Melodramat · 25 min czytania
Syrena
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 6
Rozglądając się nerwowo na boki, przyspieszył kroku. Próbował wypatrzeć zagrożenie, lecz to pozostawało dla niego cały czas w ukryciu. On jednak wiedział, że gdzieś tam jest i to zaledwie kilka kroków za nim.
„W tłumie mnie nie znajdą.” – przyszło mu nagle do głowy, patrząc na spacerowiczów, wśród których większość stanowili turyści z całego świata.
Na Placu Wacława, w Pradze, ludzi nigdy nie brakuje, więc wydawało mu się, że to kryjówka idealna. Przekroczył tory tramwajowe i, omijając budkę z kiełbaskami, zanurzył się w kolorowej masie brzmiącej jak bezrobotni spod wieży Babel. Śmiechy, rozmowy, muzyka i warkot samochodów otoczyły go zewsząd niewidzialnym murem, udzielając mu upragnionego azylu. Mógł w końcu odetchnąć. Otarł pot z czoła i pozwolił sobie na delikatny uśmiech, wyrażający ulgę. Trwało to jednak tylko chwilę, bowiem czym dłużej prześlizgiwał się wzrokiem po twarzach nieznanych mu mężczyzn, kobiet, a nawet dzieci zaczął tracić świeżo nabyte poczucie bezpieczeństwa.
„A może o to chodziło, żeby mnie tu zagonić?” – pomyślał i od razu zrozumiał coś strasznego – „Przecież w takim miejscu może mnie dopaść ktokolwiek!”
Przed oczyma stanęły mu parasolki ze śmiercionośnymi szpicami, zatrute strzałki, pistolety z tłumikiem, którymi można strzelać z kieszeni i wiele innych sposobów pozwalających dyskretnie, acz skutecznie zaatakować i odebrać życie, nawet w obecności tysięcy świadków. Przynajmniej takie rozwiązania podpowiadała popkultura.
Nie było rady. Zakładając, że prześladowcy znajdują się za nim, zaczął biec przed siebie, w stronę Muzeum Narodowego. Niestety dla niego, w tym kierunku Václavák (1) lekko się wznosi. Sześćdziesięciodwuletni palacz, stroniący od aktywności fizycznej nie miał szans. Potworny ból w łydkach i zadyszka zakończyły jego ucieczkę już po kilkudziesięciu metrach. Wyczerpany oparł się o drzewo, próbując wyrównać oddech, a zimne, listopadowe powietrze drapało mu gardło. Zrozumiał, że był teraz na łasce tych, którzy go ścigali. W związku z tym, kiedy poczuł na barku czyjąś dłoń, podskoczył jak oparzony.
– Are you all right, sir? – zapytała czarnoskóra dziewczyna, a on odskoczył, wbijając w nią
szeroko otwarte oczy.
– Yeah, I'm ok. Thanks for asking – zapewnił, kiedy zorientował się, że nic mu nie grozi. Odpowiadając prawie nie łączył warg, co sprawiło, że zabrzmiał jak rodowity Cockney.
Część 22 / 6
Rozbawiło go to, ale tylko na sekundę, bowiem od razu przypomniał sobie o swoim niekorzystnym położeniu.
„Gdzie oni są?” – pytał sam siebie, jednocześnie próbując wyłowić z przepływającej obok niego rzeki ludzi, twarze swoich wrogów.
Kiedy to robił, dotarło do niego coś nieprawdopodobnego – nie umiał sobie przypomnieć jak wyglądają napastnicy i czego właściwie od niego chcą. Dziwił się temu odkryciu przez chwilę, a zaraz potem ryknął niekontrolowanym śmiechem, który od razu przerodził się w atak suchego kaszlu. Przyciągnęło to uwagę przechodniów, ale nie dbał już o to. Kiwając głową na boki, sięgnął do bocznej kieszeni kurtki, wyciągnął z niej paczkę papierosów, po czym wyjął jednego i włożył do ust.
„Już nigdy nie będę biegał!” – obiecał sobie i uniósł zapalniczkę, osłaniając dłońmi płomień.
Wtedy dostrzegł ją. Stała po przeciwległej stronie placu, na wysokości McDonalda. Ubrana była w płaszcz, sięgający jej kostek. Miała długie, czarne włosy, które rozwiewane przez wiatr, wyglądały niczym peleryna. Dystans, który ich dzielił, nie pozwalał dokładnie dojrzeć rysów jej twarzy, lecz on wiedział, że ją zna. Coś kazało mu trzymać się od tej kobiety z daleka, a jednocześnie czuł jakieś niewytłumaczalne przyciąganie.
Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, jak rewolwerowcy, a następnie czarnowłosa ruszyła w jego kierunku, zupełnie nie zważając na ruch uliczny. Chociaż wiedział, że jej nie umknie, rzucił się do desperackiej ucieczki i wtedy z przerażeniem odkrył, że nie potrafi się poruszyć, jakby pod jego nieuwagę zakapiory z Camorry osadzili mu nogi w betonie.
Był zgubiony.
(1) Potoczna nazwa Placu Wacława w Pradze.
