psychologia · 28 min czytania
Syrena
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
{b}Syrena{/b}
{i}Woda zaczynała robić się zimna. Coraz bardziej. Krople spadały nie wywołując odzewu. Szumiało. Coś. Nie tak jak zwykle. Miarowo, a właściwie raczej pulsująco - jak latarnia morska wysyłająca sygnał w ciemną przestrzeń. I raz i dwa, lekko kołysze statek pijany. I ja pijana, może rozgorączkowana, nienormalna. Kołysze ściany i wygina linie kafli w egzotyczny żółwi wzór. Zimno. Prysznic kapie odgłosami. Ciszej. Ręcznik szorstki nienormalnie. Nienormalnie. Drzwi... {/i} Sygnał syreny jest jak zawodzenie wielkiej morskiej panny, albo pływających wokół niej wielorybów. Ocean wzywa ulice do poddania się. Kołysze się światło i twarz skupiona na czynnościach automatycznych do bólu. Zimno. Dreszcze przebiegają przez ciało jak niecierpliwe owady. Twarz wciśnięta w plastikowy ryjek łaknie zimnego tlenu. Zimo, bardzo zimno. Leżę całkiem goła, przykryta czymś szeleszczącym. Twarz nachyla się i mówi.
Słowa dobiegają spoza wycia, jak z tunelu wypełnionego gąbką - Czy Pani mnie słyszy? - w lewe oko wpada światło małej latarki. Teraz drugie oko. - Proszę powiedzieć, czy Pani mnie słyszy. Światło znika. Nade mną twarz - zagląda w moją twarz.
Słyszę, słyszę jak mogłabym nie słyszeć. Słyszę wszystko, tylko nie chce mi się z tobą gadać człowieku. Jak mam gadać z tobą, gdy wciskasz mi na twarz ten ryjek. Jak mam gadać, skoro leżę całkiem goła, a ty wieziesz mnie. Bóg wie gdzie zresztą. Poza tym zimno mi sakramencko. Słyszę jak stukają moje zęby. Jak stukają moje kości rozłączone na części, odłączone od centrum sterowania. Telepie mnie jak w Sylwestra, kiedy upiłam się na krakowskim Rynku nie czując chłodu. Lampa razi mnie w oczy, rozmywa mi się wszystko. Słyszę, jasne, że słyszę coś. Uderza aż na skronie w takt tej cholernej syreny. Przypływa wraz z uczuciem pękania czaszki. I raz i dwa. Kołysze. {i}Drzwi zwężają się ku górze jak w jakimś tripie. Dłonie mam miękkie jak gałganki. Jednym z gałganków obracam zamek. Klamka stawia opór jakby przyspawano ją do niewidzialnej konstrukcji, uruchamiającej skomplikowane zębatki. Wszystko zwalnia i cimnieje. {/i}
- Proszę nie zasypiać. Proszę się obudzić. Halo. Halo! Halo to ja mam człowieku. Mam takie halo, że powinni je sprzedawać na czarnym rynku. Powinni je pakować po steczce i zachwalać klientom. Halo to ty masz. Wokół głowy tęcza rozbłyska ci jak aureola aniele stróżu mój. Błyszczy to karetkowe halo jak perły i opale. Jesteś piękny i zatroskany jak matka. A właściwie mógłbyś być. Mógłbyś teraz przytulić mnie i opowiedzieć mi historie tych szpakowatych włosów, które dzień po dniu fundowała ci miejska syrena pędząca ulicami. Mógłbyś teraz opowiedzieć mi historię pijanych kierowców i ich zabitych dzieci leżących koło wraku. Obraz jabłek wysypujących się z rozbitych samochodów, które nigdy nie dowiozły na miejsce swoich pasażerów. Historie niezliczonych zawałów, udarów, złamań. Pękających w bójkach czaszek i piszczeli. Historie podwodnego miasta, pełnego nocnych stworzeń polujących na siebie nawzajem. Jak ćmy przyciągane przez błysk zbiegali się gapie.
Mógłbyś teraz opowiedzieć mi o nocach i dniach podobnych do siebie, wypełnionych śpiewem wodnej panny wołającej o pomoc. Błękitne światła padały na ciebie jak promień rentgena, z dnia na dzień wypalając odruch zdziwienia i melaninę z twoich włosów. Ciasna trumna wiozła cię z nadzieją życia i z przeświadczeniem o nieuchronnym końcu. Spalił cię ten płomień niebieskiego światła. Opróżnił cały zapas paliwa jaki miałeś. Teraz jałowym biegiem rutyny obsługujesz urządzenia. Stałeś się sługą syreny. Wiesz czego pragnęłaby od ciebie co noc. Zrobisz to dla niej i tylko dla niej.
