Fantastyka · 11 min czytania
Sylwek cz.3
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Jednak prawda ma to do siebie, że nie dość, że wychodzi na jaw, to często lubi o sobie przypominać nie pytając nikogo o zdanie. I tak się stało tym razem. Otóż przekroczywszy próg domu, zobaczyłem, że na mojej kanapie w pokoju siedzi... dziewczyna. Zupełnie obca, o jakiejś, rzekłbym dziwnej urodzie. Biło od niej jakieś takie niedookreślone zielonkawe światło. Driada - myśl pierwsza. Zwida - myśl druga. Muszę być silny i silnie zmęczony - myśli trzecia i czwarta. -Errt aim ahne dnhe. Yutri Frey gnheim. Eis e kolexo dewas hasit oprnta kregne thress - ostatnią część wykrzyczała z błagalnym spojrzeniem. Moje szeroko otwarte usta i szeroko otwarte oczy bynajmniej nie określały mojego szeroko otwartego umysłu. Wprost przeciwnie - mój umysł postanowił nie przyjmować tego dnia żadnych więcej informacji, tak na wszelki wypadek, żeby nie zgłupieć. Przecierałem oczy i szeptałem: "zniknie, zniknie, zniknie...". Gucio. Nic z tego dalej jest w pokoju, tyle, że wstała i wygląda na jeszcze bardziej zakłopotaną. Podeszła do mnie, spojrzała mi w oczy i coś powiedziała, oczywiście po swojemu... Pokiwałem głową przecząco - na zasadzie odruchu. A ona na to: -Gdzie ja mam głowę! Przecież nasze mowy są zupełnie różne. - przy czym ust nie otworzyła ani na chwilę. "Telepatia czy wyobraźnia?" - przeleciało mi przez głowę. -Zdecydowanie telepatia - "odrzekła" nieco spokojniejszym "tonem" - Mam Na imię Frey. -"Sylwek" - pomyślałem z niemałym trudem. -Wiem Panie. Przybyłam prosić o pomoc. Nasz świat ginie. Wiele światów ginie. Nie można tego tak zostawić. -"Niewątpliwie". -Proszę to zatrzymać - jej ton stał się znów niemal płaczliwy. -"Nie wiem jak" -Proszę użyć swej potęgi! -"Mylisz mnie z kimś kim nie jestem. A w ogóle jak się tu dostałaś i..." -Panie, to nieistotne szczegóły! -"Ja nie umiem, rozumiesz? Nie jesteś prawdziwa. To się nie dzieje. Wyjdź." -Zapłata nie gra roli. Mamy walutę. -"Nie chcę pieniędzy." -Rozumiem, ale jestem gotowa zapłacić każdą cenę. Proszę mi pozwolić... - przypadła do moich kolan i rozpłakała się na dobre. No pięknie. Wspaniale. Nie znoszę gdy kobiety płaczą. -"Przestań. Proszę. Ja nie wiem jak ci pomóc. Może i bym chciał, ale jak?" Spojrzałem na nią. Miała piękne, wielkie błękitne oczy. Jak sarna. Tak błękitnych oczu nie widział świat. A przynajmniej nie mój świat... -"Zostań tu" -Dobrze, a czy? -"Nie pytaj..."
Wyszedłem na ulicę, żeby pomyśleć. W zasadzie to bardziej po to, żeby nie widziała mojej bezradności. "Muszę się leczyć" - przeszło mi przez myśl, ale najgorsze było to, że to raczej nie sen. "A jeśli to prawda? Jeśli ja mam jakąś moc? Ale by było..." - takie bzdety krążyły mi po głowie. Ale niechże ktoś postawi się w mojej obecności! Niech ktoś potraktuje "to" choćby na chwilę nie jak wytwór wyobraźni zasłaniającego się licetia poetica autora, a jak prawdę najszczerszą. Kicha, nie?
Zerknąłem na ulicę. Z perspektywy krawężnika, na którym jakoś bez refleksyjnie usiadłem, wydawała się wielka i nie do ogarnięcia. Patrzyłem tak, niby kilkuletnie dziecko, na ten zwariowany wszechświat i pomyślałem, że taki mały człowiek to każdego dnia znajdzie z tysiąc powodów, żeby się zadziwić. Takiemu to dobrze... Wszystko jest nowe i dostępne na wyciągnięcie ręki, a w razie zagrożenia, jest ktoś kto obroni, wyjaśni... Starzeję się - zacząłem tęsknić za dzieciństwem. Jak nic teraz należy wyglądać pierwszych siwych włosów, konserwatywnych poglądów i staromodnych ciuchów na grzbiecie. A dzieci zaczną do mnie mówić per pan. Poczułem stukanie w ramię. Mały chłopczyk stał ze skupioną miną i poważnie zapytał: -Co się martwisz? -Nie martwię się. -Widać. -Gdzie twoja mama, mały? Przyszedłeś z tamtego parku? -Tak. A co się martwisz? -Bo mam zmartwienie. -Mhm - zamruczał i poważnie usiadł koło mnie, a na jego małą twarz wstąpił frasunek. Siedzieliśmy tak chwilę patrząc na drzewa, budynki, odwzajemniając ciekawe spojrzenia nielicznych przechodniów. -Zrobimy tak - powiedział - zadam ci zagadkę, jak odpowiesz dobrze, to ty mi zadasz zagadkę, a ja na nią odpowiem. Dobrze? -Dawaj mały. -Co to jest: masz to od urodzin i nigdy cię nie opuszcza, nawet gdy myślisz, że tego nie masz, pomaga ci się rozwijać, kierować swoim postępowaniem, wygrywać albo przegrywać, jest całkiem mała, jeden do miliona, a kiedy indziej ogromna, jak milion do jednego, rozbudza nadzieję i napędza do działania i choć masz to zawsze - nie możesz tego dotknąć, ale możesz zmarnować... -... Ile ty masz lat, co? -To nie jest odpowiedź. A jeśli to twoja zagadka dla mnie, to jest całkiem prosta. Sześć lat. -Hmm... To może być... Szansa? - malec badał mnie spojrzeniem i odparł: -Mogę uznać tę odpowiedź. Teraz ty pytaj. Chłopiec wydał mi się jeszcze dziwniejszy. Może byłem przeczulony po ostatnich przeżyciach. Może... A może nie... -Myślę, że moja zagadka będzie dla ciebie za trudna. -Na pewno nie. Pytaj już. -Jak naprawić świat? Nastała krótka chwila ciszy. Twarz chłopca przyjęła postać zupełnie inną niż na początku. Wzrok mu błyszczał. Wydawało się jakby w tych kilka chwil podrósł o dobre dziesięć lat. -Nie naprawisz świata od razu, całego. Świat to ludzie. Pomóż ludziom. - powiedział poważnie. -A jeśli nie umiem? -Umiesz. -Skąd wiesz? -Każdy umie. Wszyscy umiemy, bo jesteśmy sobie równi - ni stąd, ni zowąd chłopiec prysną przez ulicę do parku. I tyle go widziałem. Mały filozof. Profeta przedszkolny
Wróciłem do domu. Na schodach ułożyłem już odpowiedni…