józek ciągle nie wracał. Baby ze wsi mówiły jej, żeby zapomniała o swoim chłopie i zaczęła rozglądać się za innym, bo inaczej nie chybnie zarobi się na śmierć, pracując od rana do zmroku na polu i w chałupie. Gdyby Józek miał wrócić, na pewno już dawno by to zrobił, a skoro tak się nie stało, oznacza to tylko jedno – jego kości bieleją gdzieś na bezkresnych stepach Rosji. Zbliżał się koniec lata, gdy Stasiek zaczął do niej zachodzić. Mieszkał po sąsiedzku, zaraz w chacie obok Ani. Jego żona rok wcześniej zmarła przy połogu, rodząc mu słabowitą córeczkę, która w ciągu kilku tygodni również wydała ostatnie tchnienie. Młody wdowiec zaoferował swoją pomoc, nie chcąc nic w zamian. Razem z Sylwkiem i Jankiem pozwoził z pola snopki ze zbożem, wymłócił je i ziarno wrzucił do spichlerza. Później zajął się orką, a gdy trzeba było, pomagał też przy zabijaniu świń i drobnych naprawach w obejściu. Wysoki, przystojny i milczący, nie domagał się żadnej zapłaty ani odpracowania przysługi. Czasami tylko patrzył znacząco na Anię, a gdy ta spoglądała na niego, szybko odwracał wzrok. Kobieta nieraz mówiła mu, żeby przestał jej pomagać, bo da sobie radę sama, jak robiła to odkąd Józek poszedł na wojnę, zwłaszcza iż synowie byli coraz więksi i silniejsi. Zawsze wtedy Stasiek spoglądał jej prosto w oczy i odpowiadał grubym, nieswoim głosem, że nie może patrzeć, jak się zaharowuje na śmierć, a sąsiedzi muszą sobie pomagać.

*****

Czasami w letnie noce, gdy upał i duszne powietrze nie dawały spać mimo szeroko otwartego okna, Ania do rana przewracała się z boku na bok. Leżąc sama w wielkim małżeńskim łożu, nie mogła zasnąć i rozmyślała o dawnych czasach. Boże, dałaby wszystko, żeby było jak dawniej! Wszystko! Miała niespełna siedemnaście lat, gdy wpadła w oko Józkowi. Jej też podobał się ten wysoki, muskularny chłopak o głębokim spojrzeniu ciemnych oczu. Pamiętała, jak popisywał się brawurową jazdą konną, przeskakując przez wszystkie okoliczne płoty, ze szczególnym uwzględnieniem tych w sąsiedztwie jej domu. Z lekkim zażenowaniem zmieszanym z rozbawieniem wracała myślami do dnia, gdy podglądał ją, jak kąpała się z koleżankami nago w leśnym jeziorku, a później podkradł się i schował im ubrania. Ona jako jedyna odważyła się podejść do Józka i poprosić o zwrot ubrania. Gdy przechodząc przez strugę po wąskiej kładce potknęła się i chwyciła poręczy zrobionej z drąga, bezwiednie na moment przestała zakrywać rękami swoją nagość. Chłopak zobaczył ją w pełnej dziewczęcej krasie, a wtedy to on się zawstydził i odwrócił wzrok. Józek oddał jej wtedy koszulę i spódnicę, a reszta dziewczyn musiała wracać do domu zakrywając się zerwanymi z drzew gałęziami. Wspominała, jak Józek zachodził do niej przed ślubem, jak zabierał nad rzekę i na polanę pod wielkim dębem. Nazywał go Kazimierzem, bo jak słyszał od swojego ojca, posadził go sam król Kazimierz Wielki i podobno tak długo będzie się powodzić mieszkańcom Stajkowa, jak długo drzewo będzie stało. Oczami wyobraźni wracała do dnia, w którym pocałował ją pierwszy raz, gdy leżeli w łanie zboża i jak kochali się całą księżycową noc właśnie pod tym dębem, płodząc tam swojego pierworodnego. W końcu zasnęli nad ranem, nieludzko szczęśliwi i bosko zmęczeni. Obudziły ich palące promienie słońca stojącego w zenicie i pokrzykiwania przechodzącego nieopodal chłopa, poganiającego krowy. Pospiesznie naciągali ubrania na nagie, spocone ciała i pobiegli do domu, każde w swoją stronę. Już wieczorem ojciec Ani dowiedział się, co jego jedyna, ukochana córka robiła w nocy. Wpadł w szał i chciał wyrzucić ją z domu. Dopiero gdy okłamała go, że jest z Józkiem w ciąży i zamierzają się pobrać, serce ojca zmiękło. Już przed pospiesznie zaplanowanym ślubem Józek pomagał jej starzejącemu się ojcu w żniwach, by wkupić się w łaski przyszłego teścia. Potem musiał przepracować tydzień u najbogatszego gospodarza we wsi, by ten pożyczył mu piękny wóz i dwa dorodne, czarne ogiery, które miały zawieźć ich do wiejskiego kościółka, gdzie powiedzieli sobie sakramentalne „tak”. Pamiętała do dziś, jak wypowiadała słowa przysięgi: „Na dobre i na złe. Dopóki śmierć nas nie rozłączy”. Matka i babcia płakały w ławce ze wzruszenia, a ojciec ukradkiem obcierał oczy. Wyprawił młodym ślub jak się patrzy, zapożyczając się na kilka lat, a naprędce wymyślone kłamstwo okazało się prawdą. Dziewięć miesięcy później urodził im się piękny, dorodny chłopiec. Nazwali go Sylwester, na cześć ojca Józka. Byli tacy młodzi i tacy szczęśliwi. Zamieszkali w domu rodziców Józka. Pracowali ciężko i kochali się mocno. Bóg pobłogosławił ich małżeństwo drugim, a potem trzecim synkiem. Chłopaki rosły na schwał, zapatrzone w ojca, tak samo jak i ona. Niemal równo dziesięć lat po ślubie umarł ojciec Józka, dziadek Sylwester. Rodzice Ani odeszli z tego świata dwa lata później w odstępie zaledwie kilku miesięcy. Dwaj jej bracia już przedtem wyprowadzili się do sąsiedniej wsi, więc zostali w Stajkowie tylko w szóstkę – ona, Józek, ich trojka dzieci i matka Józka, mieszkająca z nimi babcia Leokadia. Pracowali ciężko i nieraz padali ze zmęczenia, ale nigdy nie było im smutno, a śmiech często dobiegał z ich domu. Dzieciaki psociły, jak to chłopaki, ale były bardzo kochane i przysparzały rodzicom dużo radości. A najważniejsze dla Ani było to, że kochali się z Józkiem jak rzadko które małżeństwo z tak dużym stażem. Jakby ciągle mieli swój miesiąc miodowy. To były piękne czasy. Teraz zostały jej tylko wspomnienia.