Część 22 / 2
- Czy pani mnie słyszy. Proszę na mnie patrzeć i proszę nie zasypiać...
{i}Twarde zetknięcie z podłogą. Chciałabym unieść rękę, gliniane odnóże, które nie chce mnie słuchać. Chciałabym coś powiedzieć, wstać, iść. Zimno i nie czuję już tego gliniastego ciała. Lekko byłoby mi, albo powinno być, skoro tam nic nie ma. Ale ciężar siadł mi na piersi, jak wielki mokry pies. Chucha w nos chłodnym oddechem. Zadzwoń po ratunek dla mnie proszę. I okno otwórz zaraz. Czuję teraz spaliny unoszące się w powietrzu jak niewidzialną śmierć. Zadzwoń po kogoś. Nie jest dobrze. Jest nawet źle, choć nie czuję tego na pewno. Ale dobrze nie jest. Wiesz co robić, przecież wiesz. Nie patrz na mnie tak. Nie mogę powiedzieć nic. Daj mi coś, bo zimno mi, bardzo. Płaszcz mi daj albo koc. Albo dwa koce, choć nie czuję, że mi cieplej od nich. Ale pewnie mi cieplej, mimo że nie czuję tego. Właściwie nie czuję zupełnie. {/i}
- Proszę nie spać. - mówi mój anioł stróż. Tak pięknie błyszczą mu odblaskowe naszywki na czerwonej kurtce. - Proszę do mnie mówić. - Zimno mi - mówię na odczepnego. - Będzie zimno. To minie. Proszę oddychać. - mówi. Głos ma spokojny. To nie jego telepie jak epileptyka. Ale to mój anioł stróż, wiec zrobię jak każe, będę oddychać czystym tlenem na pohybel śmierci i jej zamiarom. Nie dam się. Jeszcze mi nie spieszno. Tlen wchodzi we mnie jak w balonik. Gdyby tlen był wodorem uniosłabym się pod sufit. Nabąbiona powracającym życiem jak zmrożonym campari, czuję jak powoli gliniane kończyny stają się lekkie. Dojeżdżamy do szpitala. Zimne światło sączy się przez mleczne szyby. Tylko w filmie widziałam takie jarzeniówki migające na suficie jak znaki milowe. Pachnie strachem i chorobą. Dezynfekcją. Krochmalonymi, wygotowanymi prześcieradłami. Stukają chodaki nocnodyżurowych pielęgniarek. Nie spieszą się. Jest jak w "Królestwie" von Teriera. Szpital moloch połknął mnie jak przekąskę. Syrena przestała śpiewać - oddała mnie wielorybowi. - Jak pani się czuje? - pyta lekarka o twarzy skrzywionej paskudna blizną. - W porządku - odpowiadam idiotycznie, zadowolona z tego, że zdjęli mi tą idiotyczną maskę tlenową - Pobierzemy krew do badań. - mówi pielęgniarka rozpakowując sterylne paczuszki. - Podajcie maskę i tlen - komenderuje lekarka leniwie - Jak długo była pani w tej łazience? - Dziesięć, może dwadzieścia minut? Nie mam pojęcia...
Pielęgniarka szuka żył. Ale nie ma ich. Znikły. Pochowały się gdzieś głęboko. Ręce mam białe jak porcelana. Chińska lalka bez krwi. Sterylne zapachy prowadza mnie na skraj rzygnięcia. Babsko dziabie mnie tą igłą, jakby nakłuwała pieczonego kurczaka. Szuka tej żyły, jakby szukała koralików w pudełku. W końcu jej wampiryczne poszukiwania przynoszą skutek. Zakłada mi jakiś koszmarny wenflon. Boże, ile plastiku można zmieścić pod skórą. Teraz to jest mi na prawdę słabo. Kobiety uśmiechają się do mnie. Z oddziału schodzą się salowe i pielęgniarki. Obejrzeć mnie jak okaz zoologiczny. Uśmiecham się do nich. Pewnie na twarzy mam w tej chwili makijaż rozmazany kąpielą. Wyglądam jak panda. Panda w szpitalu. Panda to zwierze na granicy wyginięcia. Ja tez jestem na granicy wyginięcia. Ostatecznego rozstania z moją małą niszą ekologiczną. Powoli zdaję sobie sprawę z tego, że dookoła mnie rośnie zgromadzenie personelu medycznego różnych szczebli. Nudzą się w tym szpitalu. Ostry dyżur toksykologiczny to nie urazówka. Na urazówce co chwilę zwożą powypadkowe ciała krzyczące z bólu. Połamane kończyny i rozbite głowy wymagają bandaży, gipsów, rentgenów. Noże tkwiące miedzy żebrami przestają dziwić. Za to tutaj zwożą takie jak ja senne pandy. Żadnych rewelacji, krwawych obrażeń. Krew zatruta krąży leniwie w tętnicach i żyłach. Oczy zamykają się jak ołowiane pancerzyki. Kołysze mnie bambusowy las stojaków na kroplówki i parawanów.
