Fantastyka · 10 min czytania
Sylwek cz.2
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Spojrzałem na słup informacyjny. Teatry grają, kina wyświetlają filmy, o, jakiś koncert... Stanąłem na środku ulicy. Obróciłem się wokół własnej osi. I jeszcze raz. I jeszcze. I znów... Upadłem. Głowę schowałem w dłoniach. Ktoś podszedł. Pochylił się nade mną. Ale znów ktoś inny powiedział: Pani zostawi, południa nie ma, a to już opite, menda, jedna. Ale mimo wszystko pewna starsza pani potrząsnęła moim ramieniem i zapytała: -Młody człowieku czy dobrze się czujesz? -Tak. Dziękuję. -Źle wyglądasz. -A gdzie ja jestem? -Na Świętokrzyskiej. -Dziękuję. - powiedziałem i otworzyłem szerzej oczy. Numer 106. Świętokrzyska 106. Spojrzałem na drugą stronę ulicy. 111. Przeszedłem. Niewysoki budynek. Stara kamienica. Wchodzę na schody. Domofon i spis mieszkańców. Żadne nazwisko absolutnie nic mi nie mówi. Numerki kończą się na szesnastce. Ale jest i 99 - z dopiskiem "TO TU". Nie zostało mi nic lepszego. Nacisnąłem. -Taaak? -Dzień dobry? Ja dostałem list. Ja szukam... - nie wiedziałem kogo szukam, więc urwałem w pół zdania. -Proszę. Dobrze Pan trafił. Zapraszam schodami na samą górę. Osłupiały wszedłem do środka. Schodami w górę - dotarłem na strych. "To tu" - kolejny napis szczerzył się zuchwale w moim kierunku.
Nacisnąłem na klamkę. Wszedłem. Drobne, smukła czarnowłosa dziewczyna patrzyła na mnie płonącymi czerwonością oczyma. Przynajmniej tak mi się wydawało. Uśmiechnęła się i pokazała ząbki tak białe jak pierwszy śnieg. Gapiłem się na nią bez żenady. Żenadę odrzuciłem dziś rano. to znaczy po zajęciach. Jeśli mam zakończyć żywot lada dzień, to na cholerę się żenować. No nie czas, nie miejsce! Musiałem głupio wyglądać. Z pokoju - notabene jedynego, który wychodził z przedpokoju mieszkania, wyszedł nieco zmieszany jegomość. Lekko łysiejący. Z gładkim wąsikiem a la Arsen Luppin. Dziewczyna przeszła tuż obok mnie, by wypuścić interesanta. Poczułem jej zapach. Intensywnie wiśniowy. Oszałamiający. Magia - pomyślałem. Magia czy francuskie perfumy, to nieważne. Liczył się efekt... A efekt... -Pan Sylwester Tracz. - niski rudy chłopek uchylił drzwi - bardzo proszę do środka. Trzeba przyznać, że ów osobnik w zestawieniu z dziewczyną "urzędującą" w przedpokoju sprawiał wrażenie nader przykre i miażdżące wszystkie estetyczne uniesienia. Chłopska uroda, kulawy chód i zapach... Jedzenia? Tak. To kurczak. Nic dziwnego. Udko kurczaka wystawało mu z kieszeni w kraciastej marynarce. I ten krzywy kieł wystający na dolną wargę. Ogólnie: modelem nie mógłby zostać na pewno. -Witam - człowiek w garniturze siedzący na krześle obrotowym za stołem wskazał mi krzesło po przeciwnej stronie. -Dzień dobry - usiadłem i rozejrzałem się dokoła. Nie było to grzeczne, ale mój rozmówca pomimo swej niezwykłej prezencji nie wyglądał groźnie. Sprawiał miłe wrażenie. Nie wiedziałem czemu, ale cieszyłem się na tę rozmowę. Byłem dziwnie podekscytowany. -Panie Tracz. Sylwestrze. Panie Sylwku - tak będzie najlepiej... Skinąłem z aprobatą. -Nazywam się... A, mniejsza o to. Chcę ci pomóc. ... To była gadka szmatka tak zwana, o wszystkim i o niczym. Gdyby mnie ktoś poprosił o zrelacjonowanie tego wszystkiego... Byłoby to bardzo trudne. Było tu bowiem coś o mojej uczelni, o drańskim jak nikt docencie Filipiaku, który dla fanaberii wystawiał studenta na pośmiewisko komisji, kolegów czy też samego siebie - ot, dla rekompensaty zbyt długiej kolejki w urzędzie. Liczba upokorzeń doznanych i dokonanych musiała się bowiem zgadzać. Mówiliśmy o sytuacji politycznej, o nierzetelności prasy, o korkach na mieście, o kobietach i mężczyznach, zachodach Słońca, geografii i kartografii, radarach i sonarach, chartach i harcie ducha... Czyli taka bankietowa, lekko kołująca rozmowa, z tym że na tyle mnie ona ogłupiła, że popadłem w pewne... zakłopotanie czy też osłupienie. W pewnym momencie padło jednak to, na co czekałem: -Ale do rzeczy panie Sylwku - niewiadomo skąd znalazła się przede mną szklanka z herbatą. Mocną. Osłodzoną. Moją ulubioną. -Tak, proszę... -A zatem, jak pan wie - pewne... niepokojące wydarzenia dzieją się obecnie na świecie - jegomość robił takie przerwy między poszczególnymi słowami swej wypowiedzi, jakby się zastanawiał, jakby chciał idealnie dobrać słowa - jest to pewnie dość niespotykane dla postronnego obserwatora, nie sądzi pan? -Dla postronnego - tak - odparłem z udawaną pewnością siebie. -Nie chciałby pan się czegoś o... owych... ewenementach dowiedzieć? - mój gospodarz nieco konspiracyjnie pochylił się nad biurkiem. Jakoś odruchowo uczyniłem to samo i oparłszy ręce na łokciach odrzekłem: -Chętnie. Tylko nie wiem gdzie uzyskam sprawdzone informacje. - to powiedziawszy byłem niemalże pewien, że gość zechce się dostać na łamy prasy za