*****

Dom był dość duży i solidny, położony na niewielkim wzniesieniu. Znajdowały się w nim cztery izby. Jedną zajmowała kuchnia z widokiem na werandę i podwórze, drugą – Ania z Józkiem, kolejną – ich trzej synowie, a w najmniejszej spała babcia Leokadia, matka Józka. Okno z pokoju Ani wychodziło na położony kilka metrów niżej spory ogród, przez który przepływał wąski strumyk, spiętrzony dwoma niewielkimi tamami, które spowodowały, iż woda utworzyła stawek w kształcie litery „L”. W duszne, gorące noce Ania lubiła otworzyć okna na oścież, by wpuścić z dworu trochę chłodniejszego powietrza. Ta noc była wyjątkowo upalna. Minęła już północ, a kobieta wciąż nie mgła zasnąć, spocona pomimo twego, iż leżała na kołdrze zupełnie odkryta. Nerwowo przewracała się z boku na bok myśląc, o tym, że trzeba będzie znów wcześnie rano wstać do pracy, a ona będzie zmęczona i niewyspana. Zapaliła małą świeczkę, stojącą w świeczniku na stoliku przy małżeńskim łożu. Pomyślała, że może modlitwa ją uspokoi i pomoże usnąć. Uklękła i wpatrując się w umęczoną twarz Chrystusa, spoglądającego na nią z obrazu, jak zwykle cicho prosiła Boga, Jezusa, Maryję i wszystkich świętych o szczęśliwy powrót Józka do domu. Chciała odzyskać męża i by dzieci miały znów ojca. Żeby było jak dawniej. Wbrew rozsądkowi wierzyła, że jest to możliwe. W końcu wróciła do łóżka, ale rozgrzane, duszne powietrze nie dawało jej spać. Zdecydowała się zdjąć koszulę nocną. Dobry kwadrans leżała nago na kołdrze, aż w końcu bezwiednie zaczęła pieścić swoje ciało. Jej spracowane dłonie przesuwały się po dużych, wciąż jeszcze jędrnych i spragnionych męskich czułości piersiach. Palce dotarły do brzucha, aż w końcu spłynęły w dół do gęsto owłosionego łona. Nie zastanawiając się co robi, masowała swoją kobiecość tak, jak kiedyś robił to Józek – najpierw jednym palcem, potem dwoma i trzema. Tak dawno nie miała mężczyzny... Przecież była jeszcze młoda, dopiero skończyła trzydzieści lat i miała swoje potrzeby. Palce zagłębiły się w jej intymność. Ani zrobiło się bardzo błogo i przyjemnie.

*****

Dzieci pasły krowy, babcia głośno odmawiała różaniec w swoim pokoiku, a w kuchni Ania piekła chleb. Nagle poczuła na piersiach mocny ucisk męskich, twardych dłoni. Nie musiała się odwracać. Wiedziała kto to jest. Uśmiechnęła się szeroko. Józek rozpiął jej guziki koszuli i palcami pieścił nagie, szybko nabrzmiewające sutki. Pochylił się nad nią, całując szyję, a potem usta. Odwróciła się w stronę męża. Objęła go, a Józek chwycił kobietę za pośladki, zaniósł do pokoju i rzucił na małżeńskie łoże. Mężczyzna rozpiął i zdjął spodnie. Zaśmiała się cicho i radośnie, widząc jak jego męskość rośnie w oczach do imponujących rozmiarów. Bez zbędnych ceregieli podciągnął jej spódnice do pasa i wszedł w nią biorąc to, co żona jest należna mężowi. Kochał ją z całych sił, aż żyły nabrzmiały mu na spoconym czole. Z sąsiedniego pokoju cały czas dobiegały ich słowa głośno, miarowo odmawianych zdrowasiek. Nie zwracali na to uwagi, całkowicie pochłonięci sobą.