{i}Pod Annabą miasteczko bidonwilli szumi na wietrze. Dzieci bawią się pośród krętych uliczek biegnących pomiędzy setkami szałasów zbudowanych z blachy falistej, dykty, desek i plastikowych beczek. Drobne strumyczki ścieków płyną środkiem ścieżek. Gnijące resztki zalegają w zaułkach, parując smrodem. Upał powoli odpływa oddając miejsce nocy. Chłodnej i nagłej. Nadchodzącej od strony morza. Słyszę psy i ptactwo trzymane w klatkach, jak ujadają na siebie odzyskując wigor wraz ze spadkiem temperatur. Na wzgórzach dęby korkowe, oświetlone od tyłu zdają się poruszać poskręcanymi gałęziami. Czuć słodki, mdlący zapach gotującej się baraniny i kuskusu. Kawa mocna do granic ludzkich możliwości perkocze w setkach garnuszków. Małe, dymiące ogniska zasnuwają okolicę szarym oparem. Ciastka z daktylami pachną słodkościami. Zapachy mieszają się ze sobą i przenikaja wzajemnie. Baranina pachnie kawą i daktylami. Kawa pachnie gnijącymi resztkami małych kostropatych pomarańczy. Dzieci pachną chudymi, wyleniałymi psami i jak one, gonią się wzajemnie na granicy tego nieistniejącego na mapie miasteczka. Nad wszystkim góruje zapach spalenizny i stygnącego piasku. Robi się ciemno. Trzeba iść stąd jak najdalej ku miastu. W stronę morza i świateł osiedla. Z ciemności wyłania się coś. Chwyta mnie za ramię żelaznym uściskiem.{/i}
- Hej, halo - szturcha mnie pielęgniarka - Proszę nie zasypiać nam tutaj. - Na ręce wielgachny balon aparatu do mierzenia ciśnienia właśnie wypuszcza z cichym sykiem powietrze. Pyk, pyk. Czuję jak pod zimnym krążkiem odzywa się tetnica. - Dwieście trzydzieści na sto dwadzieścia - pielęgniarka jest nawet ładna. Taka pańcia z grzywką. Porcelanowo trochę blada. - Czy ja mam rozmazany tusz do rzęs na twarzy? - Trochę - patrzy na mnie spod tej grzywki blond z pobłażaniem. - Pani Jasiu, niech no pani mi da gazik. Wytrę trochę. - Szoruje mnie pod okiem. Jedno, drugie. - Już mniej. A teraz proszę to włożyć pod język i nie połykać. - Która godzina? - pytam jakbym miała zaraz wstać i pobiec na dworzec. Ta cholerna pigułka przeszkadza mi w mówieniu. Nie dość, że znowu mam ten ryjek z tlenem, to jeszcze dali mi do niańczenia tabletkę. - Jutro musze iść do pracy, wcześnie. - Pierwsza w nocy i chyba nigdzie pani nie pójdzie. - znowu ten profesjonalny uśmiech jak w psychiatryku. Prawdopodobnie na kursach pielęgniarskich mają specjalne zajęcia z uśmiechów. Uśmiechów pobłażliwych i uspokajających, współczujących i towarzyszących. Mają pewnie kasetę, jak na szkoleniu dla akwizytorów. Uśmiechy z zębami na wierzchu i półuśmiechy, takie na całą twarz (dla położnych) i kącikowe boczne uśmiechy pogardy (dla pielęgniarek szkolnych szczepiących na różyczkę, gdy ktoś płacze i boi się zastrzyków). - Jak się pani czuje? - pyta blondyna. - Dobrze. - opowiedziałabym jakiś kawał, ale jakoś nic nie przychodzi mi do głowy. Choć w końcu powinnam powiedzieć coś sensownego. Prawda? - Głowa boli? - blondzia indaguje jakby nie miała innych zajęć. Pewnie nie ma. - Trochę. Szumi bardzo. - Przejdzie od tabletki. Nie połknęła pani? - Nie. - kobieto, jakbym połknęła to świństwo to bym mówiła jak człowiek, a nie sepleniła jak bezzębna starucha. - No to