♣
Część 33 / 6
Kiedy się obudził, serce biło mu tak głośno, że lekarz mógłby ocenić jego pracę bez użycia stetoskopu. Nie wiedział czy to przez bieganie, które mu się śniło, czy też ze strachu przed niebezpieczeństwem. Tak czy owak, z ulgą przyjął fakt, że leży bezpiecznie w swoim łóżku, kilkaset kilometrów na północny wschód od stolicy Czech i nastającej na niego kobiety.
Odzyskawszy względny spokój, przetarł mocno twarz dłonią, jakby zdejmował z niej maskę, którą zakładał wyłącznie, kiedy udawał się na spoczynek.
„Oj, dziadek, wykitujesz tutaj i nikt nie będzie wiedział z jakiego powodu, jeśli będziesz miał więcej takich koszmarków.” – prorokował, a następnie zaczął się rozciągać, akompaniując sobie przy tym głośnym ziewaniem i dźwiękiem strzelających kości, które wydawały się w ten sposób oprotestowywać zmianę pozycji ciała.
Zwlókłszy się z łóżka, wstał, uniósł ramiona wysoko i zrobił kilka skłonów. Następnie podszedł do okna, a złapawszy dwie części grubej, granatowej zasłony, rozsunął je na boki.
– Pięknie – powiedział z ironią do siebie, patrząc na obrazek za szybą. – Kuźwa, cudownie – dodał, nie znajdując lepszych słów na opisanie aury.
Spodziewał się tego jednak. Od jakiegoś czasu miasto pogrążało się w jesiennej mgle, która mieszając się ze spalinami samochodów i wyziewami z kominów, gęstniała z dnia na dzień. Obecnie nie było już widać właściwie budynku naprzeciwko, tylko kawałek chodnika, przylegającego do ściany kamienicy, w której znajdowało się jego mieszkanie.
Zdegustowany patrzył przez chwilę na biały świat, jakby wzrokiem usiłował wywiercić w nim dziurę, a następnie wychylił się lekko do przodu i zerknął na chodnik. Gdy omiótł ten niewielki kawałek, niezaanektowany jeszcze przez białego najeźdźcę, skierował kroki w stronę przedpokoju, ale po kilku sekundach zatrzymał się, przejechał językiem po przednich zębach i przekrzywił głowę, dając tym wyraz niedowierzaniu.
– E… – powiedział niedbale, próbując się do czegoś przekonać, po czym zawrócił, bowiem uświadomił sobie, że przed chwilą zobaczył coś dziwacznego. Musiał to sprawdzić.
Zaciekawiony zerknął ponownie na chodnik, po czym błyskawicznie się odsunął i schował jakby zobaczył tam snajpera, z wycelowanym w jego czoło karabinem. Kiedy stał oparty plecami o ścianę, przyłożył sobie dwa palce do ust, chcąc prawdopodobnie je powstrzymać przed wypowiedzeniem na głos tego, co miał w głowie. Próba ta jednak skończyła się niepowodzeniem.
Część 44 / 6
– To jakieś wariactwo – stwierdził, a twarz ozdobił mu sztuczny uśmiech, który był bliżej spokrewniony z zakłopotaniem niż z wesołością.
Całkowicie zbity z tropu, przetarł oczy, jak to robią osoby, które nie do końca wierzą w to co widziały i ponownie spojrzał na chodnik, by po ułamku sekundy szybko się wycofać. Zdezorientowany, jak rak posuwał się tyłem, a kiedy wyczuł nogami łóżko, usiadł na nim. Mebel zgrzytnął głośno jakby tym razem oprócz człowieka musiał jeszcze udźwignąć jego problem.
„Przecież to nie jest możliwe, żeby tam stała kobieta, która przed chwilą mi się śniła.”
♣
– Może jeszcze się nie obudziłem? – odwołał się do najbardziej powszechnego argumentu w takiej sytuacji i natychmiast wymierzył sobie cios otwartą dłonią w policzek.
Głośne plasknięcie i szczypiąca skóra dowodziły jednoznacznie, że jednak nie śni.
– Spokojnie, stary, spokojnie – powiedział do siebie, głaszcząc podrażnione lico. – Nie wariuj, chłopie.
Po tych motywujących słowach wstał błyskawicznie, jakby przez cały czas siedział na sprężynie i odważnie spojrzał przez okno. Mgła podeszła jeszcze bliżej budynku, bo na dole widział tylko kilkadziesiąt centymetrów chodnika. Po kobiecie nie było już śladu, co sprawiło, że wydął usta i wypuścił głośno powietrze, a następnie wsunął sobie dłoń pod piżamę i pomasował klatkę piersiową, z której właśnie zniknął ogromny ciężar.
– Stary, łatwowierny dureń – powiedział, zdobywając się na samokrytykę i pokręcił głową z dezaprobatą.
Część 55 / 6
♣
Kiedy nieśpiesznie opuszczał sypialnię, myślał o swoim śnie. Przed czym uciekał? Czego się bał? Co miała symbolizować tamta kobieta. Podświadomość z całą pewności informowała go o jakimś zagrożeniu. Czyżby coś go trapiło do tego stopnia, że nawet na jawie miał majaki?