*****

Ze snu wyrwało ją głośne stukanie w okiennice. Spojrzała w okno i widząc Staśka, odruchowo zakryła dłońmi łono i piersi. - Nie gniewaj się, sąsiadko. Nie wiedział żem, że leżysz tak odkryta – mężczyzna spoglądał w głąb izby, oświetlonej jedynie migotliwym światłem małej świeczki. Ania naciągnęła na siebie kołdrę, sięgnęła ręką po nocną koszulę i szybko wciągnęła ją przez głowę. - Nie chciałem cię zawstydzać. Nie mogłem zasnąć, to wziąłem psa. Poszedł żem na pole sprawdzić, czy aby dziki nie wchodzą mi w szkodę i obaczyłem światło w twoim oknie - tłumaczył się lekko zarumieniony Stasiek, ciągle stojąc pod oknem i zaglądając do środka. - Pomyślałem – zajdę i pogadam, skoro sąsiadka spać nie może, bo ona tak samo jak i ja jest samiuteńka na tym Bożym świecie, bez męża, jak i ja bez żony. I ciężko jej jest pewnikiem, tak samo jak i mnie. Ania nic nie odpowiedziała, odganiając od siebie resztki pięknego snu, z którego została tak nagle i niespodziewanie wyrwana. - Mogę wejść, sąsiadko? Pogwarzymy jak sąsiad z sąsiadem, czas jakoś zleci i może w końcu sen zacznie mnie morzyć? Coś ostatnio ciężko mi oko zmrużyć. Tobie pewnikiem też, Aniu? To jak? Mogę? Z wahaniem skinęła twierdząco głową, Stasiek zwinnie podciągnął się na rękach i przez okno wszedł do pokoju. Ania usiała na łóżku, wstydliwie otulając się kołdrą, a Stasiek usiadł obok niej. - Ciężko mi było, jak umarła moja Zośką – zaczął się zwierzać. - Straciłem i żonę, i córkę. Teraz jestem sam jak palec. I lekko nie jest. Wiem, tobie tez jest ciężko bez Józka. Objął ją przyjacielsko, a ona zgadzając się z nim skinęła głową. Kołdra lekko osunęła się w dół, odsłaniając ramiona kobiety. - Ja wiem, że twoje chłopaki są bystre i starają się jak mogą. Ale co chłop w chałupie, to chłop w chałupie. Ania znów skinęła głową, czując coraz większą sympatię do Staśka. Cieszyła się, że oprócz Boga był jeszcze ktoś, kto ją rozumiał. - Mnie też brakuje kobiety. Nie ma mi ani kto ugotować jak należy, ani kto wyprać jak trzeba. Wszystko muszę sam robić. Mieszkamy obok siebie jak takie dwa odludki. Stasiek przytulił mocniej kobietę i czule pogłaskał po głowie. Ania nie zareagowała, ciągle jeszcze rozespana. - Wiesz, Aniu? Zawsze mi się bardzo podobałaś. Pochylił się nad nią i pocałował w usta, wsuwając dłoń pod kołdrę i delikatnie chwytając za pierś. Odwzajemniła mu pocałunek. Nie odrywając się od jej ust, włożył lewą rękę za dekolt nocnej koszuli. Ścisnął nagą, twardą pierś czując jak zbierają w nim żądze, prawą dłoń przesuwał w dół ciała kobiety. Kołdra opadła na podłogę. Gdy palce dotarły do uda, dłoń zanurkowała pod koszulę i spoczęła na rozpalonym łonie. Ania nagle wyrwała się z błogiego odrętwienia. Wzrok kobiety przypadkiem padł na wiszący na ścianie obraz. Zasmucone oczy Chrystusa spoglądały na nią z naganą i wyrzutem. Spojrzała na twarz Staśka i jak grom z jasnego nieba przebiegła jej przez głowę myśl - „Co ty najlepszego robisz! Przecież on nie jest twoim mężem!”. Gwałtownie odepchnęła mężczyznę. - Co ci, Anuś? - spytał zdziwiony i rozczarowany Stasiek. - Ja mam męża! Wynoś się! - Przecie Józek nie żyje! - A może żyje? Skąd wiesz? Wynocha! - Anuś! Co ty?! Ja tylko chciałem... - Precz! Bo psami poszczuje! I nie pokazuj mi się więcej na oczy! Za panienkami patrz albo wdowami, a nie mężatkami! Jeszcze raz mnie dotknij, to powiem wszystkim, żeś chciał mnie siłą wychędożyć! Stasiek jak nie pyszny uciekł przez okno, rozpływając się w mroku nocy. Ania do rana nie spała, klęcząc przed obrazem i prosząc Boga o wybaczenie, że o mały włos zdradziłaby męża, który na pewno żyje gdzieś w świecie i prędzej czy później wróci do niej i dzieci.

*****

Sąsiad nie odważył się więcej zajść do Ani. Kobieta przestała się do niego odzywać, a gdy przypadkowo przechodziła obok niego idąc do kościoła lub wracając do domu, obrzucała Staśka pogardliwym spojrzeniem i odwracała głowę w drugą stronę. Synowie wypytywali ją, dlaczego Stasiek tak nagle przestał im pomagać? Odpowiadała, że pewnie nie chce już mu się pracować u nich za darmo i że poradzą sobie sami, a jak wróci ojciec, to będzie im lżej. Jednak na pytanie najmłodszego Andrzeja, chcącego się dowiedzieć, kiedy wróci tatuś, nie potrafiła odpowiedzieć. Otarła tylko szybko łzę i odwróciła się w drugą stronę, by dzieci nie widziały, jak płacze. Niedługo potem doszło do pierwszego morderstwa. Wojtek rano wyprowadzał krowy na łąkę, gdy nagle usłyszał głośne i uporczywe szczekanie psa. Po dłuższej chwili, gdy zwierzę ciągle ujadało bez opamiętania, zdenerwowany poszedł w kierunku, skąd dobiegało go szczekania. Przeszedł przez gęsty sosnowym zagajnik i wyszedł na polanę. Stanął jak wryty. Nagle obleciał go strach mrożący krew w żyłach. Na środku polany rosła duża olszyna. Na jeden z jej gałęzi wisiał człowiek. Całkowicie pozbawiony ubrania, obracał się powoli w lewą stronę. Na jego szyi był zaciśnięty gruby powróz. Ale nie to tak przeraziło Wojtka. Mężczyzna był otarty ze skóry. Na całym ciele oprócz twarzy. Jak królik. Wojtek poznał od razu, kim był nieszczęśnik. Wisielcem był Maciej, jego sąsiad i przyjaciel.