okej. - Zrobimy EKG - mówi lekarka. Kobieta z blizną. Mogłaby wystąpić u boku Ala Pacino. On brzydki i ona niepiękna. Założyliby syndykat narkotykowy. Al częstowałby jż koką, ona dbała o jego ciśnienie na haju. Potem mieliby mnóstwo dzieci uzależnionych od kokainy, wszystkie miałyby brzydkie blizny. Przy porodzie każdy zakrwawiony bachor musiałby zostać naznaczony rodzinnym cięciem. - Przywieźcie aparat dziewczyny. - i dziewczyny stuk stuk, idą na tych swoich szpitalnych chodakach po aparat. - Trzeba będzie teraz takim żelem posmarować, żeby przewodziło dobrze - mówi blondzia z grzywką. Dobrze blondziu, nie ma sprawy, posmaruj mnie, żeby dobrze przewodziło. Blondzia chwyta w dłonie zieloną substancję wtłoczoną do buteleczki. Ze środka z parskaniem wydostaje się jakaś obca forma życia. Glut jest zimny i oślizgły. Pielęgniarka z wprawą smaruje mnie tym ohydztwem na nadgarstkach i kostkach nóg, druga tura gluta trafia na pierś. Dwie inne przytoczyły coś podobnego do faksu. Super. Posmarowali mnie glutem i teraz wpuszczą mnie w faks. Przefasujcie mnie na Nowa Zelandię. Albo do Chin - tam żyją pandy. Z faksu wystają najprzeróżniejsze przewody, ciekawe czy teraz porażą mnie prądem za karę, że przerwałam im spokojny dyżur składający się z sączenia kawy i opowieści o przecenach w supermarketach. Owijają mnie gumową, przyssawkowatą macką na piersi. Te kleszcze na nogi i ręce naprawdę wyglądają niefajnie. Cyk, cyk i już jestem podłączona jak w klemy akumulatora. Długi smutny sygnał świadczy o tym, że zaraz moje serce zostanie zarejestrowane na pamiątkę tej nocy. Przychodzi mi do głowy, że możnaby uprawiać seks w tej uprzęży. Nie dałoby się symulować orgazmu. Jak wskazówka nie drgnie w odpowiednim momencie - totalny blamaż. - Teraz proszę nabrać powietrza. Nie oddychać. - Blondowłosa przyzywa wzrokiem lekarkę. Moje serce przefaksowuje jakieś tajne, zaszyfrowane w wykresy informacje. Szepczą. Nie szeptać przy mnie! Nie spoglądać takim wzrokiem! - I co? - pytam, bo szepczą jakby mnie tu nie było - Co wyszło? - Zmieńcie butlę dziewczyny - mówi lekarka, jakbym była na wyposażeniu szpitala i o nic nie pytała. - Ale... - o co chodzi z tym szeptanie. Próbuje usłyszeć swoje serce i zdaje sobie sprawę, że w głowie dokładnie słyszę szum, kiedy uderza. Nierówno? - Damy pani inną maskę. - rzeczywiście naciągają mi na twarz coś co bardzo przypomina gazmaski jakie przymierzaliśmy na obronie cywilnej w liceum. Zacisnęły mi paski i teraz to po zawodach - ani be ani me. - Podamy drugą kroplówkę - lekarka najwyraźniej wyrwana z letargu, przez faks z pozdrowieniami od mojego serca, postanowiła coś zdziałać. Blizna zaróżowiła się na jej twarzy. Wiem, że nie jest dobrze. Blizna mruga do mnie porozumiewawczo, puszcza mi oko ponad obojętnym spokojem właścicielki. Ja i ty wiemy, że nie jest dobrze. Udawaj, że cię to nie obchodzi. Albo pogadaj z tym swoim sercem zanim narobi nam kłopotów. - Są wyniki z laboratorium - mówi jedna z pielęgniarek i znowu szepczą. Blodzia podchodzi i czuję, że odkręciła butlę na maks. Kręci mi się w głowie od tego tlenu. Szczypią mnie usta. Oddycham marznącym gazem. Norweska specjalność zakładu. Zaraz podadzą mi łososia i owiną w…