Z zaawansowaną psychologią skończył wraz z wejściem do kuchni, którą zamiast okna mógłby równie dobrze zdobić obraz Białe na białym Malewicza, bowiem taki właśnie kolor wypełniał przestrzeń za szybą. Wydawało się, że kamienica uniosła się i dryfuje gdzieś pośród chmur.
Mlaskając z niezadowolenia wyjął z szafy szklankę i napełnił ją wodą, po czym wypił całość duszkiem.
„Cholerne gówno. Czuję się jak w jakiejś klatce. Mogłoby się to już wreszcie skończyć.” – pomyślał, ocierając rękawem piżamy mokre usta.
Ugasiwszy pragnienie poszedł do pokoju i odsłonił okno, za którym rozciągał się znany mu już doskonale widok, jednak zamiast z automatu przeklinać na czym świat stoi, patrzył na ten jednobarwny, hipnotyczny obraz. Mogłoby się wydawać, że dopiero teraz dotarło do niego piękno, które w sobie kryje, jednak nie walory estetyczne przykuły jego uwagę. Wlepiając wzrok w mgłę uświadomił sobie, że z zewnątrz nie dochodzą żadne hałasy. Panowała cisza.
„Jasne, komu by się chciało łazić gdzieś w taką pogodę.” – pomyślał i zaczął się zastanawiać kiedy on sam wyszedł po raz ostatni. Drapał się przez chwilę po głowie, po czym musiał przyznać, że nie pamięta, miał jednak pewność, że wtedy na bezchmurnym niebie świeciło słońce.
Jego rozważania przerwał sygnał domofonu.
– Tego jeszcze mi brakuje. Ki czort o tej porze, ludzie dajcież spokój? – powiedział na głos i rozdrażniony, nieśpiesznie ruszył w stronę aparatu. Kiedy tam dotarł, podniósł słuchawkę, ale postanowił nie odzywać się, dając tym do zrozumienia, jak bardzo mu się to poranne dzwonienie nie podoba. Poza tym, mogli to być ludzie od gazetek reklamowych, których nie miał zamiaru wpuszczać. Gość jednak nie kwapił się do rozmowy. W słuchawce było słychać tylko oddech. To rozwścieczyło go jeszcze bardziej, ale nie był typem człowieka, który krzyczy na ludzi. W końcu dał za wygraną i postanowił się odezwać, ale nadal nie rezygnował z pokazania, że nie cieszą go poranne wizyty. Zdecydował się wymamrotać tylko jedno słowo, w którym miał zamiar zawrzeć całą swoją złość:
Część 66 / 6
– Ta…?
Nastąpiła krótka pauza, po której usłyszał jakąś kobietę:
– To przecież ja.
Zatkało go. Tempo w jakim odłożył słuchawkę na widełki sugerowałoby, że koniecznie chciał się jej pozbyć bo nagle stanęła w płomieniach. Zszokowany oparł się o drzwi. Znał ten głos. Do cholery, znał go bardzo dobrze, jednak nie pamiętał skąd. Nie umiał też powiedzieć, co konkretnie wywołało w nim tak gwałtowną reakcję? Powinien był prowadzić rozmowę jak normalny człowiek, a jednak jakiś impuls kazał mu przerwać i on to zrobił.
„Co jest, do diabła?”
Nie wiedział jeszcze jak ma sobie odpowiedzieć na to pytanie. Może nie chciał dalej rozmawiać z kimś, kto się nie przedstawił? Oczywiście wiedział, że to bzdura, bo gdyby zwyczajnie odłożył słuchawkę, efekt byłby dokładnie taki sam. Strach? Jako mężczyźnie trudno mu się było do tego od razu przyznać, bo właściwie, cóż takiego się stało? Starał się panować nad sobą, ale z niezrozumiałych powodów, panika zaczęła rozlewać się po jego ciele jak trucizna. Chciał uciec jak najdalej od swojego mieszkania, lecz odkrył, że w tym samym czasie, coś działało na przekór jego instynktowi samozachowawczemu. Nie była to jednak ani chęć samounicestwienia, ani odwaga by stawić czoła zagrożeniu. Zdumiony musiał przyznać, że obudziła się w nim dusząca tęsknota za czymś, co utracił dawno temu. Przytłoczyło go to.
Nagle przyszła mu do głowy szalona myśl. Jak wystrzelony z procy pobiegł do sypialni i zerknął przez okno. Mgła pożarła już niemal cały chodnik, a na tym ocalałym skrawku stała ona. Zobaczył ją w ostatniej chwili bowiem zaraz potem nagły podmuch sprawił, że mgła przytuliła się do budynku.
♣
Był rozbity i zagubiony. Szukając oparcia w czymś, co chociaż przez chwilę ukoiłoby jego zszargane nerwy, tępo wlepił wzrok w ściany. Te stały jak zawsze dumne i niewzruszone. Domyślał się, że z rozbawieniem obserwują swojego właściciela miotającego się jak wariat po mieszkaniu. Był pewien, że jeśli istniał jakiś język, którym się…