*****

Dwa dni później w środku nocy do domu Ani wpadła Maciejowa. Zapłakana wdowa już na progu wykrzyczała jej w twarz całą swoją złość: - To twój Józek zabił mojego Maćka! I obdarł ze skóry jak zwierzaka! Przecież to rzeźnik, jedyny we wsi! - Co wy pleciecie, Maciejowa?! - krzyknęła zdenerwowana Ania, stojąca w samej koszuli nocnej. - Przecie mojego Józka nie ma we wsi od trzech lat! Bóg jeden wie, gdzie on się podziewa i czy żyw jeszcze! Kobieta rozpłakała się w wniebogłosy. Babcia i synowie słysząc hałas powychodzili z łóżek i stanęli za Anią, spoglądając z rozgniewaniem na Maciejową. - A żyw, żyw! - odpowiedziała Maciejowa. - Wrócił i błąka się po okolicy! Dzisiaj wieczorem moi bracia widzieli jak chodził po waszym polu! Pobiegli za nim, ale nagle zniknął jakby się zapadł pod ziemię. Pewnikiem to on zabił Maćka, przecie zawsze kłócili się o miedzę! - Ciemno jak w trumnie, żadnej gwiazdy na niebie, to jak go poznali?! - krzyknęła Ania. - Przecie gdyby to był Józek, to zaszedłby to domu, przywitać się z nami, a nie łaził po nocy po polach i lasach! - A po głosie poznali! Zagwizdał, a potem zawołał na psa i wasz Samson przybiegł do niego i zaczął się łasić! Do obcego by nie pobiegł! Albo to Józek albo jego duch wrócił, żeby mścić się na tych, co się z nimi kłócił za żywota! Ania stała jak zamurowana. Wpatrywała się w twarz Maciejowej z wyrazem nadziei zmieszanej ze strachem. W końcu odzyskała język w ustach i odwróciła się w stronę Sylwka: - Sprawdź, gdzie jest Samson! Usłuchany chłopak wybiegł z chałupy bez słowa. Po chwili wrócił zziajany i zawołał drżącym, nieswoim głosem: - Nie ma go w obejściu, matulo! Lata gdzieś po nocy! Słyszałem, jak ujada pod lasem, za naszym polem! Maciejowa spojrzała na Anię z lekkim trumfem w oczach. Kobieta bez słowa ubrała kaftan i wyszła na podwórze: - Matulo! Pójdę z wami szukać Samsona – krzyknął Sylwek. - I ja też pójdę – powiedział Janek. - Nie! - stanowczo sprzeciwiła się Ania. - Pójdę sama. Zostańcie z babką i Andrzejkiem. - Nie idźcie, nie idźcie! - syknęła złośliwie Maciejowa – Licho chodzi po lasach i zabija dobrych ludzi! Ania odwróciła się na pięcie i zniknęła za stodołą. Po chwili pobiegł za nią Sylwek, wbrew zakazowi matki i krzykom babci. Wrócili razem, gdy już zaczynało świtać, zmęczeni i ubrudzeni. Nie znaleźli Józka. Widzieli tylko wielkiego owczarka podhalańskiego. To był ich Samsona. Siedział pod dębem Kazimierzem i wył przeraźliwie niczym wilk w czasie pełni. Podeszli do niego, wołając po imieniu, a wtedy pies nagle uciekł. Jakby ich nie poznał. Albo się czegoś przestraszył.

*****

Wieczorem w dniu, w którym pogrzebano Maćka na cmentarzu za drewnianym kościółkiem, Ania robiła w kuchni pranie. Pochylając się nad dużą, drewnianą balią śpiewała smutnym głosem: „Wróć, ucałuj, jak za dawnych lat bywało, Dam ci za to róży kwiat...” Nagle do wody w balii wpadła duża, czerwona dzika róża. Ania zamarła. Po chwili odwróciła się z drżącym sercem. Za nią stał jej Józek. Wychudzony, wynędzniały, w łachmanach, z bliznami na twarzy i opaską na oku, ale to był on! On! Jej ukochany Józek! Rzuciła się mężowi na szyję i obsypała pocałunkami. On nie pozostał jej dłużny. Potem przytulił z całych sił. Rozpiął jej koszulę, zaczął całować i pieścić biust. Zaśmiała się wesoło, pierwszy raz odkąd poszedł na wojnę. Józek też się uśmiechnął. Wziął kobietę za rękę i zaprowadził do ich izby. Ania położyła się na małżeńskim łożu. Chwilę później Józek był już w niej i kochał mocno, mocno, najmocniej. Tak jak dawniej. Po twarzy kobiety spływały łzy szczęścia.

*****

Chłopcy bardzo ucieszyli się z powrotu ojca, a najbardziej jego ulubiony syn, którego Józek zawsze faworyzował - najstarszy Sylwek. Przekrzykując się opowiadali mu jak najęci o wszystkim, co wydarzyło się podczas nieobecności ojca. Józek słuchał w milczeniu, kiwając głową i prawie wcale się nie odzywając. Babcia Leokadia mocno uściskała swojego syna, za którego już codziennie odmawiała różańce, prosząc o zbawienie jego duszy, bo już straciła nadzieję, że jeszcze jest wśród żywych. Potem usiadła obok pieca i chłonąc każde wypowiedziane przez niego słowo uśmiechała się szeroko, co jakiś czas wznosząc oczy w górę i w duchu dziękując Bogu za szczęśliwy powrót Józka. Synowie przekrzykiwali się pokazując jak wyrośli w czasie nieobecności Józka. Mierzyli się z ojcem i okazało się, że Sylwek był już niemal tak wysoki jak Józek. Widząc to, mężczyzna poklepał swojego pierworodnego po ramieniu i powiedział: - Kawał chłopa z ciebie. Jeszcze rok, dwa i kto wie, może mnie przerośniesz. Sylwek aż pokraśniał z dumy i chwalił się, jak to dzielnie zastępował ojca, pomagając matce we wszystkie. Ania z uśmiechem na ustach potwierdzała wszystko, co mówili synowie. - Jak ci było tu samej beze mnie? - spytał cicho Józek, gdy już dzieci poszły spać. - Ciężko – odpowiedziała Ania.- Bardzo ciężko. I smutno. - Nikt ci nie pomagał? - Nikt. Tylko dzieci – odpowiedziała kobieta, nie wspominając nic o Staszku, by nie prowokować zazdrosnego męża. - A byłaś mi wierna? - obrzucił żonę badawczym spojrzeniem. - Byłam – odparła nie patrząc mu w oczy.

*****

Józek wrócił z wojny bardzo odmieniony. Wprawdzie bardzo dużo jadł i szybko wrócił do swej dawnej, potężnej sylwetki, ale nie był już tym wesołym, rozmownym mężczyzną jak dawniej. Ciężko pracował i niemal wcale się nie odzywał, ciągle mając ten sam kamienny, posępny wyraz twarzy. Łatwo wpadał w złość i wówczas wykrzykiwał obelgi na wszystkich, którzy weszli mu w drogę. Z początku odwiedzali go sąsiedzi, przynosząc gorzałkę i wypytując jak było na wojnie i gdzie się podziewał przez te wszystkie lata. Józek alkohol pił chętnie, ale nie był skłonny do opowiadania o sobie. Zdradził tylko, że gdy szli z Napoleonem na Rosję, mróz był straszny, a głód jeszcze większy i ludzie padali jak muchy, tak że na każdych pięciu ostał się tylko jeden. A gdy cofali się spod Moskwy, znacznie liczniejsze rosyjskie wojska rwały ich oddziały jak psy szarpią lisa zagonionego w pułapkę bez wyjścia. Wtedy w czasie leśnej bitwy wpadł w ręce Moskali, a że miał na sobie mundur ściągnięty z trupa generała, bo jego był porwany w strzępy, wzięto go za oficera. Wraz z innymi jeńcami został przewieziony wozami daleko na wschód, gdzie królował mróz i głód. Siedział w niewoli długi czas, bo Ruski bezskutecznie chcieli go wymienić na swojego oficera. W końcu cudem udało mu się uciec i szedł miesiącami w kierunku zachodzącego słońca, wiedząc że gdzieś tam za horyzontem jest jego dom. - A co ci się stało z okiem, Józek? - odważył się kiedyś spytać Antek. - Moskale mi wydłubali nożem. - Jak to? - Torturowali mnie. Chcieli, żebym wydał, gdzie ukrywają się nasze wojska. - I co? - dopytywał się sąsiad. - Co, co?! - Józek ze złością walnął pięścią w stół i spojrzał na niego groźnie. - A jak myślisz, do jasnej cholery?! Nikogo nie wydałem! Nie jestem zdrajcą! Ty byś na pewno wydał, tchórzliwy psie! Ja to wiem! Antek nic nie odpowiedział, wiedząc że Józek jest od niego mocniejszy i bardzo porywczy, gotów nawet sięgnąć po nóż, a wtedy Bóg jeden wie, co mogłoby się stać. Spuścił uszy po sobie i po chwili pożegnał się, w drodze do domu przysięgając sobie, że więcej nie przyjdzie do tego wściekłego na cały świat raptusa W końcu sąsiedzi przestali odwiedzać milczącego, ponurego Józka, bo po pijaku łatwo wpadał w gniew, a wtedy chwytał za nóż i groził, że powyrzyna ich wszystkich. Powoli wszyscy odwracali się od niego, a Józek nie szukał niczyjego towarzystwa. Siadał tylko w kuchni przy oknie, tkwił tam do późna w nocy, wpatrując się w ciemność i pił, pił coraz więcej. Czasem tylko dziwny smutek pojawiał się w jego jedynym oku, ale nawet żonie nie chciał powiedzieć, czym się tak zamartwiał. Z dnia na dzień jego wrogość do świata, a nawet do własnej rodziny wzrastała, jakby rozwijała się w nim jakaś choroba, trapiąca duszę i powoli zabijająca go od środka. Józek stał się odludkiem, siedzącym albo w chałupie albo pracującym w milczeniu na własnym polu. Przestał nawet chodzić z żoną do kościółka, bo bardzo źle się tam czuł. Najpierw dręczyły go tylko silne duszności, ale w każdą kolejną niedzielę było z Józkiem coraz gorzej. Twarz dziwnie mu się wykrzywiała a szczęka skręcała się, jakby ktoś chwytał go za brodę i silnie skręcał. Czasem śmiał się w głos podczas modlitwy „Ojcze nasz” i w czasie udzielania komunii. Coraz częściej wykrzykiwał też różne bluźnierstwa, a gdy ksiądz zwracał mu uwagę, wyzywał go od psów i świniopasów. Wszyscy parafianie patrzyli na niego z odrazą i głęboką dezaprobatą, odsuwając się od niego tak, że wokół Józka i stojącego z nim Ani w kościele był pusty krąg. Gdy kiedyś zemdlał w kościele i odzyskał przytomność dopiero po kilku godzinach, obiecał sobie, że więcej nikt go na mszy nie zobaczy. Od tego czasu omijał kościół coraz szerszym łukiem. Takim postępowaniem jeszcze bardziej naraził się mieszkańcom wsi, którzy coraz częściej nazywali go za plecami antychrystem. Jednak w twarz nikt nie ośmielił mu się tego powiedzieć. Im dłużej był w domu, tym gorzej odnosił się do dzieci. Najpierw wyzywał chłopaków o byle co, a później zaczął coraz częściej bić Janka i Andrzejka. A rękę miał ciężką i głowę zapalczywą. Gdy zaczął już wymierzać któremuś z synów karę, ciężko było go od tego oderwać. Nawet zdarzało się, że lżył i popychał najstarszego Sylwka, który zawsze był mu ślepo posłuszny i bardzo skrupulatnie wykonywał każde polecenie ojca. Tak jak kiedyś dzieci modliły się o powrót ojca, tak teraz zaczęły się go bać i unikać towarzystwa Józka. A to nie było łatwe, bo ten gnał swych synów do pracy bez opamiętania. Na domiar złego coraz częściej śnił mu się koszmar. Zawsze ten sam. I z każdym kolejnym razem bał się coraz bardziej.

*****

W potartym mundurze brnął w nocy przez las wraz z całym oddziałem żołnierzy, zapadając się w śniegu po pas. Dął zimny, przenikliwy wiatr, mrożąc go do szpiku kości. Gdzieś w oddali przeraźliwie wyły wilki. A może to były upiory? Co chwilę ktoś obok niego padał w śnieg z rozdartym gardłem lub rozłupaną głową, brocząc śnieg szkarłatną krew. Kątem oka widział cienie postaci, przemykających się na granicy postrzegania, ale gdy tylko odwrócił głowę, tajemniczy oprawcy znikali jak kamień w wodzie. Józek nie miał pojęcia, kto lub co zabijało jego towarzyszy broni, a ta niewiedza jeszcze wzmagała jego strach. Czuł palący oddech na karku, słyszał obleśne sapanie i pochrząkiwanie za plecami, ale za każdym razem, gdy spoglądał za siebie, widział jedynie sosny i świerki przykryte śnieżnym całunem. Gdy zostało ich tylko trzech, jego przerażenie sięgnęło zenitu. W panicznym strachu rozglądał się na boki i przyspieszył kroku. Podświadomie wiedział, że ucieczka jest niemożliwa, ale instynkt przeżycia był silniejszy. Wtedy zobaczył padające ciało. To był Marek. Leżał na plecach. Lewa połowa twarzy zastygła w grymasie nieludzkiego bólu. Prawej połowy nie było. Została oderwana bardzo ostrym narzędziem. A może pazurem bestii. Józek odrzucił na bok plecak. Uciekał przez leśny gąszcz jak tur, tratując krzaki i łamiąc małe drzewka. Dobrze wiedział, że jest to bieg o życie. Jednak to coś, które go goniło, było od niego szybsze. Coraz głośniej słyszał za plecami sapanie i pojękiwanie. Nie miał odwagi, żeby się odwrócić. A jego najlepszy przyjaciel, Stasiu, był jeszcze szybszy. Wyprzedził Józka o kilka kroków. Pędził jak jeleń, przeskakując pniaki i przewrócone drzewa. Wtem w świetle księżyca zauważył błysk. Może to był nóż, może sztylet lub miecz. Albo pazur. Głowa mężczyzny potoczyła się po śniegu, oderwana od tułowia jak kapelusz grzyba od nóżki. Tor jej ruchu wyglądał tak, jakby ktoś wylał kilka wiader krwi. Bezgłowe ciało dało jeszcze dwa kroki i ciężko runęło w dół. Józek stanął jak wryty. Serce biło mu w szaleńczym tempie. Włosy stanęły dęba, a po plecach spływał zimny pot. Jak spod ziemi wyrosła przed nim wysoka postać. Promień księżyca na mgnienie oka oświetliło jej twarz. Zobaczył oczy, z których emanowało zło w czystej postaci. I twarz łudząco podobną do portretu szatana, który widział kiedyś w rosyjskiej cerkwi. Ręka diabła, uzbrojona w ostre jak brzytwa pazury, uniosła się nad Józkiem. Wiedział, że nie ma żadnych szans. I wtedy zawsze się budził, przeraźliwie krzycząc.

*****

Im bardziej wzbierała w Józku złość, tym bardziej rosły też w nim żądze. Zmuszał żonę do seksu o najróżniejszych porach dnia i nocy, robiąc to coraz częściej i nie przejmując się obecnością swojej matki i dzieci. Na protesty Ani odpowiadał, że jeśli ona mu się nie odda to pójdzie na wieś i wychędoży inną babę. Kilka razy nawet zamierzył się na nią, gdy zmęczona całodzienną pracą nie miała ochoty na amory. Nie uderzył jej, ale wyzwał od najgorszych i przypomniał, że przysięgała mu być poddaną we wszystkim. - Masz mnie słuchać! Rozumiesz, ty zdziro! Jesteś moja! Jak niewolnica! Ty suko! - wykrzykiwał na cały głos, nie zważając na łzy zony i obecność dzieci. Pewnego dnia nakarmił świnie i wszedł do domu, czując narastającą żądzę. Ania obierała właśnie ziemniaki na obiad. Nie zdejmując butów ubrudzonych gnojem bez słowa odebrał jej nóż, wziął za rękę i mocnym szarpnięciem zmusił, by poszła za nim do sypialni. Tam odwrócił ją tyłem i popchnął na łóżku. Zadarł kobiecie spódnicę i brutalnie w nią wszedł. Gwałcił żonę, pogwizdując sobie przy tym i nie martwiąc się tym, co czuje kobieta. Ania przygryzła wargi, a łzy wstydu, upokorzenia i bezradności spływały jej ciurkiem po twarzy. Nagle drzwi otworzyły się i stanął w nich Janek. Zamarł, widząc zapłakaną matkę i gwałcącego ją ojca. Józek odwrócił się w jego stronę, zmierzył złym, przeszywającym na wylot spojrzeniem i rozwścieczony syknął: - Precz! Potem się z tobą rozprawię! Gdy już zaspokoił swe żądze, zapiął spodnie i wyszedł przed chałupę. - Janek! Janek! Do mnie w te pędy! Po chwili chłopiec wyszedł przestraszony z szopy i zbliżył się do ojca, spuszczając wzrok i wiedząc, że sroga kara go nie minie. Ojciec zdjął skórzany pasek i zaczął go okładać ile wlezie, bijąc po ramionach, plecach i głowie. Jedno z uderzeń trafiło Janka w nos i chłopiec zalał się krwią. Józek zaśmiał się drwiąco i bił go dalej. Z chaty wybiegła Ania: - Zostaw go! Zostaw, bo zabijesz chłopaka! Józek tylko się zaśmiał i znów uderzył syna. Ania podbiegła i chwyciła męża za rękę. Ten odepchnął ją i uderzył lewą ręką, mocnym ciosem podbijając oko i przewracając. Ania wstała z trudem, a Janek korzystając z okazji z płaczem uciekł w kierunku lasu. Kobieta spojrzała na męża i ocierając łzy powiedziała: - Boże, co oni ci zrobili na tej wojnie?! Gdzie jest mój stary Józek, którego tak kochałam?! Mężczyzna nic nie odpowiedział. Spoglądał tylko na nią przekrwionym okiem, w którym było mrożące krew w żyłach zło. Zawsze tak wyglądało, gdy wpadał w szał. A gdy się uspokoił, znów miał smutne, ponure, lekko łzawe spojrzenie. Zbliżył się do Ani, a ona struchlała, spodziewając się kolejnego ciosu. Wszystkiemu przypatrywała się przez okno babka, nie ośmielając się wtrącać w małżeńską kłótnie. Józek wyszczerzył zęby jak wściekły pies. Jednak nie uderzył żony. Wziął głęboki oddech i przygryzł wargi. Widać było, że z trudem się opanował. Odwrócił się i odszedł wolnym krokiem.

*****

Zanim opadła gęsta, poranna mgła, Józek zaprzągł konia do pługa i wyjechał na pole. Nie minął kwadrans, gdy drzwi wejściowe trzasnęły z hukiem o futrynę: - Co się stało? - spytała Ania na widok czerwonego z wściekłości męża. - Ta menda Witek przywłaszczył sobie nasze pole! Zapłaci mi za to, zasraniec, wszarz w tyłek chędożony! - wrzasnął mężczyzna. - Jak to?! - A tak to! Orał swoje pole i na zakręcie pod brzozowym laskiem wlazł z pługiem w nasze! - I ile przeorał? - Tyle czy tyle, nieważne! Ukradł nam ziemię! Zabiję gnoja! - jedyne oko Józka błyszczało wściekle i dziko, jak zawsze, gdy wpadał w szał. - Sylwek! Szykuj się, a żwawo! Bierz siekierkę i idziemy! Do Witka, w odwiedziny! Syn posłusznie w te pędy ubrał kaftan i pobiegł do szopki. Chwile potem wybiegł dzierżąc w dłoni siekierkę i dołączył do ojca. Józek szedł dziarskim krokiem, nie oglądając się za siebie i ściskając w dłoni potężną, drewnianą pałkę do głuszenia bydła. Kopniakiem otworzył furtkę i wszedł do obejścia Witka jak do siebie. Jedyne oko, czerwone jak dojrzały agrest, przeraźliwie pulsowało. Sylwek szedł za nim jak wierny pies. Józek z takim impetem wpadł do chałupy, że drzwi cudem tylko nie wypadły z zawiasów. - O ty bydlaku! Złodzieju zasrany! Józek zdzielił Witka pałą w głowę tak mocno, że ten padł na ziemię jak rażony gromem. W mgnieniu oka zalał się krwią. Józek dopadł do niego, by znów uderzyć. Na jego drodze stanął Antoni, najstarszy mieszkaniec wsi, który już dziewiąty krzyżyk nosił na karku. - Opamiętaj się, Józek! - zawołał starzec. - O co ci się rozchodzi?! - Na bok, dziadzie! - Józek z łatwością jednym ruchem ręki odsunął starca na bok. - Wlazł na moje pole, złodziejskie nasienie! - Toż to przez nieuwagę jeno przeorał twoje! I ino o dwie stopy! Przeoraj z powrotem, tak jak ma być i będzie kwita! - Nie będzie żaden świniopas kradł mi ziemi! Zabiję jak psa! Józek zamierzył się pałką. Starzec własną piersią zasłonił syna. Napastnik przyłożył broń do szczeki Antoniego i spojrzał z nieludzką złością. - Zaniechaj, Józek! - starzec odważnie patrzył mu w twarz. - Przecież on już dosyć oberwał. Ledwo dycha. Zaniechaj na pamięć o twoim dziadzie i ojcu. Twój dziad bawił się ze mną za dzieciaka, a ojciec nazywał wujem. - Ty se moim ojcem mordy nie wycieraj! Mój ojciec... mój ojciec był... - Wiem! Dobrym człowiekiem był! Znał żem go dobrze! Drzwi cicho otworzyły się. Stanął w nich Bogdan, brat Witka. W ręku trzymał cep. Zaszedł od tyłu Józka. Zamierzył się. Wtem padł na ziemię jak ścięty. To Sylwek uderzył go obuchem siekiery. Józek odwrócił się. Spojrzał z satysfakcją na pierworodnego syna. Potem chwycił Antoniego i uderzył go pięścią na odlew. Starzec padł na klepisko z rozbitą głową. - Tym razem wam daruję! - krzyknął Józek. - Ale jeszcze raz ukradniecie mi choćby paznokieć mojej ziemi – zabiję! Zabiję was wszystkich! - Twój ojciec by się w grobie przewrócił, gdyby zobaczył, na jakiego bandytę wyrósł jego ukochany syn! Nie tak cię wychowywał, ty diable wcielony! - zawołał Antoni. - Zamknij się, ścierwojadzie! Józek wyszedł z domu, a zanim jak cień ruszył Sylwek. - Azor! Bierz go! - rozległ się kobiecy głos. Do Józka dopadł olbrzymi wilczur. Nagle pies stanął jak wryty. Mężczyzna zmroził go diabolicznie złym wzrokiem. Pies podtulił pod siebie ogon i uciekł jak zmyty. - Słuchaj, Sylwek – Józek odwrócił się w stronę syna i mocno klepnął w ramie. Jego oko przybrało swój normalny, posępny wygląd. - Rad jestem z ciebie. Sylwek pokraśniał z dumy. Zauważył, że oko ojca już nie błyszczało wściekłością. Poznał po tym, że jego atak szału minął. - Pamiętaj, co ojciec ci gada! Dobrześ zrobił, żeś palnął w łeb tego zasrańca! Trza się razem trzymać. Jak w wojsku. Samemu zginiesz, w kupie przeżyjesz. Rodzina zawsze trzyma się razem! A tyś jest krew z mojej krwi, ciało z mojego ciała! Syn mój pierworodny. A do śmierci pomnij, co ci rzeknę. Zawsze ojciec za synem, a syn za ojcem, nigdy przeciw! Pojmujesz? - Pojmuje, ojcze! - łza zakręciła się w oku Sylwka. - Ojciec wie, że ja dla ojca... - Wiem! Józek uściskał go mocno. Sylwek był zdumiony tą nagłą wylewnością ojca, ale w duchu cieszył się niezmiernie.

*****

Na drugi dzień babka Leokadia poszła na wieś na ploty i wróciła strasznie wzburzona. Józek właśnie jadł obiad. Stanęła przed synem i wygarnęła mu bez ogródek: - Coś ty najlepszego zrobił?! Zabił żeś prawie Witka i Antka! A i przez ciebie Sylwuś o mało co Wojtka by ubił! Cała wieś ma cię na językach! - Bo to głupki! A Witek złodziej jest i basta! Zapaliły się wściekłe, złe ogniki w oku Józka. Wpatrywał się w matkę diabelsko nienawistnym spojrzeniem. Twarz zaczęła mu się wykrzywiać w okropnym grymasie wściekłości. Coś kilka razy zastukało głośno w sieni. Potem usłyszeli donośny odgłos ciężkich kroków zbliżających się do drzwi. - Nie tak cię wychowywałam, moje dziecko! Drzwi wejściowe same otworzyły się na oścież. Nikt za nimi nie stał. Zaraz potem zatrzasnęły się z głośnym hukiem, jakby popchnięte niewidzialną ręką. Waza z zupą przesunęła się na skraj stołu i spadła, rozpadając się w drobny mak. Gęsta, gorąca ciecz rozpłynęła się po podłodze. - Niech matka się nie wtrąca! – wrzasnął rozsierdzony mężczyzna. Józek z taką siłą popchnął staruszkę, że ta odbiła się pod ściany i przewróciła bezwładnie jak pień ściętego drzewa. Drzwi kilka razy otworzyły się i zamknęły z trzaskiem. - Józek – wrzasnęła Ania. - Opamiętaj się! Toż to matka twoja rodzona! Mężczyzna zerwał się na równe nogi. Wziął zamach i uderzył pięścią w ścianę o kilka centymetrów od twarzy żony, chcąc ją przestraszyć. Ania spuściła wzrok i uciekła na dwór: Józek do rana siedział w kuchni z twarzą ukrytą w dłoniach. Potem poszedł przepraszać matkę. Mówił, że nie wie, co go opętało. Ktoś kazał mu to zrobić - wbrew jego woli. Matka nie dała wiary jego słowom, ale przebaczyła synowi. Kilka dni później zmarła.

*****

Andrzej szedł rano do wychodka, gdy nagle usłyszał przeraźliwe miałczenie, dobiegające zza ich stodoły. Zignorował to, ale gdy załatwił swoją potrzebę, kot dalej jęczał jak opętany. Chłopak postanowił sprawdzić, dlaczego zwierzak tak się zachowuje. Dochodził do rogu stodoły, gdy hałas ucichł jak nożem uciął. Już miał się cofnąć, gdy coś go

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%